- Tak myślę? - rzuciła niepewnie. Nie była wielką znawczynią kwiatów i dla niej wszystko co było małe i białe było stokrofką. Więc świetnie się dobrali na te poszukiwania.
Już chciała się oburzyć, że tyle to ona wie. Bo przecież nie szła tędy pierwszy raz i zdążyła już dowiedzieć się od Czereśni, że to duże, czarne i śmierdzi. Zdążyła zmarszczyć brwi, ale nie zdążyła wyrazić sprzeciwu wobec traktowania jej jako aż tak niedoinformowanej, nim Łabędź dokończył wypowiedź. Rysy szarej na powrót złagodniały, gdy słuchała o wyprawie.
- Hm... chyba normalnie? Skoro nie trzeba było pływać? - podzieliła się głośno swoimi myślami. Bo tak zrozumiała słowa Łabędziej Szyi. Że to ich malutka Gwiazda (chociaż Ość nie powinna oceniać cudzego wzrostu akurat) była po szyję w zimnej wodzie. Wiadomo, cierpieliby mocząc sierść, ale chyba bez przesady?
Skinęła tylko głową w odpowiedzi na pytanie. Nie wiedziała co dodać. Sama by pewnie w życiu nie weszła do takiego potwora, ale pieszczochy, które na co dzień przebywały z dwunogami pewnie nie miały takich oporów?
- To chyba nie jest zakaz bratania? - spytała nieco zaniepokojona. Gorzej z pytaniem skierowanym do niej, bo... - Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym. Część pewnie tak, ale ci co zostali porwani i próbują uciec? Raczej nie.
Potrząsnął głową i zaśmiał się lekko.
- Wybacz, użyłem skrótu myślowego. - I to takiego dużego, że aż uciął połowę treści po drodze. - Wszyscy byliśmy po szyję w wodzie, ale one musiały płynąć, żeby ten status utrzymać i nie zatonąć. Wtedy doceniłem, że tak mi się wyrosło... A później, jak dotarliśmy do bagniska, to pożałowałem własnej tuszy. Z perspektywy czasu uważam, że idealnie się dobraliśmy na tę wyprawę, mimo że większość czasu czułem się jak piąty kot do myszy.
Nie ukrywał drobnego zdziwienia na zaniepokojony ton głosu Ości. Nie podejrzewał u niej skłonności do pchania się w niebezpieczeństwo, jakim mogli być dwunodzy. Poza tym, jeśliby jakiegoś spotkała, to raczej miałaby inne rzeczy do roboty niż szukanie z nim kontaktu. Chyba że nie myślała teraz o sobie i swojej przyszłości, a na przykład o Agreście? I jej hipotetycznym przebywaniu na osiedlu łysych stworów. Ale i o to nie musiała się obawiać; jak by nie było, zaginiona siostra Karasiowej Łapy nie była wojownikiem.
- Nawet jak nie takie było założenie, to nie sądzę, by wojownicy mieli okazję na zaprzyjaźnianie się z dwunogami. - Teraz on podzielił się swoją opinią. - Ich obecność na terenach klanu to zły znak, o którym trzeba poinformować resztę. A w innym przypadku ciężko ich spotkać, chyba. Kornikowy Konar przebywał z nimi przez jakiś czas i go nie więzili. Koegzystowali. Ba, otrzymał od nich pomoc. Tyle że wtedy żył poza klanem. A jak uważasz, skąd ta zasada o pieszczochach?
- Ach, dobra, to ma sens teraz. - zgodziła się ostatecznie, niepewna czy Łabędź rzeczywiście użył skrótu myślowego, czy to ona była po prostu zbyt głupia żeby zrozumieć bez tłumaczeń jak dla małego kociaka. I przyjęłaby dalszą historię bez komentarzy jakichkolwiek, gdyby jej coś nie zaniepokoiło. Spojrzała przelotnie w stronę kremowego, zaraz znowu powracając wzrokiem do swoich łap. - Czemu jak piąty kot do myszy?
Słyszała o tym, że są niewielkie szanse na spotkanie dwunoga, gdy nie opuszcza się terenów klanowych. Niewielkie, ale wciąż nie zerowe i miała cichą nadzieję, że skoro nigdy w życiu nie słyszała jeszcze ostrzeżenia od przywódcy, że się plączą tacy tutaj, to że po prostu odpuścili sobie zapuszczanie się w tę część świata.
- Hm, słyszałam, że koty mogą wybrać życie pieszczocha ze względu na lenistwo. Nie muszą wtedy polować, walczyć pewnie też nie. To może być z tym związane? - nie była pewna czy to się liczy jako odpowiedź, więc próbowała przypomnieć sobie coś jeszcze ze spacerów z Czereśnią. - Ach, no i ciężko być lojalnym wobec klanu, gdy mieszkasz daleko od niego. - to chyba również istotne. Zaraz jednak wróciła do tematu, który ją bardziej ciekawił, nowej informacji. - Kornikowy Konar był u dwunogów? Opowiadał coś więcej o tym?
Ostatecznie nigdy nie spytała Pajęczej Nogi o jej doświadczenia, no cóż.
Zasępił się na kilka uderzeń serca. Nikt mu wtedy nie powiedział, że jest niepotrzebny i zawadza, więc nie mógł na tym bazować. Co skłaniało go ku odczuciu delikatnego wyalienowania?
- Pewnie dlatego, że pozostali mieli swoją rolę. Nie szli bez powodu. Ćma Gwiazda była główną zainteresowaną z wiadomych względów, Kornikowy Konar to jej brat, a dodatkowo miał za sobą jedną taką wyprawę, znał drogę. Już pomijając resztę użytecznych atutów, jak siła chociażby - wymieniał. - Gorzka Łapa jest terminatorem medyka, za jakiś czas razem z Barwną Łapą odbędą tam swoją ceremonię, a żadne z nich nie wiedziało, dokąd dokładnie będą iść. Więc poszła na mały rekonesans. Co innego ze mną. To, że zabrali mnie ze sobą, to zasługa uprzejmości mojego mistrza.
Mówił bez żalu, uśmiechając się do przyjaciółki. Nie bacząc na subiektywne odczucia w drodze do spotkania z Gwiezdnymi, od początku do końca był przeszczęśliwy ofiarowaną mu szansą. A po śnie, w którym spotkał Lodowego Kła, ta radość jedynie wzrosła. Ale świadomości w pewnych kwestiach to nie zmieniało.
- Tak - przytaknął żywo. - Na to drugie zwróciłem uwagę, jak usłyszałem o tej zasadzie. Nie da się wieść dwóch żyć naraz, prawda? Kałużowy Krok stwierdził wtedy, że jednak raczej chodzi o tę wygodę, której wojownik nie ma i z której rezygnuje na rzecz życia na wolności, z klanem. Myślę, że obie odpowiedzi są poprawne.
Tak sobie gawędząc przeszli przez Trawiastą Dolinkę. Tereny przed nimi nie zmieniły się znacznie, aczkolwiek wystąpiła pewna nowość. Najpierw pojedyncze, a im dalej szli, tym więcej ich było, kopce.
- Kretowisko - powiedział odrobinę zatroskany. - Będzie coraz gorzej, proszę, bądź ostrożna. Zbliżamy się do rzeki, a tam roztopy czynią prawdziwe spustoszenie. W błocie da się utonąć, coś o tym wiem. A co do Kornikowego Konara, co prawda nie mieszkał z dwunogami, ale miał z nimi sporo do czynienia. Pomogli mu, kiedy się zaplątał w gruby, srebrny pęd. Przez jakiś czas wiódł samotnicze życie na osiedlu, nie wątpię, że sporo się dwunogów naoglądał. Kałużowy Krok mógłby powiedzieć więcej na ten temat samego życia z nimi - gdyby nie zaginął - bo jako młodziak był pieszczochem. Spędził kilka księżyców w gnieździe... jakiejś rodziny chyba.
- Hm, a to nie tak, że poszedłeś jako obstawa? Też rola. - pewnie w klanie nadawało się do tej roli więcej kotów niż jeden Łabędź po świeżo zakończonym treningu, ale nie można było zaprzeczyć, że jakąś rolę jednak miał na tej wyprawie. - Może i zabrali ciebie, bo twój mistrz coś szepnął siostrze, ale to nie znaczy, że nie miałeś tam roli.
Jeśli zaraz okaże się, że znowu go źle zrozumiała i mija się z głównym celem jego wypowiedzi to Ość wejdzie na najbliższe drzewo i osobiście wezwie ptaszyska, by ją sobie zabrały.
Skinęła tylko głową na zgodę. Jasne, może uważać na błoto, czemu nie. Jeśli by miała wybierać to wolałaby śmierć ze szponów gadożerów niż utknięcie w błocie.
- Opowiadał coś o tym? - spytała krótko, nie robiąc sobie jednak zbytnich nadziei.
Posłał Karasiowi wdzięczny uśmiech. To było miłe z jej strony, że tak mówiła. Nie musiała przecież próbować mu tego zracjonalizować, udowadniać, że nie był zabrany wyłącznie z grzeczności. Ciepło mu się zrobiło na sercu; w normalnych okolicznościach być może nie przejąłby się tak mocno, jednak to nie były zwykłe okoliczności, a szara nie przejawiała większego zainteresowania rzeczami, o których mówili. Co więc spowodowało tę drobną zmianę?
Nadstawił uszu i czujnie spojrzał w niebo. Nieubłaganie zbliżali się do celu podróży, granicy z Klanem Wichru. Czekało ich jeszcze trochę drogi, ale z każdym krokiem wzrastało ryzyko napotkania drapieżnego ptaka, który postanowił wlecieć wgłąb rzecznego terytorium. Łabędź na moment wlepił wzrok w oddalone sylwetki mamy i jej znajomej. Nie wyglądały na zaalarmowane, póki co mieli spokój. Mimo wszystko należało być wyjątkowo czujnym.
- Trochę. Od niego pierwszy raz słyszałem o dwunogach. Zasypałem go pytaniami - powiedział. Gdzie teraz przesiadywał Kałużowy Krok? Czy znów znalazł się u łysych stworów, daleko poza domem? Gdziekolwiek był, jego dawny terminator modlił się o dobre samopoczucie wojownika. O spełnienie. - Opowiadał o tym, jak spędzał czas na oglądaniu telewizji. Telewizor to coś przypominające przezroczysty, płaski kamień, ale to nie taki zwykły kamień. Pokazują się na nim obrazy łudząco podobne do rzeczywistości, z tym że... nią nie są. - Zmarszczył brwi. - Nie wiem, jak to możliwe, ale mistrz mnie zapewniał o nieprawdziwości tamtych obrazów. A da się zobaczyć, co sobie wymarzysz! Las, dwunożnych wykonujących różne czynności, każdy rodzaj pogody, na przykład deszcz, mimo że na zewnątrz świeci słońce. I za pomocą pilota... w zasadzie nie jestem pewien, co to takiego... te obrazy da się zmieniać. Mówił też, że czasami w gniazdach są takie szpary, nazywają je oknami. Niektóre są zasłonięte specjalną pajęczyną, by uniemożliwić kotu ucieczkę. Jeśli ci się poszczęści, to przez takie okno uda ci się uciec.
Patrzył to pod łapy, chcąc uniknąć wdepnięcia w kopiec, a co ważniejsze - utknięcia w błocie, to w niebo, wypatrując zagrożenia. Że też wybrał taką porę na spacer do granicy z Wichrem.
- Nie było mu tam źle. Dwunodzy oferowali mu rozrywkę, pozwalali trochę polować na swoje ręce - dokończył. - Dobrze dla niego. Dwunożni nie zawsze tacy są.
Tego się nie spodziewała. Że rzeczywiście usłyszy jakieś nowe informacje o dwunogach. Co prawda ta wiedza była jakaś pokręcona. Chociażby ten cały telewizor brzmiał bardzo podejrzanie. Nierealnie.
- Ale w sumie po co oglądać obrazki w tym telewizorze? Żeby spędzać jakoś czas? - czy było w tym coś głębszego czy taka forma marnowania czasu jak karasiowe drzemki? Ciężko jej było uwierzyć w istnienie czegoś tak cudacznego, ale z drugiej strony... przydałby się jej taki płaski kamień z obrazkami.
- Uciekł przez okno czy jakoś inaczej się uwolnił? - spytała. Brzmiało całkiem logicznie żeby właśnie Kałużowy Krok wymknął się przez jedną ze szpar. Szczególnie dla takiej Karasiowej Łapy, która nie wiedziała jakie jeszcze są opcje ucieczki. No, tamten samotnik wspominał, że to wcale nie jest znowu taka wielka sztuka wymknąć się im, a już szczególnie, gdy się nabierze wprawy. Te dwunogi były dziwne, z jednej strony porywały koty i trzymały u siebie, a z drugiej strony nie robiły nic specjalnego by zatrzymać te koty u siebie później. Ta specjalna pajęczyna do zasłaniania okien też brzmiała podejrzanie. Przecież byle kocię mogło zniszczyć pajęczynę ogonem, więc jak bardzo ta musiała byc specjalna?
Mruknęła coś w odpowiedzi na ostatnie słowa. Co? Sama nie była pewna. Coś niezrozumiałego. Niby planowała wypowiedź, ale nim zdążyła otworzyć pysk, zrezygnowała z mówienia czegokolwiek konkretnego, zamiast tego skupiając się na pilnowaniu, aby nie stawiać łap na tej najmiększej ziemi.
- Dla Kałużowego Kroku to była forma rozrywki, nie wiem jak odbierają to dwunodzy. Ale innych zastosowań to chyba nie ma - odpowiedział niepewnie. Szczegóły tamtej rozmowy traciły na wyrazistości, minęło do niej trochę czasu. Poza tym wtedy były to dla niego przytłaczające nowości, które robiły mu papkę z mózgu. Na następne pytanie szarej skinął głową. - Przez okno.
Łabędź zwolnił kroku. Starał się omijać większe błoto i nie włazić w miejsca, które aż krzyczały: "niebezpieczeństwo!", lecz to wymagało pewnego skupienia. Kornikowy Konar nie kłamał, gdy mówił o niekorzystnym oddziaływaniu roztopów na tereny przyrzeczne. Z każdym wschodem słońca syn Płonącego Świtu przekonywał się o tym na nowo. Dobrze, że chociaż pogoda była po ich stronie, słoneczko przygrzewało. Z drugiej strony - gdyby miało padać, w życiu nie wyszliby z obozu. Nawet w towarzystwie całego klanu, co dopiero dwóch wojowniczek patrolujących w oddali.
- Co byś zrobiła, gdybyś napatoczyła się na samotne, pieszczochowe kocię? Albo jakiekolwiek inne, pachnące Klanem Wichru na przykład - spytał i zastrzygł uszami. Słyszał szum rzeki. Dawało się dostrzec ją w oddali i - o ile wzrok kocura nie mylił - poziom wody się w miarę unormował. Dobra wieść dająca wierzyć, że spacer przebiegnie po myśli wojownika i nie będą musieli ryzykować życiem. Co innego, jeśli ukażą im się gadożery, ale i ich na horyzoncie jak dotąd nie widział.
Porzuciła temat, odnosząc wrażenie, że już nic więcej z niego nie wyciśnie. Skoro nawet Łabędź udzielał w miarę krótkich odpowiedzi to nie było na to szans. Zupełnie nie miała doświadczenia w spacerach po błocie, więc to, że się nie zapadła jeszcze to był prawdziwy cud. Starała się stawiać łapy na pewniejszym gruncie, jasne, ale ile razy rozmokła ziemia okazywała się zdradziecka, dopiero gdy oparło się większy ciężar tam.
- Ale że skąd by tu się miało znaleźć kocię, w dodatku pieszczochowe? - spytała zaskoczona poruszonym tematem. I w ogóle podanym przykładem, bo wydawał się jakiś totalnie abstrakcyjny. Za to z Wichrem już było bardziej prawdopodobne i potrafiła sobie wyobrazić, że jeśli mieli w swoich szeregach taką Zroszony Listek to napotkanie samotnego kociaka nie byłoby zaskoczeniem. O tak, karasiowa matka była z tych co by gubiły dzieci na wspólnych wyprawach i orientowały się dopiero po powrocie do domu. Znaczy, gdyby tylko zabierała gdziekolwiek swoje kociaki, a nie uciekała od nich przy każdej możliwej okazji. - Nie wiem. Głupio by było, gdyby umarło. Szczególnie, że teraz te ptaszyska tu polują, a takie kociątko to łatwy łup.
- Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałem, że coś takiego mogłoby się przydarzyć. Dopiero rozmowa z mistrzem mi uświadomiła, że takie sytuacje realnie się zdarzają i to mnie skłoniło do refleksji - rzucił wyjaśniająco. - Rozmawialiśmy wtedy o Kodeksie, a dokładniej mówiąc o punkcie, który mniej więcej brzmi tak: "Żaden wojownik nie może opuścić kocięcia w bólu czy niebezpieczeństwie". I to się tyczy każdego kociaka, nie tylko naszego klanowego.
Uśmiechnął się do Płonącego Świtu, która akurat kontrolnie odwróciła się w ich stronę. To spojrzenie przypomniało mu o konieczności zachowania ostrożności, zatem skierował wzrok ku niebu. Czysto.
- I co mnie wtedy zdziwiło to to, że Czerwona Gwiazda oczywiście nakazywała przestrzegania Kodeksu, takim nieklanowym kociętom należało zapewnić bezpieczeństwo, ale później kazała odsyłać je do dwunogów. To ogólnie brzmiało tak, jakby ich pochodzenie było zwykle nieznane, nie były zbłąkanymi duszami od sąsiadów. Czyli albo młode samotników, albo pieszczochów... W obu przypadkach dość intrygująca sprawa.
Nie musiał nawet udawać zainteresowania tematem, byle tylko przepchnąć kolejną kodeksową regułkę. Napatoczenie się na małe, bezbronne kociątko jawiło mu się jako niemożliwe, ale co jeśli? Co by zrobił? Kiedy przewodziła nimi Czerwona Gwiazda, nie miałby co się łudzić, że zagubieniec zostanie w klanie, gdzie mógłby mieć na niego oko, pomóc, być przy nim. A teraz, gdy pieczę nad klanem sprawowała Ćmia Gwiazda, to była wielka niewiadoma.
- Decyzja zawsze należy do przywódcy, ale... Jakoś ciężko robi mi się na sercu, kiedy myślę o tych odesłanych malcach. A może to nie tak? Im pewnie dobrze z dwunogami. Ale co z tymi, którzy je znaleźli? Nie... przywiązali się? To głupie uważać, że do takiego malucha da się od razu przywiązać?
Słuchała wszystkiego, nie przerywając kremowemu, aż wreszcie dotarł do ostatniego problemu. Przywiązania. Mogłaby tersz parsknąć, że taka Zroszony Listek to nawet przez parę księżyców nie przywiązała się do własnych dzieci, więc pewnie żeby przywiązać się do ledwo znalezionych maluchów to trzeba by wyjątkowego cudu. Albo pecha. Ale nie dość, że jej matka była ekstremalnym przypadkiem to do tego była też patologicznym przypadkiem, więc nie było co porownywać jej do normalnych kotów. A do tego coś innego oburzyło bardziej Karaś.
- Ale dlaczego są odsyłane? Sam mówiłeś, że dwunodzy są różni, jaka jest gwarancja, że te małe trafią na tych dobrych? - skrzywiła się na myśl o odsyłaniu hipotetycznych znajd w nieznane. A co dopiero by było, gdyby rzeczywiście trafiła na jakieś? - Przecież takie zostawianie u dwunogów to poniekąd świadome wpychanie kociąt w niebezpieczeństwo.
Jakieś to było bez sensu i zbyt losowe. I przez to sam punkt kodeksu zaczynał przypominać taki dla picu, żeby sobie był, ale przestrzegany równie starannie co ten o modlitwach po polowaniach.
Bezradnie poruszył barkami. Nie chciał, żeby w jego słowach ich poprzednia przywódczyni uchodziła za bezmyślną (a może właśnie umyślną? To byłoby znacznie gorsze) brutalkę, lecz sam nie znał przebiegu jej torów myślowych, a także nie miał pełnego obrazu sytuacji. Jak takie odsyłanie w praktyce wyglądało?
- To chyba wiąże się z jakimś zdarzeniem z przeszłości, po którym Czerwona Gwiazda stała się nieufna względem kotów spoza klanu - wyjaśnił delikatnie. - Nie wiem, kiedy ostatnio zostało znalezione jakieś kocię, ja o niczym takim nie słyszałem, więc nie znam szczegółów. Ale chcę wierzyć, że nie podrzucają ich gdziekolwiek. Może wiadomo coś o tym, gdzie mieszkają dobrzy dwunodzy? Albo oni z natury mają silny instynkt macierzyński i można oczekiwać, że zaopiekują się znajdą?
Stanął w miejscu i krótkim machnięciem ogona zasugerował Ości zrobienie tego samego.
- No i niedaleko przed sobą mamy Torfowy Rojst, a za rzeką Grząską Ziemię... - mówił ni to do siebie, ni to do towarzyszki. - Nie ma co ryzykować włażenia głębiej, podobnie jeśli chodzi o Młaczne Pola. - Uniósł wyżej głowę i popatrzył na wojowniczki, które chyba doszły do tych samych wniosków i skręciły, by iść poniekąd wzdłuż rzeki, choć w pewnym oddaleniu od niej. - No to idziemy do Wilgotnych Skałek. To się porobiło. Ciekawe jak koty z Wichru sobie radzą. Z patrolowaniem granic, mam na myśli.
Ruszył dalej, idąc ku drzewom lasu łęgowego. Miał nadzieję, że tam błoto ich nie zaskoczy. Dotychczas nie słyszał nic o tym, by źle się tam działo. W przeciwieństwie do Grząskiej Ziemi - w tym przypadku wystarczyła sama nazwa i nikłe kojarzenie faktów.
To było zwyczajnie bez sensu. Jeśli Czerwona Gwiazda była nieufna względem kotów spoza klanu to w porządku, ale co niby taki bezbronny maluch potencjalnie niebezpiecznego mógł zrobić? I to żeby zagrozić całej Rzece? Był tajną bronią samotników? No gdzie tu sens, nie ma. Ta sytuacja jej się zwyczajnie nie podobała, ale Łabędź nie usłyszał już żadnego kolejnego komentarza. Całe szczęście, że samotne kocięta nie trafiały się zbyt często, w najlepszym wypadku, Ość nigdy w życiu nic takiego się nie przytrafi i nie będzie mieć takiego problemu. Może rzeczywiście nie było to aż tak głupie wysyłanie młodych na śmierć, ale wciąż miała nadzieję nigdy nie brać w tym udziału.
Zatrzymała się. Cóż, te tereny były jednak dużo milsze, gdy przykrywał je śnieg. Teraz to co krok można było trafić na śmiertelną błotną pułapkę, słaba sprawa.
- Może po ich stronie jest lepiej? Nie są aż tak blisko rzeki. - rzuciła niepewnie, spoglądając w stronę wichrowych terenów. No dobra, wciąż nie wyglądały zbyt przyjaźnie, ale chyba te trawiaste łąki nie kryły tyle błotnych pułapek. Ruszyli śladami wojowniczek.
I tak sobie szli nie mówiąc wiele. Niepewne podłoże wymagało od nich skupienia, dzięki czemu cisza nie zrobiła się niezręczna, a raczej rozsądna. Na próżno było wypatrywać kwiatów; jedyne, czego potrzebowali i na co mogli mieć realne szanse to suchszy ląd, po którym da się bezpiecznie przejść. Łabędziowi zależało, aby żaden głupi przypadek nie doprowadził do tragedii. Był odpowiedzialny za Karasiową Łapę. Gdyby coś jej się stało, to byłaby wyłącznie jego wina. To, że uważał ją za równą sobie jeśli chodzi o umiejętności i całą resztę, to jedno. Nie dało się zaprzeczyć, że oficjalnie wciąż była terminatorką, bez znaczenia jak wiele razy tędy przechodziła, nieważne że była starsza od niego, mniej niezdarna i jeśli ktoś tu miał przypłacić życiem, to prędzej on. Musiał mieć zmysły wyostrzone pięciokrotnie bardziej niż zwykle. Co tam gniew Ćmiej Gwiazdy, sam sobie by nie wybaczył wypadku.
Wreszcie dotarli do Wilgotnych Skałek, gdzie kocur ponownie przystanął.
- Przejdę pierwszy - zakomenderował. - Poczekaj tu, proszę.
Skałki wyglądały, jakby powoli zatapiały się przez podwyższony poziom rzeki. Ich powierzchnię falami przykrywała woda. Nie było mowy o przejściu bez zamoczenia łapy, ale tego im tylko brakowało, żeby któreś z nich się poślizgnęło i wpadło. Syn Płonącego Świtu nie przewidywał tragicznych skutków, jeśliby zostali zmuszeni przepłynąć na drugą stronę, robiło się coraz cieplej, a obcowanie w wodzie wręcz mieli we krwi, mimo to nie chciał ryzykować. Powściągliwym ruchem stanął przednią łapą na pierwszym kamieniu, badając grunt. Wilgotne Skałki, jak to one, były śliskie i przezorność była wskazana. Młody wojownik niespiesznie przechodził przed kolejne naturalne tratwy, śmiesznie unosząc ogon i czasami wyginając grzbiet, jakby bał się, że zimna woda wystrzeli mu prosto w brzuch. Nigdy nie lubił przechodzenia przez rzekę, teraz zwłaszcza czuł związaną z tym nieprzyjemność. Znalazłszy się na drugim brzegu odwrócił się do Ości.
- No dobra, teraz ty - powiedział uśmiechając się z niepokojem.
Wcale się nie śpieszyła do przechodzenia na drugi brzeg, więc chętnie przyjęła propozycję kremowego i poczekała na swoją kolej. Gorzej, że wkrótce jej czas rzeczywiście nadszedł i na tym etapie głupio byłoby zawrócić. Ostrożnie wdrapała się na pierwszy kamień, krzywiąc się na wilgotną (i przede wszystkim śliską) teksturę glonów pod łapami i w przebłysku inteligencji wysunęła pazury dla minimalnie większej stabilności. Nieśpiesznie ruszyła po kolejnych kamieniach, dużo bardziej obawiając się obicia pyska niż zamoczenia futra. Dopiero na ostatnim kamieniu poczuła przypływ odwagi i niecierpliwości, więc skoczyła na ląd. Co prawda przy wyskoku nieco omsknęła jej się jedna z tylnych łap, a szara poczuła falę nieprzyjemnego gorąca, towarzyszącego takiemu ocieraniu się o śmierć, ale wylądowała na gruncie w jednym kawałku. Odetchnęła z ulgą.
- To już koniec wycieczki, czy gdzieś dalej idziemy? - spytała kontrolnie, zerkając na oddalające się wojowniczki. Już ominęli strefę gadożerów, więc czy byli jeszcze potrzebni?