Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Zaśmiał się wesoło na słowa nowo poznanego przybysza z nie wiadomo skąd. Nie sądziłby, że ktoś z innego klanu mógłby być tak zabawny, chociaż nie czuł żadnego szczególnego zapachu, ale może po prostu byli zbyt daleko siebie?
– Skąd wiesz, próbowałeś? – zapytał z cwanym uśmieszkiem na ostatnie stwierdzenie białego nietoperza. Podobała mu się ta rozmowa, w końcu ktoś spoza klanu! Ktoś nowy! Na dodatek tak dziwnie... fajny? Z wyglądu? Czy coś...
W tym momencie Korzeń się lekko speszył, raczej nie spodziewał się, że dostanie odpowiedź o takim podtekście podobnym do Jego... Może lekko się zarumienił, może trochę opuścił uszy w geście nieśmiałości, ale zaraz się od razu poprawił, wyprostował i znowu był tym pewnym siebie Terminatorem Wichru. Najlepszy z najlepszych. Na pewno nie wstydliwy! No co Wy! Co to uczucia? Ach, właśnie do rzeczy...
– Hm... no prawie zgadłeś, chodziło mi o Ciebie – odpowiedział wesoło, wystawiając język i uśmiechnął się najsłodziej jak umiał. Troszkę zabawy nikomu jeszcze nie zaszkodziło? Co nie? A trochę podźgać (słowami) nowego przybysza może być zabawne!
– Tak, na poważnie – powtórzył i poczekał na krótkie, ale rzeczowe przedstawienie o kogo mogło chodzić. Cóż... skończyło się na tym, że... A raczej zaczęło się na tym, że młodzieniec najpierw wybałuszył oczy, potem powoli Jego głowa szła w dół jakby orientalny kolega co najmniej kładł nacisk na jej czubek, potem jedynie buźka ledwo się otworzyła... no i dopiero wtedy na koniec już miał wszystko gdzieś, więc mordkę otworzył na szerokość sporego rozmiaru myszy.
– Słu-słuch-słucham...? – patrzył na biało-rudego w osłupieniu, aż mu uszy opadły. – Ską-skąd? W sensie... skąd tyle... słów? – zacinał się gorzej, niż ropucha podczas swojej conocnej recytacji. – Znasz. Skąd tyle słów znasz? I w jakim Ty klanie żyjesz, że Was uczą tylu... niepotrzebnych słów? Słyszałem ładne słówka ułożone w jeszcze ładniejsze zdania, ale to... to było coś nowego – skończył w końcu zakłopotany. Nie miał pojęcia co się właśnie wydarzyło. Osłupiony. A może bardziej zdębiały. Jak drzewo.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
- No a jak. Nie wmówisz mi, że słysząc o takich przodkach nie testowałbyś umiejętności lotu w pierwszej kolejności. - zadarł nieco wyżej nos, nie odrywając spojrzenia od szarej mordki. Pewny w stu procentach, że ma rację, nawet poruszając się po tak abstrakcyjnych i teoretycznych tematach, gdzie starczyłoby, że rozmówca uzna, że nie, bo nie i tyle z dyskusji.
Gdzieś w kącie świadomości została zarejestrowana reakcja młodszego na jego słowa. I trafiła zaraz do kategorii tych zabawnych. Tych zabawnych, w których rozmówca nie spodziewał się, że Orion pociągnie wątek, zamiast go zakończyć uśmiechem.
I głupio się przyznać, że nie wiedział z początku co odpowiedzieć na poprawną odpowiedź zagadki. No nie spodziewał się jej, mimo że powinien skoro cały świat był orionocentryczny. I w ten sposób nie miał przygotowanej już na zaś żadnej sprytnej odpowiedzi na końcu języka. Niekorzystnie, bo go to wybiło z rytmu i potrzebował tej sekundy, by sobie przypomnieć kolejne kroki. Ostatecznie tylko przewrócił oczami, chociaż rozbawiony uśmiech jasno świadczył o braku irytacji. Niech ci będzie, rzucił ugodowo, uznając temat zagadek za wyczerpany.
Tym bardziej, że czekała ich prawdziwa atrakcja dnia. Darmowe przedstawienie, wybitny pokaz, wesoły cyrk i trzynasty powód Oriona (ale tylko w momencie, gdyby adresat tego monologu miał okazję usłyszeć chociaż fragment). A zaraz po nim atrakcja bonusowa - reakcja jednoosobowego tłumu. I to wspaniała reakcja, utwierdzająca cynamona w tym, że jednak zwykła uszczypliwość jest najlepszym motywatorem do robienia rzeczy, a jego wysiłek nie poszedł na marne. Pozwolił sobie na triumfalny uśmiech, gdy z rozbawieniem odbijającym w błękitnych oczach, obserwował próby szarego w posklejaniu paru słów w składne zdania zaraz po tym jak oriental wyrzucił z siebie tyle słów, że nawet sekretarkę po trzeciej kawie zawstydziłby swoją wydajnością.
I może właśnie przez ten uśmiech jego kolejna mina, zaskoczony grymas, przepraszające spojrzenie, nie były tak przekonujące.
- Och? Że nie o taki opis chodziło? Wybacz, myślałem, że chciałeś usłyszeć coś bardziej szczegółowego. - zakołysał cynamonową kitą. Głupio wyszło, co? zdawało się mówić jego spojrzenie, przynajmniej dopóki nie zwracało się uwagi na unoszące się coraz wyżej kąciki warg. Wcale głupio nie wyszło, był z siebie szalenie zadowolony. Ale wracając... - W żadnym klanie. W klanach takich rzeczy nie uczą, jedynie smutnych obowiązków, powinieneś o tym wiedzieć. Ja nie należę do nikogo, do żadnej grupki leśnych dzikusów. - wyjaśnił, nieco po czasie uświadamiając sobie, że przecież to była okazja do wmówienia, że jest z klanu! I ją zmarnował, szkoda. - Ej, to co, znasz kogoś pasującego do opisu czy jakimś cudem ci umknął na tych ceremoniach? - niemożliwe, wyróżniał się równie mocno na tle klanowych dzikusów co kędzierzawa szylkretka, o ile nie bardziej.
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Najnowsza odpowiedź cynamonowego pointa, rozbawiła Korzenia jeszcze bardziej, niż poprzednie. Widać było, że szło się z nim dogadać i inne koty, nie tylko On(!), były dobrymi partnerem do rozmów i żartowania. Gdyby kiedyś potrzebował się kompana do rozmów, wiedział gdzie podbijać, w końcu... taki kocur jak nowo poznany nie mógłby się kiedyś znudzić. Majestatyczność futerka i pyska towarzysza, wpędzała Korzenia w pewnego rodzaju... onieśmielenie. Nie dawała sobie być obezwładniony przez to uczucie, ale ciekawiło go to. Nie wiedział do czego prowadzi to uczucie, ani czemu je odczuwa, wydawało mu się ono ekscytujące oraz nowe, jakby stare uczucia były już nudne. Nieciekawe. Czy zawsze jednak warto iść za ekscytującymi nas rzeczami? Nie wiedział tego, po prostu był ciekawy.
Cisza, a potem wywrócenie oczami przez nowego kolegę była dla Korzenia pobiciem pewności siebie oraz lekkim połechtaniem ego. Wygrał! Ha! Tym razem On wygrał! I był z tego szczęśliwy, więc leniwy uśmieszek wpłynął na Jego mordkę, aż cały się powoli napuszył. Wyglądał w swoich oczach dumniej, mimo pewnie lekko posklejanego futerka i nadal dziecięcego pyszczka – chociaż bardziej męskiego, widać że robi się z niego prawdziwy mężczyzna!
Nadal lekko oniemiały i straumatyzowany taką ilością słów nie wiedział za bardzo co mówić, ale poczekał na odpowiedzi do swoich niezręcznie trudno zadanych pytań.
– Nie jesteś z klanu? Jesteś samotnikiem? Gdzie żyjesz? – zapytał najpierw zaciekawiony o tę częścią, a potem dopiero zrozumiawszy resztę oburzył się lekko dodając:
– Nie są smutne, przynajmniej można na sobie polegać, a jak się uczysz dopiero granic to zawsze coś ciekawi! – dodał głośno, aczkolwiek nie był zły, nie pozwalało mu to, że przybysz nie był zwyczajny.
– Pasuję mi... mój wu... Jaśniejący Płomień, bo tylko on ma dwukolorowe oczy i takie ciemnorude futro – powiedział w końcu lekko podejrzliwie patrząc na pointa. – Skąd go znasz? I w sumie czemu akurat na niego czekasz? – dopytał nie odrywając wzroku od nieznajomego. Można zauważyć było łatwo, że ciekawość przeradzała się w podejrzliwość, bo w końcu skąd oni się mogli znać?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Przylizał sobie zwichrzony kłaczek na piersi w czasie, gdy szaraczek starał się go przekonać do fajności obowiązków. Aha, jasne. Nie od pierwszy (i pewnie nie ostatni) tak do tego podchodził... póki co. Ale przynajmniej nie sprawiał wrażenia dogłębnie dotkniętego i oburzonego prawdą. Więc jakiś rozsądek jednak kręcił się po jego głowie, to zawsze na plus.
Zabawnie jednak, że na smutne obowiązki zwrócił uwagę, a na leśnego dzikusa nie.
– Teraz jest ciekawie. Póki się uczysz. Dokładnie. Ale jak już obchody po granicach staną się rutyną to zrozumiesz, że są zwykłym, szarym, smutnym obowiązkiem, który będziesz wypełniać do końca życia. A mógłbyś zwiedzać świat, nie ograniczałyby ciebie żadne granice klanowe. To dopiero ciekawe życie. – nie lubił naprawiać cudzych żyć, ale rola niosącego kaganek oświaty w ciemny świat dzikusów wyjątkowo mu się podobała. Czasami. Gdy wiązała się z dyskusją, a nie darmową terapią. Postanowił od razu wrócić do poprzedniego pytania. – Ale owszem, nie jestem z klanów, pochodzę z daleka. Ale póki co żyję koło klanu Rzeki, bo żyje tam taki jeden, który wziął sobie do serca sprawdzanie czy aby na pewno nic złego mi się nie stało. – Orion, rzecz jasna, był silny i niezależny, nie potrzebował niczyjej opieki, bo w razie problemów byłby w stanie sam się poskładać. Ale polubił swoją zjawę, więc mógłby nawet udawać i księżniczkę zamkniętą w wieży, gdyby taki pretekst był potrzebny do kolejnych spotkań. To niewielka cena.
Przy najbardziej interesującym dla niego temacie, zastrzygł lekko uszami na urwane słowo. Gdyby tylko był nieco biegły w powiązaniach rodzinnych to pewnie bez trudu odgadłby, że chodziło o wujka. Ale wszystkie stopnie pokrewieństwa i nazwy z nimi związane były wciśnięte do drobnej szufladki w zakamarkach umysłu. Zbędne. Więc urwana sylaba wyleciała z jasnej głowy. Mój Jaśniejący Płomień. Tak brzmiał teraz ostateczny komunikat. Podejrzanie. A podejrzliwość Oriona wzmogło tylko to, że i sam szaraczek zrobił się bardziej podejrzliwy. No i trybiki myślowe poszły w ruch, pododawał do siebie obserwacje i hipoteza była taka, że być może szaraczek i pan sceptyk ze sobą kręcili. To wyjaśniało tego mojego. I wyjaśniało podejrzliwość, bo kto by nie był podejrzliwy w momencie, gdy ktoś tak zjawiskowy jak Orion oznajmia, że czeka sobie w tych tragicznych warunkach na twojego chłopaka? No właśnie. Ale starczyło krótkie spojrzenie na potargane futerko i wplątane w nie liście, by pogrzebać tę teorię. Nie było szans, by ktoś z tak schludną szatą jak buras nie zwariował przy takim syfiarzu. Miłość bywała ślepa, ale porządny pan sceptyk nie. Żyć z dzikusami to jedno, chodzić z nimi to drugie. I już nastawiony na tę wersję zdecydował świadomie zignorować, że jemu nie przeszkadzała aż tak ta okrywa z kurzu i piachu na liliowym futerku Cisa.
– Widzisz, sprawa jest prosta. – uśmiechnął się do szaraczka. – Wędrowałem sobie wzdłuż granic, gdy do mnie zagadał. – a to, że zagadał w dresiarskim stylu pilnowania swojej dzielni to szczegóły. – I tak sobie go tu czasem spotykam, gdy z gniewną miną pilnuje czy aby na pewno żaden podły samotnik nie przekroczył świętej granicy. Ale. Czekam na niego dzisiaj, bo przyniosłem prezent. Dla niego.
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
– A dużo miejsc zwiedziłeś? – zapytał podnosząc brew do góry. Wydawało mu się to dziwne, że kocur mówił mu o ciekawości życia, gdy aktualnie czekał na kogoś kogo mógł nawet dzisiaj nie spotkać. Czemu nie zwiedzał tych cudownych miejsc? Korzeń był ciekawską duszą, ale nigdy by nie zostawiłby tak ważnych kotów jak Jego rodzina. Nigdy. Nie z własnej woli. Czuł również przynależność do tego miejsca, chciał tu zostać i nigdzie się nie wybierał.
– Czyli jednak siedzisz dla kogoś w jednym miejscu... teraz też zresztą – powiedział śmiejac się lekko pod nosem. Nie brał na poważnie słów pointa, oczywiście wędrował po okolicach, bawił się, nie miał obowiązków, czuł się wolny, ale jednak pragnął kogoś kto by się nim przejmował. Siedział w jednym miejscu byleby ktoś był. – A skąd jesteś?
Młodzieniec słysząc całą historyjkę lekko się uśmiechnął, bo kto by pomyślał! Jednak mama nie miała racji i okazuje się, że tata... wujek... Jaśniejący Płomień... posiadał kogoś z kim się mógł spotkać i spędzić czas! Jak trybiki zaczęły pracować, Korzeń podreptał łapkami w miejscu ze szczęścia, może jednak nie musiał szukać mu znajomych? Ale to się okażę.
– Czekaj przyjaźnisz się z Jaśniejącym Płomieniem? Dlatego masz dla niego prezent? Tak? Dobrze rozumiem? – zapytał wesoło, nie czekając na odpowiedź po prostu kontynuował. – To super! Jeju! Wujek jednak ma przyjaciół! A myślałem, że będę musiał mu pomóc z szukaniem ich! Mogę go zawołać albo przekazać prezent jeśli wolisz, na pewno się ucieszy! Tylko w sumie jak masz na imię? – wystrzelił z potokiem słów, uśmiechając się od ucha do ucha. Jaki On był właśnie wesoły! Dobre wiadomości! To jest to co chciał usłyszeć!
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
– Aha, całkiem sporo, chociaż lista miejsc do zwiedzenia jest jeszcze dłuższa. – zaznaczył od razu, uznając że warto by było jednak o tym wspomnieć. Na przykład na wypadek, gdyby szaraczek spytał o te wszystkie ciekawe miejsca, a jak wiadomo te najwybitniejsze dopiero były przed Orionem. Bo póki co skupił się na swoim małym projekcie, ku niezadowoleniu Kąkola, co zresztą łączyło się z kolejną wypowiedzią Wichrzaka...
– No nie do końca. Po prostu mam coś do zrobienia w okolicy nim ruszę dalej. Nie siedzę w miejscu dla kogoś, ale nie będę nawet udawać, że jego istnienie nie jest miłym dodatkiem. Różnica polega na tym, że mnie nie trzymają tu żadne obowiązki i sztuczne granice. Dzisiaj siedzę tu i czekam, a jutro kto wie? Może wyruszę za tę waszą Grzmiącą Ścieżkę i jeszcze dalej, sprawdzę co świat kryje za tamtym horyzontem. Znaczy. Gdy dociągnę do końca swój projekt. – wyjaśnił, zupełnie ignorując kwestię tego aktualnego siedzenia w miejscu. Na nią nie miał sensownego argumentu, chociaż jednocześnie nie widział nic złego w tym, że teraz tu siedział i czekał na Jaśniejącego. Przecież ten typ nie odpuściłby sobie obowiązków, bo tak. Pytanie o pochodzenie potraktował od niechcenia, jedynie rozejrzał po okolicy i wskazał w kierunku (jak zgadywał) terenów Gromu z krótkim a stamtąd.
Wszystko co się wydarzyło później było poza wszelkimi symulacjami. Pierwsza seria pytań (na które nawet nie dane mu było odpowiedzieć przez brak czasu) nie brzmiała zaskakująco, ale już towarzysząca im wesoła otoczka wzbudzała pewną podejrzliwość i... zdziwienie. Wesołość gryzła się z delikatnie utkaną (i porzuconą, ale nie do końca) teorią. Prawdziwy problem nastąpił dopiero po krótkiej przerwie, w tym szalonym potoku słów padło jedno, które przyczyniło się do wielkiej rysy na masce orientala. Jedno durne słówko, którego nawet nie wziął pod uwagę, bo znajdowało sie niemalże na końcu słownika, zaraz między innymi zapomnianymi i nieużywanymi słowami jak wstyd i wynaturzenie. Przez krótki moment miał minę jakby trzymał za zębami żabę. Takiego paskudnego, obślizgłego płaza i patrząc po tym jak mu się zrobiło nieco niedobrze to nawet byłby skłonny uwierzyć, że rzeczywiście ten zielony stwór siedział mu na języku. Na swoją obronę miał tylko, że nie wyglądali na spokrewnionych. Płaska mordka, szara, potargana sierść, sympatyczna mordka, kontra schludna, miedziana szata i skrzywione w niezadowoleniu spojrzenie. Szaraczek był niemalże kwadratowy przez swoją sierść, tymczasem Jaśniejący był smukły, zwyczajnie... elegancki. To się nijak nie składało, Orion nie pamiętał jakim stopniem pokrewieństwa był wujek, ale żeby żadnej cechy wspólnej w rodzinie? No dobra, jeden i drugi miał ładne oczy, ale na różne sposoby. To tak jakby porównywać zachód słońca i gwałtowną burzę w tych samych kategoriach walorów estetycznych.
Udało mu się w miarę szybko poskładać, pozbyć zdezorientowanego wyrazu pyska, nim padło ostatnie pytanie, ale mimo że z zewnątrz już wszystko w miarę było w porządku, tak wewnętrznie czuł się jak domek z kart. Gotowy posypać się przez cokolwiek. Potrzebował jeszcze paru sekund do pełnego opanowania, ale nie chciał sprawiać wrażenia jakby się zawiesił. Co tam padło na koniec? Imię?
– Orion. – odparł krótko, nie znajdując żadnych dodatkowych słów do sztucznego zapchania komunikatu. Co tam było wcześniej? – I owszem... przyjaźnimy się, dokładnie, tak to można ując, jesteśmy przyjaciółmi, więc jak na przyjaciela przystało przyniosłem mu ładny prezent. – i proszę bardzo, znów wszystko było pod kontrolą, asymetryczny uśmiech i klarowność umysłu wróciły na swoje miejsce. Wspaniale. – Nie ma potrzeby go wołać, zajęłoby to trochę czasu, a przecież nie chciałbym go odrywać od arcyważnych obowiązków. Szczególnie, że zaoferowałeś się do przekazania prezentu, racja? Więc chętnie skorzystam z oferty, a spotkam go... no, najwyżej innym razem. – gdyby tylko anatomia pozwalała to by klasnął teraz radośnie w łapki w tej teatralnej radości kryjącej zażenowanie. Nie chciał oddawać kwiatków, chciał poczekać i wręczyć je osobiście, bo tylko w ten sposób poznałby reakcję rdzawego. Ale po tym małym potknięciu nie czuł się na siłach na to spotkanie. Znaczy się jasne - przedstawienie, jak zawsze byłoby bezbłedne, bo był profesjonalistą, ale przyjemności z tego żadnej. Przyniósł bukiet polnych kwiatów i położył go ostrożnie przed puchatymi łapami. Wyłuskał z niego jedną stokrotkę i założył ją za uszko szaraczka. – Proszę bardzo, ta jest dla ciebie, za pomoc. Ale resztę przekaż Jaśniejącemu ode mnie. – zawahał się na moment. Czy chciał dołączyć do prezentu wiadomość? Nie przychodziło mu do głowy nic nadającego się do przekazania przez członka rodziny. Więc zrezygnował i zmienił temat. – Mogę na ciebie liczyć, prawda? Dostarczysz mu te kwiatki i powiesz od kogo?
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Kiwnął głową na odpowiedź cynamonowego, chociaż obawy towarzysza były błędne. Korzeń nigdy nie miał zamiaru wyruszać poza obóz, nie chciał słuchać o przygodach, bo wierzył,że znajdzie na swoich terenach równie cudowne co oriental gdzieś tam w świecie. Kochał to miejsce, kochał te koty... i może nawet powoli kochał kogoś innego, czy mógłby zostawić to wszystko tylko, by wyruszyć w samotną drogę? Gdzie nikomu nie byłby potrzebny, gdzie nikomu nie mógłby pomóc? Nie chciał tego. Wolał swoje ziemie, wolał swoje miejsce.
– Mnie też nie trzymają sztuczne granice. Tylko moja rodzina i przyjaciele – odpowiedział poważnie, ale delikatnie bez wahania i nawet nie miała być to niemiła odpowiedź... po prostu nie sądził, że kogokolwiek trzymają granice. Ważne koty i obowiązki, które z nimi, czy dla nich wypełniasz - to był powód dla którego warto zostać i będzie tak uważać do końca.
Pytanie o zamieszkanie uznał za zignorowane, ponieważ nowo poznany niezbyt wysilił się w wyjaśnieniu gdzie to kiwnięcie prowadzi, ale cóż. Nie musiał wiedzieć. Ważne, że znał historię Orła... Czemu Orła? Co? Czemu o tym pomyślał? No nieważne...
Mina kocura byłaby chwilową falą zwątpienia może nawet smutku, ale młodzieniec był zbyt podekscytowany, by w ogóle ja zauważyć, chociaż miał ją dosłownie przed nosem. Cóż! Czy to ważne? Nie, ani trochę! Tak, więc nadal w dobrym humorze czekał na odpowiedzi cynamonowego, który to nie spieszył się zbytnio, a wręcz przeciwnie wyglądał jakby go zatkało. Korzeń był jednak przyzwyczajony do takich reakcji na Jego osobistość (gadanie), więc spokojnie poczekał.
– Orion... Ciekawe imię... Też brzmi inaczej. Mamy w klanie jednego kota – ważnego kota – który ma też takie nie leśne imię, chociaż teraz posługuje się innym... no, ale nieważne. Ja jestem Korzeń. – dodał wesoło kończąc wypowiedź, która mogła być równie dobrze zignorowana w większości, ale życie... co nie? – Super, na pewno się ucieszy! – powiedział uśmiechając się... dało mu to wszystko trochę spokoju w głowie. Czyli miał rację, że przyjaciele po prostu się tak zachowują! Myślał, że może się pomylił, ale skoro inni też tak się zachowują śmiesznie to znaczy, że wszystko git i nie musi się więcej zastanawiać.
Zakomunikował przytaknięciem, że rozumie dlaczego Orion chce tak, a nie inaczej, tak więc tylko posłał lekki uśmiech i poczekał grzecznie, aż towarzysz podejdzie i poda mu prezent... który był bukietem kwiatów... Jak słodko! Może też kiedyś da Orzełkowi kwiatki? To dobry pomysł, powinien się ucieszyć!... Został jednak wyrwany z myśli o... przez to, że cynamonowy kocur właśnie włożył mu kwiatek za ucho... poczuł się dziwnie. Jakby serce mu mocniej zabiło? Chyba przez niespodziewany obrót wydarzeń, a to przecież nic takiego.
– O, dziękuję. – uśmiechnął się się wesoło i chwila zamieszania na twarzyczce zniknęła zajmują miejsce szczęśliwemu wyrazowi pyska. – Oczywiście, że tak! Mam nadzieję, że wujek będzie szczęśliwszy dzięki temu... bałem się, że nie ma żadnych znajomych, przynajmniej mama tak mówiła... Chciałem nawet sam mu ich poszukać, ale najwyraźniej ma już kogoś takiego, więc nie mógłbym nie przekazać! – dodał lekko odpływając w tym co powinien, a czego nie powinien mówić, ale co tam... Usłyszał jednak krzyk i po chwili połączył go z kotem do którego należał... No tak, nie wybrał się na patrol sam. Ups?
– Eeeeeem, chyba powinienem uciekać, bo mi uszy wyrwą... No to biorę bukiet i przekaże jak najszybciej będę mógł... Pa! Do zobaczenia może...? – wykrzyknął biorąc w pysk kwiatki najdelikatniej jak mógł i popędził w stronę Wojowników niezbyt czekając na odpowiedź. Zobaczą się albo nie... może trochę zaintrygował go kocur z innego świata, ale nadal miał swoją robotę do wykonania... teraz tylko złapać wujka, bo drugie zadanie Go czeka.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
– Granice klanowe jak najbardziej są sztucznymi granicami. – wzruszył barkami, chociaż nie zaoferował dalszych tłumaczeń. Nie sądził by klanowy kot był w stanie wyłapać te drobne niuanse pomiędzy zostawaniem w miejscu dla przyjaciół, a w formie obronnego pieska paru sąsiednich łąk. Świat leśnych dzikusów był czarno-biały, pozbawiony odcieni szarości. A każdy rozsądny kot wiedział, że to właśnie ona zajmowała większość spektrum, podczas gdy czerń i biel znajdowały się jedynie na krańcach skali.
Nastawił uszy, słysząc krótką wspominkę o klanowym kocie, który nie nosił klanowego imienia. Och? Czyżby te elitarne grupki przyjmowały jednak koty z zewnątrz, a nie przeganiały z miejsca? Ta krótka informacja sprawiła, że w jasnej głowie pojawił się ryzykowny pomysł, przez który mógł stracić... może nie od razu życie, a coś cenniejszego. Szacunek do siebie i te śladowe ilości godności co mu się wciąż plątały. Zarejestrował imię szaraczka, chociaż miał wrażenie, że już zawsze będzie go nazywał szaraczkiem i tyle. Przynajmniej w myślach.
– Och, też mam nadzieję, że będzie szczęśliwszy. – przytaknął, uśmiechając się promiennie. I to był zupełnie szczery uśmiech! Chociaż powodowany wyobrażeniem jak na wiecznie niezadowolonej mordce pojawiają się nowe odcienie ostatecznego zdegustowania. Bo innej reakcji spodziewać się nie mógł. Nie przeszkadzało mu to, przecież właśnie w to celował swoim prezentem. Chociaż podłym kłamstwem byłoby stwierdzenie, że reakcja Korzenia na bukiet dla wujka nie była zwyczajnie... miła. Pokrzepiająca. Nie skrzywił się na widok kwiatków. Chociaż... całokształt kazał przypuszczać, że nie wynikało to z serdeczności, a z prostego faktu, że nie wiedział, że z reguły kwiaty nie do końca są uznawane za w pełni platoniczny prezent. Czy spojrzałby w błękitne oczy z odrazą, gdyby o tym wiedział?
To, rzecz jasna, Oriona nie obchodziło. Szczególnie nie w tym kontekście, gdy celem był jedynie żarcik.
– Jasne, do zobaczenia. – zdążył jedynie rzucić, nim szaraczek powrócił do swojego świata sztucznych granic i żmudnych obowiązków. Nie to co Orion, wolny, niezależny, który dopiero zaczynał zaplatać pierwszy węzeł na sznurze wiążącym go z Wichrem.
Dramatycznie.
z.t
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Samotne patrole były już Jego rutyną, na pewno było to miłą odskocznią od głośnego obozu, w którym ciągle coś czuł potrzebę robić. Podczas patroli był przydatny i mógł się wyciszyć, a to już plus i chęć do jednak czasami zadbania o siebie, a nie tylko wszystkich naokoło.
– Orion! Co tu robisz? Znowu czekasz na mojego wujka? – zapytał wesoło podchodząc trochę bliżej granicy, ale nie przekraczając jej jeszcze. – Przekazałem mu kwiatki – dodał z wielkim uśmiechem i przyjrzał się kumplowi, nadal wyglądał... ładnie, tak przyjemnie dla oka. Korzeń czasami zastanawiał się czy to normalne tak przyglądać się innemu kocurowi, ale zgadywał, że to nic nie znaczy.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Same gwiazdy mu świadkiem – Orion nie zamierzał się zatrzymywać przy Wichrowej granicy, ani tym bardziej nie planował spędzać pod nią pół dnia. Jedynie tędy przechodził, gdy jego uwagę przyciągnęły żółte kwiatki janowca. Pewnie za parę dni będzie już ich pełne morze, ale i dzisiaj roślinka prezentowała się godnie. A cynamon nie byłby sobą, gdyby przeszedł obojętnie koło czegoś tak ładnego. Więc tak się niefortunnie złożyło, że z perspektywy Korzenia rzeczywiście mogło wyglądać jakby tu czekał i co najwyżej oglądał krzew dla zabicia czasu.
– Nie, skąd, wcale. – zaprzeczył pośpiesznie, odsuwając od janowca, jakby został przyłapany na kradzieży. Zmarszczył brwi, gdy wychwycił w swoim tonie defensywną nutę. A ona tu czego? To nie tak, że oriental się pomylił i myślał, że ktoś obcy się do niego przysapał o zbliżanie do granicy. Nie, cały tragizm leżał w tym, że miał świadomość kto pytał, jakim tonem i o kogo. Na biczowanie się jednak jeszcze przyjdzie czas, teraz była pora ratować swoją (piękną, szlachetną) twarz.
– Ach, to ty. – zauważył z uśmiechem, decydując się na udawanie, że dopiero teraz zorientował się w sytuacji i pytaniu. – Ale nie czekam, ja... przechodziłem tylko obok i zatrzymałem na moment, bo może akurat bym na kogoś wpadł i by mi powiedział czy Izabeli się udało ostatecznie wrócić do klanu. – kłamstwo przyszło mu zupełnie naturalnie; pewnie dlatego, że poniekąd chciał się tego dowiedzieć, ale nie na tyle by sterczeć na granicy w tym celu. Albo by specjalnie kręcić się po okolicy z powodu szylkretki. – Ale nie miałbym nic przeciwko, gdybym przypadkiem na niego wpadł. – zapewnił pół tonu ciszej, po czym przylizał odstający kłaczek na piersi. By nie wyglądać jak syfiarz, a nie by przerwać na moment kontakt wzrokowy (pieczarka jedna wie ile Korzeń byłby w stanie wyczytać z niebieskich oczu). Zaraz jednak na powrót skupił uwagę na szarej mordce. – Przekazałeś? To super, dzięki. I jak zareagował? – spytał żywo zainteresowany. Przegapił najlepszą część sytuacji przez skorzystanie z pośrednika i troszeczkę żałował, bo kolejnych kwiatów przecież Jaśniejącemu już nie wręczy. A nawet jeśli – to już nie byłoby to samo, nie byłoby aż tak niespodziewane.
A wręcz zrobiłoby się podejrzanie.
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Jak wiadomo Korzeń miał swoje momenty mądrości, nawet wykazywał się czasem większym sensem, niż sam mógłby przypuszczać... czasami zwyczajnie nie łapał wszystkie co się działo, no ale właśnie... miał momenty. Żeby nie było, tym razem tego momentu nie było, dlatego też wpatrywał się głupio uciechany w twarz orientala z zerowym myśleniem. Może trochę podziwiał też cynamonowego, a może nie, któż to wiedział, dzisiaj miał jakieś blokady umysłowe.
– To ja – odpowiedział wesoło. – Ahaaa... no dobra... i czekaj Izabeli? Ostatnia kotka jaka wróciła do klanu to była Wierzbowa Gałązka, może to o nią chodzi, nie gadałem z nią, ale no tylko ona wróciła – wyjaśnił w zamyśleniu – Z tego co zdążyłem zauważyć jak czasami przechodziła to ma dwukolorowy pysk i dwukolorowe oczy, więc raczej nie da się pomylić. – uśmiechnął się lekko i poczekał na odpowiedź śmiesznego długiego kocura. Dawno nie gadał z kimś spoza klanu albo raczej klanów... właściwie Orion był jedynym samotnikiem, który był kotem nie-klanowym z jakim młodzieniec miał jakiekolwiek relacje. O ile to można nazwać relacjami.
– Jak na moje bardzo się ucieszył, ale nie chciał tego pokazać – szepnął dumnie, a potem wyszczerzył ząbki ponownie.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Zastrzygł uchem na dźwięk nowego imienia. Wierzbowa Gałązka. Ładnie brzmiało. Elegancko, ale całkiem... krucho. Delikatnie? Pasowało do kędzierzawej kotki jego zdaniem, opis postawiony przez Korzenia również niczego nie wykluczał.
– Mhm, ma taki dwukolorowy równo przedzielony pyszczek. I kręconą, schludną sierść. Szczupła, ładna ogólnie, to ta Wierzbowa Gałązka? – przechylił łeb w oczekiwaniu na potwierdzenie. Spore szanse, że samo wspomnienie o kręconej sierści byłoby wystarczające, ale Orion jedynie stwierdzał fakty, a nie wyskakiwał z poezją, nie?
– Ooo? – nietoperze uszy powędrowały do przodu. A to ciekawe. Sam również zniżył głos do konspiracyjnego szeptu i niezbyt dokładnie powstrzymywał cisnący się na pysk asymetryczny uśmiech. I drążył dalej temat, a jakże. – Ucieszył, ale nie chciał tego pokazać? Czemu? Z czego tak wnioskujesz?
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Pokiwał od razu głową energicznie dając tym samym znak, że jak najbardziej Orion trafił z opisem, a Wierzbowa Gałązka-Izabela jak najbardziej trafiła do domu. Na szczęście. Brakowało Wojowników, a On tak bardzo jak chciał pomóc, wypełniać obowiązki i być dla klanu wsparciem, tak nie mógł się dwoić i troić, powoli już... i tak miał dosyć. Wykańczał się, tak jak nie czuł się z tym źle, tak wyczerpany na pewno nie będzie mógł nikogo obronić.
– Bo jakoś tak marudził trochę, nie uśmiechał się, ale wypytywał bardzo o Ciebie, więc na pewno się ucieszył! Nie uwierzę, że nie – odpowiedział wesoło młodzieniec z wielkim uśmiechem na pyszczku. Przecież taka była prawda... prawda?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Uśmiechnął się, tak zupełnie szczerze, na to potwierdzenie.
– To dobrze wiedzieć, że udało jej się wrócić. Jak ostatnio z nią rozmawiałem to się stresowała, że jej przywódczyni nie przyjmie z powrotem i w ogóle. To rzeczywiście częsty przypadek, by przywódca odmawiał przyjęcia? – machnął cynamonową kitą, zawijając końcówkę. Był ciekaw jak to w sumie wygląda. Tak samo jak tego, czy matka Izabeli wciąż żyła i kotce udało się wrócić w porę, ale tę myśl prędko wypchnął ze świadomości – były spore szanse, że tu już nie usłyszałby dobrych wieści, więc nie było potrzeby by pytać o to Korzenia, szczególnie, że nie był jakoś blisko z szylkretką.
– Marudził? Marudził? Co on taki wymagający? Nie wie, że to niełatwe zdobyć kwiatki, gdy wszystko pod śniegiem? – mlasnął, kręcąc łbem w udawanym oburzeniu. Udało mu się ugryźć w porę w język, przed spytaniem o co takiego buras wypytywał. Bo jasne, chętnie by poznał wszystkie szczegóły tej rozmowy, ale nie podeszłl mu spostrzeżenie, że sam coś za bardzo zaczyna wypytywać. A nieco się już pogubił w tym czy to złe, czy akceptowalne, czy uzasadnione i nie miał czasu rozkładać tego teraz na czynniki pierwsze, bo post by się absurdalnie wydłużył.
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125 Mistrz: Roziskrzona Noc <3 Płeć: kocur Zaimki: on/jego Matka: Roziskrzona Noc ♥ † Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo) Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin) Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku
Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Zamyślił się nad odpowiedzią i naprawdę nie wiedział co odpowiedzieć. Znał taki przypadek, a raczej słyszał plotki, a to było dość niespotykane, szczególnie, że Przywódczynią była Lawendowa Gwiazda!
– Zdarza się... na pewno nie raz. Zależy z jakich powodów i ile razy ktoś zniknie zapewne, jeśli sam odszedł dla wygodnego życia to najprawdopodobniej nie ma czego szukać w klanach – odpowiedział na tyle szczerze na ile mógł, w końcu nie mógł być pewny, nie znał się, aż tak nad tym jak działają Przywódcy, chociaż miał nadzieję kiedyś takowym być... czasami jednak mierzył za wysoko, a najpewniej nie nadawał się. Im starszy, tym bardziej pokorny?
– Nie wiem, mnie nie pytaj, ale na pewno się cieszył w środku! Mówię Ci! – odpowiedział z uśmiechem, próbując pocieszyć ziomeczkowego cynamona, ale raczej nie było takiej mocy, która by mu pomogła.