Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Potrzebowałem przerwy od towarzystwa Luny, więc pod pretekstem polowania ruszyłem na samotny spacer. Typiarz niby był w porządku i łączył nas wspólny cel, jednak nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że coś jest z nim nie tak. Im dłużej myślałem o tej sytuacji, tym więcej czerwonych flag zaczynało mi wściekle falować przed oczami, aż do momentu gdy nic poza nimi nie widziałem. To było troszkę pechowe, bo jakkolwiek sytuacja by się nie nadawała na policję, tak miałem świadomość, że sam sobie nie poradzę. Nawet jeśli chwilami odnosiłem wrażenie, że w tym duecie to ja jestem tym bardziej przystosowanym do życia.
Zatrzymałem się na skraju polanki, czując wewnętrzny opór przed wyjściem na odsłonięty teren. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ktoś mnie obserwuje, więc wcale nie ciągnęło mnie do wystawiania się jak kotlet na talerzu. Przysiadłem na moment w cieniu jednego z ostatnich drzew, mierząc spojrzeniem rozświetlane słońcem trawy, chociaż im dłużej im się przyglądałem tym nieznośniejsze robiło się uczucie swędzenia na lewym barku i ostatecznie to ono stało się priorytetem. Gdy nie dało się go wytrzymać, skupiłem się na drapaniu, odrywając wzrok od przestrzeni rozciągającej się przede mną.
//Sowa!
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Nawet nie zauważył kiedy wyszedł poza tereny Klanu Cienia. Niby był już dorosłym kotem na końcu treningu, jednak dalej nie potrafił się zachować, zachować kompletnej czujności i nie przekraczać granic. Zdarzało mu się to dość często jeśli chodzi o granicę z Ziemiami Niczyimi, jednak nikt jeszcze go tak naprawdę nie złapał, więc Sowia Łapa nie zwracał uwagi na uważanie. Bardziej zwracał uwagę na oddalanie się jak najbardziej od cieni, pojawiających się na terenach Klanu Cienia, nie zdając sobie tak naprawdę sprawy, że były to w większości po prostu cienie, które robiło słońce świecące na wszechobecne drzewa.
Bury terminator mruknął coś do siebie, nie zdając sobie sprawy, że rzeka przepływa dopiero przy cienistej granicy i przeskoczył ją… jak prawdziwa łamaga. Praktycznie prawie się przewrócił na drugim brzegu. Myśląc, że to znowu jakaś próba morderstwa przez klątwę zaczął biec przed siebie jak szalony, nie patrząc się gdzie stawia łapy i… w końcu w kogoś wbiegł z całej pety, tracąc na długie kilkanaście uderzeń serca w ogóle orientację.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
To był chyba mój błąd, że na moment skupiłem się na mrówkach wędrujących pod skórą na barku (szczególnie, że nieważne jak usilnie starałem się ich pozbyć, ich marsz nie ustawał), ponieważ w efekcie wszystko co działo się dookoła mnie docierało takie... rozmyte. Drapanie wcale nie przynosiło ulgi, gdy gdzieś z tyłu głowy pojawiło się ostrzeżenie – uszy wychwyciły tupot łap. Momentalnie podniosłem łeb by zobaczyć co lub kto się zbliża, jednak zrobiłem to za późno by móc zareagować. Zauważyłem tylko przed swoim pyskiem burą plamę z szalonym spojrzeniem, która, z kolejnym uderzeniem serca, przywaliła we mnie z całą siłą rozpędu, przewracając mnie prosto w mech i igliwie. Przez moment nie mogłem złapać oddechu, przygnieciony ciężarem obcego, zatapiając się powoli w leśne runo. Tył głowy pulsował tępym bólem; najwyraźniej musiałem uderzyć o wystający korzeń upadając. Wciąż otumaniony bardzo powoli odzyskiwałem kontakt z rzeczywistością. Dopiero gdy dotarła do mnie specyficzna woń – słodka, ale wzbudzająca niepokój – przemieszana z zapachem świeżo rozkopanej ziemi, w pełni wracam do świata żywych. Jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody, albo strzelił z liścia. Zbieram w sobie wszystkie siły i staram się tak przesunąć łapy, by bez problemu zrzucić z siebie burego jednym ruchem. Nie mam pojęcia ile minęło od zderzenia do próby pozbycia się ciężaru – może wieczność, może trzy uderzenia serca – ale nie odrzucam myśli, że to nie był wypadek, a atak. I brak kłów wbitych w gardło zawdzięczam jedynie szczęściu, którego nie należy nadwyrężać. Dlatego moim głównym celem jest się uwolnić i stanąć na czterech łapach.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Sowia Łapa był zdziwiony, że na kogoś wpadł tak samo jak tamten kocur, że ktoś wpadł na niego. Bury terminator leżał przez jakiś czas na drugim kocie, skołowany i obolały -chociaż pewnie mniej od tego drugiego- zakręcony w swoich własnych myślach. Przez chwilę Sowa zachowywał się jakby uderzenie w nieznajomego skręciło mu kark i bury po prostu umarł na miejscu... mimo tego, że przecież w jego szkieletowatej postawie bardzo łatwo dało się zauważyć, że jego klatka piersiowa się porusza. To jak wychudzony był Sowia Łapa sprawiało, że nie trzeba było się wielce wysilać, żeby go z siebie zrzucić. Dopiero kiedy Sowa upadł na ziemie, zrzucony przez drugiego kocura, ocknął się i zamrugał kilka razy.
Bury terminator wstał na cztery łapy bardzo chwiejnie i powoli. Dalej nie do końca zdawał sobie sprawę co się wokół niego dzieje. Jego zamglony umysł rzadko pozwalał mu na szybkie reakcje, bo ciężko było się przebić przez tę mgłę, która go otaczała. Sowa musiał kilka razy potrząsnąć głową, żeby jako tako się otrząsnąć. Telepał tak głową i telepał, stojąc rozkraczony na czterech łapach jak mały kociak, który jeszcze nie umie chodzić... i wpatrywał się w ziemię, zapominając o tym, że ktoś obok niego się znajduje.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Zrzucając z siebie nieznajomego nie mogłem nie zauważyć, że napadł mnie jakiś chudy egzemplarz. Daleki byłem jednak od odetchnięcia z ulgą, że w razie czego przyjdzie mi walczyć z workiem kości – sam nie prezentowałem się wiele lepiej. Miałem równie mocne szanse na połamanie się jak sucha gałązka podczas starcia co ten drugi. Jednak gdy zerwałem się na łapy, typ wcale nie dołączył pośpiesznie do mnie by wystosować kolejny atak. Zdawał się być nieobecny... zamroczony? Co jeśli zwyczajnie był chory? Miałoby to sens, towarzyszył mu dziwny, znajomy zapach, którego nie potrafiłem jednak od razu dopasować do czegoś konkretnego. Zaczęła mnie swędzieć skóra w miejscu kontaktu, jednak powstrzymałem się przed kompulsywnym drapaniem, nie chcąc roznosić choroby po całym ciele. Nastroszyłem wiechcie kłaków na grzbiecie (tak na wszelki wypadek), gdy bury się wreszcie zaczął podnosić, jednak zdawał się mnie w ogóle nie zauważać. Sytuacja była dziwna, teoria o chorobie za to stawała się coraz realniejsza. Patrząc na jego zachowanie, powiedziałbym że walnął się za mocno w głowę, jednak ból z tyłu czaszki przypominał mi, że z naszej dwójki to ja oberwałem bardziej. Zmrużyłem nieufnie oczy, obserwując przez moment to groteskowe zachowanie. Jeśli zarażał, nie chciałem przebywać w jego otoczeniu. Z drugiej strony jeśli już mnie zaraził dobrze by było wiedzieć z czym miałem do czynienia. Musiałem najpierw jednak jakoś nawiązać z nim kontakt.
– Jakieś przepraszam by się przydało. – warknąłem, zachowując rozsądny dystans. Na wypadek, gdyby jednak po ocknięciu się chciał przejść do ataku. Albo na wypadek, gdyby chciał na mnie nakaszleć.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Nastawił uszy na sztorc i szybko wyprostował się kiedy usłyszał głos. Serce w jego klatce piersiowej zaczęło bić jak szalone a zielone oczy zaczęły jak w transie skanować otoczenie, żeby w końcu zatrzymać się na nieznajomym kocie, który do niego przemówił. Sowia Łapa zamrugał kilka razy bez słowa, stojąc tak wyprężony niczym struna a potem rozluźnił się kiedy zobaczył, że ten drugi chyba nie zamierza go atakować. Nie przybrał takiej pozycji jak Bezgwiezdna kiedy się klepali.
Buras najpierw przyjrzał się uważnie nieznajomemu. Musiał przyznać, że typ wyglądał jak trup... chociaż pewnie Sowa nie wyglądał lepiej. Odruchowo jednak terminator wycofał się kilka kroków i nastroszył ogon, machając nim rytmicznie. Jeśli to jakiś duch to będzie przynajmniej gotowy do ucieczki... chociaż czy w ducha mógłby wpaść? Nie... to teraz zmarli zaczęli już wstawać z grobu? Sowie aż niedobrze się zrobiło na samą myśl, że teraz mogą zacząć go prześladować żywe trupy. Nawet typ pachniał Grzmiącą Ścieżką, może tam właśnie umarł?
-Wybacz... nie zauważyłem cię -wymruczał podejrzliwie- chociaż czy ty... umarłeś? -zapytał bez owijania w bawełnę, nawet nie rozumiejąc, że sens tego całego zdania, które wypowiedział kleił się tak słabo.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Nieznajomy się spiął, więc byłem gotowy na nieprzyjemny rozwój sytuacji. Mój postrzępiony ogon zaczął się kołysać nerwowo, gdy czekałem na jakikolwiek ruch z jego strony. Jasne, mógłbym zaatakować pierwszy, może zyskać dzięki temu przewagę, jednak póki istniał chociaż cień szansy na uniknięcie walki, zamierzałem się go trzymać.
Odetchnąłem lekko, gdy ten rozluźnił mięśnie i sam się nieznacznie wyprostowałem, by nie wzbudzać podejrzeń. Chociaż nie na tyle by stanąć w pełni swojej okazałości – do tego nigdy nie przywykłem, więc chodziłem przygarbiony.
Pierwsze słowa były... spodziewane. Te przeprosiny sam dopiero co wymusiłem, więc dobrze, że kontaktował na tyle by się do nich odnieść. Jedynie prychnąłem w odpowiedzi, chociaż brakowało w tym geście złości. Nie żebym rzeczywiście żywił do niego ciężką urazę za to, że na mnie wpadł. Jasne, nie należało to do przyjemnych, na sto procent znajdę na sobie jutro przynajmniej jednego siniaka, ale bardziej kierowała mną teraz obawa przed ewentualnym choróbskiem niż złość o zderzenie. Szkoda tylko, że już uderzenie serca później padło pytanie, które obniżyło temperaturę w okolicy o przynajmniej kilka stopni. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, więc wzdrygnąłem się odruchowo. Już otwierałem pysk, by zaprzeczyć, może trochę ostro, bo co to za durne wygłupy? Jednak nim wydobyłem z siebie jakikolwiek dźwięk, zmieniłem zdanie.
– Skąd taki pomysł? – spytałem kładąc nacisk na ostatnie słowo. Bo tym właśnie to było. Pomysłem. W dodatku durnym. Niczym więcej.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Skąd taki pomysł? To ten kocur nie zdawał sobie sprawy z tego jak on śmierdzi? Tymi potworami o których potrafią opowiadać starsi, tak jest, może i Sowę uważają za walniętego, ale Sowa słucha. On słyszy. Słyszy to co chce słyszeć, wtedy takie coś przebija się przez śmiechy i szmery cieni. Buras wziął głęboki oddech, żeby nie warknąć na szylkreta. Jeśli faktycznie jest ciałem, które powstało z grobu to takiego lepiej nie denerwować.
-Śmierdzisz Grzmiącą Ścieżką -oznajmił bezceremonialnie i bez żadnych widocznych emocji- tam koty umierają -głos Sowiej Łapy przybrał teraz okropnie wisielczy nastrój a jego oddech przyspieszył trochę, tak samo z resztą jak ogon, który najwidoczniej dopasowywał się właśnie do niego.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Szare uszy drgnęły na oświadczenie, a ja poczułem coś na kształt... lekkiej ulgi, można by powiedzieć. Przynajmniej na krótki moment, bo zaraz nastrój znowu się zmienił, gdy tylko kocur dokończył swoją wypowiedź. To nie była kwestia tego co mówił – nie było dla mnie nowością, że asfalt Grzmiącej Ścieżki pochłonął już wiele żyć, przecież nie urodziłem się wczoraj – a tego w jaki sposób to mówił. Całej otoczki towarzyszącej wypowiedzi, od tonu, przez spojrzenie, po ruch ogona.
– Ach to... – ... to tylko po to by maskować zapach. Nie brzmiało to dobrze. I w sumie wcale nie chciałem o tym mówić. – ... po prostu często tam bywam. – dokończyłem płasko, chociaż widmo dyskomfortu wciąż nade mną wisiało.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Sowiej Łapy nie interesowało jak dziwnie brzmiały jego słowa. Jego to nigdy nie interesowało, nie interesuje i interesować nie będzie. Niby po co? Jakby to miało cokolwiek zmienić. Nie da się nic zmienić i on bardzo dobrze to wiedział… aż za dobrze. Dlatego ze zmianą czegokolwiek poddał się już dawno i żył praktycznie tylko chwilą… bo kiedyś może jej zabraknąć.
-Czemu? Lubisz? Czy co? -przekręcił głowę niczym małe kocię pytające matkę o coś co widzi pierwszy raz w życiu.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Trzy krótkie pytania. W teorii nie były skomplikowane, a udzielenie na nie odpowiedzi nie powinno było przysporzyć mi problemów, a jednak nie odezwałem się od razu. Pod skórą na szyi zaczęły mi krążyć mrówki. Kusiło by zignorować rozmówcę i zająć się wydrapywaniem nieproszonych gości na światło dzienne. Rozpraszały mnie, wybijały z rytmu.
– Ponieważ... – zacząłem powoli, zastanawiając się nad odpowiedzią. – Ponieważ potrzebuję. – dokończyłem krótko, w ostateczności, dążąc do zakończenia tematu. A w tej roli najlepiej zwykle sprawdzało się odbicie piłeczki. – A ty? – spytałem z naciskiem. – Dlaczego jesteś taki... dziwny? Co z tobą?
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Jakiejś wielkiej odpowiedzi nie otrzymał, ale Sowia Łapa nie był w tym wypadku wielce wybredny. On sam zwykle unikał dawania niezbyt wymijających odpowiedzi na swój temat. Zawsze krążył gdzieś wokół i teraz w młodszym kocurze widział samego siebie… tak… po części.
-Każdy mi mówi, że jestem dziwny -mruknął cicho, chwiejąc się lekko na łapach kiedy wpadł w takie połowiczne zamyślenie. Co odpowiedzieć? Musiał się chwilę zastanowić, jakoś ciężko mu się teraz myślało- mówią, że jestem stuknięty… przestałem już się nad tym zastanawiać -odparł zgodnie z prawdą. Nie było czasu na przejmowanie się innymi kotami- szkoda na to czasu… nie ma go za wiele -dodał jeszcze tajemniczo.
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Nie czekałem na odpowiedź w wielkim zniecierpliwieniu, bo nie spodziewałem się zbyt wylewnej reakcji. Okazało się, że słusznie – nieznajomy prędko potwierdził moje przypuszczenia. Prychnąłem cicho. Skoro każdy mówił mu, że jest dziwny to chyba wypadałoby się nad sobą zastanowić? Ach, no i uważali go za stukniętego, byłem w stanie zrozumieć dlaczego. Nie należał do kotów wzbudzających zaufanie na pierwszy rzut oka, zadawał podejrzane pytania i zachowywał się jakby wcześniej na swojej drodze spotkał chorego lisa. I dał się mu ugryźć. Na dodatek ten zapach... dalej jeżyła mi się przez niego sierść na karku. Las, mech, świeżo rozkopana ziemia. I słodka, mdląca woń. Robiło mi się od niej niedobrze, im dłużej próbowałem przypomnieć sobie skąd ją kojarzyłem. Od jego słów zresztą też. Nie ma wiele czasu? Za mocno się w głowę walnął? Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Wreszcie skojarzyłem kiedy ostatnio miałem styczność z takim odorem.
Mrówki pod skórą ruszyły żywszym krokiem. Jak wtedy, gdy przypadkiem uszkodzi się mrowisko. Chaotycznie, bez jakiegokolwiek składu kręciły się po mojej szyi, po lewej łopatce, ale nie mogłem nawet teraz próbować ich wydrapać. Stałem ze spojrzeniem utkwionym w bure widmo, a na własnym grzbiecie czułem spojrzenie całego lasu. Teraz wszyscy już wiedzieli, że ja wiem. Czekali na mój ruch.
Chciałem stąd jak najszybciej uciec. Nie mogłem jednak po prostu zawrócić i zacząć biec.
– Wiesz co... – zacząłem powoli, podchodząc do kocura, by mnie bez trudu usłyszał. W całym lesie była grobowa cisza, więc i ja musiałem zniżyć swój ton do szeptu. Dzwoniło mi w uszach. – Może mają rację. Śmierdzisz śmiercią. – nie czekałem na jego reakcję, po swoich słowach od razu ruszyłem, potrącając burego. Rzuciłem się biegiem przez jasną polankę, przeskakując nad kolejnymi kępami przesuszonej trawy. Chciałem jak najszybciej zostawić za sobą tego typa i ten las.
z.t :D
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Chory lis na pewno nie byłby taki zły w porównaniu z tym co dręczy Sowią Łapę od prawie początku jego chodzenia na tym świecie. Chory lis były na pewno dużo lepszą opcją niż nawiedzanie przez zmarłych. Chory lis zrobiłby zdecydowanie mniej szkód na ciele i umyśle burego terminatora. Gdyby tylko mógł za każdym razem wybrałby właśnie takiego lisa... ale nie mógł. Patrzył się na nieznajomego, który podszedł bliżej i zmarszczył brwi. Zachwiał się na łapach kiedy ten znalazł się praktycznie tuż obok.
I wtedy nieznajomy się odezwał a Sowie zaschło w gardle. Oczy otworzyły się szerzej a całe ciało zesztywniało jakby właśnie wpadł do zamarzniętego jeziora. Nieznajomy odbiegł a bury terminator stał tak, jakby zamieniony w kamień. Śmierdzisz śmiercią powtórzył sobie w głowie te słowa kilka razy. Tymi słowami akurat się przejął... a jednocześnie nie. Miał zamieszanie w głowie, myśli biły się ze sobą o to kto przejmie władzę nad jego umysłem. Która strona wygra tym razem?
W końcu Sowia Łapa opadł bezwładnie na zad i zaczął szybko oddychać, wgapiając się w swoje łapy, które pazurami ryły ziemię. Zakręciło mu się w głowie, ale powstrzymał się jakoś od padnięcia na bok. Zacisnął mocno powieki a przed oczami stanęła mu Bezgwiezdna. To wszystko jej wina! Sowia Łapa wycharczał kilka przekleństw a potem wstał i ruszył w stronę cienistych terenów. Jeszcze jej kiedyś pokaże. Jej i wszystkim jej pobratymcom, którzy siedzą w tym zapomnianym miejscu, który nazywa się Ciemnym Lasem. Jakoś to zrobi. Wezwał już Bezgwiezdną dwa razy. Co stoi na przeszkodzie, żeby wezwać ich więcej? Coś wymyśli... coś wymyśli...
//zt
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
Księżyce: 103 Mistrz: Bzycząca Polana Płeć: nb (afab) Matka: Agrestowy Krzew Ojciec: Zmarznięty Nos Trwałe urazy: Brak ojca
Typ budowy europejski; długie klasycznie pręgowane futro o maści czekoladowej; biały na piersi, brzuchu i łapach; na jednej łapie beżowa plama; na pyszczku znajduje się ruda plamka; oczy żółto-zielone; niewysoki, wydaje się być masywny;
Szyszkowa Łapa od dłuższego czasu planował zapytać kogoś z terminatorów medyków o nauczenie go rozpoznawania ziół, aby mógł zbierać i przynosić im zapasy. Niestety w klanie panował chaos, jedna terminatorka umarła, druga nie wiadomo gdzie zniknęła na pewien czas, przez co wszystkie obowiązki i presja spadły na trzecią. Nie chcąc jej przeszkadzać, młodzik postanowił poszukać innej opcji. Nie raz słyszał od wojowników czy starszych pogłoski o jakimś samotniczym medyku, który za opłatą oferował wiedzę. Szyszka uznał to za świetną okazję.
Pewnego dnia rozmawiał o aktualnej sytuacji medycznej z Wzburzoną Łapą, a gdy usłyszał o ambicjach syna przywódcy, dziecko Agrestowego Krzewu opowiedziało o swoim pomyśle i wspólnie zdecydowali się wyruszyć do tajemniczego Alojzego.
Spotkali się przy wyjściu z obozu. Wzburzona Łapa niósł jakieś zioła, których sam nie znał. Szyszkowej Łapie za to udało się po drodze już za granicą upolować niedużego wróbla, którego postanowił podarować samotnikowi.
Kiedy znaleźli się w Pierzastym Lasku, czekoladowy kotek zaczął przeszukiwać dokładnie teren w poszukiwaniu nieznajomego. -Myślisz, że uda nam się go znaleźć?- Zapytał kolegę, z lekkim niepokojem w sercu. -ALOJZY!- Zawołał -Proszę, pokaż się!- Miał nadzieję, że kocur sam wyjdzie im naprzeciw.