Księżyce: 134 Mistrz: Zachodzące Światło [*] Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: każdy i nikt Trwałe urazy: blizna na podgardlu po ataku borsuka, blizna na karku, blizna na tylnej łapie i zadrapanie pod prawym okiem
Księżyce: 134 Mistrz: Zachodzące Światło [*] Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: każdy i nikt Trwałe urazy: blizna na podgardlu po ataku borsuka, blizna na karku, blizna na tylnej łapie i zadrapanie pod prawym okiem
Duży, masywny kocur o szerokich barkach i silnych łapach. Ma garbaty nos, skośne, zielone oczy i pędzelki na uszach. Jego umaszczenie jest ciemne, bure tygrysio pręgowane i około połowy jego ciała pokrywa biel, charakterystycznie przecinając mu lewe oko. Ogon jest gruby, średniej długości, zakończony czernią.
[pełny charakter w KP] Bystry i uważny kocur, obserwuje wszystko, co się wokół niego dzieje i nie pozwala, by coś umknęło jego uwadze. Towarzyski i uśmiechnięty, z łatwością nawiązuje nowe znajomości. Bywa wścibski i lubi się przyjacielsko droczyć. Nie lubi granic, zasad i religii, skrycie tym gardząc. Jest elastyczny i często dostosowuje się do sytuacji i rozmówcy. Zależy mu na jego najbliższych - czy to przyjaciołach czy rodzinie.
Rybołowi Lot, Liliowa Łapa. Bratek [KRz]
Czwórka kotów szła dalej. Minęła Punkt Obserwacyjny i wyszła z lasu, wchodząc na otwartą przestrzeń. Na szczęście trawy i inne rośliny nie były tutaj niskie, a raczej wysokie i bujne. Przyroda dopiero obudziła się do życia po Porze Nagich Drzew i jeszcze nie rozwinęła swojego pełnego potencjału wielkościowego, jednakże to, co było, w zupełności wystarczyło, by jakoś zakamuflować ekspedycję Nowoświtowych odkrywców.
Czuli pyłki unoszące się w powietrzu, a wstające słońce wreszcie zaczęło lekko ocieplać chłodne powietrze i rozganiać mlecznoszarą mgłę. Po niebie wędrowało kilka podłużnych, jasnych chmurek, które jednak, na szczęście, nie zwiastowały deszczu. Gdzieś w oddali kotom mignął zając, jednak zniknął tak szybko, jak się pojawił, nie dając za bardzo jakiejkolwiek możliwości do pogoni za nim. Pojawiło się też więcej owadów, a do uszu członków wyprawy dobiegły odgłosy bzyczenia pszczół, gdzieniegdzie pojawiły się nawet jakieś motyle.
Minęli Gładkie Kamienie, które były kilkoma sporymi, porozrzucanymi wokół, okrągłymi głazami. Wokół nich rosły liczne kwiaty, nie było tu jednak niczego ciekawego co mogłoby wymusić zatrzymanie się. Dlatego też Nowoświtowcy w dalszym ciągu kierowali się do Szuwarów Turzycy, jednocześnie po drodze próbując przełamać nieprzyjemną ciszę i znaleźć jakiś odpowiadający im temat do rozmów.
W końcu dotarli do bajorka. Mieli dwie możliwości przejścia na drugą jego stronę by dotrzeć do Grzmiącej Ścieżki. Mogli przejść przez Czarny Ogon, czyli strumyk płynący od strony Klanów i wpadający do bajorka z prawej ich strony, lub minąć bajorko z lewej strony, tam, gdzie robiło się lekkie bagnisko. Tak czy inaczej musieli sobie pomoczyć łapy, tylko od nich zależało czy zrobią to przez strumyk czy przez płytkie rozlewisko.
//żeby pokonać przeszkodę macie dwie opcje - iść w prawo przez strumyk, niezbyt głęboki ale to wciąż płynąca woda. Można spróbować go przeskoczyć albo przejść przez wodę. Lub iść w lewo przez bagnisko, nie ma tam żadnej płynącej wody i jest trochę stałego gruntu, ale wciąż to chodzenie po błocie. Niezależnie od tego którą drogę wybierzecie piszcie w trybie przypuszczającym, ze względu na moją ocenę waszego powodzenia czynności.
Płeć: kocur Trwałe urazy: Naderwane lewe ucho w kształcie leżącej litery 'v'.
Wysoki, o drobnych mięśniach bengal. Jego krótkie, grube futro przyzdobione jest cętkami typowymi dla jego rasy. Przez te wszystkie księżyce, kolor jego oczu zmienił się nieznacznie - z szaroniebieskiego, zmieniły się w morski.
Dziwny, wątpliwy. Z jednej strony chętnie podejdzie i pogada, zaznajomi się i wyciągnie wszystkie informacje jakie są mu potrzebne, i będzie najmilszym kotem w okolicy, z drugiej strony wystarczy że ktoś nie będzie go słuchał i już może dojść do kłótni. Kocur lubi mieć wszystko pod kontrolą. Nie ciśnie go póki co do władzy, nie rozumie w ogóle świata i woli się w zupełności podporządkować i być szefem samego siebie, niż robić sobie niepotrzebne kłopoty przy innych.
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Dettlaff [S]
Rozpogadzało się coraz bardziej. Roche wciąż nie skupiał się na chłodzie, był zbyt pochłonięty podróżą. Trudno jednak było nie zauważyć, że mgła znika, wokół robi się coraz głośniej, a niebo jest z każdą chwilą robiło się jaśniejsze. W pewnej chwili przeleciał po okolicy zając, na którego widok ponownie zatrzymał na moment wyprawę. Nie chciał próbować szczęścia. Lepiej być czujnym, lepiej uważać na to co może się pojawić zaraz za zającem. Ale ponownie - pojawiło się nic. Trzepnął ogonem, ruszyli dalej.
Pierwszą prawdziwą przeszkodą na ich drodze była woda. Woda, a z drugiej strony bagno. Bengal moment stał w miejscu, obserwując co się dzieje, co ma przed sobą, łączył powoli wątki. Mieli uważać na wodę, nie każdy ją lubił, nie każdy mógł chcieć przez nią przejść. - Pokrzywa, Kos. Idźcie przez wodę. Ja i Voodoo pójdziemy bagnem. Jest najniższa, niedużo urywa się jej od Tsunami i tej drugiej. Wątpię, żeby utopce ciągnęło do wody, a musimy wiedzieć czy ktoś o ich wzroście tędy przejdzie. Jeśli nie - będziemy musieli wiedzieć, czy da się wodę przeskoczyć czy trzeba płynąć. Przynajmniej nie będziecie usmarowane w błocie do końca drogi - odparł w końcu, błagając w duchu żeby nie było żadnych buntów. Było na to za mało czasu! Do tego, wyjaśnił o co chodzi i czemu chce taki podział. Czemu akurat Voodoo ma się brudzić. - Pójdę z nią, bo... to ja za was odpowiadam. Jakby coś było z nią nie tak, ja będę ją wyciągał z błota. Do tego jestem wysoki i dość ciężki, jakby ktoś starszy nie czuł się na siłach i nie chciał pływać czy skakać, będziemy wiedzieć czy nie ugrzęźnie w błocie... Mogę też zostać na brzegu i patrzeć, czy nikomu nic się nie dzieje, żeby ewentualnie doskoczyć i próbować pomóc. Może być?
Rzucił krótkie spojrzenie każdemu kotu. No... to dość prosty plan. Tylko muszą się na niego zgodzić. On nie mógł ruszyć bez zdania innych, więc to im pozostawił możliwość wykonania pierwszego ruchu, jeśli plan będzie pasował.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Sarna na chwilę zbiła kotkę z chodu, jednak po chwili wszystko wróciło do normy. Wszystko uważnie obserwowała, nasłuchiwała więc szok z nadbiegającego zwierzęcia nie był aż taki duży.
- Nie - przyznała szczerze. Nikt nie rzucił się na nią z pazurami, że jest z Klanu. Może warto będzie podzielić się szczątkami swojej historii z innymi kotami? Może wtedy ona dowie się wtedy czegoś o nich? - Za moich czasów w ogóle nie było wojny. Nawet żadnej większej bitwy. I nie kojarzę, aby parę księżyców przed moim narodzeniem coś takiego miało miejsce - objaśniła. Kojarzyła, że ona i Dymny wspólnie pokonali lisa, ale coś poza tym? Nie pamiętała żadnej wyprawy nawet na borsuka. Przywódcy starali się załatwiać wszystko po pokojowemu.
Wtem przypomniały jej się dawne tereny. Te nad Wielką Wodą, o których mówiła matka. gdyby nie nadeszły ich dwunogi mogliby tam iść. Ale z tego i tak nic nie będzie, nie zna do nich drogi.
Spokojna wyprawa zakończyła się, a w zamian za nią zjawiły się kolejne kłopoty. Zające, motyle i inne pszczółki nie były jednym z nich. Przejść przez Czarny Ogon czy bagno? Jako cienista wiedziała, że przez bagno można być wciągniętym, jeśli nie będzie się wystarczająco uważać, lub iść za szybko. Czy Roche, jak w zasadzie rozbrykany kociak będzie w stanie iść naprawdę powoli, ale i wystarczająco szybko? Z kolei strumyk może ich porwać, a ona pływać nie umie. Jeśli jednak będzie miała napięte mięśnie i będzie wystarczająco dobrze opierać się prądowi, nic nie powinno im przeszkodzić. Jak jednak poradzi sobie reszta? Biorąc pod uwagę ich wiek, mogą być za słabi by bez problemów przejść na drugą stronę używając strumienia. Ale czy tu liczy się jedynie siła? Tak wskazuje logika, ale co z praktyka? Nim zdołała cokolwiek zaproponować, Roche wysnuł pomysł, który brzmiał w miarę sensownie. Musieli znaleźć drogę bezpieczną dla kociąt i Dyni, lecz także i dla wojowników.
- Uważajcie - rzuciła, nie chcąc pochwalać planu. Ona sama na nic lepszego by nie wpadła, ale plan kocura przecież mógł nie wypalić. - Idę pierwsza - poinformowała Pokrzywę bez czekania na jej odpowiedź, jednak jej wieść była skierowana również do wszystkich. Musiała sprawdzić, czy młodsza kotka poradzi sobie z prądem, czy woda jest bezpieczna, aby w razie problemów skoczyć jej na pomoc. Nie czekała na potwierdzenia, zaprzeczenia i przypuszczenia. Czas ich gonił, a strach nie miał prawa przejąć nad nimi kontroli. Musieli biec, musieli ratować Nowy Świt.
Weszła do strumienia. Napięła mięśnie i skupiła się na tafli. Nie może popełnić błędu. Jeśli wszystko poszłoby po jej myśli, kotka starałaby się przejść przez wodę uważając na prądy, starając się wybierać jak najmniej rwącą wodę oraz tą jak najpłytszą. Ponadto, starała się przenieść ciężar ciała na łapy, aby zwiększyć swoją wagę, a jej kroki byłyby uważne, stawiane z rozwagą. Nie miała pojęcia, jak ma przejść przez wodę poprawnie, ale taka droga, taki sposób, na logikę, wydawał się być najbardziej odpowiedni.
Pokrzywa jest kocicą o szczupłej, proporcjonalnej sylwetce. Posiada długie łapy, dzięki czemu zalicza się do tych wysokich, choć z pewnością znajdzie sporo kotów, które ją przerastają. Ciało pokrywa długa, mocno przylegająca do ciała, buro-ruda ozdobiona tygrysimi pręgami sierść, na którą nachodzą miejscami białe plamy. Biel pokrywa wszystkie łapy, tworząc niewysokie skarpetki, a także rozlewa się na dolną szczękę, aby dalej rozejść się szerokim pasmem na szyi i skończyć się na brzuchu. Pyszczek Pokrzywy jest wąski i delikatnie wydłużony. Ma miodowe oczy w kształcie migdałów, ceglasty nos oraz długie, szpiczaste uszy, zakończone drobnymi pędzelkami. Charakterystycznym elementem wyglądu kocicy jest niewielka smuga białego futerka na czole.
Ciekawa świata, ale nie z tych, co to wkładają łapę do ognia, żeby przekonać się, że naprawdę parzy. Woli obserwować z oddali i wyciągać wnioski. Pochłonięta jakimś nurtującym jej zagadnieniem potrafi świata nie widzieć poza tą jedyną kwestią. Przy spotkaniu z kimś, kto nie zalicza się do najbliższego otoczenia, Pokrzywa zachowuje dystans. Niechętnie dzieli się szczegółami dotyczącymi jej życia, natomiast z przyjemnością wyciąga takie informacje od innych. Nie zwykła kłamać, ale szylkretce często zdarza się miarkować prawdę w zależności od własnych potrzeb. Otwarcie się przed kimś zajmuje kocicy wiele czasu, a przy tym mocno przywiązuje się do tych, którzy się do niej zbliżyli.
Pszeniczny Kłos [w], Różana Łapa [rz], Kolec [w]
Więc... Kos sugerowała, że Wicher wziął Pożogę jako sojusznika do walki, w przypadku ataku innego klanu i jednocześnie twierdziła, że żadnego rodzaju walki między klanami nie miały miejsca za jej życia. Zdaniem Pokrzywy kupy się to nie trzymało, ale mniejsza. Nie każdy kot o klanowych korzeniach był rzetelnym źródłem informacji o ich motywach. Nie ciągnęła już tego tematu dłużej, żeby nie wyciągać znów sprawy Rojsta.
Dotarli do pierwszej przeszkody na swojej drodze, która przez ich młodocianego przewodnika została potraktowana na wyrost. Klany przekraczały Czarny Ogon nie od dziś i nie było to jakimś nadzwyczajnym wyczynem. Jasne, to wciąż była płynąca woda, o zdradliwym dnie, ale dokąd mogła im sięgać? Do brzucha? Dodatkowo nie wydawała się być szeroka na tyle, żeby nie dało się jej przeskoczyć. Może nie suchą łapą, ale od odrobiny wody nic im nie będzie.
Spoglądała na cętkowanego kocurka, gdy ten oferował się z pomocą w przejściu przez strumyk lub bagnisko. Naprawdę ktokolwiek z nich wyglądał, jakby tego potrzebował? Każda z zebranych kocic miała minimum dwa razy więcej doświadczenia i decydowanie nie potrzebowała troski szczyla, który najwyraźniej zachłysnął się tą odrobiną władzy, jaką otrzymał od Tundry. Nic nie drażniło jej bardziej niż koty, które uważały się za lepsze. Zupełnie jak klany. Zupełnie jak... Rojst... Po cichu liczyła, że Rochowi poślizgnie się łapa, zaryje mordą w całe to bagno i skończy się jego kozakowanie. Odpowiedzialny za wszystkich, dobre sobie. Nie był odpowiedzialny nawet za pchły na własnym zadzie.
- Idź z Voodoo - mruknęła krótko, dają znać Bengalowi, że nie potrzebowała jego asysty. Rozdzielenie się też się szylkretce nie podobało, ale brała pod uwagę to, że Tsunami i Sekwoja mogą mieć opory przed przejściem przez wodę. Sama podeszła do brzegu Czarnego Ogona, starając się wybrać suche i twarde podłoże, z którego łatwiej byłby wykonać skok. Przeniosła ciężar ciała na tylne łapy i spróbowała się mocno wybić, aby pokonać strumień jednym susem. Celowała w miejsce po drugiej stronie, które zapewniłoby wygodne lądowanie - bez kamieni i wysokiej trawy.
Kocica zmarszczyła nos na taką reakcję. Być może popełniła błąd, zaczynając takim tematem.
Kocica zastrzygła uszami, zaciekawiona słysząc słowa Kos. Malinowa Gwiazda? Lawendowa Gwiazda? Czyżby starsza kocica była typowo tutejsza?
Słysząc pytanie Pokrzywy i odpowiedź starszej wojowniczki, nowicjuszka zmrużyła delikatnie ślepia. Czyli dobrze myślała. - Kos? W którym ze starych klanów się urodziłaś? Jeśli to nie tajemnica oczywiście.
Niska kocica zatrzymała się kiedy pojawił się zając. Na szczęście zniknął tak szybko jak i się pojawił.
Kiedy cała grupa stanęła przed chyba pierwszą przeszkodą.
Srebrzysta kocica machnęła ogonem zaskoczona kiedy została wytypowana do przejścia przez bagno. Potrafiła pływać, bez problemu mogłaby po prostu przejść przez wodę, nie brudząc futra. Bagniste podłoże było dla niej swego rodzaju nowym wyzwaniem. Słysząc jednak wytłumaczenie, kotka parskneła wesoło. - Czyli co robię za kociaka, czy za młodego terminatora?
Nie mogła się powstrzymać od małego żartu na rozładowanie atmosfery, nie zauważając nawet, że użyła klanowej terminologii. Kocica posłała towarzyszom, delikatny uśmiech nim ruszyła w kierunku rozlewiska. Żuczka westchnęła pod nosem, nim ruszyła przez bagno. Łapy stawiała ostrożnie, wpierw sprawdzając delikatnie łapą, czy miejsce, w którym chce postawić następny krok, jest wystarczająco twarde, by na tym ustać.
Płeć: kocur Trwałe urazy: Naderwane lewe ucho w kształcie leżącej litery 'v'.
Wysoki, o drobnych mięśniach bengal. Jego krótkie, grube futro przyzdobione jest cętkami typowymi dla jego rasy. Przez te wszystkie księżyce, kolor jego oczu zmienił się nieznacznie - z szaroniebieskiego, zmieniły się w morski.
Dziwny, wątpliwy. Z jednej strony chętnie podejdzie i pogada, zaznajomi się i wyciągnie wszystkie informacje jakie są mu potrzebne, i będzie najmilszym kotem w okolicy, z drugiej strony wystarczy że ktoś nie będzie go słuchał i już może dojść do kłótni. Kocur lubi mieć wszystko pod kontrolą. Nie ciśnie go póki co do władzy, nie rozumie w ogóle świata i woli się w zupełności podporządkować i być szefem samego siebie, niż robić sobie niepotrzebne kłopoty przy innych.
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Dettlaff [S]
- Ty również - rzucił od razu do Kos, szczerze licząc na to że uważać będzie. Zaraz po tym odezwała się Pokrzywa, mówiąca żeby Roche już szedł. Kocur skinął łbem do tej pierwszej, wspominając jej żeby w razie potrzeby one wzajemnie sobie pomogły. Potem głos zabrała Voodoo. Na jej żart uniósł brew do góry. - Za królika doświadczalnego.
Rzucił luźno, popychając ją nosem w bok. Im prędzej się zabierze do przechodzenia przez bagno, tym lepiej. On wolał pozostać z tyłu. I jeszcze moment nadzorować tego jak radzą sobie inni. Nawet jak reszcie się to nie podobało, Fairy był ich, TFU(!), przywódcą - a rozkaz to rozkaz. Miał dbać o innych, inaczej czeka go kara. I szczerze, te śmieszne groźby miał gdzieś. Jakiś długouchy pajac o śmiesznym nosie będzie mu groził? Ostatnio po groźbach dostał po mordzie i obraził się śmiertelnie. Nie bał się go. Po prostu chciał mu pokazać, że jest aż taki zły. Że może ufać Tundrze, skoro młodego wywołała do tej misji. Bo w tym cholernym Klanie chyba miał już tylko Tundrę.
Voodoo ruszyła, Roche niewiele za nią. Podobnie jak srebrna kotka, pierwszych parę chwil poświęcił na "omacywanie" podłoża. Pougniatał parę razy łapą błota, upewniając się czy nie jest za miękkie. Potem postawił parę kroków do przodu, licząc na to że uda się mu przejść. Każdy jego krok był ostrożny, upewniał się ciągle czy podłoże pod nim nie jest zbyt liche. Patrzył na to co ma pod łapami, pilnował się żeby nie iść za szybko i żeby nie iść zbyt wolno. Zbyt szybki chód zawali grunt pod nim, zbyt wolny może zrobić coś bardzo podobnego - tempo miał więc średnie. Teraz tylko dojść na drugi brzeg tego bagna...
Księżyce: 134 Mistrz: Zachodzące Światło [*] Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: każdy i nikt Trwałe urazy: blizna na podgardlu po ataku borsuka, blizna na karku, blizna na tylnej łapie i zadrapanie pod prawym okiem
Księżyce: 134 Mistrz: Zachodzące Światło [*] Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: każdy i nikt Trwałe urazy: blizna na podgardlu po ataku borsuka, blizna na karku, blizna na tylnej łapie i zadrapanie pod prawym okiem
Duży, masywny kocur o szerokich barkach i silnych łapach. Ma garbaty nos, skośne, zielone oczy i pędzelki na uszach. Jego umaszczenie jest ciemne, bure tygrysio pręgowane i około połowy jego ciała pokrywa biel, charakterystycznie przecinając mu lewe oko. Ogon jest gruby, średniej długości, zakończony czernią.
[pełny charakter w KP] Bystry i uważny kocur, obserwuje wszystko, co się wokół niego dzieje i nie pozwala, by coś umknęło jego uwadze. Towarzyski i uśmiechnięty, z łatwością nawiązuje nowe znajomości. Bywa wścibski i lubi się przyjacielsko droczyć. Nie lubi granic, zasad i religii, skrycie tym gardząc. Jest elastyczny i często dostosowuje się do sytuacji i rozmówcy. Zależy mu na jego najbliższych - czy to przyjaciołach czy rodzinie.
Rybołowi Lot, Liliowa Łapa. Bratek [KRz]
Kos - przechodzi przez strumyk. Rzut z modyfikatorem z Siły.
Pokrzywa - przeskakuje przez strumyk. Rzut z modyfikatorem ze Zręczności.
VooDoo - przechodzi przez bagnisko. Rzut z modyfikatorem ze Zręczności.
Roche - przechodzi przez bagnisko. Rzut z modyfikatorem ze Zręczności.
1-4 - nie udało się
5-6 - udało się słabo
7+ - udało się skutecznie
Kos - 7+3=10 (udało się skutecznie)
Pokrzywa - 3+2=5 (udało się słabo)
VooDoo - 4+2=6 (udało się słabo)
Roche - 5+2=7 (udało się skutecznie)
Kos próbowała przeprawić się przez strumyk "na piechotę". Na szczęście była kocicą silną i sprawną i nie stanowiło to dla niej większego problemu. Co prawda chłodna woda na nią nacierała, ale nie była w stanie wytrącić jej z równowagi. Po krótkiej chwili dotarła, zmoczona, na drugi brzeg.
Pokrzywa natomiast zdecydowała się próbować przeskoczyć Czarny Ogon. Strumyk nie był zbyt szeroki, więc dorosły kot powinien mieć spokojnie szansę to zrobić. Wybiła się mocno i poszybowała do przodu, lecąc prosto na drugi brzeg. Poszło jej całkiem nieźle, ale lądując na brzegu trafiła na błoto, przez co się poślizgnęła i upadła. Nic jej się nie stało, ale całe jej długie futro było uwalone miękkim błockiem w którym wylądowała.
VooDoo i Roche zaczęli przechodzić przez bagnisko po drugiej stronie stawu. Szli ostrożnie i delikatnie, uważając, by nie zapaść się w bajoro i nie ugrzęznąć. Młodemu kocurowi poszło naprawdę sprawnie i szybko, ale VooDoo w pewnym momencie poczuła, jak jej tylne łapy się zapadają. Na szczęście udało jej się je wyswobodzić zanim całkiem się zapadła. Miała uwalone i poklejone błotem całe tylne łapy, ale była bezpieczna. Całej czwórce udało się bez uszkodzenia przejść na drugą stronę cieku wodnego.
Kos - Rzut na przeziębienie za brodzenie w zimnej wodzie - 1d4, 1,2,4 - zdrowe, 3 - przeziębienie
4 = zdrowa
Płeć: kocur Trwałe urazy: Naderwane lewe ucho w kształcie leżącej litery 'v'.
Wysoki, o drobnych mięśniach bengal. Jego krótkie, grube futro przyzdobione jest cętkami typowymi dla jego rasy. Przez te wszystkie księżyce, kolor jego oczu zmienił się nieznacznie - z szaroniebieskiego, zmieniły się w morski.
Dziwny, wątpliwy. Z jednej strony chętnie podejdzie i pogada, zaznajomi się i wyciągnie wszystkie informacje jakie są mu potrzebne, i będzie najmilszym kotem w okolicy, z drugiej strony wystarczy że ktoś nie będzie go słuchał i już może dojść do kłótni. Kocur lubi mieć wszystko pod kontrolą. Nie ciśnie go póki co do władzy, nie rozumie w ogóle świata i woli się w zupełności podporządkować i być szefem samego siebie, niż robić sobie niepotrzebne kłopoty przy innych.
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Dettlaff [S]
Nie do uwierzenia, że udało mu się przejść. I jemu, i Voodoo. W moment zdołał ją wywinąć, dopiero po chwili orientując się że ta ugrzęzła. I już, już miał wracać do bagna jej pomóc, ale ta w porę sobie dała radę sama. Szykował się do jakiegoś słowa pochwały, zaraz słysząc trzask. Pokrzywa się... przewróciła? Osłabła? Zraniła? Położył po sobie uszy, sprawnym krokiem do niej doskakując i lekko pochylając łeb, zachowując mały dystans. - Jesteś cała? - wymruczał do niej najłagodniej jak mógł. Nie mógł lżej. Nie umiał, nie dało się. Nadal był ch###m jakich mało na tym świecie, ale chociaż usiłował się zachowywać w chwili, kiedy było ich tak mało i każda usterka mogła zaważyć nad losem nie tylko ich, ale całego Klanu. Nic jej w każdym razie nie było, więc zaraz się od niej odsunął. - Przed nami droga z potworami. Wiecie co to, przynajmniej mam nadzieję. Uważajcie tam. Błagam. Jeśli ktoś tak się pośliźnie, a potwór nadejdzie, możecie pożegnać się z życiem. Idziemy.
Rzucił głośno, trzepnął ogonem i na raz, ruszył w drogę. Dojście do Grzmiącej Ścieżki to moment, ale przejście przez nią może zająć... dłużej. To w końcu już faktycznie wyzwanie, nie to co strumyczek i błotko.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
- Cień. - odparła krótko, jakby z odrazą. - Chociaż jeśli chodzi o dokładne urodzenie, to gdzieś na Osiedlu - poprawiła Voodoo po chwili, z przyzwyczajenia. Dobrze, że nie była z Rzeki. Nie chciała się przyznawać do Klanu, przed którym teraz uciekała. A ucieczka wydawała się nie mieć końca, dopiero co zaczynali. Nawet nie byli za Grzmiącą Ścieżką...
Przekroczenie strumienia nie było ani trochę przyjemne. Było jej zimno, mokro, ale przeszła i miała to za sobą. Zignorowała chłód. Jeśli niedługo wyjdzie słońce, szybko się wysuszy. Albo futro wyschnie w biegu.
- Wszyscy cali? - rozejrzała się po towarzyszach, mierząc ich troskliwe wzrokiem. Pokrzywa wpadła w błoto, Roche przeszedł w miarę sprawnie... Ale Voodoo miała większe problemy. Posłała jej zlęknione spojrzenie, jednak ta po chwili się wygrzebała. Podsumowując, jej taktyka może i była nieprzyjemna, ale przynajmniej wyszła czysta. Miała tylko nadzieję, że nie zachoruje. Fairy na pewno ma wystarczającą ilość problemów.
- Uważnie obserwujcie teren, nasłuchujcie - dodała do kocura. Oby ten nie obraził się, że ta jest tak o wszystkich troskliwa. Nie chce przecież źle... Doskonale wiedziała, że za Grzmiącą Ścieżką będzie najbezpieczniej. Klany nigdy jej nie przekraczały, jeśli nie musiały... Szepcząca Sadzawka!
- Roche - w jednej chwili podbiegła do kocura. - Musimy iść jak najdalej od Borsuczych Pagórków, za Wrzosowisko, może i nawet za Topiołki. Klany podróżują tamtędy do Szepczącej Sadzawki, mogą się na nas natknąć - wymruczała poważnie. Kocura zapewne nie miał pojęcia o czym mówi, ale nie interesowało jej to. Jeśli już mieli zamieszkać za Ścieżką, muszą wybrać jak najbardziej bezpieczny teren.
Pokrzywa jest kocicą o szczupłej, proporcjonalnej sylwetce. Posiada długie łapy, dzięki czemu zalicza się do tych wysokich, choć z pewnością znajdzie sporo kotów, które ją przerastają. Ciało pokrywa długa, mocno przylegająca do ciała, buro-ruda ozdobiona tygrysimi pręgami sierść, na którą nachodzą miejscami białe plamy. Biel pokrywa wszystkie łapy, tworząc niewysokie skarpetki, a także rozlewa się na dolną szczękę, aby dalej rozejść się szerokim pasmem na szyi i skończyć się na brzuchu. Pyszczek Pokrzywy jest wąski i delikatnie wydłużony. Ma miodowe oczy w kształcie migdałów, ceglasty nos oraz długie, szpiczaste uszy, zakończone drobnymi pędzelkami. Charakterystycznym elementem wyglądu kocicy jest niewielka smuga białego futerka na czole.
Ciekawa świata, ale nie z tych, co to wkładają łapę do ognia, żeby przekonać się, że naprawdę parzy. Woli obserwować z oddali i wyciągać wnioski. Pochłonięta jakimś nurtującym jej zagadnieniem potrafi świata nie widzieć poza tą jedyną kwestią. Przy spotkaniu z kimś, kto nie zalicza się do najbliższego otoczenia, Pokrzywa zachowuje dystans. Niechętnie dzieli się szczegółami dotyczącymi jej życia, natomiast z przyjemnością wyciąga takie informacje od innych. Nie zwykła kłamać, ale szylkretce często zdarza się miarkować prawdę w zależności od własnych potrzeb. Otwarcie się przed kimś zajmuje kocicy wiele czasu, a przy tym mocno przywiązuje się do tych, którzy się do niej zbliżyli.
Pszeniczny Kłos [w], Różana Łapa [rz], Kolec [w]
Zaklęła brzydko pod nosem, gdy ląd po drugiej stronie Czarnego Ogona okazał się być śliski, przez co jedna jej z tylnych łap ujechała, a ona sama upadła wprost w miękkie błoto. Ku swojemu niezadowoleniu zauważyła, że młodzik przeszedł bez szwanku, tssk. Może to i lepiej. Niechęć do Rocha rosła z każdą chwilą, ale ranne koty w aktualnej sytuacji Nowego Świtu byłyby prawdziwą przeszkodą. Podniosła się z ziemi i otrzepała z nadmiaru lepkiej mazi przyklejonej do jej futra.
- Skończ. Nie potrzebuje twojej troski. Jak będzie nie-w-porządku, to się dowiesz - oznajmiła chłodno. Może klarowny komunikat w jego wypadku podziała. Takie nadskakiwanie i traktowanie ich wszystkich jak bezmózgie niedorajdy działało szylkretce na nerwy. Zawiesiła nisko łeb i żwawym truchtem ruszyła w dalszą drogę. Zaraz czekała ich o wiele trudniejsza przeprawa niż lichy strumyczek. Grzmiąca Ścieżka przy klanach była niczym w porównaniu do ruchliwych ulic w mieście, ale wciąż była niebezpieczna. Tam nie było miejsca na błędy. Gdyby tylko w Nowym Świcie nie było kociąt - z pewnością dałoby się uniknąć takiej przeprawy, ale... nie mogli przenieść się nigdzie daleko, a po tej stronie czekało ich ryzyko starcia z Klanem Rzeki.
- Co takiego jest w tej Szepczącej Sadzawce? - zmarszczyła brwi, spoglądając na Kos. Była wystarczająco blisko, aby kocicę usłyszeć i szczerze nie miała pojęcia, czemu Kos aż ściszyła głos, żeby poinformować Rocha o tym drobnej niedogodności w ich misji. Czyli... Nie wystarczy przejść przez ulicę i muszą iść gdzieś dalej? Naprawdę? Czy widmo ataku Klanów już zawsze będzie wisieć nad ich głowami? Świetnie!
Płeć: kocur Trwałe urazy: Naderwane lewe ucho w kształcie leżącej litery 'v'.
Wysoki, o drobnych mięśniach bengal. Jego krótkie, grube futro przyzdobione jest cętkami typowymi dla jego rasy. Przez te wszystkie księżyce, kolor jego oczu zmienił się nieznacznie - z szaroniebieskiego, zmieniły się w morski.
Dziwny, wątpliwy. Z jednej strony chętnie podejdzie i pogada, zaznajomi się i wyciągnie wszystkie informacje jakie są mu potrzebne, i będzie najmilszym kotem w okolicy, z drugiej strony wystarczy że ktoś nie będzie go słuchał i już może dojść do kłótni. Kocur lubi mieć wszystko pod kontrolą. Nie ciśnie go póki co do władzy, nie rozumie w ogóle świata i woli się w zupełności podporządkować i być szefem samego siebie, niż robić sobie niepotrzebne kłopoty przy innych.
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Dettlaff [S]
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Miał ochotę po prostu uśmiechnąć się i ją uderzyć. Strzelić ją tak, żeby wypluła zęby, żeby jej pękła gałka oczna, żeby wpadła do wody i odpłynęła. Zabić jej nie chciał. Chciał jej pokazać gdzie w tej chwili jest jej miejsce. Ale nie mógł. Był odpowiedzialny. Dowodził. A dobry dowódca raczej nie usiłuje zabić kotów, z którymi maszeruje. Trzepnął uchem, zmarszczył brwi. - W dupie mam twoje prywatne żale i problemy do mnie. Słyszałaś co się dzieje? Pamiętasz po co uciekamy i czemu jesteśmy na wyprawie? Każdy mógł tak upaść i mogło być gorzej, a kulejąc czy krwawiąc zrobisz z siebie łatwy cel dla byle lisa. Pokłócimy się na miejscu, jak cały Nowy Świt będzie bezpieczny. A jak chcesz szczekać, sfory psów są trochę dalej. Chętnie się z tobą pobawią - splunął na bok, zaraz skupiając wzrok na niej. I Voodoo, i Kos wyjątkowo mogły potwierdzić, że Roche nie zaczął. Że tym razem dostał ochrzan za to, że usiłował upilnować czy nikomu nic nie ma. - Jeśli chcesz się spierać, wiesz gdzie mamy obóz. Możesz wrócić. Nikt cię tu siłą nie trzyma. I owszem, na pewno się dowiem że jest nie w porządku, jak będzie, do k###y, za późno. Nic mnie nie obchodzi twoje samopoczucie na co dzień, ale zrozum wagę sytuacji. Musimy być w jednym kawałku, żeby się udało nam dotrzeć na miejsce.
Pokrzywa jest kocicą o szczupłej, proporcjonalnej sylwetce. Posiada długie łapy, dzięki czemu zalicza się do tych wysokich, choć z pewnością znajdzie sporo kotów, które ją przerastają. Ciało pokrywa długa, mocno przylegająca do ciała, buro-ruda ozdobiona tygrysimi pręgami sierść, na którą nachodzą miejscami białe plamy. Biel pokrywa wszystkie łapy, tworząc niewysokie skarpetki, a także rozlewa się na dolną szczękę, aby dalej rozejść się szerokim pasmem na szyi i skończyć się na brzuchu. Pyszczek Pokrzywy jest wąski i delikatnie wydłużony. Ma miodowe oczy w kształcie migdałów, ceglasty nos oraz długie, szpiczaste uszy, zakończone drobnymi pędzelkami. Charakterystycznym elementem wyglądu kocicy jest niewielka smuga białego futerka na czole.
Ciekawa świata, ale nie z tych, co to wkładają łapę do ognia, żeby przekonać się, że naprawdę parzy. Woli obserwować z oddali i wyciągać wnioski. Pochłonięta jakimś nurtującym jej zagadnieniem potrafi świata nie widzieć poza tą jedyną kwestią. Przy spotkaniu z kimś, kto nie zalicza się do najbliższego otoczenia, Pokrzywa zachowuje dystans. Niechętnie dzieli się szczegółami dotyczącymi jej życia, natomiast z przyjemnością wyciąga takie informacje od innych. Nie zwykła kłamać, ale szylkretce często zdarza się miarkować prawdę w zależności od własnych potrzeb. Otwarcie się przed kimś zajmuje kocicy wiele czasu, a przy tym mocno przywiązuje się do tych, którzy się do niej zbliżyli.
Pszeniczny Kłos [w], Różana Łapa [rz], Kolec [w]
Brwi Pokrzywy uniosły się ku górze, gdy cętkowany kocurek zaczął się rzucać w jej kierunku bez żadnego powodu. Do tej pory posłusznie znosiła decyzję Tundry. Doszukiwała się w młodym właściwie czegokolwiek, co mogłoby stanowić podstawę tego wyboru. Nie znalazła nic. Owszem, nie brakowało mu sprawności fizycznej, i chęci do pomocy (nawet wobec tych, którzy jej nie chcieli), ale... to było za mało. Szylkretka nie wiedziała jak kocica, którą podziwiała od pierwszego spotkania, mogła popełnić taki błąd. Już nawet nie chodziło o wiek ich dowódcy, ale o jego temperament.
Stała wyprostowana, mierząc Rocha spojrzeniem. Czuła jak wzbiera w niej gniew. Jak futro na karku się unosi, a łapa aż świerzbi, aby go zdzielić. Same słowa spływały po niej jak po kaczce. Były warte tyle, co zeszłoroczny śnieg i nie miały żadnego pokrycia. Złościło kocice natomiast to, że szczeniak stawiał się w pozycji, w której miał rzekomo prawo w ogóle się do niej zwracać w taki sposób. Do takiego obrazu Nowego Świtu dążyli? Żeby ten, kto był o stołek wyżej, mógł się wyżywać na tych „na dole”? Od tego uciekła. Nie zamierzała do tego wracać. Nie dopuści do tego, żeby to się tak skończyło. Roche chyba nie pojmował tego, nad czym tak naprawdę pracowali. Jedna destrukcyjna jednostka mogła obrócić w popiół ich starania.
Musiała być ponadto wszystko. Wzięła głęboki wdech i rozluźniła napięte mięśnie. Nie chciała być „tą złą”, która odbiera kociakowi nową zabawkę, ale w tym momencie nie miała wyboru. Ich misja była zagrożona przez mentalnie niestabilnego nieletniego dowódcę. Wypuściła powietrze w krótkim, zmęczonym westchnięciu.
- Widzę, że to zadanie cię przerasta, Roche. To nie twoje wina, Tundra przeceniła twoje umiejętności pracy pod presją. Uważasz, że tak powinien zachowywać się odpowiedzialny dowódca? Szamotać się jak ryba wyrzucona na brzeg, bo ktoś powiedział, coś co ci się nie spodobało? Nie zajdziemy daleko, jak będziesz się rzucać za każdym razem, jak coś będzie nie po twojej myśli – odparła spokojnym tonem w stronę kocurka, na tyle głośno aby i Kos i Voodoo ją usłyszały. Widziały całą szopkę, mogły wyciągnąć z tego wnioski same.
- Ta misja jest najważniejsza. Jest ważniejsza niż wszystko, czego dokonał każdy z nas przez całe swoje życia. Cała reszta czeka, aż przyniesiemy im dobre wieści, a do tego potrzebujemy kompetentnego dowódcy. Kos jest z nas najstarsza, najbardziej doświadczona i zna te tereny najlepiej. Proponuję, aby od teraz to ona dowodziła - odwróciła łeb do jednej i drugiej z kocic, a następnie na Rocha. Nie spodziewała się, że ustąpi. To byłoby zbyt odpowiedzialne zachowanie, ale tym samym pokaże co jest dla niego ważniejsze – dobro Nowego Świtu, czy jego pięć minut chwały. Kos już wcześniej zadeklarowała chęć przejęcia dowodzenia, ponadto Fairy osobiście wytypował ją jako zastępstwo, więc wychodziło na to, że decydujący głos przypadał Voodoo.
Jednej rzeczy Pokrzywa żałowała – że nie odezwała się wtedy na zebraniu. Mogliby teraz tego wszystkiego uniknąć i pewnie w tym momencie byliby już za Grzmiąca Ścieżką.
Płeć: kocur Trwałe urazy: Naderwane lewe ucho w kształcie leżącej litery 'v'.
Wysoki, o drobnych mięśniach bengal. Jego krótkie, grube futro przyzdobione jest cętkami typowymi dla jego rasy. Przez te wszystkie księżyce, kolor jego oczu zmienił się nieznacznie - z szaroniebieskiego, zmieniły się w morski.
Dziwny, wątpliwy. Z jednej strony chętnie podejdzie i pogada, zaznajomi się i wyciągnie wszystkie informacje jakie są mu potrzebne, i będzie najmilszym kotem w okolicy, z drugiej strony wystarczy że ktoś nie będzie go słuchał i już może dojść do kłótni. Kocur lubi mieć wszystko pod kontrolą. Nie ciśnie go póki co do władzy, nie rozumie w ogóle świata i woli się w zupełności podporządkować i być szefem samego siebie, niż robić sobie niepotrzebne kłopoty przy innych.
Kamień, Wężowy Błysk [KG], Dettlaff [S]
- Czyli jednak po prostu masz problem o to, że dostałem zadanie jako najmłodszy członek? Najwidoczniej z powodem. Chyba, że podważasz zdanie Tundry? Ze względu na własne… cholera wie co? I to dlatego że sprawdziłem czy nic ci się nie stało. Nie mamy teraz czasu na kłótnie i sprzeczki. Ty jako starsza powinnaś wiedzieć przede wszystkim, czyż nie? - uniósł brew do góry, marszcząc do tego nos. Przed chwilą sama się rzucała. Sama zaczęła. I odwróciła całą sytuację przeciw niemu. Ależ on kochał Pożogę i każdego członka. - Słucham waszych uwag i rad. I jako dobry przywódca pierwszorzędnie powinienem sprawdzać, czy każdy ma się dobrze. Gdybym poszedł bez słowa, mogłabyś mieć problem o brak zainteresowania. Prowadzę was do końca. To był rozkaz NASZEGO Przywódcy. I ja preferuję nie łamać zasad. Możemy iść i kłócić się na miejscu? Proszę? To nie czas i miejsce na postój.
Trzepnął ogonem. On kończył temat. Chciał po prostu iść. I mieć to z głowy. Nie lubiła go to nie. Nie musieli się lubić. Po prostu dojść na miejsce trzeba było czym prędzej i… tyle. Mówił już, nie obchodzą go jej żale i problemy w jego stronę.
Słysząc odpowiedź starszej wojowniczki, córa Kleopatry skinęła jej pyskiem, dziękując za odpowiedź. - Mój ojciec również się tam urodził, myślisz, że mogłaś go znać? - Kocica nie wiedziała aż tak wiele o tym jak wyglądała jej rodzina, możliwe nawet było, że były w jakiś sposób spokrewnione. To by dopiero było zabawne.
Voodoo posłała bengalowi psotny uśmiech, słysząc za kogo, będzie w końcu robić. Przejście nie wyszło jej, tak jak planowała. Srebrzysta kocica syknęła cicho kiedy jej tylne łapy zaczęły się zatapiać w błocie. Na szczęście dzięki szybkiej reakcji szybko udało jej się wyswobodzić. No teraz tylko miała uwalone futro. Byleby tylko nie przeziębiła sobie zadu w ten sposób.
Zaraz jednak brudne futro zeszło na dalszy plan, kiedy kotka zauważyła poczynania reszty grupy. Kiedy zauważyła, jak poszło Pokrzywie. Złote oczy niemal natychmiast skupiły się na szylkretce w poszukiwaniu jakichkolwiek obrażeń. Szybkim krokiem dołączyła do reszty.
Słysząc pytanie o Szepczącą Sadzawkę, Voodoo na chwile opuściła wzrok, szukając jakiejkolwiek wzmianki o czymś takim w opowieściach ojca. Jej ojciec miał do tego specyficzne podejście, ona też je miała. - A to nie jest ta gwiezdna sadzawka, w której przywódcy klanów ponoć dostają życia?
Konflikt między Pokrzywą, a Roche’em, sprawił, że kocica zdezorientowana zmarszczyła nos. Co tu się działo? Zerknęła pytająco na Kos, być może to ona ogarniała całą sytuację. Czy naprawdę tak na wszystkich działał stres tej wyprawy i odpowiedzialności?
Do diabła, ona nie miała pojęcia, co powinna zrobić. Nigdy nie była pomiędzy skonfliktowanymi stronami, bo zazwyczaj to ona była jedną ze stron w sporze z ojcem. Mimo wszystko delikatnie przysunęła się bliżej bengala.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
- Na pewno nie - od górnie spisała na starty pytanie Nowicjuszki, jednak mówiąc to w delikatny sposób, tak, aby jej nie urazić. - Miałam coś koło dwóch księżyców jak w wróciłam z mamą do Klanu, a przez ten czas niewiele pamiętam - nie kojarzyła, aby ktokolwiek pomógł im w tamtej sytuacji. Były pozostawione same sobie, ba, była zostawiona na łaskę Jesionowej Kory i szczęścia, więc gdyby ktoś pomógł im w niedoli imię jegomościa byłoby wryte w mózg Kos jak imiona rodziców.
W pierwszej chwili sądziła, że słowa Pokrzywy są kierowane w jej kierunku. Że jest zbyt troskliwa, ale to zwracała się do Rocha. Ten nie pozostał jej dłużny. Nie odparł jej jedynie, a coś dodał, co tylko zwiększyło rozmiar konfliktu, nawet z przekleństwami. Widziała złość w oczach kotki, widziała niezadowolenie w oczach kocura. Zasugerowano jej dowództwo, ci dalej się sprzeczali. Nie chciała odbierać kocurowi zadania do wykonania, czegoś, w czym mógł się wykazać. Od czasu do czasu zerkała uspokajająco na Nowicjuszkę, gdyż ta również nie wyglądała na zadowolona
z obrotu sprawy. Nie do końca chciała zabierać głos w tej sprawie, ale musiała. To ona sprawowała nad nimi opiekę.
- Koniec kłótni - rzuciła delikatnie ostrzej, a dotychczasowy kamienny wyraz pyska również przybrał mniej, ale tylko trochę mniej przyjemny, zarys. - Nie możemy się tutaj sprzeczać. Zrobicie to obozie, o ile będzie taka potrzeba. Jeśli Roche faktycznie zacznie mieć problemy z dowodzeniem, ja je przejmę. Na razie, dla dobra całego Nowego Świtu, musicie zaprzestać swoje negatywne odczucia wobec innych - założyła odgórnie. Znała ta tereny, ale dalszych już nie. Dobrze by było, aby ktoś bardziej obeznany prowadził na nowych terenach Nowego Świtu.
- I tak, Szepcząca Sadzawka - poprawiała Voodoo - to święte miejsce dla Klanów. Mogę wam o nim opowiedzieć więcej jeśli chcecie. W nowym obozie mogę wam nawet opowiedzieć o wiele więcej o Klanach, ale najpierw trzeba go znaleźć - ponagliła. Jedna to kocur, póki co, dowodził i to on musiał iść dalej.