Z każdym kolejnym dniem musiał się uczyć cierpliwości. Złośliwość rzeczy martwych (w tym wypadku żywych ale nieświadomych) była drażniąca, ale musiał zrozumieć, że to nie zabawa. Walka o przetrwanie, o pożywienie, każdy patrzy tylko na siebie. Jakby miał patrzeć na każdego ptaka czy szczura z osobna, większości musiałby darować życie, bo co jeśli.
Starając się jednak nie skupiać zbytnio na przemyśleniach, dalej szedł przed siebie, węsząc za zwierzyną i ostrożnie stawiając każdy krok.
Oczywiście, cierpliwość w lesie była bardzo ważna, a walka o przetrwanie nie była zabawą, absolutnie. Niemniej robiło to się już trochę nudne, bo Korek faktycznie mógł mieć wrażenie, że na Polanie był zupełnie sam. Dalej nie wyczuł niczego, wrona przestała skrzeczek, przez co... jego wielkie uszy wychwytywały tylko głuchą ciszę.
Westchnął, gdy na nadzieje odpowiadała mu tylko cisza i szum wiatru. Może trzeba było zmienić taktykę? Właściwie, nie zaszkodzi.
Rozejrzał się dookoła i podreptał do drzewa, przy którym się skulił, mając nadzieję, że coś samo przyleci albo wyjdzie z nory. On czatował i starał się wychwytywać dźwięki z całej okolicy.
Cóż, może zmiana taktyki faktycznie była dobra. Coś do niego przyszło. Bóbr. Bóbr z bardzo ostrymi kłami, który zdawał się móc przeciąć jego pysk jednym gryzem. Dobrze, że kocur teraz nie chodził w poszukiwaniu zwierzyny, a stał w miejscu - dzięki temu przeciwnik go nie słyszał, nie widział... a ten miał szansę uciec.
Bóbr to było ryzyko. Korek za duży nie był, a bobry były silne i miały ostre kły, które jak nic trafiłyby na jakąś nieoptymalną część ciała pointa, znając jego szczęście. Po chwili namysłu, przyglądając się stworzeniu, zrezygnował i uciekł w inną stronę, najlepiej w miarę daleko, by znów przypadkiem na niego nie trafić. Nie przestawał jednak węszyć i nasłuchiwać, idąc wolno i cicho.
Wykorzystując fakt, że pozostał niezauważony, bez problemu odszedł dość spory kawałek od bobra nie wchodząc w nim w żadną interakcje. Nie zmieniało to faktu, że nawet w innej części polanki nie było śladu po żadnym mniejszych żyjątku. Cisza.
Coraz bardziej zaczynał się denerwować. Był głodny, a zwierzyny jak nie było tak nie było. Pochodził jeszcze chwilę, ale czuł że to bez sensu, więc ponowił taktykę z poprzedniego miejsca. Ukrył się przy krzakach i skulony nasłuchiwał okolicę z nadzieją na, cóż, cokolwiek co nie będzie bobrem.
Taktyka zdawała się być całkiem niezła - w końcu poprzednio ktoś się zjawił. Fakt, że był to ogromny bóbr, no ale!! Teraz przywiało tu coś innego - dzięcioł, nawet spory, wylądował niedaleko Korka i jakby nigdy nic dzióbał w ziemi. Chyba nie był świadomy zagrożenia, a to była dobra okazja dla młodego samotnika.
Aha! To już było coś. Od razu przyjął pozycję łowiecką, nie było na co czekać. Starał się być cicho i podchodzić powoli w stronę dzięcioła, zamierając w bezruchu jeśli tylko odwrócił któreś z oczu w jego stronę. Był niedaleko, a więc miał szansę coś wreszcie upolować. Jeśli udało mu się dotrzeć wystarczająco blisko, odbił się od ziemi i z wysuniętymi pazurami zamierzał przycisnąć ptaka do ziemi, żeby nie odleciał.
Korek podchodził dobrze, choć gdyby zakrył się za krzak czy inne drzewko pewnie byłoby jeszcze lepiej! Niemniej dzięcioł go... nie zauważył. Do momentu, w którym ten skoczył - zrobił to na tyle niechlujnie i głośno, że dzięcioł zdążył wzbić się do góry i odlecieć. Korka zostawił z niczym.
Nie wiedział, czy chciało mu się płakać i krzyczeć. Nie było to pierwsze zawalone polowanie, takich było wiele. Po prostu im starszy był i im więcej wiedział, tym gorzej było znieść porażkę na takiej głupocie. Odetchnął głośno ze dwa razy i poszedł dalej. Tym razem nawet już nie próbował łazić dalej, przysiadł za kamieniem i nasłuchiwał. Znowu.
Głowa do góry, jeszcze nie było co się załamywać. Tuż przed nosem mu coś przebiegło, tym razem... szarawe, małe żyjątko - ryjówka. Kręciła się w kółko jakby coś w nią wstąpiła, była ruchliwa, ale nie widziała Korka. To mogła być jego szansa na pierwsze śniadanie.
Ha! Pod nosem przebiegł mu mały gryzoń, to już coś. Wrony nie dorwał, dzięcioła nie złapał, przed bobrem uciekł. Może chociaż ryjówka. Podniósł się z siadu do pozycji łowieckiej i ruszył w stronę zwierzęcia. Instynktownie przełożył ciężar na tylne łapy, skradając się w stronę potencjalnej ofiary, a gdy wyczuł, że to już ten moment, wysunął pazury i zamachnął się łapą, chcąc przetrącić ryjówce grzbiet.
Korek wszystko robił dobrze, serio! Nie było się do czego przyczepić, do ryjówki podszedł tak, jakby był do tego uczony całe życie, a nie tylko polegał na intuicję. Nim jednak zdążył doskoczyć do gryzonia, usłyszał głośne trzepotanie skrzydeł, aż nie zobaczył przed sobą wielkiego, pikującego jastrzębia, który zgarnął ryjóweczke do dzioba i odleciał, ciesząc się dzisiejszym śniadaniem. Co mogę powiedzieć... lepszy gryzoń, niż on sam.
Chyba jednak nie rozbudził się do końca. Nic a nic mu nie wychodziło. Pokręcił z zażenowaniem głową, jak ptaszysko odlatywało z jego śniadaniem. Nie miał jednak zamiaru ot tak się poddawać. Jak nie teraz to później, jak nie tutaj to gdzieś indziej. Pokierował swoje łapy w przeciwną stronę, pamiętając o czającym się gdzieś bobrze. Może musi to jeszcze odespać.