Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Nie dała nic po sobie poznać, ale fala błogiej ulgi przepłynęła po jej ciele na widok znajomego zbiornika wodnego. Nurt rozpoznała Szepczącą Sadzawkę bez trudu, mimo że ta nie prezentowała się choć w połowie tak pięknie, jak podczas jej wyprawy. Była równie nijaka co reszta świata, po prawdzie, a ciemna toń nijak nie zachęcała do zbliżenia się, tym bardziej do skosztowania wody. W sumie to miło, że Wąż miał dziś widzieć się z Gwiezdnymi, nie ona.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła, bo faktycznie, nie musiało to być oczywiste dla każdego. Miejsce spotkania z Przodkami nie wyróżniało się jakoś nadzwyczajnie. Ba, nie wyróżniało się wcale, może poza faktem, że innej wody w tej okolicy raczej trudno uświadczyć. Przynajmniej pomylić się nie dało! Majtnęła ogonem, skłoniła głowę. – Uroczyście prezentuję wam Szepczącą Sadzawkę we własnej, wodnej osobie!
Oklaski i wesołe wiwaty to prawdopodobnie byłaby lekka przesada, ale odgłosu wymiotowania się nie spodziewała. Cofnęła uszy i obróciła się w stronę Muchomora, z którego przecież spuściła wzrok ledwie na momencik! Świetnie, Wąż zaraz pójdzie sobie spać w najlepsze, a oni? Ile trwa taka przywódcza ceremonia, co? Ona nie dostawała żadnych żyć, kwestia odbycia krótkiej rozmowy i tyle. No i... Jak oni wrócą, jeśli wojownikowi dalej będzie się pogarszać? Nie miała bladego pojęcia, co mogło mu dolegać, sądziła, że jest otępiały po uderzeniu i to normalne. Teraz zalęgły się w niej wątpliwości, i to takie rozmiaru dużego, tłustego szczura. Miała nadzieję, że nie poturbowało mu wnętrzności.
Stanęła u boku mistrza, unosząc szary łebek do góry.
– Weź łyk, odsuń się do brzegu i kładź się spać. Resztą zajmą się Gwiezdni – poinstruowała go. – My będziemy tutaj. W razie co cię obudzimy.
Oby nie było potrzeby. Jej i Truskawkowemu Gąszczowi nic nie przeszkodziło, a obie spały, nikt nie robił im za ochroniarza. Chciała myśleć, że chociaż tyle dawni Gromiacy mogli dla nich zrobić; strzec ich bezpieczeństwa w miejscu, gdzie chyba byli im najbliżsi.
– Powodzenia – dodała uderzenie serca później, delikatnie zahaczając ogonem o liliowy grzbiet.
Poczekała, aż już-zaraz-oficjalnie-przywódca ułoży się do snu, po czym przysiadła przy Muchomorowym Borze.
– Pozostaje czekać – mruknęła bez większych emocji, starannie ukrywając narastający niepokój. Nic w tej sytuacji jej się nie podobało. Dojmująca, wręcz złowroga cisza, połowiczna nieobecność Wężowego Błysku (którego najlepiej byłoby jednak nie zbudzać, nawet jeżeli technicznie mieli taką możliwość!), nie wiadomo czy nie umierający syn Drobnego Płatka... Uch, jak bardzo chciałaby mieć teraz przy sobie Truskawkowy Gąszcz, ona na pewno umiałaby udzielić jakiejś doraźnej pomocy! – To... trochę pewnie potrwa, no wiesz, ta cała gadka z Przodkami i w ogóle. Zdrzemnij się może, co? Dobrze ci to zrobi. Mi tam w niczym nie szumi ani nic nie boli, mogę sobie posiedzieć i popilnować. Ale nie myśl sobie, że wymigasz się od wizyty w Wydrążonym Pniu zaraz po powrocie!
Należy do kotów szczupłych i raczej delikatnych, ale da się już stwierdzić, że zaczyna już wyrastać na dość wysokiego kocura. Pokrywa go krótkie, gładkie futro, na mniej więcej połowie powierzchni białe, a w pozostałej części bure. Biel widoczna jest na jego brzuchu, szyi i części pyszczka, gdzie tworzy wychodzącą kawałek ponad nos strzałkę, a także na dolnej części każdej z czterech łap. Na grzbiecie, reszcie głowy, górnych partiach boków oraz kończyn i ogonie obecna za to jest brązowa sierść, przecinana ciemniejszymi pręgami. Oczy niedawno zmieniły kolor z kocięcego błękitu na zielony.
Naprawdę starał się utrzymywać w jak najlepszym stanie, żeby nie opóźniać podróży, ale wciąż nie było lepiej. I nie miał pewności, czy gdyby musieli przejść chociaż kawałek dalej, dałby radę do tego zmusić swój coraz bardziej odmawiający posłuszeństwa organizm. Czuł się okropnie, czy właściwie kiedykolwiek wcześniej czuł się aż tak źle? Chyba nie. Może i udało mu się kiedyś złapać ból stawów, miał też kleszcze, ale nie było to nic poważnego, przynajmniej w porównaniu z tym.
Byleby nie zwymiotować do samej Szepczącej Sadzawki, jeszcze Gwiezdni przestali by się wtedy tu pojawiać i trzeba by było szukać nowych terenów czy coś podobnego... Do tego naprawdę nie chciałby doprowadzi, już chyba wolałby umrzeć niż zniszczyć to miejsce dla wszystkich kotów, które miały tu przyjść w przyszłości.
Aktualny stan powodował, że nawet ne miał siły skupić się na oglądanie wszystkiego, co znajdowało się w okolicach tego niezwykłego miejsca. To był jego główny, osobisty cel całej tej wycieczki, coś, o czym myślał przez tyle poprzednich dni. A teraz wszystko na nic, nie dowie się niczego nowego, bo nie był w stanie się na niczym skupić.
Jedyne co mu pozostało, to położyć i czekać, aż stanie się... cokolwiek? Nie miał nawet pewności, czego się teraz spodziewać. Zarówno w kwestii otrzymywania żyć przez nowego przywódcę klanu, jak i w swojej własnej. - Co się ze mną dzieje? - spytał dość cicho Nurt. Nie chciał przeszkadzać w żaden sposób Wężowemu Błyskowi, ale jednocześnie zupełnie nie rozumiał, co się stało. Czy potwory atakowały jakoś inaczej od wszystkich innych drapieżników? Normalnie miałby rany, może jakieś złamane kości, a teraz... Nic takiego wciąż nie widział, a jednak czul się źle. Czy został zarażony jakąś dziwną chorobą? Teraz, gdy nie musiał myśleć jedynie o tym, żeby być w stanie zrobić kolejny krok przed siebie, Muchomor zaczynał się coraz bardziej o siebie martwić. Bo nawet jeśli zdołał tu dojść, to czy będzie mógł wrócić aż do obozu? Czy może Gwiezdni postanowią zesłać swoją łaskę też na niego i jakoś mu pomóc?
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Odetchnął cicho i machnął głową. Wierzył, że Nurt poradzi sobie z Muchomorem bez Wężowej pomocy… bo co on miał i tak robić, stać i ładnie pachnieć? Pff, przecież co najwyżej by panikował po cichutku i przyglądał się co się z nim dzieje! A tak - ruszył przed siebie.
Delikatny dreszcz przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa. Nie bał się, bogowie, to była swego rodzaju ekscytacja. Nie działał jednak pochopnie, ruchy stawiał ostrożne, rozglądał się na boki, aż w końcu - Sadzawka. Spojrzał wpierw w jej odbicie, aż w końcu napił się i zgodnie z poleceniem Nurt, od razu poszedł spać. A przynajmniej, ułożył się i liczył na to, że zaśnie najszybciej jak tylko będzie to możliwe.
Księżyce: 128 Mistrz: Wrzask, Mysz, Trzmiel, Wichura, Turkuć Płeć: kotka Matka: Wrzeszczący Pysk Ojciec: Trzmiela Gwiazda Partner: Cyprysowa Łuska Trwałe urazy: zez rozbieżny w lewym oku; szpetna, szeroka blizna na lewej łopatce; mała, wąska blizna na prawym nadgarstku; cztery głębokie blizny po pazurach na piersi
Księżyce: 128 Mistrz: Wrzask, Mysz, Trzmiel, Wichura, Turkuć Płeć: kotka Matka: Wrzeszczący Pysk Ojciec: Trzmiela Gwiazda Partner: Cyprysowa Łuska Trwałe urazy: zez rozbieżny w lewym oku; szpetna, szeroka blizna na lewej łopatce; mała, wąska blizna na prawym nadgarstku; cztery głębokie blizny po pazurach na piersi
Szczupła, niska, potargana; sucha, atletyczna budowa uwydatnia rozbudowaną muskulaturę. Ruda w czarne plamy. Na pysku, palcach i brzuchu białe łaty. Oczy jadowicie zielone, w lewym zez rozbieżny. Na lewej łopatce szpetna blizna, na piersi blizna po pazurach.
krzykacz i buntownik
Rogata Łapa, Piaszczysta Łapa
Wężowy Błysk poczuł, jak jego powieki robią się ciężkie. Nie spodziewał się, że efekt sadzawki będzie aż tak prędki – mało kto się tego spodziewał, tak naprawdę. Niekiedy koty nie miały nawet chwili na to, by wygodnie usiąść, a chwilę później już całkowicie traciły świadomość. Podobnie było w przypadku liliowego kocura. Miał wrażenie, że zdążył mrugnąć jedynie dwa razy, bo za trzecim krajobraz zupełnie się zmienił. Był znów w obozie Klanu Gromu, tym, który przecież znał jak własne futro; było w nim jednak coś dziwnego, coś niesamowitego, coś, co elektryzowało otaczające go powietrze, unosiło sierść, spinało mięśnie i przyspieszało tętno… a jednocześnie sprawiało, że czuł spokój. Srebrna Skórka była miejscem pełnym przeciwieństw. Wielu skrajnych emocji. Już teraz to czuł, miał wrażenie, że jego żołądek bardzo dziwnie reagował na nagły transport do zaświatów i czuł bardzo fizyczne efekty tej podróży; mimo tego, że mógł przez chwilę poczuć się tak, jakby miał za chwilę zwymiotować, nic takiego nie miało miejsca. Gdyby jednak podniósł wzrok i rozejrzałby się po okolicy, w której się znalazł, dostrzegłby, że jest otoczony przez wiele postaci. Niektóre z nich mógł rozpoznać, część z nich była kotami, które zmarły za jego życia. Znacznej większości jednak nie znał. Wszystkie koty, które widział, były… inne. Nieziemskie. O błyszczących oczach, jakby panowała noc i odbijało się od nich słabe światło, o iskrzących gwiazdach w sierści, które pulsowały delikatnie, poruszały się, sprawiały, że im dalej były postaci, na które patrzył, tym bardziej zlewały się w jedno. Nie miał jednak czasu na to, by patrzeć się na to wszystko zbyt długo: oto stanęła przed nim Żubrza Gwiazda. W całości; bez łba opadającego bezwiednie przez złamany kręgosłup, z mięśniami, które dokładnie rysowały się pod jej zdrowym, szorstkim, szylkretowym futrem. Wyglądała na młodszą. Szczęśliwsza. Na pewno dużo bardziej, niż przez ostatnie księżyce. U jej boku stała Cyprysowa Łuska; olbrzymia, przewyższająca ją niemalże dwukrotnie, silna i pewna. Mierzyła go zagadkowym, chłodnym spojrzeniem, jednak póki co nie odzywała się. Znała swoją rolę, tak jak każdy kot, który miał za chwilę podarować kocurowi dar dodatkowych żyć.
— Wężowy Błysku — odezwała się mniejsza z szylkretek, a jej głos był donośny, skrzeczący, taki jak zawsze. Prowadziła ceremonie przez wiele księżyców, nic więc dziwnego, że manierę oficjalnego mówienia miała już doskonale wyćwiczoną. — Jesteś tu, więc nawet nie będę pytać, czy jesteś gotowy. Wierzę w to, że sobie poradzisz i że dobrze wykorzystałeś czas, który spędziłeś u mojego boku… i że mnie godnie zastąpisz. Zaczynajmy — oznajmiła, po czym… zrobiła krok w tył. To nie do niej miało należeć przekazanie mu dziś pierwszego z żyć, a do jej partnerki, która stanęła bezpośrednio przed nim, blokując swoją szeroką piersią i jeszcze potężniejszą kryzą większość tego, co miał w zasięgu wzroku.
— Jasność umysłu — wycharczała lodowato kocica, przyglądając się Wężowi zmrużonymi ślepiami. Chociaż sama wyszkoliła kocura przed sobą i wiedziała, że posiada on naprawdę doskonałe umiejętności, które zresztą ćwiczył księżycami, tak... Miała sporo wątpliwości co do tego jakim będzie przywódcą. Mogła tylko mieć szczerą nadzieję, że Klan Gromu stanie się tylko silniejszy. — Masz przestać pozwalać na to by twoje emocje brały nad tobą górę, Wężu. Słaby przywódca to słaby klan! — syknęła ostro. — Od teraz masz myśleć trzeźwo, ostro i logicznie. Koniec bycia rozlazłym ślimakiem i workiem smutków, bo to się zaczyna robić żałosne — dodała i chociaż brzmiała dość brutalnie, to w jej słowach kryło się sporo troski niżeli możliwie słyszanej pogardy czy złości. Cóż, w końcu Wąż był dla niej jak syn. Wyciągnęła szyję i dotknęła nosem jego czoła, a dziwne uczucie rozlało się po jego ciele. Miał wrażenie, że jego mózg zalał się tysiącem myśli, chaotycznych, niepoukładanych, rozszalałych jak psy, którym udało się zerwać łańcuch, na którym spędziły całe życie. Ugięły się pod nim łapy, czuł ciężar na płucach, chciał się poddać, nie mógł zaczerpnąć tchu… aż nie dostrzegł jednej, jasnej nitki pomiędzy plątaniną czarnych myśli. Gdy ją chwycił, dostrzegł, że był w stanie iść po niej dalej, aż do kłębka, ustawiając w odpowiednich miejscach każdą z myśli, przeganiając te, które były zbędne lub fałszywe, aż w końcu jego myśli były jasne, czyste, zrozumiałe. Wiedział już, co miał zrobić, wiedział już, że musi iść naprzód; stał teraz prosto, z wypiętą piersią i uniesioną głową, nawet nie wiedząc, kiedy jego ciało przyjmowało kolejne pozy zupełnie bez jego wiedzy.
Gdy znów mógł widzieć, dostrzegł, że Cyprysowa Łuska skinęła mu głową i wycofała się pomiędzy niewyraźne sylwetki innych Gwiezdnych, a jej miejsce zajęła teraz dobrze znana mu postać. Mordka, której nie widział od wielu, wielu księżyców. Nawałnicowy Ryk stała teraz przed nim, dumna, pewna siebie, pełna miłości i podziwu dla brata, który stał teraz w tym miejscu… ach, jaka szkoda, że spotykali się teraz w takiej sytuacji, w takiej konfiguracji. Nie tak przecież miało być, Wężowy Błysku.
— Witaj, Wężowy Błysku — przywitała się, mrużąc pogodnie oczy. Tak bardzo była z niego dumna. Tak bardzo go kochała. Tak bardzo nie chciała go nigdy zostawiać. Nie zawsze jednak była w stanie zapanować nad wszystkim, co się wokół niej działo. Niezależnie od tego, jak bardzo tego pragnęła. — Czy to nie miało być tak, że to ja miałam być przywódcą, a ty moim lojalnym zastępcą? — spytała, unosząc głowę i wysuwając żuchwę w przód. Droczyła się z nim. — Tsk, życie... ale! Jestem dumna, serio, bracie. Z tym kolejnym życiem daję ci dar rozwagi. Zawsze ci jej troszkę brakowało, to dostaniesz od swojej siostry, hm? — uśmiechnęła się znów, tym razem szerzej, drapieżniej, pokazując zęby, po czym dotknęła nosem jego czoła. Poczuł się tak, jakby zamiast nosa, jego skórę dotknął rozżarzony węgiel – nagły, przejmujący ból kompletnie zapanował nad jego umysłem, a on rzucił się do ucieczki, kompletnie bezmyślnie, kompletnie bez zastanowienia, nie zatrzymując się, choć widział, że biegnie wprost do otwartej paszczy olbrzymiego niedźwiedzia…. Nagła jasność umysłu jednak nagle sprawiła, że zahamował, zatrzymał się; serce waliło mu w piersi, a on, choć chciał walczyć, chciał atakować, chciał bronić klanu, zamiast tego pochylił głowę i skłonił się niedźwiedziowi. Bestia patrzyła na niego czarnymi jak węgle ślepiami, po czym sama skinęła głową, a Wężowy Błysk zorientował się, że tak naprawdę wciąż stał w miejscu, wciąż stał przed Nawałnicowym Rykiem, która patrzyła na niego z uśmiechem, ale też odrobiną żalu. Stał teraz pewniej, śmielej, doskonale świadomy swojego ciała. — Do zobaczenia, będę cię obserwować — Nawałnicowy Ryk kiwnęła głową i odeszła.
Jej miejsce zajął kolejny kot, którego znał boleśnie dobrze. Jedno ślepię mierzyło go uważnie, gdy kocur, wyprostowany, dumny i krytyczny, oceniał, jak bardzo jego rodzony brat nadawał się na miejsce, na które został wybrany.
— Mój dar dla ciebie to odwaga — odezwał się Sztormowy Mrok, nie marnując czasu na wstęp, na sentymenty, na… słabość? Mięsień drgnął na jego pysku; uśmiechnął się półgębkiem. — Musisz potrrrafić stawić czoła wszystkim prroblemom, jakie staną na twojej drrrrodze, Wężowy Błysku. Od ciebie zależeć będzie bezpieczeństwo Klanu Gromu.
Zawahał się na moment, by w końcu jednak zrobić pół kroku naprzód i dotknąć nosem czoła Wężowego Błysku. Zaparło mu dech w piersiach, ugięły się pod nim łapy, które przecież tak pewnie utrzymywały go w pionie, jego serce nagle zaczęło znów biec, pędzić, zupełnie jakby miało za chwilę wyskoczyć mu z piersi. Był maleńkim kocięciem, zakrywał oczy łapami przed jarzącymi się żółcią ślepiami, które patrzyły wprost na niego. Płacz i kwilenie utknęły mu w gardle, nie miał odwagi, by się odezwać, nie miał odwagi, by otworzyć oczy i spojrzeć swojemu strachowi prosto w twarz… aż nie poczuł na powiekach słońca, jasnego i ciepłego, które tworzyło barwne plamy na przerażającym, czarnym tle pod powiekami. To był jego bodziec, to było coś, czego mógł się złapać – otworzył oczy i podniósł się, gotów, by atakować, by bronić klanu, swojego dobrego imienia, Kodeksu… aż nie okazało się, że stała przed nim maleńka mysz, która czmychnęła i rozmyła się w gwiezdny pył.
— Grrratuluję i powodzenia — powiedział, przekrzywiając lekko głowę i patrząc na niego jednym okiem; jego głos wibrował przyjemnie w uszach. Był jasny i pogodny. Sztormowy Mrok odwrócił się i odszedł.
Jego miejsce zajął przysadzisty, rudy kocur. Miał przerażające, duże, ciemnoczerwone oczy, które sprawiały, że nieprzyjemny dreszcz prześlizgnął się po jego kręgosłupie. Kocur nie mrugał. Patrzył intensywnie na Wężowy Błysk, zupełnie jakby chciał swoimi krwawymi ślepiami wypalić mu dziurę w mózgu. Nim liliowy się odezwał, świadomie lub nie otwierając pysk, kocur natychmiast mu przerwał. Ton miał ostry, agresywny i nie znoszący sprzeciwu.
— Ceremonia to nie moment na dyskusję. Nie jesteś jeszcze przywódcą, a nawet gdybyś był, nie do ciebie należy wchodzenie w słowo tym, którzy są ponad tobą, na pewno nie w miejscu, które jest naszą domeną — warknął, a Wężowy Błysk przez chwilę miał wrażenie, że drżąca łapa kocura za chwilę uniesie się i wymierzy mu siarczysty policzek. Nic takiego jednak się nie stało. — Obowiązkiem przywódcy jest przewodzenie klanem, jest pamięć o tym, co różni nas od innych, na pielęgnowaniu tego, co czyni nas Wojownikami. Tradycje powstają po to, by tworzyć tożsamość, by pokazać, że Klan Gromu jest Klanem Gromu i nim pozostanie. Dlatego ja, Gorejący Krzew, przekazuję ci dar oddania wierze i tradycji. Miej w sercu trwogę przed Gwiezdnymi, prowadź swój klan ścieżkami, które przed tobą wydeptali poprzedni przywódcy i nie zbaczaj z trasy, by się nie zgubić, by nie stracić wzroku z Gwiezdnych i nie zapomnieć, co różni was od bandy samotników bez honoru, bez hierarchii, bez kodeksu — mówił, zdawać się mogło, bez końca, bez zatrzymywania się, by nabrać powietrza. Gdyby był człowiekiem, z całą pewnością zrobiłby się czerwony jak burak na twarzy od braku tlenu. W końcu jednak zorientował się, że nie przekazał swojego daru, więc wraz z dotykiem nosa Gorejącego Krzewu, Wężowy Błysk znalazł się na rozstaju dróg. Gdy podjął decyzję, bezmyślnie i bez zastanowienia, zorientował się jak we śnie, że nagle krajobraz uległ zmianie. Że kroczył teraz lasem, a sploty nagich gałęzi coraz mocniej zaciskały się na niebie, blokując widok gwiazd, nie dopuszczając światła księżyca. Nim jednak utonął w ciemności, odnalazł małą, wydeptaną ścieżkę pomiędzy ciernistymi krzewami. Raniąc łapy rzucił się więc do ucieczki tym maleńkim, ledwo widocznym szlakiem, biegł, choć ciemność zaciskała się coraz bardziej wokół niego, zdawała się powoli pożerać go kawałek po kawałku – aż w końcu wypadł na otwartą przestrzeń, która była oślepiająco jasna, ale zaufał jej, zaufał światłu, które go wołało, które wyciągało po niego ręce i ciągnęło do siebie – i skoczył wprost w gwiezdny pył, wyrywając się objęciom Ciemnego Lasu. Gorejący Krzew kiwnął głową i odszedł.
— Gratuluję awansu, Wężowy Błysku. Nazywam się Wzburzona Woda — odezwał się kocur, który pojawił się na jego miejscu. Był niższy od liliowego, krótkowłosy, o beżowej, pręgowanej sierści. Miał duże, brązowe oczy, które wydawały się być przepełnione smutkiem i bólem. Stał delikatnie zgarbiony. Patrzył Wężowemu Błyskowi w oczy jedynie przez chwilę, być może boleśnie świadomy z tego, że ktoś zadrwił z niego, gdy przydzielił go do kotów, które miały rozdawać życia nowemu przywódcy Klanu Gromu. Być może nie umiał już patrzeć na Gromiaków inaczej. — Ode mnie dostaniesz dar lojalności. Tak, żebyś zawsze wiedział, po której stronie leży twoje serce — głos miał cichy, jednak nie z obawy czy niepewności, wszak nie miał oporów przed tym, by stanąć na palcach i zetknąć swój nos z czołem liliowego kocura. Z początku miał wrażenie, że nic się nie zmieniło. Że wszystko jest dokładnie takie samo, jak było. Dopiero wtedy poczuł, że trawi go wstyd. Że jego głowa pełna jest myśli, których nigdy by nie pomyślał, których nigdy nie odważyłby się wprowadzić w życie. Czuł, że robi mu się gorąco pod skórą, że musi uciekać, zniknąć, nikt nigdy nie może dowiedzieć się o błędach, które popełnił, o myślach, które pomyślał, o słowach, których nie dotrzymał, o sekretach, które wyjawił i kosztowały kogoś życie. Uczucie to było okropne, zżerało go od środka, gryzło jego żołądek jak wściekły pies, nie potrafił tego powstrzymać, nie potrafił przestać, nie potrafił opuścić łapy wymierzonej w kota, który ufał mu najbardziej na świecie… ale nagle wszystko ustało, nagle nic go nie zmuszało, nagle stał jedynie nad kotem, którego nie potrafił rozpoznać, ale czuł, wiedział, że był to ktoś niezwykle istotny – mierzył cios w jego gardło, by rozszarpać je jednym celnym cięciem szponów. Opuścił łapę. Nie czuł się dobrze. Jednocześnie miał wrażenie, że wszystko się zmieniło. To był dobry wybór. Spojrzał na Wzburzoną Wodę, który nadal przed nim stał. To był dobry wybór. Nawet jeżeli nie rozumiał, nawet jeżeli wszystko to było zbyt abstrakcyjne. Kocur uśmiechnął się smutno i zniknął.
Kot, który zajął jego miejsce, był znów takim, którego nie rozpoznał. Był to olbrzymi, szeroki kocur o grubej skórze i czarnym jak smoła futrze. Złote oczy miał lekko przymrużone, taksował go wzrokiem; choć był spokojny, sam jego widok jeżył sierść na grzbiecie. Im dłużej Wąż na niego patrzył, tym bardziej łączyły się kropki, aż w końcu wiedział, mniej więcej, z kim ma do czynienia – nim jednak odezwał się, kocur sam przerwał ciszę bezgłośnym śmiechem, sapnięciem przez nos.
— No. Żubr żawsze miała pszczoły we łbie, ale żawsze miała też raczję, jakkolwiek niemądre na pierwszy rzut oka były jej deczyżje — odezwał się, jego głos był niski, donośny, przyjemnie wibrował głęboko w szpiku kości. Miał dziwną manierę mowy. — Lepiej dla czebie, żeby pośmiertnie nie okazało się, że szę pomyliła w osądzie — kocur obnażył zęby w dokładnie takim samym krzywym, drapieżnym i groźnym uśmiechu, jakim nie raz darzyła go Żubrza Gwiazda za życia. — Dlatego ode mnie, Owczego Pyszka, otrzymasz dar mediaczji. Nawiążywanie i utrzymywanie żdrowych, produktywnych relaczji to sztuka, Wężowy Błysku. Nie szpiepszenie wszysztkiego, czo żoształo żbudowane przeż poprzedników to sztuka. Uważaj, gdzie sztawiasz łapy i co mielesz ożorem — powiedział, a głos miał monotonny, jednostajny; trudno było jednak znudzić się nim i odwrócić wzrok, gdy Gwiezdny miażdżył go wzrokiem. Coś sprawiało, że nie mógł odwrócić wzroku. Czy Gwiezdni mogli kontrolować jego ciało...? Owczy Pysk zbliżył się i dotknął nosem jego czoła, a wraz z dotykiem nagły wrzask sprawił, że Wężowy Błysk padł na ziemię, zakrywając uszy łapami. Dzwoniło mu w uszach, miał wrażenie, że krzyki i wrzaski skłóconych kociąt wwiercają mu się w mózg, wywracają go na lewą stronę. Nie był w stanie się ruszyć, bo ból popękanych bębenków słuchowych paraliżował go w miejscu, dusił krzyk w jego gardle… dopóki nie znalazł w sobie siły, by przebić się przez szum i obezwładniający ból, by krzyknąć samemu, aby uciszyć skłócone strony – nagła cisza sprawiła, że pomimo pisku w uszach był w stanie zwalczyć ból, że był w stanie się odezwać. A gdy mówił, jego język sam wiedział, co powiedzieć, by utrzymać ciszę, a wraz z wydłużaniem się ciszy, ból i pisk w uszach ustawały na nasileniu, aż w końcu zniknęły. Gdy Wężowy Błysk otworzył oczy, stał przed nim kolejny czarny kot.
Tym razem miał do czynienia z kotem, który zmarł młodo. Stała przed nim kotka w wieku terminatorskim; była mała, wychudzona, stała w lekkim rozkroku, jakby miała problem z utrzymaniem się na łapach. Miała duże, przestraszone oczy w kolorze trawy; Wężowy Błysk widział swoje odbicie w jej rozszerzonych źrenicach i poczuł ucisk w żołądku, którego nie rozumiał.
— D-dążenie do pra-a-awdy — powiedziała. Żuchwa jej drżała, ale starała się zachować odwagę. Wiedziała, po co tu była, wiedziała, co ma do przekazania, wiedziała, jaką grała w tym wszystkim rolę. — N-nie wszstko jest takie, jak nam się wydaje. Gwiezdni nie w. Ww-widzą wszystkiego. Ufaj swoje-emu przczuciu. I drąż — dodała z trudem, ale to był jej limit. Pospiesznie dotknęła nosem jego czoła i nim zdążył cokolwiek poczuć, uciekła.
Dopiero po chwili zorientował się, że coś jest nie tak. Nikt nie podchodził. Wszystko wyglądało w porządku, dokładnie tak, jak wcześniej, ale nie działo się nic, żaden Gwiezdny nie zajmował miejsca przerażonej kotki, nikt nic nie mówił. Obóz szumiał, był radosny, stracił na magiczności i gwiezdnym pyle, przez chwilę wyglądał tak, jakby znów był po prostu w obozie, a nie na Srebrnej Skórce. A mimo to czuł olbrzymi lęk. Obezwładniający. Czuł, że się garbi, że drży całe jego ciało, że zaschło mu w ustach. Czuł, że coś jest nie tak. Wiedział, że to nie powinno tak wyglądać. Gdy kątem oka dostrzegł jedną, samotną gwiazdę pulsującą pod łapami, coś kazało mu kopać; jego łapy ruszały się same, bez jego udziału; serce łomotało mu w gardle, chciał wymiotować ze stresu… aż w końcu dokopał się do pulsującego światła, które widział pod piachem, aż udało mu się dotrzeć do źródła, choć poranił sobie łapy do krwi, połamał pazury i teraz dopiero słyszał śmiechy i pogardliwe komentarze, które inni rzucali w jego kierunku. Coś kazało mu chwycić gwiazdy, które odnalazł – gdy je podniósł, poczuł ulgę. Rozlało się ciepłe, ale oślepiające światło. Szydera i śmiech ucichły. Dotarł do prawdy i znów był na ceremonii. Znów był na Srebrnej Skórce.
Stał pysk w pysk z Cichym Strumykiem.
Jego matka była piękna. Dumna, wyprostowana, pewna siebie. Widać było tak bardzo, że on, Nawałnica i Karaczan byli jej dziećmi. Śnieżnobiała, utkana z gwiazd, elegancka… i pełna miłości i ciepła. Patrzyła na niego z lekkim uśmiechem. Czy zawsze tak wyglądała?
— Grzmiąca Łapa nie odzywa się często. Nie miej jej za złe tego, że uciekła; wypełniła swoją rolę należycie — powiedziała, na moment umykając spojrzeniem w bok, na tłum obserwujących ceremonię Gwiezdnych. Dopiero teraz dostrzegł pomiędzy nimi kotkę, która dała mu życie. Nim jednak zdołał się odezwać, jego matka znów zabrała głos. — Mój dar dla ciebie to determinacja. Bądź wytrwały, mój synu, nie spuszczaj wzroku ze swojego celu i przyj naprzód. Nawet jeżeli masz siłę jedynie na jeden krok, to wciąż jesteś krok bliżej, niż byłeś poprzedniego dnia — uśmiechnęła się delikatnie. Kiwnięciem głowy wskazała mu, aby się schylił, a gdy to zrobił, dotknęła nosem jego czoła. Zalał go nagły lęk i niepewność – nie, na pewno nie da rady! Nie poradzi sobie! Będzie musiał uciec, zrezygnować, być pośmiewiskiem klanu i Gwiezdnych już na wieczność. Bał się, nie wierzył w siebie, nie potrafił, cofał się na przekór sobie. Wisiał na krawędzi, pod nim bezdenna przepaść, trzymał się jedynie pazurami lichej gałęzi. Było już po nim…! Wtem jednak poczuł siłę, poczuł moc i chęć, nagły zastrzyk adrenaliny. Serce zabiło mu mocniej w piersi, gdy spiął wszystkie mięśnie i podciągnął się w górę. Czuł, że się zsuwa, że nie był stabilny, jednak trzymał się tej nagłej pewności, tej nagłej wiary w to, że da radę – i wykrzesał z siebie tyle sił, by móc znów stanąć na czterech łapach, by odetchnąć z ulgą, bo zamiast poddać się i rzucić w dół, znalazł siłę, by walczyć… i przeżył. Cichy Strumyk patrzyła na niego spod lekko przymrużonych powiek; powietrze wibrowało od jej zadowolonego pomruku.
— Jestem z ciebie dumna — powiedziała, zbliżając się raz jeszcze, tym razem po prostu po to, by przylgnąć policzkiem do jego policzka. — Chyba nie mówiłam ci tego odpowiednio często za życia, mój synu. Zawsze byłam z ciebie dumna, zawsze wiedziałam, że sięgniesz gwiazd. Powodzenia — powiedziała cicho, prosto do jego ucha, po czym cofnęła się o krok. Elegancko poprawiła swoje futerko, uśmiechnęła się do niego po raz ostatni, kiwnęła głową i odeszła.
Jej miejsce zastąpiła Żubrza Gwiazda. Ostatnie życie należało do niej. Patrzyła na niego uważnie, pysk miała wykrzywiony w paskudnym uśmiechu. Takim, jaki był dla niej naturalny.
— Dostałeś już osiem żyć. Ostatni, dziewiąty dar, który otrzymujesz ode mnie, to honor — powiedziała, przekrzywiając lekko głowę w bok i patrząc na niego zaczepnie. — Nie możesz wiecznie nadstawiać drugiego policzka, Wężowy Błysku, zwłaszcza gdy masz pod opieką cały klan, a depcze po tobie jeden kot. Czasem musisz wiedzieć, kiedy się zatrzymać i zabić coś w zarodku dla dobra klanu. Broń swojego honoru tak, jak bronisz klanu — oznajmiła, po czym dotknęła nosem jego czoła. Uczucie, które go oblało, było obrzydliwe. Czuł się oślizgły i nieprzyjemny, trzymał się go fałsz, obłuda i jad. Był wężem, swoim imiennikiem, był bez honoru, był obrzydliwym stworzeniem bez zasad. Jednak gdy stanął przed możliwością łgania, by bronić kryjącą się za nim żmiję trującą klan, lub powiedzenia prawdy, by ją zniszczyć, znalazł w sobie siłę, by wybrać dobrze, by się postawić, by zmienić to, kim się stał i zmiażdżyć węże, które próbowały go ściągnąć na dno, do swojego poziomu. Był teraz silniejszy, był pewniejszy siebie, miał jasny umysł, stał pewnie i świadomie, doskonale wiedział, co teraz miał zrobić. Nie był już Wężowym Błyskiem, jako że przeszedł całkowitą transformację.
— Dokonało się! — zakrzyknęła Żubrza Gwiazda, a pozostała ósemka Gwiezdnych dołączyła do niej, stając po jej prawej i lewej stronie. — Otrzymałeś od nas dziewięć żyć, by bronić swojego klanu. Od dziś twoje imię brzmi Wężowa Gwiazda, a Gwiezdny Klan wita cię jako nowego przywódcę Klanu Gromu — powiedziała uroczyście, a następnie krzyknęła: Wężowa Gwiazda!, a pozostali Gwiezdni, zarówno ci, którzy darowali życia liliowemu kocurowi, jak i ci, którzy do tej pory tylko bez słowa oglądali całą ceremonię, również dołączyli do skandowania: Wężowa Gwiazda! Wężowa Gwiazda!
Gdy się obudził, wesołe okrzyki gwiezdnych wciąż dzwoniły mu w uszach.
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Zdecydowanie; stało się aż zbyt wiele żeby na raz mógł zareagować spokojnie. Zasnął szybciej niż jak sądził, a gdy się “obudził”, nie sądził że oczy otworzy w obozie Gromu… Lub czymkolwiek to miało być, bo nawet jeśli na obóz wyglądało, nie dawało takiego samego uczucia. Było tu inaczej, jakoby zimniej i… bardziej obco, po prostu. Do tego, wśród kotów nie widział znanych mu i bliskich mordek, które zostawił przed wyjściem, a… te których zdecydowanie już od jakiegoś czasu powinien widzieć jedynie w snach. Ach, fakt, przecież śnił! Wzrokiem rejestrował wszystko wokół, aż nagle - Żubrza Gwiazda. A właściwe, Gardło, bo imię Gwiazdy niestety utraciła jakiś czas temu. A może stety? Wyglądała zdecydowanie lepiej, pomijając to że była w całości, to zdawała się być… weselsza. Zaraz też posłał spojrzenie stojącej obok Cyprys. Na pysk Węża wkradł się delikatny, niepewny uśmiech. Milczały - stąd nie wiedział czy należytym jest jakkolwiek reagować czy… co w ogóle robić?? Widział już raz Gwiezdnego, ale nigdy nie był wśród tylu na raz. I jak przy jednym nie wiedział co robić, tak przy tylu był już absolutnie zagubiony.
Gdy Żubr się odezwała, jego wzrok od razu wrócił do niej. Nie brzmiała inaczej - dzięki bogom - więc jedynie podniósł uszy do góry, na znak że słucha jej teraz uważnie. “Jesteś tu, więc nawet nie będę pytać, czy jesteś gotowy”... ach, i dobrze, bo z uczciwości Wąż by powiedział, że sam nie jest pewien, że chciałby dopytać o setkę rzeczy i wolałby, żeby Żubr na świecie była jeszcze co najmniej z dziesięć czy piętnaście księżyców. Te słowa skomentował tylko nieco szerszym uśmiechem. Czas obok niej na pewno wykorzystał dobrze, bo przynajmniej mógł zaobserwować jak w niektórych sytuacjach należy się zachować. Co robić, czego nie robić, co mówić, czego nie mówić… kiedy mówić! Ale zdecydowanie - gdyby miał wybór - nadal by się od niej uczył. Wąż nie był arogantem, wiedział że zawsze mógłby być lepszy, więc samokrytyka w tej chwili nie była dziwnym wybrykiem z jego strony. Szczególnie, że wiązała się obowiązkiem tak potężnym jak władza całym Klanem.
Cyprys. Ona pierwsza dawała mu życie. Nie ważne jak lodowato by nie mówiła, teraz pysk orientala był najbardziej wykrzywiony w uśmiechu. Nikogo nie chciał widzieć tak bardzo jak jej, nikogo nie chciał mieć tak blisko. Nie widział jej od wieków, a w sercu trwała tylko jako ciepłe, miłe wspomnienie. To, choć na co dzień wystarczało, teraz nie równało się nawet w połowie z tym co miał przed sobą. Cyprys w całej okazałości, mówiąca, żywa. - Jasność umysłu… Uuu… A to odważny dar - mruknął w jej stronę zaczepnie, przymykając delikatnie oczy. Reakcja chyba jak najbardziej normalna - nikt nie miał we łbie takiego chaosu jak Wąż. Nie można jednak powiedzieć, że się z nią nie zgadzał. Przywódca, który będzie ulegał każdemu warknięciu, to byle kamień jaki kocię nawet może kopnąć z jednego końca kociarni na drugi. Absolutny nikt. Na podsumowanie jej słów o ślimaku, i to takim rozlazłym, smutnym! No, zdecydowanie - ostatnimi dniami taki był. Aż nie w swoim stylu. Gdzie jego charakterystyczny uśmiech?! Który nigdy nie znikał z twarzy?! - Będę lepszy.
Mruknął w jej stronę i… w sumie tylko tyle zdążył, bo gdy już otwierał pysk by mówić dalej, w chwili kiedy tylko dotknęła jego czoła, poczuł się najgorzej na świecie. Chaos jaki zawsze panował w jego głowie, teraz stał się jeszcze większy i bardziej przytłaczający. Dosłownie, bo zdawało mu się że tonie w tych myślach, że zaczynają go zgniatać i sprawiają, że zaraz się przekręci od ich natłoku. Aż nagle - zaczęło się robić lepiej. Kiedy tylko wszystko co niepotrzebne wychodziło z jego umysłu, było lżej. Lepiej, milej, spokojniej. Jego do tej pory mocno zamknięte oczy, teraz się otworzyły szeroko, posyłając Cyprys oburzone spojrzenie. A może po prostu zszokowane? Kto w końcu spodziewałby się czegoś takiego?! - …Dzięki - rzucił z siebie, spuszczając nadmiar powietrza zgromadzonego w płucach. Szok powoli opuszczał jego ciało, ale wraz z tym, niestety Cyprys zaczęła się wycofywać. Ach, mógł mówić szybciej! Wtedy przynajmniej by z nią pogadał, cokolwiek, przytulił… A tak, mógł znów jedynie się do niej uśmiechnąć.
Kolejny kot, który się pojawił przed nim, zdecydowanie ten uśmiech zmył. Nawałnica… nie żyła. Jego uszy odsunęły się do tyłu, a brwi zmarszczyły w najzwyczajniejszym smutku. Do tej pory był pewien, że gdzieś tam siedzi z Makiem i im dobrze, mają kocięta, cieszą się życiem i… ah, nie spodziewał się, że dowie się o jej śmierci tutaj. Że w ogóle dowie się o jej śmierci. Że w ogóle umarła! - Nawałnica… Cholera, ale żebym widział cię tutaj? Byłem pewien, że co najprędzej to cię znajdę na granicy, z Makiem, a nie… - rzucił ciszej, chwilę jeszcze walcząc z próbą pogodzenia się z jej śmiercią. Potem, gdy mówiła dalej, dopiero wtedy zaczął się luzować. Jej nie było jakoś specjalnie przykro. Inaczej by nie żartowała, że to ona miała mieć jego miejsce, a nie on jej! - Aa, żeby troszeczkę! Ja i rozwaga nie występujemy koło siebie.
Parsknął cicho, teraz już od razu zamykając oczy i zaciskając mięśnie, gdy tylko widział że siostra zbliża się by tknąć nosem jego czoła. I szczerze, zdawało mu się że tym razem wrażenia były gorsze niż poprzednio. Pomijając wstępny przejmujący ból, zaraz stanął pyskiem w pysk z niedźwiedziem. Bydle, zdawało się być równie wielkie jak potwory jakie widywał na osiedlu. Jego pierwsza reakcja była jak zawsze - zacisnął kły, najeżył się i już, już miał wyskoczyć przed siebie żeby zabić bestię, ale… ni drgnął. Przyglądał się jak zwierz przed nim ryczy, ale… nie atakuje. Nie robi nic poza ryczeniem. Serce w jego piersi waliło nadal niebezpiecznie szybko, niemniej w końcu, zrobił ruch. Ostrożny, spokojny, pochylił bowiem głowę w dół, jakoby na znak respektu przed brakiem ataku. I w końcu - niedźwiedź zrobił to samo.
Wąż ocknął się z wizji, widząc przed sobą Nawałnicę. Jego serce nadal szybko biło, nawet jeśli był świadom że jest w stu procentach bezpieczny. Odetchnął cicho, prostując się w swojej pozycji, aż w końcu i jej machnął głową. - Mmm, liczę na to… Nie obrażę się nawet jak czasem mnie odwiedzisz - dorzucił cicho. Bo z nią miałby do pogadania, w końcu jej zniknięcie i śmierć były dla niego szokiem! Nie był to jednak czas i miejsce żeby z nią o tym rozmawiać, nie tutaj.
Kolejnym kotem był Sztorm, którego pojawienie się nie było aż takim szokiem. Wiedział, że umarł, sam go wynosił z legowiska i układał obok matki Dymiącego Stawu. Uśmiech na długim pysku znów się poszerzył, gdy ten po prostu przeszedł do konkretów. Nie zmienił się nic, po śmierci też był… taki. I dobrze, że taki został. Nie wyobrażał sobie Sztorma ani odrobinę innego.
Odwaga była darem, jaki absurdalnie był mu potrzebny. Jak nie bał się stawać na przeciwko psom, borsukom czy innym niebezpieczeństwom, tak niektóre bardziej przyziemne sprawy stawały się nie do przeskoczenia. - Będę dbał o to, żeby każdy był bezpieczny - wymruczał, ponownie napinając nieco mocniej mięśnie, kiedy Karaczan tylko dotknął jego czoła. Ta wizja była mniej przerażająca co poprzednia, chociaż również - mało przyjemny był jej wstęp. Był tyci. Nie, aby mu to przeszkadzało, ale ogólne poczucie niepokoju… już tak. Szczególnie, gdy miał w siebie wbity obcy wzrok, tak przejmująco i mocno na niego patrzący, że nie mógł długo się nawet ruszyć. Leżał, uciekając spojrzeniem najbardziej jak mógł, aż w końcu ciepło w niego uderzyło, a on mógł uchylić łapki i spojrzeć na to co było przed nim. Chawała Karaczanowi, że nie rzucił mu przed pysk pająka, bo nie ważne jak bardzo by się starał, tego chyba nie przestałby się bać. Widok myszy był kojący. Nie była faktycznie niczym strasznym. A on, znów, nabrał sił i faktycznej odwagi po tej wizji. Odetchnął cicho, skłaniając łeb przed bratem. - Dzięki, stary - rzucił mu na odchodne, wzrok teraz kierując na kolejnego kota.
Którego nie kojarzył tak dobrze? Już otwierał pysk, aby automatycznie się z nim przywitać, ale nim zdążył powiedzieć cokolwiek, ten mu przerwał. Wąż zamknął więc pysk, a uszy położył nieco niżej, przyglądając się kotowi… I obniżyły się jeszcze niżej, kiedy dostał drobne upomnienie. Aha, ma być cicho. I nie dyskutować. To jest, nie wcinać się. Oczywiście, nie bał się go… ale preferował pozostawać czujnym, póki ten się do niego zwracał.
Z czasem, upominający ton nie ustawał, ale przeszedł do konkretnego mówienia o jego darze, a nie o mówieniu na temat tego kiedy powinien się odzywać. Darm oddania tradycji i wierze… Nie wiedział, w sumie, jak się przenosił na jego życie. Wąż w Gwiezdnych wierzył, ale tradycje?... Tradycyjnie mógł komuś sprzedać lepę na pysk, jeśli już. I choć jego pysk drgnął jakoby zaraz miał się uśmiechnąć, nie powiedział jaka tradycja mu przeleciała przez łeb. Gorejący Krzew mówił ostro. Tak ostro, że Wąż w głowie tonował sobie jego wypowiedź, by nie brzmiała jak faktyczna groźba, gdzie każdy jego ruch jest monitorowany, a gdy tylko popełni jeden błąd, wszystko będzie źle i niedobrze. Wszak moment temu Cyprys mu mówiła, że ma właśnie nie myśleć aż zbyt wiele.
Nie przygotował się na przerzucenie do wizji. Gorej mówił bez przerw, więc był pewien, że monolog jeszcze moment się pociągnie, aż nagle - był gdzieś indziej. Tym razem nie było to aż tak straszne (dziw, że najgroźniejszy z kotów dał mu najluźniejszą wizję, ha?!), bowiem stał po prostu na rozstaju dróg. Ruszył jedną ze stron, gdzie droga nagle zaczęła się diametralnie zmieniać. Zdawało mu się, jakby przestrzeń wokół nagle była coraz mniejsza, wręcz zaduszająco nieprzyjemna. Cierni było coraz więcej, światła było coraz mniej… aż w końcu, odnalazł kolejną drogę, którą zaczął podążać. Chociaż niepewnie i wolno, czując jak ciernie nadal kaleczą jego łapy, szedł za światłem, by w końcu znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Serce znów biło mu ciut szybciej, ale było w porządku. Gorejący Świt zaczął się odsuwać. - Dziękuję!! - krzyknął za nim, dla formalności. Bo teraz nikt nie mówił, więc chyba mógł mu odpowiedzieć cokolwiek, co nie? Najwyżej dostanie po uszach.
Kolejny kot przedstawił się od razu. Wąż przesunął na niego wzrok, ponownie orientując się że niespecjalnie go kojarzy. Ten chociaż nie brzmiał aż tak gburowato! - Dziękuję!! - uśmiechnął się do niego. Z dotychczasowych kotów, ten zdawał się być najmniej pewien siebie. Aż dziw, że Gwiezdni się garbią, zdają się być smutni czy zboleli. Nie miał zamiaru jednak o tym rozmawiać z Wzburzoną Wodą, mając gdzieś z tyłu głowy świadomość, że Gorejący Krzew może zaraz znów mu zwrócić uwagę na gadanie w nieodpowiedniej chwili.
Dar lojalności. Nie było to czymś, czego się spodziewał. Dla Gromu i swoich kotów oddałby życie, lojalny był jak pies. Stąd też być może od razu nie poczuł wielkiej zmiany? Aż nagle, wstyd trafił w niego ze strojoną wręcz siłą. Wąż nie wstydził się nigdy. To uczucie chyba uszło z niego podczas wylegiwania się za młodu w lecznicy, i teraz było tak obce, że aż przybijające. Było mu paskudnie źle. Tak, że nie potrafił tego opisać. Nie było to tak nieprzyjemne jak natłok myśli, ale było stresujące. Nie wiedział co zrobić, gdzie spojrzeć, jak zareagować, czy coś powinien w ogóle mówić? Żołądek mu się ściskał, serce waliło mocno, gorąco zalewało go z każdej strony… aż nagle, spokój. Odetchnął z ulgą, spoglądając na kocura, który nadal - smutno się uśmiechał. Biedny typ, absolutnie przejmujący na parę kolejnych chwil myśli Węża. Cokolwiek się nie działo w jego (nie)życiu, w duchu życzył mu jak najwięcej powodzenia i dobra.
Następny przybyły był też obcy. Większy od swojego poprzednika, nieco bardziej pewny siebie. Wąż odruchowo się wyprostował na jego widok, czując się co najmniej dziwnie przy tym jego spojrzeniu. I nagle - zaczął mówić. Równie dużo jak Gorejący Krzew, ale o dużo milszym tonie. Mimowolnie uśmiechnął się, a nawet cichutko parsknął pod nosem, kiedy to obcy obraził Żubr. Och, nie żeby myślał to samo, była jego autorytetem i kochał ją całym sercem!
Dar mediacji był… dobrym darem. Wąż nie miał z tym nigdy większego problemu, ale zdecydowanie, raz na jakiś czas taki się pojawiał. A jako absolutny pacyfista, wolał mieć jak najwięcej zdolności w rozmowie. - Możesz być pewien, Owczy Pysku, że będę dawał z siebie wszystko - odpowiedział krótko, już mając zamiar zamknąć oczy i się napiąć…
Ale nie mógł. Jak na raz, prąd przeleciał jego ciało przed całą wizją. Szybko się uspokoił, zmarszczył brwi i starał się wbić nawet intensywniejszy wzrok w Gwiezdnego, szczególnie w chwili kiedy ten stykał się z jego czołem. I chyba w tej chwili, miał najgorsze uczucie z wszystkich dotychczasowych. Ból, przeraźliwie mocny i paskudnie nieprzyjemny wypełniał jego uszy, uniemożliwiał wręcz złapanie oddechu, otworzenie pysku, podniesienie się z ziemi. Nie ważne jak mocno je dociskał do siebie, to nic mu nie pomagało. Bolało, rwało, przeszkadzało i sprawiało, że miał ochotę aż zwrócić śniadanie. Piski, wrzaski, krzyki i wszystko co złe przytłaczało go na moment… by później cichnąć? Nie, nie cichnęło, ale przeradzało się w swego rodzaju szum, jaki pozostawał na drugim planie, nie wyróżniał się w żaden sposób i nie bolał… ugh. - Okropne uczucie… - mruknął cicho, łapą jeszcze przecierając jedno z uszu. - Nie pozwolę, by Klan Gromu musiał słuchać takich wrzasków.
Dorzucił jeszcze, myślami teraz wracając choćby do Promyczek. Jeśli ona, najdelikatniejsza duszyczka jaką znał, słyszała takie rzeczy kiedykolwiek w Klanie robiło się głośno, chyba nie chciał by musiała tego doświadczać kiedykolwiek. Ani inni, którzy może nie byli aż tak delikatni, ale chyba nie cieszyli się na wrzaski, piski i ryki jakie Wąż mógłby zgnieść w zarodku. Teraz jednak, gdy oczy otworzył, przed nim nie było Owczego Pysku. Dziwak! Aż żal, że nie mógł poznać go za życia, bo na pewno by go lubił jak cholera.
Kolejny kot był… młody. Aż przykro się na nią patrzyło. Chuda, rozkraczona, zdecydowanie przestraszona. Wąż wziął krótki oddech, kiedy się odezwała. Było mu jej szkoda. Chyba każdy, kto go znał, wiedział że Wąż miał ogromny problem godzić się z niektórymi śmierciami, a ta byłaby jedną z nich. Zamiast jednak się kłócić, obniżył się delikatnie, starając się posłać jej jak najbardziej kojące spojrzenie, jakie tylko potrafił. Wraz z tym, uśmiechnął się, wydając z gardła cichy pomruk. Okrutne, że Gwiezdni się bali. Stresowali. Jakkolwiek tego nie nazwać.
Już miał się odezwać, aż tu cyk, oberwał nosem w pochylony łeb. Teraz on otworzył szerzej oczy, w drobnym szoku, patrząc jak przerażona odbiega. On nadal stał w miejscu, brak wizji, nic. Nic też się nie działo, nikt się nie zbliżał, nikt nic nie mówił… Co gorsza, zdawało się mu przez moment że wrócił do żywych. Wzrokiem, instynktownie, zaczął się rozglądać za Salamandrą, potem za Nurt i Promyczek, ale nie dostrzegł nikogo konkretnego. Obóz szumiał wesoło, ale coś było nie tak. Nie wiedział co, nie umiał tego określić, ale czujnie się rozglądał na boki, usiłując znaleźć źródło nieprzyjemnego uczucia. Aż znalazł… coś? Gwiazdy, pod jego łapami. Nieświadomie zaczął za nimi kopać, słysząc jak za jego plecami zaczynają rozlegać się kolejne szumy i szmery. Tym razem pogardliwe, szydercze, te jakimi… nigdy się nie przejmował. Pogardliwe komentarze w tej chwili jednak były nieco bardziej przytłaczające, ale on - mimo tego - dalej kopał, nie zważając na ból jaki ogarniał jego łapy. Aż w końcu, dotarł do gwiazd. Ulga powoli zaczęła go ogarniać, a ból znikać wraz z wszystkimi śmiechami kierowanymi w jego stronę. I znów - pojawił się przed Gwiezdnymi. Mimowolnie spojrzał na jedną z łap, upewniając się że faktycznie jest cała - w końcu niedawno biegł przez ciernie, a teraz był pewien że stracił pazury! - ale nic mu nie było. A gdy ją opuścił, jego wzrok spotkał się z matką.
Nie spodziewał się jej obecności chyba najbardziej. Obcy byli mniej szokującym widokiem od biologicznej matki, która teraz była dumna, piękna, pewna siebie i… chyba jak nigdy, po prostu się cieszyła że go widzi. Wąż odsunął uszy do tyłu, pierwszy raz absolutnie nie wiedząc co zrobić podczas całej ceremonii.
Gdy przemówiła, podniósł uszy do góry, a później wzrok przeniósł na bok, dostrzegając biedną koteczkę. Posłał jej najcieplejszy uśmiech jaki tylko umiał. Należało się jej, dobrze wykonała swoją robotę. - Jestem z niej bardziej dumny, niż jak sobie może myśleć… to nie takie proste wyjść przed wszystkich i mówić - wymruczał w końcu, gdy ta skończyła mówić o darze jaki ma do niego. Determinacja, to był dobry dar. Taki, jakiego spodziewałby się po niej, w końcu ze względu na nią był między innymi tym kim był. Pochylił łeb, zamknął delikatnie oczy, nabrał powietrza w płuca…
Aż poczuł się znów gorzej. Niepewnie, tak jak chyba nie czuł się od wielu, wielu długich księżyców. I tu, znów, pojawiły się mu w głowie nieprzyjemne myśli. Nie był słaby, ale mógłby być silniejszy. Nie był zły, ale mógłby być lepszy. Po prostu czuł się… niewystarczający. I każdy zdawał się mieć mu to za złe. Chciał od tego uciec, chciał się z tym uczuciem rozstać najszybciej jak tylko mógł, żeby go nie przygniatało tak bardzo, ale nie opuszczało go nawet na moment. Co gorsza, z każdą chwilą obejmowało go coraz to bardziej, gdy do świadomości doszło mu że wisi nad przepaścią, na jakiejś lichej gałązce. Ponownie, serce zabiło mu dużo szybciej, niż jak biło normalnie, a strach i niepewność wypełniały jego głowę kolejnych parę chwil. Aż w końcu się spiął i zaczął z nimi walczyć. Jeśli będzie wisieć - opadnie z sił i umrze. A jeśli spróbuje, chociaż trochę włoży pracy w próbę wyjścia z tej sytuacji, będzie miał szansę z niej się wyrwać. I tak też zrobił - zaczął się wspinać, walczyć o życie z całej siły, jaką tylko dysponował. Aż w końcu, stanął na łapach, czterech, w bezpiecznym miejscu. Przed rodzicielką.
Nie mógł powiedzieć, że nagle jej wybaczył i czuł się swobodnie z jej słowami. Zdecydowanie, nieco podnosiło go na duchu, że matka jest z niego dumna i cieszy się, że osiągnął tak wiele, ale Wąż twardo stąpał po swoich racjach. To, co stało się za życia, będzie się ciągnęło aż do jego własnej śmierci. I jak ją kochał, szanował i jej ufał, tak nie potrafił na nią patrzeć nawet w połowie tak jak na Żubr czy Cyprys. - Cieszę się, że to mówisz - wymruczał w końcu, przymykając delikatnie oczy. - Bez ciebie nie byłbym tutaj.
Dorzucił jeszcze, co w sumie, nie było prawdą. Był wojownikiem. Nadal nim jest. Odkąd zaczął rozumieć co się dzieje wokół niego, świadom był, że żyje dosłownie tylko po to, żeby walczyć i dbać o Klan, żeby rodzice byli z niego dumni. I… pośmiertnie byli. A przynajmniej jego matka, która teraz mu gratulowała, dawała życie i w końcu, po ponad sześćdziesięciu księżycach wyznawała aprobatę co do jego życia. A czy gdyby był byle wojownikiem, byłoby tak samo?... Nie miał zamiaru o tym myśleć zbyt długo. Nie było to ani grzeczne, ani warte jego uwagi. Pogodził się z tym wieki temu, ale normalnym było że jego myśli zostały nieco naruszone, skoro ta mu gratulowała. Może nieco zbyt surowo na nią patrzył cały ten czas… ale to mało ważne. Gdy się odsunęła, uśmiechnął się do niej również ostatni raz.
I w końcu, do darów dołączyła się Żubr. Wąż już dawno stracił rachubę które życie dostaje, mniej więcej po tym które wręczył mu Karaczan. To było trzecie, Gorejący Krzew był czwartym… a potem to już się sprawa zaczęła komplikować. Powiedziałby, że to Żubr mogło być już z dobrym trzynastym, gdyby nie to że limit był do dziewięciu. Odwzajemnił jej uśmiech - ten jego był zdecydowanie nie parszywy, tylko jego. Szeroki, wesoły, pewny siebie. Taki, jaki zwykł gościć na jego pysku niemal zawsze. W jej otoczeniu czuł się równie pewnie jak przy Cyprys czy rodzeństwie.
Gdy ta poinformowała go, że to ostatnie z żyć, machnął delikatnie głową, jakby niemo chciał podziękować za to, że przeliczyła dla niego te wszystkie dary. Tuż po tym nastawił uszu, gdy ta zaczęła mówić dalej. Honor był potrzebny. Kto jak kto, ale Wąż miał dobre serce i miękki tyłek, a to odbijało się na nim momentami okropnie. Jej słowa skomentował uśmiechem, ale takim bardziej głupkowatym i nieśmiałym, niż te wszystkie poprzednie. - Aha… czasem, przy niektórych, mógłbym mieć tego honoru nieco więcej, niż zwykle - wymruczał do niej cicho, zdecydowanie mając na myśli jednego kota, z którym zbyt pobłażliwie się obchodził. I co prawda, to prawda, takich przypadków mogło być więcej z czasem, stąd honor na pewno mu się przyda.
Aż w końcu, znowu oberwał nosem w czoło i znów przeniósł się w inne miejsce. Tym razem - jeszcze - się nie bał, ale czuł się po prostu… nieswojo. Bo był NIE sobą! Gdy tylko zorientował się, że jest wężem, to… właściwie, przez myśl przeleciało mu wiele rzeczy. Poza ogólnym nieprzyjemnym chłodem, zaczął się zastanawiać czy jak sam się ugryzie we śnie, to się zatruje. Dziwne rzeczy się tu działy, więc… kto wie?! Myśl ta szybko jednak wyleciała z jego głowy, gdy dalsza część wizji pojawiała się przed nim. Aż dziw, że cała reszta snu była przyjemna, bowiem miał się wykłócać o dobro Klanu. O to, co zawsze lubił robić, co robił odkąd tylko mógł. I jak się okazało - to pomagało. Węże bowiem szybko zostały zniszczone, i został on. Wężowy Błysk - nie, Gwiazda - dumnie stojący przed pozostałymi, wypinający pierś do przodu. Chociaż teraz się nie bał, serce biło mu zdecydowanie szybko, a oddech miał przyspieszony, mocny. Ekscytacja? Najpewniej, bo nic innego nie mogło go chyba tak mocno otulić w tej chwili. Może odrobina niepewności, może radość… Wiele rzeczy, tak szczerze, towarzyszyło mu w tej chwili. Szczególnie, że przestanie teraz mieć te wszystkie paskudne wizje!
Żubr zabrała głos, teraz oficjalnie kończąc ceremonię. Ceremonia się kończyła, Gwiezdni go pobłogosławili, a on otrzymał imię. Okrzyki zaczęły wypełniać jego uszy, a on kolejno rozglądał się po skandujących kotach, teraz czując się zdecydowanie pewniej, weselej, raźniej. Aprobata ze strony wszystkich, nadzieja w jego umiejętności… Był z siebie dumny. Tak po prostu, dumny, że mógł tu być. Wyprostował się nieco mocniej, nabrał oddechu w pierś, już szykując się do składania obietnic, że nikogo nie zawiedzie, aż…
Obudził się? Zamrugał parokrotnie, przetarł oczy, zamruczał pod nosem, podniósł się, przeciągnął… Cokolwiek się działo podczas snu, zdecydowanie w jego trakcie zmienił pozycję, bo teraz aż bolał go kark, tak niewygodnie leżał. Czy coś się zmieniło od zewnątrz? Chyba nie. Nie czuł się dużo inaczej. Może ciut lżej na sercu, ale nie jakby nagle był innym kotem. Dał sobie jeszcze parę sekund na rozbudzenie się, nim odwrócił się za siebie i już miał wyjść, ale!! - Dziękuję - rzucił za siebie, nieco ciszej, patrząc w stronę Sadzawki. Czy Gwiezdni go słyszeli czy nie, wypadało podziękować. Za życia, za czas, za to że żył, że było… w porządku. Tak po prostu. Nie, aby się ich bał, że jak nie podziękuje, to nagle go kopną w zad i odbiorą mu życia. Chciał być zwyczajnie grzeczny. Tuż po tym, jednak, odszedł. Muchomor i Nurt na niego czekali, nie było co przedłużać odpoczynku.
- Ale miałem spanie! Normalnie, aż szkoda, że wy nie mogliście sobie takiej drzemki uciąć - rzucił, pół żartem pół serio, posyłając szeroki uśmiech do dwójki czekających na niego kotów. Pospał sobie dobrze, ale najlepiej będzie jak nigdy nie doświadczy tego bólu i stresu ponownie. Mniejsza o to jednak; to już w tej chwili jedynie wspomnienie, o którym nie musiał myśleć. Był cały, zdrowy i gotowy wrócić do obozu. - Jak się czujecie?
Pytanie, oczywiście, było bardziej do Muchomora, niż do Nurt, która przed momentem nie miała żadnych problemów, ale kocur… cóż. Inna sprawa. - Działo się coś w ogóle, jak mnie nie było? - dopytał jeszcze, wzrok teraz kierując bardziej przed siebie. Pozostało im wrócić.
I jeśli teraz nie było żadnych problemów, by to zrobić, rozporządziłby powrót w tej chwili. Im prędzej wrócą, tym lepiej dla wszystkich. Szczególnie Muchomora, który od razu powinien iść do lecznicy i odpocząć najbardziej jak tylko było to możliwe. Nawet jeśli teraz czułby się chociaż odrobinę lepiej, to dobrym byłoby nie przesadzać. Nie poganiałby ich, nie ważne co. Nie chciał kolejnego wypadku, a w tej chwili najodpowiedniejszą opcją byłoby po prostu dać sobie trochę na luz. Wszak rozwaga była jednym z jego darów - i rozważnym było dbać o tego, który niemal stracił życie.
Niemniej, żeby droga się im nie dłużyła, Wąż szybko zarzucił temat otrzymywania darów. Nie zawsze można o tym posłuchać, co się tam dzieje, więc zdecydowanie, było to chyba dość ciekawą historią na zabicie czasu w czasie drogi powrotnej. Wężowa Gwiazda, ph, wielki bohater Klanu Gromu jakim ogłaszał że będzie jak ledwo wyczłapał z lecznicy jako kocię.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
– Mam nadzieję, że nic poważnego – odparła dosyć wymijająco, z zagadkowym wzrokiem utkwionym w licu Muchomora. Nie chciała otwarcie przyznawać, że nie wie, ale uspokajanie go, że wszystko w porządalu, klasyczny przebieg choroby od-potworowej, też nie było najlepszą opcją. Jasne, na tamtą chwilę marna z niej była pomoc nawet z dostępną pełną listą objawów, ale wolałaby uniknąć sytuacji, w której wojownik przestaje uznawać za stosowne dzielić się z nią symptomami, skoro to przejściowe, czy coś. Wstrzymywała się prorokowania dramatycznych zwrotów akcji (w czym lubowało się poczucie bezradności), tylko czy mogła mieć prawdziwą pewność, że kocur nie padnie im nieprzytomnie gdzieś po drodze? Albo że dotrze do Obozu w stanie nadającym się do relacjonowania swojego samopoczucia? Ano właśnie, nie mogła. Długa noc przed nimi, a później ciągnąca się w nieskończoność droga powrotna.
Zacisnęła szczęki, w duchu poganiając Węża, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę na Srebrnej Skórce. A może i nie, może jeszcze zasypiał.
Spędziła czas ceremonii siedząc jak na szpilkach, nie będąc w stanie wypocząć. Na szczęście los okazał się łaskawy i sen Węża przeminął im bez komplikacji, a licznik trupów grzecznie utrzymywał się na zerze. Kiedy Wężowa Gwiazda wstał, gotowy do powrotu, Nurt poczuła napływ nowych sił i brak porządnego snu przestał odgrywać znaczącą rolę. Nareszcie!
– Znośnie – miauknęła w odpowiedzi na jego pytanie. Wiedziała, że zainteresowany był raczej Muchomorem, nie nią, ale ona wyrażała swoją profesjonalną opinię w kontekście burego, który nawet jeśli nie miewał się znacząco lepiej, to za dobrą monetę mogli wziąć fakt, że obyło się także bez kryzysu. Spojrzała na jasną mordkę, pytająco, ciekawa, co doda w tej kwestii od siebie. Potem powróciła spojrzeniem do mistrza. – Niee, spokój i cisza jak makiem zasiał. A jak u ciebie? Opowiadaj!
Właściwie nie sądziła, że liliowy serio będzie chciał wchodzić w szczegóły, w końcu taka prywatna ceremonia to chyba nie coś, o czym rozpowiada się na lewo i prawo! A tu proszę, niespodzianka, bo nie wykpił się krótkim dobrze, czy czymkolwiek w ten deseń, a umilił im drogę opowieścią.
I doceniła to całym serduszkiem, bo mimo że dobrostan Muchomora nadal zajmował ją najbardziej i szykanowała wojownika pytaniami o zdrowie w trudnej do zniesienia częstotliwości, wciąż przyjemnie było podróżować nie w ponurej ciszy. I usłyszeć o mamach, tak, to w pewien niezrozumiały sposób podnosiło na duchu.
Należy do kotów szczupłych i raczej delikatnych, ale da się już stwierdzić, że zaczyna już wyrastać na dość wysokiego kocura. Pokrywa go krótkie, gładkie futro, na mniej więcej połowie powierzchni białe, a w pozostałej części bure. Biel widoczna jest na jego brzuchu, szyi i części pyszczka, gdzie tworzy wychodzącą kawałek ponad nos strzałkę, a także na dolnej części każdej z czterech łap. Na grzbiecie, reszcie głowy, górnych partiach boków oraz kończyn i ogonie obecna za to jest brązowa sierść, przecinana ciemniejszymi pręgami. Oczy niedawno zmieniły kolor z kocięcego błękitu na zielony.
Czas, który Wężowa Gwiazda spędził w Gwiezdnymi minął wojownikowi w dość dziwny sposób. Nie umiał określić, co się dokładnie działo, ile czasu to zajęło, czy zasnął, czy może też jedynie leżał na ziemi. Gdy nie było żadnego celu, na którym musiałby się skupić, jak najbardziej wytężając umysł, wszystko stawało się jeszcze bardziej rozmyte niż wcześniej. To, co widział, ale również to, co działo się w jego myślach, krążących wokół kolejnych tematów, jednak nie mogących zatrzymać się na dłuższą chwilę na którymkolwiek z nich.
Aż z tego stanu wyrwał go, przynajmniej w jakimś stopniu, głos nowego przywódcy klanu Gromu wyrwał go z powrotem do stanu pełnej świadomości. Przynajmniej na moment. - Żyję. - odpowiedział Wężowi, bo to była jedyna rzecz, co do której mógł być całkowicie pewny. Ufał Nurt, że nie mogło z nim być naprawdę aż tak źle, co innego miał zrobić? Nie był medykiem, jego wiedza o leczeniu zaczynała i kończyła się na tym, jak pozbywało się kleszczy i zresztą dowiedział się tego właśnie od niej. A teraz wrócą do obozu, może dostanie jakieś zioła, odpocznie i wszystko będzie znów dobrze, prawda? To było jedyne rozwiązanie, jakie do siebie dopuszczał, musiał przecież znaleźć jakoś siłę na dalszą wędrówkę.
Nawet na pytania o proces spotkania się z Gwiezdnym Klanem po wypiciu wody z Sadzawki nie miał siły. Było tyle rzeczy, które mógłby powiedzieć każdego innego dnia, wszystkie teorie, które mógłby wymyślić, eksperymenty, które dałoby się tu przeprowadzić... Teraz jednak ograniczył się jedynie do powolnego podniesienia się na własne łapy.
Droga powrotna wydawała się być teraz czymś wręcz niemożliwie długim i skomplikowanym. Starał się w jej trakcie skupić jedynie na opowieści Węża, żeby chociaż trochę zapomnieć o stanie, w którym się znajdował. Nie pomagało bardzo, ale Muchomorowy Bór nie miał innego wyjścia niż próbować dalej iść przed siebie.
Wszystko fajnie, droga powrotna nie obfitowała w warte wspomnienia przygody. Jedynie stan biednego Muchomora się pogorszył, ale hej, przynajmniej dotarł żywy do domu!