Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Logiczne bądź nie, dawny Pieszczoszek wolał mieć absolutną pewność, skoro za kilka księżyców to jemu przyjdzie przygotowywać kolejne pokolenia terminatorów do wojowniczego życia. Dobrze, żeby jego wiedza była wówczas kompletna, a nie tylko powierzchowna; czuł się poniekąd odpowiedzialny wobec swoich przyszłych podopiecznych, więc jeśli Bursztynowy Wschód zamierzał wywracać po drodze oczami - trudno, na zdrowie, może mu tak zostanie.
- Okej - skwitował faktycznie niebudzący najmniejszych wątpliwości urywek Kodeksu, gdy postój dobiegł końca i zaczęli spacerowym krokiem zmierzać ku ostatniej z granic ich niemałego terytorium. Trudno, aby Klan miał jednocześnie Przywódcę Alfa i Przywódcę Beta; naturalną koleją rzeczy było zgaśnięcie jednego panowania, aby mogło wzejść kolejne.
Wtem syn Ognistopręgiej wywalił język na wierzch i się wyraźnie skrzywił, ponieważ dokładnie w momencie, w którym Mistrz przestrzegł go przed gromowymi zapaszkami, taki właśnie doleciał do jego nosa.
- O fu, ale wali! - wypalił głośno, by następnie spłoszony obejrzeć się przez ramię na ziemie Gromiaków, czy aby nikt nie usłyszał jego spontanicznej uwagi. Nie chciał urazić sąsiadów, czy coś, ale mogliby naprawdę być trochę bardziej za pan brat z toaletą. Odskoczył wgłąb rzecznego królestwa z podniesionym na karku futrzanym kołnierzykiem. Lepiej. Można oddychać można myśleć.
- A doszło kiedykolwiek w ogóle do jakichś walk z innymi klanami? - zapytał nieco sceptycznie nastawiony do pozostawiania lojalności tylko przy klanie, zamiast też przy przyjaciołach spoza na wypadek konfliktu. Konieczność wybierania stron wydała się Kałużowej Łapie nieludzka, a może inaczej - ludzka, bo ludzie to częstokroć dwulicowe bestyjki, ale niekocia. Póki co nie miał żadnych znajomych poza klanem, ale wiedział, że to kwestia czasu jak takie nabędzie... A może lepiej nie pozyskiwać kolegów i koleżanek poza klanem, skoro i tak będą musieli to być znajomi drugiej kategorii? Kałuża usiadł na moment i zaraz wstał, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić w obliczu tak niefajnej zagwozdki.
Wali, ano, ryżawy kolego. Wschód uśmiechnął się delikatnie pod nosem. I oto jeden z nielicznych momentów, w których terminator zapunktował u rudo-białego mistrza. Sam uważał, że grom niesamowicie śmierdzi, i to było przyjemne wiedzieć, że ktoś podziela jego zdanie.
- Ostrzegałem. - mruknął tylko, patrząc na dezertera. Oj, lepiej się przyzwyczaj, Bursztynowy nos już się przyzwyczajał do takich ekscesów. W końcu ktoś musiał patrolować tą granicę a on nader chętnie się do takich patroli zgłaszał. Przynajmniej miał pewność, że jeśli jakiś Gromiak przekroczy granicę, on zadba odpowiednio o to, by więcej to się nie powtórzyło.
- Takich dużych walk to nie, raczej obicie pysków na granicy, albo coś w tym stylu. - odpowiedział, zbliżając się do terminatora i jednocześnie odsuwając się nieco od granicy. Ważne, że rudzielec wiedział, jak to cuchnie.
Jak Kałuża nie będzie miał pytań to możesz zacząć kolejny dzień c:
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Pokiwał energicznie głową, uspokojony na tyle, by dalej nie drążyć tematu. Czyli jest nadzieja dla jego innych niż rzeczne przyjaźni - może zakręci się wokół Wichrzaków, tam pachniało całkiem ładnie, jakby wiatrem, deszczem i trawą. Rudy i bardziej rudy na wszelki wypadek oznakowali jeszcze własne poletko, po czym zawrócili zgodnie do obozu.
***
I kolejne spotkanko przed nimi. Kałużowa Łapa pierwszy raz zjawił się na Kocim Grzbiecie o umówionej porze przed Mistrzem, więc był na miejscu, aby gdy ten wreszcie nadszedł, poczęstować go gigantycznym uśmiechem. Bursztynowy Wschód wygrał wyścig do Czterech Dębów, dlatego terminator postanowił sobie przy kolejnej okazji się na nim niewinnie odegrać. To był ten moment. Wyspany i najedzony, tryskał nadto energią na cały treningowy placyk. - Dzień dobry! - zakrzyknął na widok Bursztynowego donośnie i skoczył wesoło na równe łapy, dotychczas siedząc względnie spokojnie na zadzie. - Co dziś porabiamy, Mistrzuniu? - zapytał, pozwalając sobie na drobną, przyjacielską poufałość. Po tylu księżycach razem, gdy widywał biało-rudego częściej niż kogokolwiek w klanie, nawet częściej niż własną matkę, przychodziło mu to dość naturalnie. Tu i teraz wwiercił z kolei wyczekująco wzrok w partnera Kukułki, no, niech już zaczynają.
Za terminatora zdarzało się, że Wschód spóźniał się na treningi. Albo zaspał, albo był zbyt zajęty jakimiś innymi rzeczami. Sowa jednak jakoś szczególnie go za to nie karała. Rudy kocur jednak dojrzał, i od swoich terminatorów wymagał punktualności, jednocześnie samemu stawiając się na czas. No, prawie.
Tym razem się spóźnił, ale niewiele. Kałuża, wręcz tryskający energią i dobrym humorem, już na niego czekał. Cóż, Wschód nie był w tak dobrym humorze. Martwił się nieco o Kukułkę, poza tym troszke gryzła go nadal sprawa Sokoła i Skry. Te problemy jednak zdecydował się zostawić na potem. Tego dnia musiał być w pełni skupiony na treningu, ze względu na to, co zaplanował.
- Trenujemy walkę. - odpowiedział, wcześniej witając się jedynie nieznacznym skinieniem głowy. Nie był do końca w nastroju na żarciki, ale też nie był tak jadowity, by jakoś skarcić terminatora. Co zrobić, jego myśli jeszcze uciekały ku burej wojowniczce. - Powiedz mi, masz jakąkolwiek wiedzę o walce? Na przykład, hm, w jakie słabe punkty najlepiej celować? - zapytał, spoglądając w zielonkawe oczy terminatora i zmuszając się do powrotu myślami do tu i teraz.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Ojej... Kałuża zwiesił trochę pyszczek, żałując, że humor z granicznych spacerków zdążył się z Mistrza ulotnić, ale stosunkowo szybko wylizał nową rankę na serduszku, bo oto czekała na niego emocjonująca WALKA. Na to jakby urósł w miejscu, choć wzrostu już mu nie brakowało dzięki genom Rudzikowego Ognia, i rozhuśtał ogon.
- Nie mam no bo skąd, ale hm... - wyznał szybko z rozbrajającą szczerością, po czym odrobinkę się zwiesił ze zmarszczonymi od intensywnego kminienia brwiami. - Pewnie oczy, nos, uszy, gardło...? - strzelił po dokonaniu krótkiej analizy własnych partii ciała, w które za nic nie chciałby oberwać.
Jak to skąd, na przykład mógł zaczerpnąć wiedzy u kolegów z obozu, albo i u swojej mamy. Uszy Wschoda lekko pochyliły się w tył. A czego to on się spodziewał? Kałuża mu nijak nie ułatwiał zadania, musiał sam się natrudzić nad jego wychowaniem.
- No może być. - mruknął, poruszając ogonem. Takie podstawowe rzeczy, no ale dobra. - Warto celować właśnie w oczy, nos, ogólnie w pysk. Uszy łatwo się targają, a pociągnięcie za ogon bardzo boli. Brzuch jest też bardzo wrażliwym miejscem, a jak na przykład uderzysz w łapy, to pozbawisz przeciwnika równowagi. - tak w skrócie mówiąc. - Warto na przykład jakoś oślepić przeciwnika, czy to rzucić mu w oczy ziemią, śniegiem czy innymi kamyczkami, albo ustawić się pod słońce. Ogólnie wykorzystuj otoczenie, i swoje mocne strony. Jak jesteś silny, atakuj, jak bardziej zwinny, to zmęcz przeciwnika. - rzucił, po czym dał dosłownie dwa uderzenia serca Kałuży na przyswojenie tej wiedzy, by wziąć atak z zaskoczenia. Po prostu skoczył ku rudemu kocurowi i zamierzył się na to, czego chciał od dawna - łapą ze schowanymi pazurami chciał walnąć go prosto w nos.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Ale po co miałby pytać kolegów, albo mamy, skoro to on był jego Mistrzem i nikt nie naumie go tak jak stary dobry Bursztyn, hę, hę? Zresztą, Kałużowa Łapa nie kręcił się myślami tylko wokół treningu, dźwigał na swojej towarzyskiej łepetynie wiele innych, nie mniej zajmujących spraw oraz tematów pogawędek, coby w kółko trajkotać o jednym i tym samym. Musiał na przykład uczestniczyć w śledztwie Ciernika biorącym za cel odszukanie jego ojca, musiał całować ziemię, po której stąpała Pajączek, musiał ośmielać Śliwkową Pestkę, musiał służyć Wieczorowi radami, podsunąć Wiewiórce pierś do płakania na pogrzebach i wiele, wiele więcej. A poza tym, może być, słyszeliście? Radził sobie, oto cenny dowód - bursztynowa, skondensowana pochwała! Kałuża pokazał komplet ząbków w uśmiechu, niezmordowanie patrząc na Mistrza i zachęcając do odpowiedzi tym samym. Wysłuchał wszystkich rad z żywym zainteresowaniem, ale średnim rozgarnięciem, jako że jeszcze trochę przeżywał rozpoczynający się temat walki i potrzebował czasu na wsiąknięcie w niego, a także pełne skupienie... Co mu nie będzie dane.
- HEJ - zdążył wykrztusić przejęty, zupełnie jakby uznał, że Bursztynowy Wschód tak na serio chce mu wklepać. W mgnieniu oka dał susa do tyłu z przytulonymi do czaszki uszkami, licząc na to, że być może zyskał trochę czasu na to, by otrzeźwić Mistrza, który nagle dostał wścieklizny i zaatakował własnego terminatora. - Czemu to zrobiłeś?! - huknął, wybałuszając na kocura gały. Dawnemu Pieszczoszkowi ciężko przychodziło zrozumienie, co tu się właśnie zadziało, zwłaszcza, że zadziało się bez ani jednego ostrzeżenia, wstępu, przygotowania, toteż wyglądał jak wyglądał. Po prostu nie wszedł jeszcze w zaplanowaną rolę.
Choć Kałuża próbował uniknąć ciosu, Bursztyn był szybszy. Skorzystał z elementu zaskoczenia i wyskoczył w przód, wyciągając przednią łapę. Rudy terminator z szoku został jednak na miejscu zbyt długo, by wyjść z tego bez szwanku, więc kiedy już zaczynał manewr odskakiwania, mistrz zdołał pacnąć go w nos. Nieszczególnie mocno, bo Kałużę nawet to nie zabolało, ale jednak mógł poczuć opuszki Wschoda.
- Najlepszy atak, to atak z zaskoczenia. - mruknął, uśmiechając się delikatnie pod nosem, i obserwując czujnie zszokowanego terminatora. Haha, żebyś ty widział swoją minę! Ogon Wschoda smagnął powietrze; rudy kocur powoli czuł, jak wracają mi siły i chęci do życia. Musiał częściej wybierać się na sparingi. - Pamiętaj, walczymy bez drapania i gryzienia. Mam nadzieję, że jesteś gotowy. - a raczej, że nie jesteś, żebyś zebrał większe bęcki, hehe. Tym razem Wschód też nie zamierzał długo czekać, bo po dwóch uderzeniach serca ponownie ruszył, by zaatakować. Tym razem jednak zamierzał machnięciem łapy uderzyć w łapy Kałuży i sprawić, że rudy kocur straci równowagę.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Masz ci rybo płetwę... Mistrz rwał się do bitki jak pospolity G r o m i a k. Widać postanowił odbić sobie z nawiązką te pełne dyskretnego zgrzytania zębami księżyce, kiedy nie mógł go tak po prostu zlać, wyczekał jak modliszka, aż dotrą do walki i trach - Kałuża zarobił w nos. Bursztyn udzielał terminatorowi ostatnich wskazówek, podczas gdy ten zezował na obity paluszkami kulfon ze zgrozą. Płomiennorudy kocur kompletnie nie przejawiał na co dzień, ani nawet od święta żadnych agresywnych zachowań, toteż idea walki umykała przed jego szarymi komórkami w popłochu. Dopiero upewniony, że nic tutaj nie dzieje się na poważnie odzyskał rezon i pogodę ducha, tłumacząc sobie, że to taka zabawa, zaprawa przed pojedynkami z przyszłości, których prawdopodobnie nigdy nie stoczy!
- Okej! - zgodził się krótko, jowialnie. No to uważaj teraz, gościu...
Kałużowa Łapa już się spodziewał Wschoda daleko za swoją osobistą strefą, więc tym razem przynajmniej psychicznie był przygotowany. Znów spróbował uniknąć kocura przez wyskoczenie wysoko w górę - tylko tyle, żeby się z nim minąć, ale pozostać w bliskiej odległości. Gdyby szczęśliwie opadł na ziemię bez podciętych łap, ryży spróbowałby przejść do kontry i w tym celu chlasnąłby łapą przeciwnika w gardło.
Gromiacy byli znani z tego, że walczyli niczym półgłówki, i pewnie rzucali się i na roje pszczół. Rzeczniacy zaś uczyli się walki, jakby to była wspaniała sztuka, nawet jeśli sprowadzała się do obijania sobie mordek.
Tymczasem dwa kocury zaczęły na nowo się okładać. Teraz znów jednak Wschód wystartował jako pierwszy, a zatem dzięki temu udało mu się ponownie zaskoczyć Kałużę, który oberwał łapą mistrza po swoich nogach. Wyskoczył jednak w górę, tylko już po fakcie, i wylądował nieco dalej mistrza, zyskując trochę przestrzeni.
Wschód tymczasem nie zamierzał odpuszczać. Zdecydowany nie dawać terminatorowi ani chwili wytchnienia, podbił łapą grudki ziemi, które miał w zasięgu, i posłał w jego stronę, celując nimi w oczy, by zaraz potem wyskoczyć ku Kałuży z łapami wyciągniętymi przed siebie, celując prosto w jego pierś.
Na przyszłość - w jednym poście możesz zawrzeć tylko 1 unik albo tylko 1 atak, nie oba na raz c: Wzięłam pod uwagę to, co było opisane jako pierwsze
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
l ojeja, rozpędziłam się, sorka XD
Jaki zawzięęęęty, przeszybowało szybko przez głowę Kałużowej Łapy, którego pysk milcząco ułożył się na moment w literkę „O”. Znowu poniósł klęskę i tym razem oznaczało to błyskawiczny strzał po łapach, zresztą jakiś taki podejrzanie mocny jak na sparingowy. Nie pisnął jednak ni słowa, tylko podgotował się w środku, śledząc z zaciętą miną poczynania Bursztynowego Wschoda, by przy kolejnym podejściu być W PORĘ przygotowanym na atak. Ale takiemu jak on zawsze piaskiem w oczy… Terminator przejrzał zastosowany fortel, gdy pierwsze ziarnka oderwały się od ziemi i postanowił instynktownie przymrużyć powieki. Przez pozostawione szparki widział lecącego w jego kierunku Mistrza, ale tym razem – skoro uniki były nieskuteczne – spróbował odpowiedzieć tym samym. Mając go już w swoim zasięgu palnął łapą z nadzieją, że trafi nią kocura w pysk, najlepiej gdzieś w okolice oka.
Ano, zawzięty, rude podobno jest wredne. A jednak, Wschód nie zamierzał odpuszczać. Posłane przez niego grudeczki ziemi uderzyły Kałużę w oczy, a parę niesfornych ziarenek przedostało się przez szczelinę i sprawiło, że syn Ognistopręgiej mógł poczuć pieczenie. Mimo to jednak jego plan się udał - kiedy mistrz się zbliżył, źle oceniając odległość i po prostu lądując przed terminatorem, ten wyciągniętą łapą pacnął go w pysk. Może nie trafił tak aż blisko oczu, ale w sam grzbiet nosa.
Rudy wojownik musiał powstrzymać się od syczenia czy naplucia Kałuży w pysk, zamiast tego zmarszczył nos z powodu odczuwalnego ciosu.
- Tylko na tyle cię stać? - zakpił, by następnie skorzystać z bliskości, by podnieść się na łapy. W takiej pozycji chciał złapać terminatora za szyję i uszczypnąć go w ucho. Niezbyt mocno, ale na pewno nie bezboleśnie.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Biedny Kałuża nie mógł w sobie dobudzić wewnętrznej bestii - lwa, który zerwałby się do walki rycząc jak opętany. Dawny Pieszczoszek prędzej zaśmiałby się przyjaźnie, gdyby to dopuszczała konwencja, jednak mentor zadbał o stworzenie w ich walce przekonująco wrogiej atmosfery wprawiającej w lekkie, autentyczne zdenerwowanie. Piasek sypnięty w oczy spełnił swoje zadanie, dezorientując syna Ognistopręgiej, a przede wszystkim powodując łzawy dyskomfort. Na szczęście trafił; rude paluszki zagrały na nosie Bursztynowego Wschoda, na co zareagował głębokim pomrukiem najwyższego zadowolenia.
- Zobaczysz! - odparował przebiegle. Chyba zaczynał łapać, o co w tym chodzi! Jak na razie wyciągnął lekcje, że bardziej opłacało się atakować, coby tak zupełnie nie przejść do defensywy i sromotnie nie przegrać. Toteż na widok wspinającego się na tylne łapy Mistrza terminator zwiesił się niżej, by następnie z całym impetem, na jaki mógł sobie pozwolić w walce poglądowej spróbować tryknąć go twardą czaszką w brzuch i tym samym przewrócić kocura na plecy, gdzie - gdyby jakimś cudem się udało - chciałby go przyszpilić do ziemi.
No, już trzęsę ogonem! Wschód czuł, jak krew pulsuje mu w całym ciele, kiedy wykonywał swój atak. Udało mu się zawiesić łapy na szyi terminatora, jednak w tym samym momencie poczuł uderzenie w brzuch, które odebrało mu dech. Siła, z jaką Kałuża wykonał swój atak sprawiła, że syn Zroszonego Listka poleciał do tyłu, jakby odrzucony, i legł na grzbiecie, nie bardzo wiedząc, co się dzieje w pierwszym momencie. Kałuża więc dopiął tym razem swego w całym swym misternym planie, i teraz mógł górować nad mistrzem i podziwiać go w otoczeniu trawy Kociego Grzbietu. Jednak nie na długo, bo kiedy tylko Wschód pochwytał myśli i zrozumiał, co się stało, podkulił tylne łapy ze schowanymi pazurami i z mocą, ale nie z całej siły wypchnął je w górę, celując w brzuch Kałuży. A masz, pięknym za nadobne! Tym manewrem też chciał pozbyć się rudzielca znad siebie, by móc pozbierać się na łapy.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Kocur zaśmiał się głośno lądując na zdezorientowanym przeciwniku, z którego momentalnie, jak z flaczejącego balonika, uszło całe powietrze. Nawet nie wzruszył się obejmującymi go czule za szyję łapami, bo te zaraz zniknęły, przywracając mu pełną swobodę ruchów. Co za widok! Wschód w trawkach, pokonany, uwięziony przez swojego ulubionego terminatora. Nie czas jednak na sentymenty, trzeba było dokończyć dzieła i uśmiercić resztki bursztynowego honoru! W tym celu Kałużowa Łapa błyskawicznie rozwarł szczęki, usiłując złapać za białe kłaki na krtani, by tak obficie je zrosić śliną, żeby Mistrz zaczął w niej w najlepszym razie pływać. Starał się przy tym wytrzymać w niezmienionej pozycji mimo wymierzonego kopniaka; a to mocniej popracował cielskiem nad wywieraniem mocniejszego nacisku na pomarańczowookim, a to napiął mięśnie brzucha, chcąc zniwelować ból spadający na atakowaną część ciała.