Nie bez przestrachu przyglądał się przechodzącej przez skałki Karasiowej Łapie. W kilku momentach miał ochotę po prostu zamknąć oczy i poczekać, aż usłyszy jej głos po drugiej stronie, ale to byłoby niedojrzałe i takie zachowanie nie przystało mu jako wojownikowi, a przede wszystkim mistrzowi. Ograniczył się więc do wstrzymywania oddechu i zaciskaniu łap, dopóki towarzyszka nie znalazła się u jego boku. W porządku. Zero stresu, nie miał wątpliwości, że obędzie się bez problemów, jakżeby inaczej.
- Tak naprawdę dopiero tutaj jest się czego obawiać - powiedział. - Jesteśmy na Piaszczystej Mieliźnie, a według raportów patroli, ptaki były najczęściej widywane od Grząskiej Ziemi aż po okolice Czterech Dębów. Dojdziemy do Czterech Dębów i wracamy, to niedaleko.
No a w każdym razie niedaleko w porównaniu do tego, co jak dotąd udało im się przejść. Błękitnooki otrzepał się z niewidzialnej wody i trochę mniej dziarsko niż poprzednio ruszył przed siebie, za to oglądając się częściej i uważniej. Łabędzie uszy pracowały na najwyższych obrotach, tak by odgłosy zbliżających się gadożerów nie rozmyły się gdzieś między innymi, nie niepokojącymi dźwiękami natury.
- I jesteśmy przy faktycznej granicy z Wichrem - zakomunikował, gdy odbili od rzeki i znaleźli się w miejscu, gdzie znany im, rodzinny zapach Klanu Rzeki mieszał się z inną, obcą wonią. Granice były intensywnie oznaczone z dwóch stron. Nie trudno było się domyślić, że to właśnie tu. - Jak Kałużowy Krok pierwszy raz prowadził mnie do granicy z Gromem, to prawie przypadkowo weszliśmy na ich tereny, tak się zagadaliśmy. Myślałem, że mi serce stanie, kiedy mnie zatrzymał w pół kroku. Gromiacy znani są ze swojego... ognistego temperamentu. Nie wspominając o Kodeksie, który złamalibyśmy takim wstąpieniem na cudze terytorium. W końcu on zabrania nie tylko polowania na terenach innych klanów, ale wstępowania na nie w ogóle. Wiesz co jeszcze Kodeks mówi o granicach?
Zmroziło ją nieco, gdy usłyszała, że dopiero teraz zaczyna się właściwa część wycieczki. A czuła się jakby chodzili już cały dzień, jej należała się przerwa, najlepiej taka do wieczora. Z drugiej strony miejsce wcale nie zachęcało do odpoczywania, a powrót już teraz przez skałki nie należał do karasiowych marzeń. Westchnęła ciężko słysząc dalszy plan wyprawy, bo nie obiecywała, że przez cały dzień będzie tryskać entuzjazmem. W zasadzie tego nie obiecywała wcale.
- Pół kroku na cudze terytorium chyba nikogo by nie zabiło. - rzuciła, w formie przyczajonego pytania. - Bo rozumiem, że Kodeks nakazuje sprawdzania granic oraz przeganiania każdego kto przekroczy terytorium klanu, ale czy jakbyście przypadkiem weszli i zaraz zawrócili to czy to rzeczywiście byłoby łamanie Kodeksu?
Poniekąd odpowiedziała na zadane pytanie, ale przede wszystkim skupiła się na tym co jej nie pasowało w tym punkcie. Znaczy nie była nawet pewna, czy to o nim Łabędź chciał usłyszeć, bo poniekąd powtórzyła to co sam powiedział, ale miała ważniejsze zmartwienia na głowie.
- Nie widzi mi się przeganianie każdego zbłąkanego samotnika, szczególnie teraz. Co najgorszego może zrobić jak tu przypadkiem wejdzie? Utopić się w błocie? - skrzywiła się. A ona by miała utopić się wraz z nim podczas próby przepędzenia? Jeszcze by czego. Czereśnia mówiła, że Ość musi nauczyć się myśleć samodzielnie. I samodzielnie pomyślała, że to głupia zasada, której nie będzie przestrzegać jakby jej życie od tego zależało. I jej opinia oczywiście nijak nie wiązała się z tym, że takie przeganianie to konfrontacja, a ona nie lubiła konfrontacji. Żeby nie wyjść jednak na najgorszego kota w Klanie, wyjaśniła dokładniej kremowemu swoje spojrzenie na to. - Uważam, że jeśli nie poluje, ani nie wchodzi głębiej w tereny, tylko kręci się po granicy jak zdezorientowana biedronka po liściu to nie jest zagrożeniem wymagającym natychmiastowej interwencji. A ten punkt brzmi jakby każdego z miejsca trzeba było pazurami traktować za minimalne przekroczenie granicy.
Po paru krokach doszła do wniosku, że może zbyt intensywnie skrytykowała zasadę, gdy mogła spokojnie zachować te uwagi dla siebie. Nikt by na milczeniu nie stracił. Na przykład Łabędź nie straciłby resztek szacunku do szarej, o ile w ogóle jakieś jeszcze posiadał. Dlatego postanowiła ratować się zmianą tematu. - Spotkałeś już jakieś koty spoza Rzeki?
- Myślę, że to zależy od tego, kto podjąłby się interpretacji - powiedział wolno, z namysłem. - Ktoś może uznać, że takie niewinne wstąpienie poza granicę to denna próba sił i nie należy tego lekceważyć. Kiedyś mieliśmy podobny przypadek z Cieniem, a jeśli mnie pamięć nie myli, to z Gromem też. To była inna sytuacja, nikt nie czepiał się o jeden przypadkowo postąpiony kroczek. Ale koty z Cienia nagminnie przekraczały granicę, aż w końcu Świetlikowa Gwiazda odebrał Cieniowi część terenów. Równie dobrze Rzeka mogłaby być teraz na tym punkcie przewrażliwiona. Dlatego uważam, że o ile moja reakcja wtedy, na treningu z Kałużowym Krokiem była przesadzona, to lepiej nie kusić losu.
Czasami zrozumienie Karasiowej Łapy przychodziło mu z niejakim trudem. Nie miał nic przeciwko dopytywaniu, był chętny na dłuższą pogawędkę. To była część treningu, a Łabędź nie chciał go prowadzić po łebkach. Rzecz w tym, że Ość wychodziła ze swojego stanu otępienia w, wydawałoby się, losowych momentach i potrafiła wyrazić swoje zdegustowanie częściami Kodeksu wtedy, kiedy kompletnie się tego nie spodziewał. To dobrze, chyba. A wątpliwości były wskazane. Po prostu przyjaciółka miała talent do wprowadzania go w oszołomienie.
- Wiadomo, nie ma co się czepiać zagubionego kota, takiego, co nie ma złych zamiarów i najpewniej nie wie, że właśnie wkroczył na cudzy teren... aczkolwiek zapach codziennie znaczonych granic ciężko przegapić... Ale naszym zadaniem jest takiego osobnika wybadać. Przekonać się, czy rzeczywiście nie ma złych intencji, co tutaj robi, upewnić się, że nie wymaga pomocy medyka, poinformować, gdzie jest. Tak długo, jak nie będzie stanowił zagrożenia i bez problemu zgodzi się odejść z naszego terytorium, nie ma co wyciągać do niego pazurów. - Podzielił się swoimi przemyśleniami i posłał Karasiowi uśmiech, choć przyglądał się jej z uwagą, bo chciał, żeby się nawzajem zrozumieli.
Zbliżali się do Zielonego Pagórka, co wprawiło młodego wojownika w lepszy nastrój. Im bliżej Czterech Dębów, tym dalej od bezpośredniej granicy z Klanem Wichru, a naprawdę chciał mieć to już za sobą. Pokrzepiający był również widok niewzruszonych wojowniczek kroczących przed nimi. Gadożery póki co nie przejawiały agresywnych tendencji względem dorosłych kotów, gdyby było inaczej, Łabędzia Szyja zrezygnowałby z zabierania terminatorki gdziekolwiek. Ale zawsze istniało to ziarno niepewności, które wbijało się w umysł i nie dawało o sobie zapomnieć.
- Jeden raz - przyznał. Nie miał co ukrywać, jego doświadczenia z kotami spoza klanu ograniczały się do jednego, przelotnego spotkania. - Zamieniłem kilka słów z kotem spoza czterech klanów, ale to tyle. A ty?
Spodziewała się raczej próby wytłumaczenia, że to potrzebne by przeganiać każdego intruza i że nie da się przekroczyć granic przypadkiem. Ale nie, dostała lekcję historii, która miała usprawiedliwiać takie podejście... ale już później usłyszała słowa, z którymi mogła się zgodzić. Podsumowując - nie wiedziała na którym fragmencie skupić myśli, a całość była zbyt obszerna żeby się do niej odnosić. Więc rozsądnie postanowiła porzucić ten temat. Nie miała już nic do dodania chyba.
Skinęła głową słysząc odpowiedź na swoje pytanie; nieco rozczarowana, bo spodziewała się czegoś więcej, ale zgrabnie zamaskowała swoją reakcję. Co prawda zaczynając ten temat nie pomyślała nawet, że mogłaby otrzymać pytanie zwrotne.
- Mm, z dwa razy. - odpowiedziała bez rozwijania tematu. Łabędź przecież wcale nie chciał słuchać o jej przygodach z zaczepianiem obcych kotów, to ona ruszyła ten wątek, więc nie było potrzeby by opisywać mu jakoś bardziej te spotkania. Szczególnie, że jedno z nich skupiało się na pozyskiwaniu informacji odnośnie osiedla i tego jak tam dotrzeć.
Tak w zasadzie to Łabędź jak najbardziej był ciekawy przygód Karasia. Interesowała go jej perspektywa, jej przemyślenia, chętnie wysłuchałby historii z życia szarej i to nie miało wiele wspólnego z treningiem. Obecnie to on tylko gadał i gadał, bo zależało mu na przerobieniu treningowego materiału, ale przede wszystkim widział Karasiową Łapę jako przyjaciółkę, nie jedynie terminatora do wytrenowania. Nie zraził się powściągliwością kotki i zapytał żywo:
- I jak wrażenia? Kogo poznałaś?
Już od dobrych kilku księżyców obiecał sobie zainteresować się sąsiadami, wyjść trochę z tej rzecznej bańki, i ostatecznie nic z tego nie wychodziło.
Weszli na Zielony Pagórek ładnie obrośnięty świeżą trawą. Co prawda nie wszędzie prezentował się równie malowniczo, błoto obecne było i tutaj, jednak w porównaniu z kretowiskiem pagórek był jak niebo na ziemi. Wreszcie mogli poczuć coś z piękna pory młodych liści.
Pytanie Łabędzia niby było takie zwyczajne, a jednak do bólu przypominało te zadawane przez Lśniące Futerko, gdy mała Ość wracała do Chruśniaka z całodniowego ukrywania się w innych częściach obozu. Nigdy nie miała nic ciekawego do opowiedzenia kotce, więc to zainteresowanie ją irytowało. Czego ona się spodziewała? Że pewnego dnia szara koteczka zrobi coś ciekawszego niż schowanie się przed wszystkimi? Dopiero teraz, gdy była starsza i nie aż tak głupia jak wtedy, była w stanie zrozumieć, że Lśniącą kierowała troska. Tylko, że... tego dalej nie rozumiała, dlaczego ją obchodziły kocięta, których nawet własna matka nie chciała?
- Nie było źle. Spotkałam... - zawahała się na moment. Nie, o spotkaniu z samotnikiem lepiej nie wspominać. - ... swoją kopię. Z Klanu Cienia. Wyglądał prawie jak zaginiony brat bliźniak.
Ziemia pod białymi łapami nie była już tak rozmokła i zdradliwa jak wcześniej, więc Karaś straciła wymówkę do wlepiania spojrzenia w grunt przed sobą. Dlatego też, dla niepoznaki, czasem rozglądała się po okolicy. Żeby nie było.
Skinął głową. Liczył na jakąś dłuższą opowieść, jednocześnie mając świadomość, że gdyby Karaś zapytała go o jego spotkanie ze Złotym, to nie miałby wiele do opowiedzenia. Może dlatego zaprzestał ciągnięcia kotki za język, a może to dlatego, że ona sama zdawała się przejawiać zerowe zainteresowanie tematem. Skoro nie chodziło o jakąś palącą kwestię jak kolejny punkt Kodeksu na przykład, to mógł sobie odpuścić. I tak uczynił. Drogę do celu podróży przebyli w milczeniu przerywanym drobnymi uwagami Łabędzia na tematy przyrodniczo-pogodowe. Aż wreszcie dobrze znane obu kotom drzewa pojawiły się na horyzoncie. Zbliżając się ku nim, syn Płonącego Świtu odetchnął i spojrzał na terminatorkę rozradowany, że wreszcie ma dla niej dobre wieści:
- Proszę bardzo, i mamy Cztery Dęby. Możemy wracać.
***
Słońce mozolnie pięło się po nieboskłonie, jakby niezbyt spieszyło mu się do nowego dnia. Dzieliło to uczucie z Łabędzią Szyją, który siedział przed Jałowcowym Gąszczem i ze zmartwionym wyrazem pyska kontemplował niebo. Tego wschodu słońca miał po raz kolejny podjąć się niemal przemocowej próby wyciągnięcia Ości z żałobnego stanu obojętności, by nakłonić ją do wspólnego nie-treningu-ale-treningu. Do tej pory szło im nie najgorzej, kotka szybko się uczyła nawet jak niespecjalnie jej na tym zależało. Kremowy nie miał wątpliwości co do tego, że poradziłaby sobie jako wojownik; miała wiedzę, miała umiejętności. Martwiło go co innego, idący na dno stan psychiczny szarej. Okoliczności nie sprzyjały, nie zdążyła jeszcze otrząsnąć się po śmierci Drobnej Łapy i spadek formy był oczywisty. Ale przecież to ciągnęło się od księżyców i nie zawsze dotyczyło brata.
W tej porannej zadumie było coś jeszcze - pytanie unoszące się w głowie wojownika, odbijające się w niej echem od kiedy spytał Ćmią Gwiazdę o możliwość przejęcia treningu Karasiowej Łapy. Jak on nakłoni przyjaciółkę do walki? Samo przekonanie jej zdawało się ogromnym wysiłkiem, a tu mieli do czynienia z Łabędziem, który z walką nigdy nie chciał mieć nic wspólnego i chyba Gwiezdni czuwali nad nim podczas jego własnych treningów. Nie miał prawa brzmieć wiarygodnie prosząc o sparing, prawda?
Zaszedł do legowiska Karasia z obawą noszoną w sercu i skrzętnie ukrywaną we wnętrzu, by nie ukazała się w błękitnych oczach czy na mordce. Córka Potężnego Strumienia nie mogła wiedzieć, że on się boi, bo w ten prosty sposób cały tkany przez niego podstęp (och, jak nie lubił tego określenia) mógł zostać wykryty. A byli tak blisko.
- Cześć, co tam? - spytał cicho, gdy odnalazł Karasiową Łapę na jej zwykłym miejscu w legowisku terminatorów i zwinął się przy niej w kocią bułkę. - Jakie plany na dziś?
Słońce na zewnątrz zakomunikowało nastanie nowego dnia, ale Łabędź wciąż czuł się jak we śnie.
Obrzuciła krótkim spojrzeniem Łabędzia, gdy kładł się obok. Po wewnętrznej walce zdecydowała, że dzisiaj nie zależy jej wystarczająco na udawaniu, że wszystko jest w porządku. Więc nie podniosła łba z łap, nie próbowała ukryć zmęczenia w oczach. Mruknęła średnio zrozumiałe przywitanie, ignorując pierwsze pytanie. Bo brzmiało jak przedłużenie przywitania, a nie coś na co trzeba by odpowiadać. Zresztą co ona mogła? Skłamać, że wszystko w porządku nie starając się nawet dodać wiarygodności swoim słowom? Uznać, że bez zmian, bo technicznie nie byłoby to kłamstwem, ale co najwyżej mogłoby zmartwić kremowego? Już lepiej milczeć. Szkoda, że zaraz jeszcze spytał o jej plany, co już ciężko bylo ignorować. Obrzuciła go krótkim spojrzeniem, zastanawiając się czy rzeczywiście uznał, że to będzie świetny początek rozmowy.
- To zależy. Czemu pytasz? - rzuciła podejrzliwie. Nie miała żadnych konkretnych planów, ale przyznanie do tego przed kocurem dałoby mu zbyt dużą władzę. Zaraz by mógł uznać radośnie, że w takim razie nie ma żadnych przeciwwskazań by dała się wciągnąć w jakąś głupią aktywność.
- Bo ja nie mam żadnych - odparł wyjaśniająco. To znaczy owszem, miał, ale wszystkie wiązały się z Karasiem i nic z tego nie było przyklepane, dopóki ona nie wyraziła zgody. Czy mogły w takim razie liczyć się jako takie pewne plany, do których należałoby się przyznać? Być może, ale nie w oczach Łabędzia. Prawda była taka, że nie mógł po prostu powiedzieć, o czym myślał od samego świtu czy nawet od poprzedniej nocy, bo to smętnie wiotkie ciałko przyjaciółki gwałtownie podniosłoby się na cztery łapy i w mgnieniu oka wyniosło się ze Zrośniętych Drzew. Albo od razu z obozu. - Więc pomyślałem, że zajrzę do ciebie. Pewnie niedługo wracasz do treningu, co? W sumie całkiem fajna sprawa, skoro ty i Szerszeniowa Łapa dzielicie mistrzynię, to pewnie zorganizuje wam wspólną naukę walki, tak jak Kałużowy Krok zrobił ze mną - i Drobną Łapą; kocur pozwolił, by brzmienie tego imienia nie rozniosło się po legowisku. Ość i bez tego doskonale wiedziała.
- To chyba całkiem niezła okazja na zacieśnianie rodzinnych więzi. Podekscytowana?
Niedobrze. Jeśli Łabędź nie miał żadnych planów na dzisiejszy dzień i przyszedł posiedzieć z Karaś to spore szanse, że zbyt prędko się nie odczepi. A już myślała, że sprytnie wybrnęła z sytuacji. Nie skomentowała tego nijak, łudząc się, że w ten sposób da mu jasno do zrozumienia, że nie ma siły na wspólne wymyślanie co zrobić z tym dniem. Szkoda, że kontynuował, w każde kolejne słowo jej się coraz mniej podobało. Część z nich dezorientowała. Od kiedy niby dzieliła mistrzynię z Szerszeniem? To brzmiało jak informacja, którą nawet ona powinna posiadać, czyżby zapomniała? Prawdopodobne, ale rzecz w tym, że wydawało jej się, że pierwsze słyszy. A Łabędź dalej mówił, dalej pytał.
- Uhh... - czy on tak poważnie? Podekscytowana? Skrzywiła się, co to w ogóle za pomysł? - Mam nadzieję, że Czereśnia nie wpadnie na nic podobnego. Walka już i bez tego brzmi okropnie.
Zadał pytanie doskonale znając odpowiedź. Karaś nie byłaby podekscytowana takim rozwojem wydarzeń - ani wcześniej, ani tym bardziej teraz. Rozumiał to. Jak mógłby nie? Skończył trening, sparingi z Kornikowym Konarem były w porządku, a po czasie przestały być aż tak stresujące, mimo to nie był w stanie naprawdę polubić walki. Oswoić jej, ujarzmić, przerobić na swą dobrą stronę. Bijatyka nie leżała w jego naturalnych predyspozycjach i jasne, solidny trening umiejętności na pewno by mu nie zaszkodził, ale o fenomenalnych rezultatach mógł śnić, nic więcej. Nie wiedział, czy w przeciwieństwie do niego, w Karasiowej Łapie nie drzemał silny, pewny wojownik, który jedynie czekał na przebudzenie, czy raczej była bliżej Łabędzia, jednakże obawy przez długi czas nieśli te same. I syn Lodowego Kła jednocześnie nie chciał wypychać przyjaciółki ze strefy komfortu, tak jak sam nie lubił być z niej wypychany, a zarazem... Musiał.
- Brzmi jak dwie płotki złapane za jednym zamachem. Nie dość, że wspólne treningi to oszczędność czasu, to walka na wyrównanym poziomie też jest jakimś urozmaiceniem. Tak poza walką z mistrzem. Wspólnie odkrywa się swoje słabe i mocne strony, nowe techniki... - rozgadał się. Skończywszy mówić zasępił się i wlepił wzrok w ziemię, gdzie normalnie leżałyby masywne łapy, gdyby nie zawinął ich pod siebie. Westchnął ciężko, po czym przeniósł poważne spojrzenie na zielone oczy Ości. - Wiem, że nie chcesz walczyć. Na pewno nie z Szerszeniową Łapą. Odłóżmy walory edukacyjne na bok, to po prostu pesząca sytuacja, która dodatkowo odsłoniłaby wasz brak zażyłości. Nie wiem, jak jest z tobą, ale kiedy ja miałem walczyć, to jakoś nie uspakajało mnie, że to walka z terminatorem. Jak równy z równym. Bo bałem się, że będę gorszy. Niewystarczający. Zawiodę mojego mistrza. Ośmieszę się. Też tak masz?
Mrużyła oczy słuchając o tych dwóch płotkach. Czereśniowa Gałązka by jej tego nie zrobiła, prawda? Wiedziała przecież, że Karaś czułaby się jak ryba wyrzucona na brzeg i nic by nie wyszło z tej walki dobrego i tak. Nic by z niej nie wyniosła poza nową traumą. Z drugiej strony szylkretka przecież miała lepsze zajęcia niż użeranie się z durną rybką. I lubiła wyrzucać Ość ze strefy komfortu, więc w zasadzie... walka z Szerszeniem brzmiała aż zbyt prawdopodobnie. Szara nie miała już ochoty na dalszą rozmowę, chciała wyjść z legowiska, zaszyć się gdzieś z dala od wszystkich i na spokojnie zastanowić co powinna zrobić by uniknąć tego losu.
Ale Łabędź mówił dalej. Zastrzygła uszami, gdy przyznał, że ma świadomość, że Karasiowa Łapa wcale nie chce walczyć. Przez krótki moment była nawet ciekawa co takiego ma do powiedzenia, bo miała cichą nadzieję, że może jej poda jakieś sprytne rozwiązanie jak uniknąć walki. Nic takiego nie miało miejsca. Nie dostała też pogadanki o tym, że on wie, że to nic miłego, ale trzeba przejść naukę walki. Nie, zrobił coś dużo gorszego.
- Zamknij się. - fuknęła strosząc krótką sierść na karku. - To nie twoja sprawa jaką mam relację z bratem.
Nie obchodziła już jej reszta słów, ale jakim prawem jej wypominał, że nie była blisko z Szerszeniem? Jasne, opowiadała mu o swoich relacjach z rodziną, on opowiadał jej o swoim rodzeństwie, ale czy Karaś na dzień dobry mu wypominała różne nieprzyjemności? Nie. A co on robił? Przychodził do niej nieproszony i ją obrażał, świetnie. Usiadła. - Czego ty chcesz, co? Po co ta rozmowa?
Łabędź nie był głupi, musiał wiedzieć, że temat nie należał do najprzyjemniejszych dla Ości. Podejrzane więc, że chciał zacząć dzień od psucia jej humoru, ewidentnie coś kombinował, a ona nie miała siły na takie gierki i cierpliwe znoszenie tego kopania jej nim kremowy przejdzie do sedna.
Nie planował żadnych gwałtownych ruchów, a jakimś cudem z uderzenia serca na uderzenie serca z leniwej, bezpiecznej pozycji leżącej znalazł się w stojącej, kilka kroków dalej od poprzednio zajętego miejsca, z sierścią nastroszoną a uszami położonymi po sobie. Serce łomotało mu co najmniej tak, jakby Karaś rzuciła się na niego i zagroziła śmiercią, kłami ostrzegawczo kierując się ku jego szyi. Sam nie wiedział, skąd taka silna reakcja. Nie chciał żadnych silnych reakcji.
Ale nie chciał też stąpać po kruchym lodzie, a robił to nieustannie niemal od końca ostatniej ceremonii, na własne głupie życzenie. Zastanawiał się nad tym, jak pomóc przyjaciółce, wymyślał jakieś głupie podchody w pełnej wierze, że tak będzie najlepiej dla niej, a z czasem zatracił pewność, czy mowa tu o jakiejkolwiek przyjaźni i dobru. Karasiowa Łapa go nienawidziła, prawda? Miała go po dziurki w nosie, miała absolutnie gdzieś jego starania i miała do tego prawo - dobrymi chęciami Łabędź świata nie zbawi, a już bez wątpienia nie pomoże temu, co pomocy nie chce. Ość nie chciała jego pomocy. Pokazywała mu to na każdym kroku, a on co? Brnął w to wszystko w ślepej pewności, że ostatecznie będzie warto. Bo skoro jemu zależy, skoro lubi szarą i ceni jej towarzystwo, to wszystko się ułoży. A czego ona chciała? Nikt nie powiedział, że bez niego sobie nie poradzi. Może właśnie było odwrotnie, tylko stał na drodze jak duża, gruba, włochata przeszkoda. Dlaczego się tak zachowywał? Czyżby dlatego, że Karaś nigdy nie prosiła o pomoc, ale sama też nie działała w kierunku polepszenia jakości życia, w związku z czym on zmartwił się, że kolejnym ciałem, jakie napotka w lesie, będzie jej? Jak bardzo zależało mu na niej, a na ile to tylko samolubne działania? Jakby tego było mało, zachowywał się niedelikatnie i wyobrażał sobie Gwiezdni wiedzą co. Nieumyślnie, lecz to potwierdzało, że nie nadawał się do roli ani mistrza, ani przyjaciela. Teraz cofnął się o kilka kroków i spuścił łeb.
- Przepraszam - powiedział głucho, powoli wygładzając grzbiet. - Nie to miałem na myśli. Nie chcę się wtrącać w wasze sprawy. A tym bardziej oceniać ciebie czy kogokolwiek innego. Pamiętam co mówiłaś, kiedy rozmawialiśmy... wcześniej. Kiedyś. I pomyślałem, że stresujesz się potencjalną walką z bratem. On już ma jeden sparing za sobą i... i w ogóle. - Potrząsnął głową. - Nieważne. Potraktowałem cię, jakbyś była mną. Przepraszam.
Skrzywiła się słysząc przeprosiny. Nie to chciała usłyszeć, to były tylko słowa, które niczego nie wnosiły, ona chciała wiedzieć co nim kierowało, gdy uznał, że wolno mu komentować karasiową relację z Szerszeniem. Miała ochotę nim potrząsnąć żeby się skupił i odpowiedział na pytanie. Nie chciała słuchać co miał do powiedzenia, chciała tylko znaleźć jakieś ujście dla wzbierającej się złości. Ale nie mogła, siedziała tylko cała spięta, wbijając pazury w miękki mech wyścielający legowisko. Nie mogła, bo nawet jeśli była wściekła na Łabędzia za durne gadanie bez zastanowienia, atakowanie go nie wchodziło w grę. Szczególnie, że przez krótki moment wyglądał jakby ta drobna kotka, która wzrostem wtapiała się w tłum dzieciaków, była realnym zagrożeniem. Poczucie winy. Takie palące poczucie winy zaczęło się mieszać z całą tą irytacją i Ość jedynie nerwowo oblizała nos. Przez parę uderzeń serca siedziała zgarbiona, patrząc na kremowego spod byka i zastanawiając się co zrobić. Czy wyrwanie mu paru puchatych kłaczków poprawiłoby jej humor? Chwilę temu owszem, nim zaczął przepraszać i wyglądać jak potulna, smutna kluska. Bo wtedy jej skręciło wnętrzności z żalu. Bo to przez nią tak, głupio na niego naskoczyła i takie efekty. To ona powinna przeprosić.
Odetchnęła więc, prostując się spokojnie i wypuszczając pomięty mech z łap. Nie lubiła przepraszać, gdy sytuacja rzeczywiście tego wymagała, a nie, na przykład, prsepraszała za to że istnienie. Najlepsze co mogła zrobić to podjęcie kolejnej próby cywilizowanej rozmowy. Nagle zmarszczyła brwi, przypominając sobie o usłyszanych chwilę temu słowach.
- Chwila. Skąd, nie, czemu tyle wiesz o Szerszeniu? - już nie burczała gniewnie. Była jedynie zdezorientowana i nieco podejrzliwa. Szerszeniowa Łapa nie zaczynał od treningów z Czereśnią, a Łabędź orientował się w tym, że jej brat zmienił mistrza. Łabędź również rozliczał jej brata z tego ile sparingów już miał za sobą. Po co Łabędź zbierał takie informacje o czarnym?
Odwrócił głowę od Karasia i tylko uszy skierowane w stronę szarej świadczyły o tym, że jej istnienie gdzieś tam za nim miało dla niego znaczenie. Nie mógł, nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Chciał zniknąć, chciał cofnąć się do czasu własnej ceremonii i nigdy nie podejść do Ćmiej Gwiazdy. Pomaganie przyjaciółce w staniu się wojownikiem było czymś, co dałby radę zrobić. Ale zmuszanie jej wykraczało poza jego możliwości, a patrząc trzeźwo - właśnie tego się podjął. Zmuszania. Nie powinien był chcieć trenować z nią, dopóki sama z siebie sobie tego tego nie życzyła. A jeśli wolałaby nigdy nie zostać wojownikiem, to co za problem? Może to nie wynikało z domniemywanego faktu, że potrzebowała wsparcia, motywacji, by ruszyć do przodu, tylko może jej życiowa ścieżka miała wyglądać inaczej.
- Dowiedziałem się przypadkiem. Nie mam chorej obsesji na puncie twojego rodzeństwa, jeśli o tym myślisz - powiedział smętnie. - To ty mnie obchodzisz. Przychodzę do ciebie nagminnie od kilkunastu wschodów słońca nie po to, żeby cię dobijać, tylko dlatego, że mi na tobie zależy. Nie chcesz ze mną rozmawiać. Nie chcesz z nikim rozmawiać, wydaje mi się. I tylko siedzisz ze swoimi myślami. O czym myślisz? Bo wiesz, o czym ja myślałem po pogrzebie Lodowego Kła? Że to moja wina. Że mogłem zrobić coś więcej. Dało się temu zapobiec. Dało się, prawda? Wystarczyłoby, gdybym tamtego dnia zaproponował mu wspólne polowanie. Ba, może wystarczyłoby zamienić z nim kilka słów więcej, a przyszłość uległaby diametralnej zmianie? To było przytłaczające, wieczne poczucie winy, tysiące "co jeśli", tęsknota, z którą nie potrafiłem się uporać. W końcu złość na ojca, mimo że nie zrobił tego specjalnie. I znowu, wyrzuty sumienia - z jakiej racji jestem zły? To on jest poszkodowany, to on nie żyje. Dlaczego tak uparcie chcę dotrzymać ci towarzystwa i wynajduję durne rzeczy do roboty? Bo gdybyś mnie wtedy nie wyciągnęła do Szkiełka, gdyby rodzina nie potrzebowała mojego wsparcia, to pewnie nadal siedziałbym z nosem w mchu. Żywy, ale martwy jednocześnie. Nie dźwignąłbym się sam. Nie chcę, byś umarła, wiesz? Chcę, żebyś żyła. Chcę, byś znalazła sens życia, miała jakieś cele. Marzenia. Wreszcie była szczęśliwa. Chciałbym zbierać z tobą kwiaty, szukać tajemniczych indywiduów za granicami klanu, wspólnie narzekać jak za starych czasów, czy płakać nad grobami naszych bliskich. Tak jak robią to przyjaciele. Ale rozumiem, że w twoim przypadku jest inaczej. Nie potrzebujesz... mnie. Nie potrzeba ci szczerych rozmów ani rozpraszaczy. Uszanuję to. Pójdę już. Przepraszam. Ale... nie wolno mi o to prosić, wiem, mimo to... Pamiętaj, że nie jesteś sama. Nie musisz być.
Powstrzymał się od posyłania jej smutnego uśmiechu, bo kto wie, czy nie zostałby odebrany jako złośliwy albo zgoła bezczelny, i nie poświęciwszy Ości spojrzenia skierował się ku wyjściu.