Idę. No to IDŹ, medal za odwagę chcesz? Nie na tym treningu i nie u tego kocura. Dla Wschoda zresztą taplanie się w wodzie było niemal codziennością. Lubił wodę i lubił pływać, choć nie był na tyle szalony, by wskakiwać w rzekę w Porze Nagich Drzew, nawet tak łagodnej. Musiał poczekać, aż się ociepli. Jednak takie zamoczenie łapek to było nic, hmpf.
Wschód w końcu wylazł z wody, kiedy tylko Kałuża dziarsko przelazł na drugi brzeg, po czym stanął obok terminatora i wytrzepał łapy, nie przejmując się, jeśli jakieś kropelki poleciały na młodszego z nich.
- Generalnie, w większości nie trafiłeś. - mruknął lekko, ruszając dalej, w stronę granicy z Wichrem. - To, że ktoś nie przestrzega kodeksu, to nie znaczy, że jest wyjęty. Po prostu go nie przestrzega, bo nie chce albo nie zna. - wytłumaczył pokrótce tak, jak potrafił. - Kot wyjęty spod kodeksu to taki, który złamał jakąś z zasad kodeksu albo ogólnie zasad bycia, i został za to wywalony z klanu, ewentualnie sam zwiał. - parę przykładów Wschód mógłby podać, ale dotyczyły kogoś z jego rodziny, o czym nie chciał rozmawiać. - Na przykład jakby jakiś kocur zgwałcił kotkę, jak to było księżyce temu z tym dziwadłem z Gromu, co napadał kotki na granicach. - znalazł w końcu we łbie przykład, więc się nim podzielił.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Nie trafił? Eeeech. Po co w ogóle w takim razie go pyta, toż jest Pieszczoszkiem i wszystko co klanowe, a wcześniej nieprzedłożone, jest mu obce. Rudy pysk zaszedł mgłą rozczarowania, która pierzchła już na wzmiankę o dziwadle z Gromu. Kałuża aż pogubił rytm marszu z wrażenia i potrzebował chwili na odzyskanie równowagi emocjonalnej, myślowej i tej najbardziej podstawowej - krokowej.
- Mhm... I co się z nim stało? Został zabity? Jak mu było na imię? - storpedował Mistrza szybką serią pytań, przyciskając go niecierpliwie oburzonym wzrokiem, tak podobnym teraz do sztormu... Ogniste futro na karku stanęło mu dęba. Kałużowa Łapa, kot o z reguły otwartej głowie, teraz naprawdę wymiękał, gdy przyszło do usprawiedliwienia tak obrzydliwych czynów jak gwałt. Nie rozumiał, co musiało pójść w przypadku takiego delikwenta nie tak, żeby pchnąć go w kierunku napastowania kotek. Żaden szanujący się kocur nie honorował podbojów podstępnych, ani mających swoje źródło w przemocy.
A po to go pytał, żeby Kałuża nauczył się samodzielnie myśleć, a nie że bezmyślnie podążał za tłumem jak jakiś półgłówek. Poza tym Wschód mógł poczuć w sobie cień satysfakcji, że wie coś, czego młodszy nie.
- Chyba zwiał z klanu i potem go szukali, ale słuch o nim zaginął. - mruknął, wzruszając barkami. W sumie zaczął się zastanawiać, czy gość był z Gromu, czy z Cienia, jeden pies. - Ah, był jeszcze jeden taki gagatek w Wichrze, ale też zwiał, długo go szukali ale chyba nie znaleźli. - to był właśnie ten, w którym Wschód osobiście miał ochotę zanurzyć pazury, bo był odpowiedzialny za skrzywdzenie Kukułki. - No, generalnie chodzi właśnie o takie koty, co zrobiły komuś krzywdę albo kogoś zabiły i za to wyleciały z klanu. - dodał jeszcze, podsumowując temat i uważając go za zakończony.
- Tymczasem tak sobie idziemy przez Młaczne Pola, to błotko za nami to Grząska Ziemia, a w tamtą stronę są tereny Wichru. - mruknął, ostatni kierunek wskazując ogonem, i ruszając bliżej, by Kałuża mógł się nawdychać ich zapachu.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Z tym, że Kałużowa Łapa naprawdę potrafił ruszać zwojami samodzielnie, a nadto umiał myśleć pod prąd! I tak na przykład nie był do końca przekonany do niektórych aspektów klanowego życia, jak do osobnego legowiska dla Przywódcy, albo wymienianiu mchu akurat przez terminatorów. Tym podobne tworzyły niepotrzebną jego zdaniem sztywną hierarchię, przez którą ci z jego rangą mogli czuć się jak skończone patałachy, uwijające się pod wojownikami. Równie źle oceniał to, że ich Gwiazda spała osobno, dziczejąc tam u siebie i później warcząc na klanowiczów (nadal miał w pamięci, jak potraktowała go i Rabarbarową Łapę). Miał zatem własne zdanie i wizje świata, ale było to jednak co innego niż wstrzelenie się w definicję "wyjętych spod Kodeksu", pojęcie dla niego równie obce co dla Bursztynowego pierwsze lepsze schody albo pralka. Mniejsza.
Łykał każde słowo Mistrza jak młody pelikan. Aż szkoda, że nie wiedział przy okazji, że zapodawane mu informacje były tak na oko prawdziwe, bo zapominalski Strażnik mieszał w zeznaniach. Czy z Gromu, czy z Cienia... Czy biały, czy czarny... A jakby się na takiego natknąć? Przy dobrym opisie Kałuża mógłby go rozpoznać i zaprowadzić porządek, a tak szanse na dorwanie gwałciciela stopniały do absolutnego, bezwzględnego zera. Nie mając tego świadomości, skrupulatnie odnotował w pamięci, że w klanie Gromu i Wichru mieli niegdyś po gwałcicielu.
Wreszcie utytłany błotem Kałuża osiągnął cel podróży, który tym razem stanowiła rzeczno-wichrowa granica. Podstarzały terminator wypuścił się na prowadzenie truchcikiem, wypatrując bezskutecznie sąsiadów, do jakich mógłby krzyknąć "dzień dobry!" i posłać promienny uśmiech. Postał tak chwilę, poniuchał to tu to tam, bardziej jak merdający ogonem pies niżeli kot, po czym zawrócił do rudo-białego.
- Jak będę miał czas to tu wrócę! Może spotkam jakiegoś Wichrzaka - obwieścił kocurowi z naiwną ekscytacją, nie sądząc nawet, jak jego wspaniały Mistrz dogłębnie znał co poniektórych Wichrzaków, tudzież Wichrzaczki.
Generalnie Wschód miał rację w tym, że w Gromie też był jakiś gwałciciel, tylko po prostu pomyliły mu się sytuacje. Przecież ten cały Błysk księżyce temu też odwalał jakieś chore akcje, coś chyba na rzeczy miał z Czerwią, ale w końcu Wschoda to wtedy tak mało obchodziło, że nie pamiętał.
- Ależ proszę bardzo. Tylko pamiętaj, żebyś nie przełaził przez granicę, to jest w Kodeksie. Nie wstępuj na teren innego klanu, tak tylko przypominam. - mruknął, kompletnie olewając to całe dogłębne poznawanie pewnych wichrzaczek. To było raz, dawno i nieprawda, koniec, kropeczka. - No i przy okazji, w Wichrze rządzi Malinowa Gwiazda, zastępuje ją Sokoli Cień. I teraz wytęż móżdżek, bo medyczką jest Lśniąca Sadzawka, która uczy Olchową Łapę i Krwawnikową Łapę. Zapamiętasz, czy powtórzyć? - zapytał pod koniec, unosząc brewkę i ruszając spacerowym kroczkiem wzdłuż wichrowej granicy.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
l pst, Bursztyn, mówiliśmy już o władzy w klanach.
- Się wie! - zareagował natychmiast na przypomnienie ze strony syna Zroszonego Listka, przyłożywszy na moment z uśmiechem łapę do skroni, jakby salutował. Pewnym problemem było to, że granica nie istniała przecież namacalnie, a tylko bardziej lub mniej umownie przebiegała tam, gdzie podpowiadało powonienie. Wcale nietrudno w tych okolicznościach przyrody o pomyłkę. Zresztą, mimo że tak skwapliwie przytaknął Mistrzowi, sam nie planował jakoś wybitnie przykładać się do pilnowania granic przed innymi kotami, bo gryzło się to z jego wrodzoną otwartością. Kałuża wolał świat bez granic, w którym członkowie klanów mogliby się odwiedzać, nawiązywać znajomości i ścisłą współpracę, bez ostrzenia za absolutnie każdym razem kłów i pazurów. Tacy terminatorzy na przykład chodziliby na księżyc czy dwa na wymiany do sąsiadów, dzięki czemu w bezpieczny sposób poszerzaliby własne horyzonty. Czyż to nie genialny pomysł?
- Zapamiętam, zapamiętam. Olchowa i Krwawnikowa Łapa - bąknął ze zmarszczonym czołem, zapisując w pamięci kolejnych dwóch Wichrzaków. Oba imiona pasowały do uczniów Lśniącej Sadzawki - Olcha bo to takie drzewo, a cała flora kojarzyła się ryżemu właśnie z praktykami Medyków, natomiast Krwawnikowa... Pewnie od krwi. Ekstremalnie, ale co kto lubi.
A Wschód przewrócił oczętami. Kałuża wykazywał tak lekkie podejście do życia, że nawet niegdyś pełnego życia rudego wojownika to mierziło. Zero poczucia obowiązku, wszystko komentował tak niezbyt poważnie, czy koty z tego potrafią wyrosnąć? Nie zapowiadało się na to szczególnie.
- Dobra, to wracamy sobie do kodeksu. Na przykład o, o zastępcach. Kot nie może być zastępcą, dopóki nie wytrenował choć jednego ucznia. No i po śmierci albo rezygnacji zastępcy nowy musi zostać wybrany, zanim księżyc będzie u szczytu nieba. - wymruczał, zerkając na rzeczne tereny, jednak nikogo nie było w zasięgu wzroku. Z jednej strony szkoda, bo chętnie by z kimś z zającojadów pogadał, a z drugiej dobrze, bo Kałuża u boku tylko by mu wstydu narobił.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
E tam. Kałużowa Łapa wychodził z założenia, że trzeba było mieć luz w kroku, żeby właśnie w wieku raptem 37 księżyców nie pozować na 90 jak Bursztyn. A tak serio, syn Ognik w ogóle nie myślał takimi kategoriami; każdy jego oddech był spontaniczny, każde uczucie szczere i bieżące. Tak samo kwestia tego, który z nich któremu zrobiłby wstyd w razie ewentualnego spotkania z klanem Wichru... Płynna jak rzeka! Kałużę na pewno by polubili, jak tu nie lubić takiego pozytywnego gościa! Istniała natomiast realna obawa, że ze względu na towarzystwo Bursztynowego Wschoda Wichrzacy uciekną gdzie pieprz rośnie, żeby nie skwaśnieć jak odstałe mleko.
Rudzielec zastrzygł uchem, kiedy Mistrz łaskawie uchylił przed nim kolejnego rąbka tajemnicy związanej z Kodeksem. Temat Zastępców był Kałużowej Łapie akurat szczególnie bliski ze względu na jego matkę, niegdyś Zastępczynię, co nasunęło mu pytanie.
- A jak to w sumie jest z tym, Bursztyn? Moja mama musiała zrezygnować z rangi i przejść do Starszyzny, czy to był jej wybór, ale jakby chciała, to mogłaby dalej zastępować Czerwoną Gwiazdę? - wypalił, kreśląc ogonem w powietrzu esy floresy. W sumie szkoda, że Ognistopręga nie doszła do rangi Przywódczyni, ale Kałuża szanował jej decyzję i wiedział, że podjęła ją dla dobra klanu. Zresztą jego kochana staruszka zasługiwała na odpoczynek po tylu księżycach oddanej służby Rzece.
Z drugiej strony jednak przydałaby się odrobina ogłady, by zachowywać się jednak na te trzydzieści parę księżyców, a nie, jakby się wiecznie miało cztery. Nie ma jednak co się dziwić, Kałuża wcześniej zajadal się mysimi bobkami u dwunogów, a odkąd wrócił, wciąż jest terminatorem, który nie zakosztował ani odrobiny odpowiedzialności.
- Sama się na to zdecydowała, po prostu oddała miejsce komuś młodszemu. Chociaż nie wiem, czy w przypadków przywódców też to tak działa. - czy Czerwia mogłaby odejść do starszyzny i tam do reszty posiwieć, czy też musiała swoje mityczne dziewięć żywotów odbębnić na stołku? Któż to wiedział, na pewno nie zwykli wojownicy. Chociaż, z drugiej strony, pewnie po prostu kocica mogłaby odpuścić i nikt by jej za to nie zjadł. A czy chciała czy nie, to już nie jego decyzja.
- O, widzisz te drzewa na wprost nas? - dla pewności pokazał Kałuży jeszcze podbródkiem kierunek, gdzie na wzgórzu było widać cztery okazałe korony. - To są Cztery Dęby, i tylko tam graniczymy z Cieniem. - dodał. Byli w sumie niedaleko, a z dębami wiązał się jeden z punkcików kodeksu, ale to zaraz, tylko dojdą na miejsce.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Tak jak przypuszczał, mama z własnej nieprzymuszonej woli postanowiła zakończyć karierę, ale nie istniał odgórnie narzucony próg księżyców, po którym należało ustąpić ze stanowiska. Ciepły uśmiech przeciął pysk o barwie płonącej pomarańczy na myśl o tym, jaką wspaniałą miał rodzicielkę - dobrą, pracowitą, odpowiedzialną kocicę. Następnie Kałużowa Łapa poświęcił chwilę na to, co zajęło również Bursztynowego Wschoda, mianowicie rozważania, czy Przywódców obowiązywały te same prawa co Zastępców. Nie znalazł jednak w prążkowanej głowie rozwiązania przedstawionej zagadki, a zresztą po pamiętnym incydencie w Słonej Grocie, niechętnie skupiał się na sylwetce popielatej Przywódczyni... Ostatecznie z ulgą pożegnał ten wątek, nic od siebie nie dodając.
W zamian wzrok kocura wystrzelił w kierunku majaczących na horyzoncie drzew, osławionych Czterech Dębów. A więc to będzie ich kolejny przystanek... Kałuża mimowolnie podkręcił trochę tempo, wyrzucając z siebie prędkie, entuzjastyczne "aha". Najchętniej by pobiegł, ale nie chciał zostawić za sobą Mistrza.
Ojejku, jejku, jaka wspaniałość, nic tylko całować po stópkach! Wschód jednak lubił i szanował Ognistopręgą i z pewnym rozżaleniem słyszał o jej rezygnacji, też jednak uważał, że należał się jej odpoczynek. Kotka księżycami służyła swojemu klanowi jako wojowniczka i zastępczyni, a teraz odpuściła na rzecz młodszych. Czy słusznie, kiedyś się przekonamy.
Wschód na moment zgubił krok, kiedy Kałuża aż tak wyrwał się do przodu, jakby niepewny, czy biec, czy nie. Ah tak? Więcej zdecydowania, chłopie, albo dostaniesz po pysku za niesubordynację, albo nie! Wschód delikatnie uśmiechnął się pod nosem, po czym sam przyspieszył tempa i przeszedł do biegu. Wyciągał łapy najbardziej jak potrafił i nieważne, czy Kałuża go wyprzedził, czy nie, zatrzymał się dopiero przy ogromnym dębie.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Ta, jasne, zdecydowania. Po tylu księżycach razem dostatecznie poznał się na starszaku, aby podskórnie przeczuwać, co go może spotkać za określony typ zachowań. I tak gdyby posłuchał tego cichego, wiecznie młodego głosiku zachęcającego do wyścigu do Czterech Dębów, Bursztyn zbeształby go jakby jutra miało nie być za dzieciuchowanie. Bujać to my, ale nie nas, Wschód. Niemniej kiedy kocur wyciągnął łapy, okrywając zblazowany pysk lekkim uśmiechem, dla Kałuży zapaliło się zielone światło. Śmiech terminatora rozszedł się nagle gromko po lesie, akompaniując trelowi ptaków i szumiącemu wśród drzew oraz krzewów wiatru. Naprawdę i szczerze, aż sam nie dowierzał... Zaczynał lubić Mistrza, mimo że ten uparcie sprawiał wrażenie jednego z tych, któremu kij utknął w poprzek w ciele, zaczynając się w jednym otworze ciała, a kończąc w drugim. Ale przy wytrwałej gimnastyce szło poznać przystępniejsze oblicze partnera Kukułki. Tak po dniu dzisiejszym wnioskował Kałużowa Łapa, choć sytuacja na bursztynowym froncie była niezwykle dynamiczna i już podczas kolejnego spotkania mogli znowu zacząć sobie na poważnie dogryzać. To znaczy Bursztyn jemu.
Na razie puścił się biegiem w ślad za mentorującym wojownikiem, z raz czy dwa wysuwając płomienną mordę na prowadzenie. Na mecie musiał jednak uznać przewagę drugiego biegacza, w efekcie czego pociągnął z udawanym smutkiem nosem.
- Byłeś pierwszy, moje gratulacje - sapnął między głębokimi oddechami, spoglądając radośnie w pomarańczowe gały.
A żebyś wiedział, że potrzeba zdecydowania. I czasem elementu zaskoczenia, jak teraz. W mig znaleźli się przy Czterech Dębach, lekko dysząc.
- Księżyce treningów. - sapnął tylko wojownik, po czym odetchnął głębiej. Dał sobie jeszcze parę uderzeń serca na uspokojenie oddechu, zanim przejdzie dalej. Cóż, na razie to on sobie chwilę pogada, a Kałuża niech odsapnie i posłucha. Chociaż tyle ugrał, zajmując zaszczytne drugie miejsce w tym dwuosobowym wyścigu.
- Więc no, Cztery Dęby. I o nich jest w kodeksie, w punkcie o zgromadzeniach. Zgromadzenie czterech klanów odbywa się z woli przywódców podczas pełni księżyca, i wtedy trwa rozejm. Ale o więcej mnie nie pytaj, odkąd żyję ten punkt jest martwy. - stwierdził po prostu, wzruszając barkami, po czym ogonem wskazał kierunek, gdzie znajdowały się cieniste tereny. - O, a tam są tereny Klanu Cienia. Ostatnio ich medyczka, Ciernisty Kwiat przepadła i w klanie został tylko jej terminator, Szczypiąca Łapa. - poruszył wąsami. Doprawdy to śmieszne, kiedyś Wicher miał problem z medykiem (pewnie dlatego teraz mają aż dwóch terminatorów), potem ten Grom, teraz jeszcze Cień... Jak dobrze, że oni od zawsze mają komplecik.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Gdy serce zwolniło, a ostatnie słowa uznania pomiziały Mistrza po uszach i ego, Kałużowa Łapa rozejrzał się z nieskrywanym zainteresowaniem po okolicy. Wkrótce podziwianą ilustrację wzbogacił głos rudo-białego, dzięki czemu ta stała się prawie jak interaktywna, edukacyjna makieta.
- Czyli kiedy są Zgromadzenia, to tutaj, tak? - postanowił się upewnić, luźnym krokiem podchodząc bliżej jednego z dębów o grubym pniu. - I teraz przecież trwa rozejm, a Zgromadzeń nie ma, co Ci Przywódcy... - dorzucił lekko nieobecnie, po czym zadarł łepetynę w górę, żeby przyjrzeć się majestatycznym gałęziom drzewa, jeszcze nagim, ale i tak robiącym spore wrażenie. Z zamyślenia wyrwał go Bursztynowy Wschód, zdając mu relację z aktualnej sytuacji w klanie Cienia, dotkniętego małym kryzysem medycznym. - Niedobrze - burknął krótko. Ano niedobrze. Czasy były niepewne, więc brak Medyka stanowił jawne zaproszenie koronawirusa do siebie. Kałuża pożyczył klanowi Płomykówkowej Gwiazdy rychłego zdobycia nowego szamana i podszedł do Mistrza, zwarty i gotowy wobec kolejnych wyzwań. A co zaś do ich kompleciku... Oby tak zostało, ale nie ma co się z tym wychylać, bo i im fortuna potoczy się kołem.
- Tak. - odpowiedział, przewracając oczami. No chyba to było logiczne, skoro zgromadzenia były czterech klanów a tylko dęby były miejscem, gdzie wszystkie się zbiegają. Co jak co, ale niestety niektóre koty były specjalnej troski i trzeba było wszystko im wytłumaczyć dosadnie. Rudy kocur strzepnął ogonem i ruszył powoli przed siebie, w stronę rzecznej granicy z Klanem Gromu.
- No to idziemy dalej. Jeszcze odnośnie przywódców, to kodeks mówi, że zastępca zostaje przywódcą kiedy poprzedni umiera. - dobijająco logiczne, cóż. - A tu zaczyna się nasza granica z Gromem. Tylko nie wdychaj ich zapachu zbyt mocno bo jeszcze ci nos odpadnie. - rzucił, zerkając czujnie w stronę gromowych terenów. Nie wiadomo, co za idioci się tam czają. - I teraz chyba ostatni punkt kodeksu: broń swojego klanu, nawet kosztem własnego życia. Możesz się przyjaźnić z kimś z poza klanu, ale twoja lojalność musi pozostać przy nim, jeśli pewnego dnia dojdzie do walk. - mruknął, teraz już patrząc na Kałużę.