xxTaka kładka nad rzeką, umożliwiająca przejście na drugi brzeg suchą łapą było spełnieniem marzeń dla kota jak Rosa, która trzymała się od wody jak najdalej mogła. Zaniesiona przez łapy tym razem w te rejony terenów sąsiadujących z Czterema Klanami, przechodziła właśnie przez Powalone Drzewo, ostrożnie zeskakując na ziemię po drugiej stronie Grzmiącej Rzeki. Przechodziła tędy, gdy pierwszy raz trafiła w okolice klanów. Sceneria zdążyła zmienić się przez ten czas. Zwiędłe, żółte i brązowe liście zostały zastąpione młodymi, zielonymi pączkami. Z ziemi zaczęły wychodzić pierwsze wiosenne kwiaty, a wokoło można było usłyszeć pierwsze ptasie śpiewy. Nowa pora roku była tuż za rogiem i Rosa cieszyła się na tę myśl. Więcej zwierzyny, wyższe temperatury, ładniejsze widoki. Nie mogła już doczekać się dotyku ciepłych, słonecznych promieni na futrze i zapachu letniego wiatru. To właśnie wyobrażała sobie, czując na ciele zimny wiatr i równie mroźne powietrze w płucach. xxNagle z zamyślenia wyrwał ją czyjś głos i Rosa zatrzymała się, obracając głowę w stronę, z którego dobiegł dźwięk. Zobaczyła, jak podbiega do niej obca, czarna kotka i spięła mięśnie na ciele, jednocześnie strosząc też lekko futro na karku. Otworzyła też szeroko oczy w zaskoczeniu, patrząc na nieznajomą, gdy ta zaczyna jej się przyglądać. Co do... Zanim kremowofutra zdążyła jakkolwiek zareagować, obca kocica zaczęła obsypywać ją słowami, i to... miłymi. Huh? Czy one się znały? Podążała uważnym wzrokiem za czarną, wyższą od niej kocicą, nie wiedząc za bardzo, jak ma zareagować. Czuła, jak serce jej przyspiesza, a krew zaczyna szybciej krążyć po całym ciele. Czy ona miała ładne oczy? Nieznajoma kocica zwracała się do niej w taki specyficzny sposób, jakby opisywała coś niezwykłego... Rosa poczuła, jak pieką ją uszy. Wstrzymała oddech, gdy smolistofutra zbliżyła się pyskiem do jej pyska. Czuła, że nie może się zebrać, aby się odezwać, pozwalając nieznajomej na kontynuowanie swoich wypowiedzi. Ta dalej chwaliła jej futro i powiedziała coś o obsypywaniu kwiatami. Myśli w głowie Rosy zaczęły galopować coraz szybciej, tworząc mętlik i uniemożliwiając trzeźwe myślenie. Była w szoku, zagubieniu, zakłopotaniu i niedowierzaniu. Miała wrażenie, że znalazła się jakby poza własnym ciałem albo została postawiona w jakiejś absurdalnej, nierealnej sytuacji. xx— J-ja mam na imię... Rosa... — odpowiedziała cichym głosem, jakby brakowało jej powietrza w płucach. Uznała, że musiała zabrzmieć bardzo nieśmiało i beznadziejnie i teraz tak samo będzie wyglądać w oczach Onyks, bo takie imię nosiła wysoka, czarna kocica. Rosa wciąż nie mogła uwierzyć, co właśnie miało miejsce. Ładna, wysoka, umięśniona kotka o błyszczących, zielonych oczach podeszła do niej i zaczęła obsypywać ją komplementami. To nie mogło być jawą, prawda? Zamrugała parę razy i oblizała nerwowo nos, szybko żałując tego gestu. Jakie ona robi pierwsze wrażenie? xx— Czy my się... znamy? — palnęła, nie potrafiąc wykrzesać z siebie niczego mądrzejszego, dużymi oczami patrząc na smolistofutrą.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxCisza ze strony prześlicznej kotki była dla Onyks najlepszą odpowiedzią na wszystko co zdążyła powiedzieć. Wiedziała jakie uczucia wywołała w tych oczkach, wiedziała jak bardzo speszona jest nowa towarzyszka. Uwielbiała wprawiać w zakłopotanie, uwielbiała kiedy zabierało innym słowa, znaczyło to, że jej wypowiedź była na tyle niesamowita, że inaczej po prostu się... nie dało. Można chcieć więcej? xxxxOczy zabłyszczały jej żywą zielenią, gdy usłyszała imię przecudownej kocicy o wspaniałym futrze. Nieśmiałość jaką wykazywała Rosa była dla czarnej piękności pożywką, nie mogła przestać wpatrywać się w kotkę. Chłonęła w spokoju każdy drobny gest i nie mogła przestać rozpływać się nad myślą, że to wszystko było jej sprawką. Och, najświętsze bóstwa dajcie jej siłę, bo się nie powstrzyma... szczególnie, gdy wspaniała kremowa kuleczka liże się po nosie... Jak ona ma nie chcieć jej dotknąć? Wtulić się w futerko i och! pocałować to czółko. Nie brakowało jej bliskości, ale chęć wprawienia tego cudnego pyszczka w zakłopotanie to wszystko co miała ochotę teraz robić. xxxx– Wspaniała – szepnęła wpatrując się proso w złociste, acz zielone oczka. – Nie znamy, dlatego się przedstawiłam, głuptasku – zaśmiała się słodko. Nie mogła przestać zachwycać się nad tym jak działała swoją obecnością na towarzyszkę, ale musiała się jednak opamiętać! Widziała ją jako najwspanialsze dzieło sztuki... a sztuki jest dużo na świecie, sama dobrze o tym wie... a mimo to jak widzi takie dzieła to zawsze czuje potrzebę zrobienia czegoś. xxxx– Ostatnio dopiero co tu dotarłam, po długiej i męczącej podróży. Tyle się działo przez ostatni czas, a ja? Dzięki Tobie Roso... dzięki Tobie... jestem pełna energii – wypowiedziała rozmarzonym głosem. Nie mogła się powstrzymać nie słodząc jeszcze trochę, ekscytacja jednak ustępowała miejsce spokojowi, a to było najważniejsze, gdy było się damą. – Chcesz mnie może oprowadzić kawałek po okolicy? Króciutki spacer może wzdłuż tamtego płotu? – zapytała ostatecznie i obeszła kotkę raz, by stanąć równo z jej boków. Oczywiście otarła się o ten bok leciutko, nie chcąc zbyt zmierzwić futerka, ale dając znak swojej obecności. Bliskiej obecności.
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
xxGdyby Rosa była człowiekiem, zarumieniłaby się bardziej, niż chyba kiedykolwiek w życiu i... nawet nie próbowałaby ukryć tego faktu, nie wiedząc nawet, jak. Będąc jednak kotem, czuła, jak uszy pieką ją coraz bardziej, tak samo jak nos, który być może stał się nieco bardziej różowy niż zwykle. Wciąż próbowała odnaleźć się w sytuacji i zrozumieć, co właśnie zaszło, bo szczerze nie sądziła, że to dzieje się na prawdę. Z każdym głośnym uderzeniem serca jednak docierało do niej, że nie śni ani nie ma zwidów. Onyks była... specyficzna i emanowała niezwykłą energią. Była też ładna, bardzo ładna, przynajmniej zdaniem Rosy. Coś w czarnej kocicy sprawiało, że kremowofutra czuła większe zakłopotanie niż zwykle w kontakcie z kotami, ale... to zakłopotanie było miłe. xx— Oh, no tak, racja... — zaśmiała się krótko, wpatrując się z zielone oczy rozmówczyni, starając się nie przerwać kontaktu wzrokowego. Patrzyła na Onyks jak zaczarowana. Jej pytanie było rzeczywiście bardzo głupie, ale z drugiej strony została nazwana dość uroczo głuptaskiem i nie czuła się przez to źle, więc... może było warto? Słysząc słowa smolistofutrej o długiej podróży pomyślała, że chyba mają w takim razie coś ze sobą wspólnego, ale nie wyjawiała na razie swoich myśli. xx— Oh, um, nie ma za co... — uśmiechnęła się znów, może trochę za szeroko niż miała zamiar. Dzięki niej Onyks czuła się lepiej. Cieszyło ją to. Ona też czuła się teraz lepiej. — Ja też... — palnęła na głos, dopiero po fakcie orientując się o tym. DHjksfh. xx— Jasne! Nie ma sprawy. — odpowiedziała niemal od razu, licząc na to, że to odwróci uwagę Onyks od jej ostatnich słów. Śledziła czarną kotkę wzrokiem, a czując lekki dotyk na boku mimowolnie wzdrygnęła się po czym na moment wstrzymała powietrze, zastygając w bezruchu. Nie spodziewała się dotyku i nie wiedziała, jak się z tym czuła. Dotyk był czymś bardzo personalnym dla Rosy, ceniła swoją przestrzeń osobistą. Tym razem jednak nie była pewna, czy to zaskoczenie nagłym dotykiem było negatywne, czy może pozytywne. Wypuściła powietrze, nie mając pojęcia, czy zostało to zauważone przez Onyks, postanowiła jednak zabrać się za podjęte wyzwanie. Dała znak ogonem, że mogą iść na przód, po czym ruszyła wzdłuż płotu, tak jak chciała zielonooka piękn- znaczy kotka. xx— Szczerze ja też jestem tu od dość niedawna, ale poznałam trochę okolicę. To, co jest po drugiej stronie tego płotu, tutejsze koty nazywają Siedliskiem Koni. Jest tam stajnia z... no, końmi. — zaczęła, zerkając to na Onyks, to na wspominane pastwisko, na którym akurat w oddali pasło się kilka dużych, kopytnych zwierząt. Na pyszczku Rosy znajdował się prawie cały czas lekki uśmiech, którego nie udało jej się stamtąd wypędzić. Czy wyglądała przez to głupio? Miała nadzieję, że nie.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxKażda reakcja piękności była jak nagroda dla Onyks, każdy jej ruch nieśmiałości, wzrok pełen zagubienia i niepewności, ale ciekawości. Mogła poczuć to wszystko tylko patrząc na pysk Rosy, a to bardzo podobało się Onyks. Zazwyczaj koty udawały, nie pokazywały swoich emocji, a ona... jako ósmy cud świata pokazywała wszystko i poczuła bardzo przyjemną więź z kocicą. Powoli mając ochotę otworzyć się bardziej na prawdziwe emocje, mniej teatralne. Przyjemnie było spotkać takiego kota, całą podróż powrotną nie mogła spotkać nikogo kto byłby na tyle miły i niewinny, a na dodatek szczery. Chciała poznać ja bardziej, w końcu chyba obie tu zostaną na jakiś czas... chyba. Jeśli nie to będzie trzeba pożegnać się z kimś takim. xxxxOdwzajemniła uśmiech na słodką odpowiedź kocicy, gdy nagle po chwili usłyszała potwierdzenie, że ona też nabrała energii, och? Coraz bardziej rozczulała ją futerkowa kremóweczka, a to zdarzało się rzadko... raczej po prostu czuła sympatię, tutaj było inaczej. Większy i lekko czuły uśmiech pojawił się na jej pyszczku. xxxxOnyks widziała wszystko, dlatego też reakcja na lekkie dotknięcie nie obeszła się przed jej wzrokiem. Gdyby nie była to Rosa może po prostu by nie mieszała się w to i więcej nie dotknęła kotki, ale... zabolało ją to trochę... chyba? Otrząsnęła jednak myśli, co to było za myślenie w ogóle. Kremóweczka była po prostu... piękna, tak. Najwyraźniej nie chciała być dotykana w żaden sposób dlatego też zielonooka odeszła kawałek zatrzymując odległość i dającą przestrzeń osobistą. Sama nie lubiła dotyku, chociaż bardziej precyzując - nie lubiła dotyku starszych kocurów, którzy to zawsze pozwalali sobie na wszystko co im się podoba. Wtedy Onyks pozwalała sobie użycie pazurów, a że dziadygi nie są zbyt sprytne i mądre to uciekała slalomem, i się gubiły biedaczki. xxxx– Och? A skąd przybyłaś? – zapytała bardziej swobodnie, następnie przyglądając się tym co jest za płotem. – No bardzo... finezyjna nazwa, na pewno od razu wiadomo o co chodzi – powiedziała z lekkim uśmiechem i zachichotała lekko. Wzrok od razu powędrował jej na oczka towarzyszki, damy, piękności. Ach, mogłaby się nią zachwycać tak zawsze.
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
xxRosa z reguły była właśnie tym kotem próbującym ukrywać swoje prawdziwe emocje, niestety jednak nie zawsze jej to wychodziło. A na pewno nie teraz, gdy wszystkie maski i mury, jakie przez życie nagromadziła, zniknęły w mgnieniu oka. Nawet chyba tego nie zauważała, nie myślała zbyt trzeźwo. Ale to lepiej. xxZauważając, jak Onyks oddala się nieco, zrozumiała, że smolista kotka musiała zauważyć reakcję Rosy. Kremóweczka powinna była poczuć się w tym momencie lepiej, w końcu dostała swoją przestrzeń osobistą, jednak... tak się nie stało. Jakaś jej część chyba liczyła, że czarna jak czyste, bezgwiezdne niebo kotka nie oddali się od niej nawet na mysią długość. Nie dała jednak po sobie poznać, że trochę się zawiodła. Wciąż miała na pysku głupkowatego banana. xx— Ah, z... daleka. Z dużego miasta. Też miałam długą i męczącą podróż... — odpowiedziała z uśmiechem, uciekając nieco wzrokiem pomiędzy intensywnym wpatrywaniu się w błyszczące oczy rozmówczyni. Nie była pewna czy jej podróż była taka męcząca, może trochę. Czasami na pewno. Ale lubiła podróżować. — Ale była przyjemna. — dodała, a na końcu języka miała jeszcze słowa o tym, że ta podróż przyniosła jej Onyks. Na szczęście tym razem się nie wypaplała. xxNa kolejne słowa czarnej piękności Rosa zaśmiała się, na moment przymykając oczy z rozbawienia i kierując długie uszy na boki. xx— Zgadzam się z tobą. — odparła zaraz, już ponownie patrząc Onyks w oczy. Czy ona w ogóle powinna tak ufać nowo poznanej kotce? Czy nie powinna być ostrożniejsza? Wszelkie wątpliwości i niepokoje były jednak w tym momencie skutecznie odpychanie przez zauroczony mózg Rosy. No thoughts just gay. xx— To ja mam dla ciebie kolejną iście poetycką nazwę. Te drzewa co rosną tu koło płotu w takim rzędzie, nazywają się, uwaga, Rząd Drzew. — powiedziała, niecierpliwie wyczekując reakcji Onyks i wstrzymując się od chichotu.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxCzy miała nadzieję, że kotka zaprotestuje albo sama się do niej dosunie? Troszkę, ale nie mogła przecież nic powiedzieć! Nie byłoby to w porządku, a już na pewno nie w jej stylu, nie mogła... nie. Wydawało się to wszystko normalne, w końcu czemu futerkowa kremóweczka miała chcieć w ogóle jakiejkolwiek bliskości skoro dopiero co się poznały? Ona była sobą, doceniała jej piękno, trochę za bardzo można by było powiedzieć. Nie, powinna pamiętać, że jednak się nie znają. xxxx– Rozumiem, ja... tak naprawdę jestem z tego obok tutaj, ale zanim tu zawędrowałam to poszłam w kompletnie inną stronę i dopiero wróciłam z daleka – powiedziała zapominając się na chwilę, nie powinna paplać o sobie. Zbyt dużo informacji i danych to kłopoty, a tego nie potrzebowała, nie w nowym miejscu, nie gdy nie wiedziała gdzie znajduje się jej przyjaciel. – To dobrze, ważne by jednak czerpać jakąś przyjemność z podróży. – uśmiechnęła się lekko sama do siebie, chociaż pyszczek miała widoczny dla każdego, więc na pewno nie umknęło to uwadze Rosy, chociaż... może? xxxxPiękny śmiech kotki, który wyrwał jej się z pyszczka, rozpogodził duszę smolistofutrej do takiego stopnia, że jej krok zmienił się na lżejszy, jakby coś zaraz miało ją ponieść w przestworza i pomóc odlecieć z Rosą w wietrzny dzień. xxxx– Och, niesamowite! Nie wpadłabym na to! – odpowiedziała z lekkim śmiechem i nie mogła uwierzyć jak bardzo wymyślne nazwy powstały w tych okolicach. – Nie wiem, czy jest lepsza nazwa na takie rzeczy, ale na pewno nie próbują w wyobraźnie – dodała wesoło i potrząsnęła głową z rozbawienia całą sytuacją. Nie podobały jej się te nazwy, ale z jakiegoś powodu czuła do nich sympatię, czy to było przez kotkę obok? Nie mogła stwierdzić, ale lekkie ciepło w sercu już chyba zawsze będzie się jej pojawiać widząc te miejsca.
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
_____
Wiedziałem, że nie uda mi się zasnąć już w momencie, gdy tylko ułożyłem głowę na ziemi. Ból był nieznośny. Paraliżujący, denerwujący, uniemożliwiający nawet poprawne myślenie. Świat zdawał się być jeszcze mniej przyjemnym, niż zazwyczaj, szczególnie wtedy, gdy sen nie chciał nadejść. Nie wiem, jak długo leżę, nim wreszcie postanawiam wstać i wyjść ze swojej nory na krótkie polowanie. Oczywiście, że idzie mi beznadziejnie. Ledwo udaje mi się złapać pojedynczą mysz na śniadanie, ale lepsze to, niż nic.
Zawsze mogę wrócić do Pandory, wiem o tym. Ale przecież jestem na to zbyt uparty.
Nad ranem wybywam ze swojego legowiska. Idę tak długo, aż wreszcie natrafiam na skraj rzeki. Powolnym, ostrożnym krokiem przechodzę na drugą stronę. Nie wiem co bym zrobił, gdyby nie to cholerne, powalone drzewo. Nie potrafię dobrze pływać, zresztą jeszcze nie oszalałem na tyle, by wchodzić do wody nie tylko w zimę, ale i z niesprawną łapą. Nie mam większego celu w swojej wędrówce. Nie czekają na mnie żadne obowiązki, znajomi, rodzina. Mogę robić, co chcę, nawet jeśli za tą wolnością idzie gorzki posmak samotności.
/madara
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Średniej wielkości, czarny kocur o długim futrze. Budowa europejska. Brak pręg oraz białych znaczeń. Ma pomarańczowe oczy.
ekstrawertyczny, dominujący, pewny siebie i obdarzony charyzmą, aktywny i asertywny, lubi analizować, przygotowywać plan działania i postępować według niego, na pierwszy rzut oka może wydawać się surowy i arogancki
Z tym mógł się zgodzić, samotność bywała gorzka.
Nie był jednak w stanie zbyt często o niej myśleć. Czasem - owszem - uwierała go w złych miejscach, przypominając o kocie, który niemal mógł być jego partnerem i go zostawił za sobą, chcąc zwiedzić więcej świata. Lub o przyjacielu, z którym miał być po kres swych dni i... ta sama historia. Madara aktywnie wybierał samotność, jeśli ktoś nie chciał chodzić za nim. Nie wyobrażał sobie być w jednym miejscu zawsze, tylko po to, by być z kimś. Potrzebował w życiu więcej, znacznie więcej niż tylko towarzystwo. Aczkolwiek - faktycznie - samotność bywała dołująca. Błędne koło.
Na tych terenach jednak nie musiał się o nich martwić, bo na kota trafiał niemal każdego dnia. Zdarzało się, że i po dwa na raz, trzy! Było więc idealnie, nie musiał się martwić o nic, mimo że czaaasem trafiał na koty dość osobliwe, jak ta jedna, co go przewróciła i zaczęła wypytywać o kogoś tam, brr. Dziwactwo, ale nadal - takie do którego mógł otworzyć pysk.
I teraz też miał chyba okazję na kolejną chwilę rozmowy. Jego pysk uniósł się w delikatnym uśmiechu. - Dokąd to? - mruknął w jego stronę. Wiedział kim jest. Nie znał go dobrze, ale kojarzył. Łapa, ta kulawa, była czymś co zagnieździło się w jego pamięci na dobre i nie ważne co, nie potrafił jej sobie wybić z głowy. Ale to nic złego, przynajmniej miał pewność, że zawsze rozpozna tego... Leto? Lele? Nie ważne, imię mało co znaczyło. Grunt, że wiedział kim w ogóle czarny jest.
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
Im dłużej myślę nad swoim życiem, tym mniej perspektyw i możliwości potrafię znaleźć. Właściwie mogę ograniczyć się do dwóch, może trzech: do powrotu do weterynarza i Pandory, spokojnego, bezpiecznego życia z jedzeniem podetkniętym pod nos; do trwania w miejscu, w którym aktualnie się znajduję, z nadzieją, że nic nie pożre mnie po drodze. W głowie jaśnieje mi też myśl krótka, ale niezwykle śmiała - mogę wynieść się stąd w cholerę, odejść, zniknąć. Każda droga jednak zawiera w sobie ten sam element. Pustkę, której nie potrafię wypełnić. Samotność, która będzie pożerać mnie do końca moich dni, niezależnie od tego, co zrobię, ani kto będzie obok mnie.
Ponure rozmyślania ucina czyjś głos. Mrugam, zaskoczony i dopiero wtedy zauważam swoje nowe towarzystwo. Przyglądam się chwilę kocurowi. Czarny, dość typowy, taki, jakich właściwie było wielu... Ale z jakiegoś powodu czuję ukłucie z tyłu łba. Krótkie wspomnienie migającego gdzieś w oddali kocura. Kolega zdaje się kojarzyć i mnie, ale przypomnienie sobie jego imienia nie jest wcale takie proste. Krótkie "hm" ucieka z mojego pyska, nim wreszcie się odzywam, odwracając się w kierunku kocura.
— A dokąd może zmierzać włóczęga... Madaro? Dobrze pamiętam? — pytam i wreszcie odwzajemniam jego uśmiech, równie delikatny, ale z pewnością smutniejszy. Siadam w miejscu, gotów na dłuższą konwersację, chociaż zdaję sobie sprawę, że z reguły kontakty międzysamotnicze były raczej szybkie, ulotne.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Średniej wielkości, czarny kocur o długim futrze. Budowa europejska. Brak pręg oraz białych znaczeń. Ma pomarańczowe oczy.
ekstrawertyczny, dominujący, pewny siebie i obdarzony charyzmą, aktywny i asertywny, lubi analizować, przygotowywać plan działania i postępować według niego, na pierwszy rzut oka może wydawać się surowy i arogancki
Uśmiechnął się kątem pyska, przytakując mu łbem - owszem, to był on. Gdyby jednak zapomniał, cóż z tego? Przypomniałby. Jak dumnym stworzeniem czarny był, tak nie miał problemu zrozumieć tego, że jego imię było nadzwyczajne i trudne do zapamiętania. Szczególnie dla kogoś, z kim czas spędzał ledwo raz czy dwa w swoim życiu. Gdyby Lete był jego dobrym przyjacielem, zapominałby - wtedy mógłby się czuć z tym trochę kiepsko. - Wszędzie, stąd pytam - gdzie dziś? - zamruczał luźno, zbliżając się do niego. Owszem, to będzie dłuższa rozmowa - na tyle długa, na ile tylko będą mogli sobie pozwolić. Bo nie miał zamiaru tak o podejść i pójść, to byłoby... dziwne. Chociaż trochę czasu mogli spędzić razem.
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
Uśmiecham się nieco szerzej, widząc krótkie, nieme potwierdzenie swoich przypuszczeń. Czyli moja pamięć nie jest jeszcze tak zła, jak zakładałem. Może gdybym nie był przyzwyczajony do specyficznych imion, to nie zgadłbym tego tak łatwo; całe szczęście weterynarz jest znany z zamiłowania do dziwacznych słów. Lete i Pandora to tylko jedne z wielu. Wzdycham ciężko, po czym śmieję się krótko na słowa kocura. Tak, ma rację. Szkoda tylko, że sam nie wiem dokąd zmierzam.
— Chyba już dawno straciłem cel, Madaro. Teraz pozostaje mi iść przed siebie i... — mówię, po czym wzruszam barkami. — I liczyć, że poznam trochę świata, nim coś mnie pożre — dodaję, a uśmiech na moim pysku przybiera dość smutny odcień. Być może trochę krążę wokół zwykłego pytania, ale... Chyba nie potrafię inaczej odpowiedzieć. — A ciebie co sprowadza? Przeniosłeś się z osiedla w dzicz? — pytam łagodnym tonem, zdecydowanie woląc przenieść temat rozmowy na czarnowłosego.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Średniej wielkości, czarny kocur o długim futrze. Budowa europejska. Brak pręg oraz białych znaczeń. Ma pomarańczowe oczy.
ekstrawertyczny, dominujący, pewny siebie i obdarzony charyzmą, aktywny i asertywny, lubi analizować, przygotowywać plan działania i postępować według niego, na pierwszy rzut oka może wydawać się surowy i arogancki
Nieco przykre, ale... kimże był, by mu dyktować jak ma żyć? Jeśli on nie miał celów, nie miał niczego do czego mógłby dążyć, był to jedynie jego problem. A Madara, choć to niesprawiedliwe i wręcz okropne, mógł tylko patrzeć jak jego znajomy zatacza się w nicości życia codziennego. Chociaż, zaraz Lete dodał więcej - dając mu nadzieję, że jeszcze coś ze sobą robi. - To samo, mogę powiedzieć... To jest, poznaję trochę świat. Na osiedlu jest największa dzicz, jaką można sobie wyobrazić. Smród, brud, samochody i ludzie - i parę kotów, za które oddałby życie... które i tak zostawił. Ojej. - Tutaj przynajmniej mam coś do roboty. "Coś". Spotkałeś się z kimś z tych niby Klanów? Absolutni psychole.
Cmoknął cicho, kręcąc głową na boki. - Pierwsze co robią, to leją cię po pysku na dzień dobry. Lepiej sobie na nich uważaj, bo nawet nie musisz ich terenu przekroczyć, a ci jak na złość i tak cię znajdą i zaczną jakieś bzdury gadać. Albo ja jestem taki groźny i prowokujący z wyglądu - co niekoniecznie było złe. Prezencja dużo dawała w tym świecie, im groźniej wyglądał - z czasem tym więcej kotów może go respektować.
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
Jest trochę racji w słowach Madary. Osiedle rządziło się swoimi prawami, często specyficznymi. Czy jest bezpieczniejsze od terenów poza nim? Tego nie wiem. Chociaż kiedy Madara wspomina o tych absolutnych psycholach, zaczynam podejrzewać, że może jednak osiedle nie jest największą dziczą, do jakiej można trafić. Moje wąsy drgają w rozbawieniu, gdy wysłuchuję wszystkiego, co kocur ma do powiedzenia.
— Nie miałem przyjemności — odpowiadam lekko, całkowicie przekonany o swojej słuszności. Nigdy nie podejrzewałem, że moje drogi zetknęły się z klanami i to się nie zmieniło. — Słuchając ciebie stwierdzam, że to pewnie lepiej. Gdzie cię... napadli? — kontynuuję, przyglądając się kocurowi. — Może to paranoicy i w każdym widzą zagrożenie — stwierdzam wreszcie na koniec, by nie powiedzieć, że kocur nie wygląda zbyt groźnie. Prowokująco? Nie wiem, ale zakładam, że dla klanowiczów każdy obcy jest równy z prowokacją. Bywali i tacy, na osiedlu także.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE
Średniej wielkości, czarny kocur o długim futrze. Budowa europejska. Brak pręg oraz białych znaczeń. Ma pomarańczowe oczy.
ekstrawertyczny, dominujący, pewny siebie i obdarzony charyzmą, aktywny i asertywny, lubi analizować, przygotowywać plan działania i postępować według niego, na pierwszy rzut oka może wydawać się surowy i arogancki
- Dziw aż, roi się tu od nich. Klisza nawet jest jednym z nich... rzekomo - skrzywił się delikatnie. Podważanie prawdziwości jej słów było, być może, nie na miejscu - ale innej opcji nie miał. Jeśli była w Klanie, dziwnym jest że nikt jej nie kojarzy. Nikt nie chodzi za nią, nie atakuje jej. Możliwe, że za złe obrał sobie wizję Klanu jako dość spiętej jednostki, w której koty powinny być ślepo lojalne jakiejś idei, wyjaśniałoby to wszystkie naskoki na niego znikąd. Z drugiej zaś strony, być może dlatego już częścią tego nie jest. Bo była w odróżnieniu od reszty normalna. - Gdzie się da. Jedna napadła mnie gdzieś tam... jakby to... bliżej obserwatorium. Wieży takiej, na południe stąd, jeśli się nie mylę.
Mógł się mylić, stąd przytoczył budowlę, której widok go zaskoczył. - Szukała kogoś i... trochę jej pomogłem, rozluźniła się. Ale ten Grom, o którym Klisza mówiła?... Chłopie... Nawet blisko nie byłem, ledwo czułem ten przesiąknięty kwasem smród, a ich rycerzyk na mnie naskoczył, jakbym już przeszedł jakąś granicę. I śmiał pytać, czy mi życie niemiłe... urocze. Pokonałem go - nie do końca, ale skoro nikt tego nie widział, kto może ocenić wynik walki? - Z dotychczas mi poznanych kotów, to ci Gromiacy są jacyś najszaleńsi, chcący tylko się bić. Ostatecznie, niby, doszliśmy do porozumienia... ale wiadomo, szaleniec lubi usypiać czyjąś czujność... A potem...?
Uśmiechnął się półpyskiem, łapę zaś uniósł do góry, wyciągając jeden z pazurów na wierzch, aby to ostrożne i spokojnie przyłożyć go do szyi Leto. Później zaś - nie robiąc mu oczywiście nawet krzywdy, bo po co by miał! - przeciągnął nim w bok, sugerując oczywiste - śmierć. - Możliwe, że tak jest... Nie przeczę. Jeśli jednak tylko mnie obskakują - bo z tego co mogę wnioskować, tak właśnie jest - najwidoczniej ja ich przerażam - powtórzył raz jeszcze, stawiając tym samym na swoim. Jak zawsze, on musi być tym naj. Nie ważne w jakim tego słowa znaczeniu, tutaj mógł być najgorszym złem... ale był naj. - Ciekaw jestem, skąd ta ich ostrożność. Są to podobno liczne grupy, po kilkadziesiąt kotów. Co im zrobi jeden samotnik?...
Wysoki kocur, który wyraźnie, choć niechętnie, góruje nad zdecydowaną większością napotkanych kotów. Cóż, przynajmniej w tym jednym zakresie, bowiem nie może pochwalić się silną, dobrze zbudowaną sylwetką: jest raczej dość słaby, smukły, z ledwo widocznie zaznaczonymi mięśniami. Jego ciało okala krótkie, czarne futerko, zadbane, z każdym jednym włosem dokładnie ułożonym. Czerń mieni się, stanowiąc największy atut swojego właściciela. Tylko jeden fragment jego futra postanowił zbuntować się i przerwać harmonijną całość; strzępka białych włosów, wyrastająca z dolnej, tylnej części lewego ucha stanowi jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w wyglądzie kocura. Drugą są oczy, lekko skośne, żółte, popadające delikatnie w pomarańcz. Trzecią jest jego lekko klinowaty nos, otulony długimi, prostymi czarnymi i białymi wibrysami. Czwartą, ostatnią, jednocześnie też będącą nieprzyjemną pamiątką, jest jego krok: dość kulawy, bowiem jego prawa, przednia łapa jest zesztywniała i mało ruchliwa. Przez jej większość długości rozciąga się blizna od zewnętrznej strony.
Potrafi sprawiać wrażenie poukładanego, rozgarniętego kocura, choć w rzeczywistości jest w środku rozbity na kawałeczki, których od wypadku nie potrafi na nowo ułożyć w całość, nawet jeśli pozornie znalazł dla siebie miejsce i zdążył się pogodzić z utraconym życiem. Życiem, którego nie pamięta; nie pamięta dawnego imienia, pochodzenia, własnych rodziców, rodzeństwa. Zdaje się być dość melancholijnym kotem, prawdopodobnie przez fakt, iż czuje, że czegoś mu brakuje, jakby za czymś tęsknił. Lete jest kotem całkiem kulturalnym, łagodnym względem innych, całkiem wyrozumiały i skory do słuchania; ciekawią go jego rozmówcy. Sam nie lubi mówić zbyt wiele, szczególnie nie o sobie. Najwięcej mówi do siebie, we własnej głowie. Uważa, że otrzymał od życia wystarczającą pomoc i zdany jest przede wszystkim na siebie, nawet jeśli nie zawsze sobie radzi. Indywidualista. Zraził się do bliższych relacji, więc stara się ich unikać, zamykając własne serce przed każdym - stopniowo zamknął się też na najbliższych. Bardzo często zmęczony, trawiony bezsennością i chronicznymi bólami głowy.
jaszczurza łapa (kr), mimoza (s)
Przekręcam delikatnie głowę, kiedy pada mi imię nieznanej mi osoby.
— Kim jest Klisza? — pytam po chwili, wtrącając się między słowa Madary, po czym pozwalam mu kontynuować już bez przerywania. Obserwatorium? Nie wiem, o jakim miejscu mówi, ale nie byłem jeszcze za bardzo dalej, niż te tereny, na których teraz stoimy. Mimo to staram się zakodować w głowie wspomnianą wieżę, by pamiętać o tym, co może mnie tam spotkać. Na wspomnienie o Gromie trzepię uchem, bo znowu pada imię tej całej Kliszy, najwyraźniej dobrej znajomej Madary. A potem uśmiecham się krzywo, dość kwaśno. Nie drgam, kiedy kocur przykłada mi pazur do szyi (niezbyt to rozsądne z mojej strony) i kiwam wolno głową, kiedy się oddala. — Głupcy lubią się łączyć razem w grupy — komentuję wreszcie kwestię tego całego Gromu. — A potem przekazują swoją głupotę dalej, swoim dzieciom. Pewnie tak jest z tym Gromem — dodaję z rozbawieniem. Cóż, klany podobno są cztery, któryś musi być tym najgłupszym - najwyraźniej wypadło na Grom. Zdarza się. Zamyślam się na ostatnią kwestię. — Może to jakaś kwestia zasad. Albo jakiegoś urazu, chociaż wątpię, by byle samotnik lub grupa mogła kiedykolwiek zaszkodzić tym całym... klanom — rzucam swoimi przypuszczeniami, dalej omijając kwestię rzekomej przerażającej prezencji Madary.
♱I thinkIMSCAREDof all the signs♱ DONTEVERleave meALONEatNIGHT 《 I thinkIMSCARED,I haveNOTIME 》 ISCREAMout loudJUSTto see ifIMALIVE