Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Oczywiście, gdy Kąkol się odsunął, oriental przeturlał się z powrotem na brzuch by prędko podnieść na łapy. Otrzepał sierść, bo ciężko było się nagle wyzbyć swoich przyzwyczajeń. Wciąż cenił sobie przynajmniej względnie porządną szatę nawet w najpodlejszych warunkach. Skupienie więc na rudej plamie miał znikome, umknęła mu intensywna reakcja na cios. Zadarł nieco wyżej pysk, słysząc komentarz przyjaciela, rozważając stosowną reakcję, by wreszcie posłać mu krzywy uśmiech.
- Bo widzisz, nie pokazałeś mi jeszcze... - przerwał, by podjąć próbę uskoczenia w bok przed kolejnym zdradliwym atakiem Kąkola. - ... niczego nowego. - dokończył, albo wciąż bezpiecznie stojąc na czterech łapach, albo nieco obolałym tonem, znów przewrócony jak żuczek, w zależności od powodzenia uniku. Ale dokończył, bo jakkolwiek było miło, należało wytknąć, że oczekiwał więcej konkretnych i nazwanych nowości po tej walce.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Orion runął na ziemię, a on uśmiechnął się triumfalnie, odnosząc się poniekąd z powątpiewaniem do jego słów i zadzierając brodę, dumny ze swojej wygranej, choć tak chwilowej, w szerszym rozumieniu zupełnie nieistotnej – wiedział chyba, że nie mógłby rzeczywiście z nim rywalizować, hołubić w sobie nadziei, że przewyższałby go kiedykolwiek, bo cynamon, nawet zgięty w zakrzywioną lunulę, zachowywał w sobie jakąś grację, w obliczu której nie sposób byłoby nawet łudzić się, że kiedykolwiek, w zdrowym rozsądku, mógłby się z nim porównywać.
– Tak? – rzucił zaczepnie, napierając przednimi łapami mocniej na twardy, piaszczysty grunt. – To dlaczego przegrywasz? – z tymi słowami skoczył znów naprzód, tym razem nie celując jednak bezpośrednio w bok, najwyraźniej rzeczywiście zaniepokojony, że Orion tak często zaliczał w potyczce glebę, próbując natomiast chwycić za jego lewą łapę i zachwiać równowagą całego ciała, zmuszając go tym samym do podjęcia raptownej decyzji, zanim znów rozkraczyłby się na gruncie jak rozjechana na drodze żaba – olśniewającej urody, ale wciąż żaba.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Zapowietrzył się odrobinkę. Bo jak to? On?? Przegrywa?? W którym niby miejscu?? Jasne, niesamowicie często leżał w piachu, ale na to dało się znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie, jak to, że najwyraźniej przewracanie go sprawiało jakąś sadystyczną przyjemność wszystkim dzikusom, prosta sprawa, zero jego winy, a nie mógł też przed wszystkim uciec skoro liczył teraz na nowości, nie? No właśnie, dawał fory pręgusowi, w imię nauki, a ten zamiast jakoś sensownie to wykorzystać, bawił się ciągle w przepychanki. Nie było jednak czasu na porządne wyjaśnienie jak sprawa wygląda, więc jedynie posłał krótkie, ostrzegawcze spojrzenie w stronę Kąkola, podnosząc się.
I co zobaczył przy okazji? Natychmiastowy atak na jego biedną kończynę. No jeszcze nie podniósł się nawet do końca, litości. Leżał wystarczająco długo, żeby mieć pewność, że rdzawy kocur specjalnie czekał na ten moment z kolejnym ruchem. No to już było oburzające. Nie wyszarpywał przedniej łapy, bo po sile chwytu zgadywał, że wyszedłby na tym jeszcze gorzej niż jak przez brak reakcji. Więc pozostawało współpracować w tym uwłaczającym procesie przewracania go na piach znowu. Będzie porządnie opanierowany po tej walce. Obity i opanierowany. Niczym kotlet z taniej knajpy, gdzie bułki tartej więcej niż mięsa.
Zaraz po tym, gdy znowu rozłożył się na ziemi, obrócił się tak, by wolną łapą wycelować w rdzawy policzek, bo to była jedyna radość na jaką go było stać w aktualnym położeniu. Nie zamierzał podnosić się ze znienawidzonego parteru, bo najprawdopodobniej Kąkol tylko na to czekał, by zaraz go w nowy sposób przewrócić, podłość. Ale to że nie ruszał się z miejsca, nie znaczyło, że nie zamierzał smęcić i stawiać warunków. - Monotonne to, zaskocz mnie czymś nowym, albo tak będę leżał.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Prychnął cicho, poniekąd zaskoczony, a poniekąd dumny, że Orion zdawał się wytracać siły, że jego odruchy nie były już tak szybkie, ciosy tak trafne, ciało tak sprężyste, że uginał się pod naporem jego uderzeń, przewracając się z powrotem na piach, z którego podnosił się znacznie wolniej, niechętnie i opieszale. Uśmiechnął się krzywo – pamiętał, jak ojciec z wyższością opowiadał mu o kotach z miasta, ich wyglądzie będącym jedynie dymną zasłoną dla braku przydatnych umiejętności, jak śmiał się chrapliwie, że nie potrafią walczyć, nieprzyzwyczajeni do prawdziwych potyczek, pełnych krwi i wysuniętych z opuszek pazurów, ostrych i zakrzywionych, nie stępionych jeszcze komfortem dostatniego życia, nie wahającym się z obawą przed kolejnym ciosem. Orion potrafił się bić, lecz robił to w sposób, który wprawiał go w zakłopotanie, bo ruchy miał pośpieszne i płynne, stworzone do czegoś lepszego. Czegoś piękniejszego niż przemoc.
Kąkol przekrzywił łeb, gdy przyjaciel znów runął na piach, nie podejmując wpierw próby wyrwania swojej łapy z ciasnych wnyków jego uchwytu, lecz zaraz znów zginając nogę, by wycelować nią w miękką powierzchnię jego policzka – cofnął się o krok, oszołomiony siłą ciosu i zły na siebie, że nie przewidział odruchu, którym cynamon posługiwał się dzisiaj tak często, że zaczynał podejrzewać, iż wymierzanie mu kopniaków w twarz sprawiało mu jakąś nieudolnie skrywaną pod grymasem przyjemność. Poruszył łbem na boki, mierząc przeciwnika uważnym spojrzeniem, w którym czaił się przebłysk niestygnącej determinacji, lecz czaiło się również zmęczenie.
– Jesteś zły, bo przegrywasz. – zawyrokował gromko, skacząc do przodu, by oprzeć łapy o wypukłość jego odsłoniętej piersi, chcąc ostatecznie uniemożliwić mu podniesienie się z ziemi, na wypadek gdyby wcześniejsze zapewnienie miało być jedynie chytrym blefem, by uśpić jego uwagę. – Powiedz, że się poddajesz, to skończymy; uświadomię cię, czego się dzisiaj nauczyłeś. – rzucił butnie, rozchylając lico w triumfalnym uśmiechu.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Złośliwość niedbale skrywana w uśmiechu, który wpełzł na szczupły pysk po udanym uderzeniu, rzeczywiście mogła sugerować, że dla orientala była to jedna z tych niewielkich radości w życiu, które należy celebrować. Gdzieś w trakcie sparingu wyparowała sympatia do Kąkola i okazjonalna chęć do ograniczania siły ataków. Teraz już wszystko pozostawiał w łapkach losu. Wątpił, żeby jego zgrabne łapki nagle zdobyły moc rozłupywania czaszek jednym ciosem, ale jeśli tak się stanie - taka wola gwiazd. Szkoda tylko że wraz z sympatią do rudzielca, opuszczały go również siły, więc zmiana poglądów nijak się nie przekładała na faktyczny wynik.
Przygnieciony do ziemi, nie za mocno, nie za stabilnie, ale jednak wystarczająco by wykreślić podnoszenie się z listy opcji. Opcji, których co prawda nawet nie rozważał, ale powszechnie wiadomo, że lepiej mieć większy wybór niż mniejszy. Za to przez krótki moment zastanawiał się nad ofertą Kąkola. Poddać się, rzeczywiście dowiedzieć czego się nauczył, nie musieć już dalej tarzać po piasku. No to przemawiało do jego zmęczenia przede wszystkim, brzmiało kusząco, szczególnie, że nie czuł żeby wyniósł z tej walki cokolwiek poza paroma siniakami. Był ciekaw, czy jak mu zostanie przedstawione krótkie podsumowanie, to zmieni mu się perspektywa, czy pozostanie taka sama. Bo niby czego nowego nauczył się, co??
No właśnie, niczego. Zgodzi się na swoją porażkę, a w zamian dostanie tylko jakiś kąśliwy komentarz i wyjdzie na jaw, że cała ta męczarnia na nic. Jeszcze by czego. Zresztą nie byłby sobą, gdyby teraz się wycofał. Akurat w momencie, gdy Kąkol zamiast przepraszać, brnął dalej ze swoimi błędnymi spostrzeżeniami (Orion wcale nie przegrywał). Jasne, było to głupie i z góry przegrane, ale było nowością, którą oriental zamierzał powitać z uśmiechem.
No, nie do końca, bo zamiast się uśmiechnąć, rzucił tylko coś pokroju a spadaj pod nosem, analizując jednocześnie pozostałe mu opcje. Ostatecznie stanęło na próbie włożenia resztek sił w obrócenie się na bok, by zachwiać równowagą przyjaciela i w razie, gdyby to się powiodło, również próbę chwycenia jednej z biało-rudych łap celem pociągnięcia kocura na piach. Bo może i nie zamierzał wstawać, ale co tak sam będzie leżał??
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Uniósł triumfalnie łeb, opierając łapy na piersi Oriona, która miarowo unosiła się i opadała, napawając go przy tym wzbierającym poczuciem satysfakcji, ślepej radości, która mimowolnie rozjaśniła fizjonomię uśmiechem, na jaki dotąd nie pozwalał sobie w jego obecności, a jaki teraz wydawał się nie tylko uzasadniony, lecz również całkiem przyjemny. Nareszcie oriental ruszył się nerwowo, próbując obrócić się na bok, a Kąkol, choć wpierw prychnął na jego polecenie, ustąpił w końcu, odskakując na bok i pozwalając mu podnieść się z ziemi, tym razem bez zawieszonej nad głową groźby, że raptem znów poderwie się z gruntu, uderzając wysuniętymi do przodu łapami w odsłonięty bark i turbując ciało, które i tak zbyt wiele razy obiło się dzisiaj o piaszczyste podłoże – futro rzeczywiście miał nieco brudne, trochę popielate i chociaż widzenie go w ten sposób wywoływało w nim niespodziewany dyskomfort, to wywoływało także zwycięskie zadowolenie, którego dłużej się nie wstydził; czuł, jak grymas rozbawienia wpływa mu na lico, a to robi się jasne i głupie.
– Nic dziwnego, że byle dzikus był w stanie obić ci tyłek. – zawyrokował, przysiadając na ziemi, z brodą wciąż zadartą ku górze, spojrzeniem dumnym i pewnym. – Bijesz się jak baba. – mruknął prowokacyjnie, przechylając lekko głowę – w emocjach, które dopiero teraz opadały z niego jak krople wody zsuwające się po zaczesanej ku dołowi sierści, potrafił być niesprawiedliwy w pochopnie wymierzonych osądach, tym razem nie zwracał na to jednak szczególnej uwagi, w wyrazie beztroskiej swobody przesuwając łapą po podłożu, gdzie pośród piachu leżało truchło poległej w boju stokrotki o zwiotczałej łodydze i pourywanych płatkach.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
No i nie dane mu było wykonać ostatni zwycięski atak, który starłby ten okropny uśmiech z biało-rudego pyska. Jakby ktoś go spytał o zdanie, to cynamon wcale się nie poddał, a Kąkol przedwcześnie odpuścił. Nie byłoby jednak nic ładnego w atakowaniu teraz, gdy już jego przeciwnik uznał sparing za zakończony. Nie zamierzał jednak tego uznawać za swoją porażkę, więc tak jak wcześniej zapowiadał - nie zamierzał podnosić się z piachu. W ramach cichego buntu; z ciężarem przygniatającym do podłoża, czy bez. Tak samo jak nie zamierzał patrzeć na rudzielca, bo przecież walka była już zakończona, prawda? A chętnie by mu przywalił w pysk, taka sytuacja. Oglądanie zadowolonego uśmieszku wcale nie ułatwiało powstrzymywania się przed tą chęcią. Tylko że Kąkol nie doceniał jego intencji, jego dobroci, jego wspaniałomyślności. Gdy nie udało się nawiązać kontaktu wzrokowego, zaczął gadać. A Orion mógł tylko skrzywić swoją śliczną mordkę w zdegustowaniu, jakby nie groziły mu zmarszczki z tego tytułu w przyszłości.
- Nie biłem się z tobą na serio. - odparł chłodnym tonem, w swojej głowie brzmiąc zupełnie racjonalnie, jakby stwierdzał fakty, a te obrażone tony zupełnie nie przebijały się między kolejnymi słowami. Zupełnie zignorował, że podobnych wymówek to używają kocięta, gdy im coś ewidentnie nie wyjdzie, że tak sobie usprawiedliwiają, żeby poczuć się lepiej. Bo on przecież się nie usprawiedliwiał, tylko przypominał Kąkolowi prawdziwą istotę rzeczy. - Miałeś mnie nauczyć jak się biją dzikusy, więc nie podchodziłem do tego jak do prawdziwej walki. Rozumiesz, więcej czekałem i obserwowałem, dlatego ci tak dobrze szło, normalnie nie byłoby tak kolorowo. Ale nie walczyliśmy, żebym bił się po mojemu, tylko żebyś mi pokazał te wasze techniki z lasu. - no i nie pokazał nic nowego. Nic czego wcześniej Orion by już nie widział, nic spektakularnego co by mogło zaimponować tym durnym dzikusom.
Uznał, że tyle buntu już starczy, więc dźwignął się do siadu i przyjrzał się jasnej szacie. Cała opanierowana piachem, chyba prościej będzie zanurzyć się w wodzie niż wyskubywać pojedyncze ziarna. Otrzepał sierść, ale nie przyniosło to takich efektów, jak by sobie życzył. - I jeszcze przez ciebie jestem cały brudny. - zarzucił gorzko rudzielcowi. Żadnych plusów tej sytuacji, same minusy.
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Wprawdzie nie spodziewał się, że mógłby nad nim triumfować – i w gruncie rzeczy nie triumfował, chociaż krzywa fastryga zwycięskiego uśmiechu trwała przyklejona do jego fizjonomii, jak mokry liść lub kawałek gumy wczepiające się w zmierzwioną fakturę ryżego futra, teraz pociemniałego piachem, który wgryzł się głęboko w podszerstek, sprawiając, że barwa sierści zdawała się spłowieć i nabrać popielatego odcienia, zupełnie jak gdyby toczący ją zwyczajowo ogień osłabł i sczezł, pozostawiając po sobie żużel tlącego się leniwie paleniska. Kąkol otrzepał się odruchowo, lecz niewiele to dało, więc ostatecznie skrzywił się tylko i przeniósł wzrok na Oriona, niezaskoczony jego postawą, choć podskórnie rozczarowany, że nie potrafił przyznać mu racji –kiedyś jeszcze mu zaimponuje, a wtedy przyjaciel uśmiechnie się do niego z aprobatą, wymieniając pełne uznania skinienie głową; niczego więcej nie mógłby rozsądnie od niego oczekiwać.
– Pokazałem ci, jak się biją, praktyka jest najlepszą formą nauki. – zaoponował, choć w obliczu jego oskarżeń powoli wytracał wcześniejszą pewność siebie i przekonanie o swoim zwycięstwie. – Miałeś już okazję bić się po swojemu, z tego co zrozumiałem, też nie wychodziło ci to za dobrze. – zauważył zaraz, a przez ton jego głosu przedarła się wątła złośliwość, która raptem roztopiła się jednak pod naporem chłodnego, błękitnego spojrzenia orientala. Nie miał podstaw by mu docinać, nigdy nie sądził zresztą, by umiejętności bijatyki, którą od dzieciństwa wpajano mu w klanie, była w życiu czymś szczególnie ważnym; właściwie z zapałem pragnął wierzyć, że nie powinna być w życiu niczym ważnym. – Możemy wykąpać się razem w strumieniu. – zaproponował weselej i nieco prowokacyjnie, stawiając uszy i poruszając zaczepnie rudą kitą, w oczekiwaniu na reakcję Oriona, zastanawiając się, czy przyjacielska zaczepka zdoła przebić się przez kaftan jego urażonej dumy.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
- Jakbym chciał praktyczną część nauki to bym zaatakował dzikusa na tych ich granicach i tyle. - odparł zupełnie ignorując, że walki z przypadkowymi burkami obronnymi miały znacznie wyższą szansę na moment, w którym któraś ze stron wyciągała pazury i przestawało być tak kolorowo. To nie było istotne, to nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Kolejna wypowiedź, kolejna złośliwa szpileczka spotkała się z krzywym spojrzeniem orientala i krótkim ucięciem tematu. - To źle zrozumiałeś.
I tyle. Nie zamierzał mu się teraz tłumaczyć, podły, paskudny i jeszcze w ogóle nie myślał. Głupi rudzielec, nie było nawet powodów do usprawiedliwiania tej jego bezczelności. Orion był na niego zły i tego zamierzał się trzymać. To nie tak, że został upokorzony (oczywiście, że nie, przecież Kąkol nie bił się aż tak dobrze, cynamon miał wiele do zarzucenia jego stylowi!!) podczas tej walki, jedynie była nieco... frustrująca. I tyle. Był gotowy odczekać w milczeniu, aż dzikus załapie, że nie jest tu teraz mile widziany i sobie pójdzie. Tylko że nie załapał. Wyskoczył z propozycją kąpieli i - wszystkie gwiazdy ukryte za jasnym niebem mu świadkiem - Orion nadal był na niego zły (nie obrażony, zły). Ale jednak przyduże uszko drgnęło i rzeczywiście, przez krótki moment, rozważał tę opcję.
- No, ewentualnie. - zgodził się po chwili milczenia. Jednak zalążek uśmiechu szybko zdusił, przybierając na sekundę poważniejszą minę. - Ale jeszcze jeden głupi komentarz i ciebie utopię. - uprzedził od razu i podniósł się na cztery łapy. Otrzepał sierść by pozbyć się chociaż części piasku, ale efekt był marny. No cóż, przynajmniej i tak kierowali się teraz w stronę strumienia, więc już bez słowa zaczepił rudego ogonem na znak wymarszu i sam ruszył, zostawiając zaschnięte wrzosowiska za sobą.
Urosła... niewiele od czasów bycia kociakiem, z pewnością będąc najmniejszą z miotu. Jest średniej budowy i niższego niż przeciętny wzrostu. Ciało jej pokrywa długie, bure futro które przemieszane jest z rudą barwą w każdym miejscu, dokładniej widoczne będąc na tułowiu, głowie i łapach. Przez sierść przedzierają się pręgowania tygrysie, rozłożone na całej budowie kotki. Podgardle jej zabarwione jest na biało, ciągnąc się aż do jej podbródka, znajdując swoje miejsce również na palcach jej łap oraz końcówce ogona, przechodząc przez jej brzuch. Przy tylnych łapach biel ciągnie się jak skarpetki. Wysoko postawione uszy zakończone są delikatnymi frędzelkami, a pod nimi znajduje się para czujnych oczu w zielono-złotej barwie. Nos na czubku pyszczka jest miedziany, zawsze patrząc w stronę kolejnych przygód.
Od pierwszych księżycy życia bardzo aktywa i żywa, wściubiająca swój nos wszędzie, gdzie się da. Cechuje ją pogoda ducha i nieokrzesana radość i ekscytacja, którą okazuje w każdej chwili interakcji z innymi, nigdy nie powstrzymując uśmiechu i zawsze zalewając rozmówcę kolejnymi tematami. Martwi się o swoją rodzinę i bliskich, chcąc dla nich jak najlepiej i zawsze starając się być dla nich wsparciem - uwielbia dotyk i wszelkiego rodzaju przytulanie się i czułości, prezentując je zwłaszcza rodzeństwu. Dosyć głośna i czasami roztrzepana, potrafi się skupić wtedy, kiedy potrzeba, będąc żądną wiedzy i nauczenia się więcej, chcąc być jak najlepszą terminatorką, a później wojowniczką. Ma wielkie ambicje, jak i serce - nie potrafi zdzierżyć krzywdy innych, chcąc zrobić wszystko co możliwe, by sprawić uśmiech na mordkach innych.
Początkowo wyszła na patrol, chcąc odświeżyć umysł - przesiedziała dosyć długo w obozie, z głową zajętą wyłącznie byle jakimi obowiązkami, które przypadały na jej głowę. Kilkanaście księżycy wymieniania wyłącznie mchu, bez jakiejkolwiek innej, terminatorskiej wiedzy... ba, już nawet koty, które były młodsze od niej zostawały wojownikami, jej własny kuzyn otrzymał nowe imię, a Kminek... Kminek stała w miejscu. Stała w miejscu od bardzo, bardzo dawna, nie ruszając się z niego. Ze smutkiem spoglądała na siebie z kiedyś - radosną, zarażającą okoliczne koty pozytywną energią i robiąc wszystko, by sprawić uśmiech na ich mordkach. A teraz... teraz była cieniem samej siebie.
Odłączyła się z lekka od patrolu, głowę mając pełną myśli na temat Niezapominajki, Barana, Szałwii... zastanawiała się, czy kiedykolwiek zdoła jeszcze zobaczyć siostrę. Albo Łopiana... którego też od wielu księżycy w obozie nie było. Co się stało z Chaos? Każdy najbliższy jej kot znikał, zanim ona zdążyła zareagować. Nie wiedziała nawet w którym momencie łzy zaczęły przysłaniać jej pole widzenia.
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Wieszczek miał noc pełną niedobrych snów. Po przebudzeniu legowisku wydawało się zbyt ciasne i duszne, przebywanie w obozie jakoś też nie potrafiło wyciszyć szumu w jego głowie, więc kiedy tylko nadarzyła się okazja kocurek czmychnął na Wrzosowisko. W momencie, gdy wiatr rozwiał mu wąsy od razu poczuł się lepiej. Z żadnej strony nie ograniczały go ściany nory, ani gęstych krzewów, jego wzrok bez problemu sięgał hen po horyzont... Mimowolnie nasuwały mu się myśli, cóż takiego znajdowało się poza widnokręgiem i jak długo musiałby tam iść.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxSzła wzdłuż drogi po przeciwnej stronie od klanów, przyglądała się przejeżdżającym samochodom, rozmyślała kiedy ostatni raz siedziała w tej maszynie. Krok miała lekki, futro lekko postawione, bo mimo wszystko powoli wiało chłodem. Dzisiaj trafił jej się nudny dzień, nie działo się nic ciekawego, nie miała ochoty polować, odezwać się do kogo też nie miała, każdy znikał. Coraz bardziej korcił ją powrót do miasta. Samej albo może z Kukułką? xxxxPociągnęła nosem i w tym samym momencie wyczuła zapach, bardzo... zmieszany... klanowy. Tylko nie pasował on do żadnego klanu, raczej do... Nowego Świtu. Ruszyła w kierunku nowego zapachu z każdym kolejnym krokiem przylegając bardziej do podłoża, a łapy stawiając coraz bardziej i bardziej delikatnie. Skradała się. Cóż ciekawego upoluje? Zielone oczy błysnęły w podekscytowaniu, gdy zauważyła - kociaka. Huh. Jeszcze mniejszy i drobniejszy, niż rzeczniak, którego nastraszyła. xxxx– Co tu sprowadza taką drobinkę jak Ciebie? Nie boisz się złych wilków z lasu? – rzuciła chrapliwie z daleka nie podchodząc, ani nie ruszając się z miejsca. Będąc na pograniczu krycia się za martwym krzewem, a pokazywaniu się. Jedynie jej niezgrabny uśmiech mógł przyciągać uwagę, gdy bardziej przyjrzało się przez lekkie gałązki.
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Nagły głos szarpnął duże uszy Wieszczka do tyłu, a sierść na grzbiecie postawił na baczność, przez co kocurek zaczął przypominać porażonego przez błyskawicę szczura. Skierował w stronę przemawiającego do niego krzewu spojrzenie, które bardziej wyglądało na oburzone niż przestraszone, chociaż serce kołatało mu się w piersi jak uwięziony ptak. Musiała minąć chwila zanim Wieszczek zorientował się, że głos nie należał do zmartwiałej roślinności, ani do przywołanych w słowach wilków, a do wysokiego kota o orientalnej urodzie. To trochę go uspokoiło.
- Tu nie ma wilków. - Poinformował nieznajomego. - Zresztą dzisiaj bardziej mnie niepokoją mnie moje sny niż to co mogę spotkać na jawie. - Dodał. Przybysz nadal ukrywał się za krzakiem, jednak bezlistne gałązki nie ukrywały go w całości. Wieszczek przechylił nieco głowę, przyglądając mu się z zamierzenia łagodnie, ale jego naturalnie skośne oczy dawały wrażenie uporczywej oceny.
Czarna piękność, a mimo to prześwity siwości widać na całym ciele. Czysta, ułożona i błyszcząca sierść; podłużna, mała twarz; zielone zdeterminowane oczy; duże uszy; długie smukłe łapy; wężowy ogon; smukła, umięśniona sylwetka - orientalna. Ruchy wykonywane z delikatnością, stąpa twardo, ale z tym swoim flirciarskim dodatkiem, robi to wszystko prawie bezszelestnie.
— avek by rolka —
Dusza artystyczna, podziwiająca wszystko co jest warte jej podziwu. Często lubiąca pogawędzić o niestworzonych rzeczach, a może nawet rozegrać jakąś niestworzoną szopkę byleby zwrócić na siebie uwagę. Uwielbia towarzystwo, ale potrafi również pobyć sama, nawet przez długi czas, co nauczyło ją życie podczas podróży po miastach. Nie jest zbyt rozgadana o sobie, woli słuchać o innych, zdobywać informację, zawsze uważała się za bystrą, czemu miałaby więc nie poszerzać swojej wiedzy na różne tematy? Jest typem flirciary, ale zdarza jej się pogłaskać pod włos, byleby potem ułożyć futerko słodkimi słówkami z dodatkiem uśmiechu. Uwielbia zamieszania i psocenie, które może wyjść spod kontroli, ale to problem przyszłej Onyks. Żyje chwilą, ale ma swoje zasady, a szczególnie swoje zdanie. Zawsze mówi to co myśli, nie trzyma języka za zębami. Jednym słowem mówiąc, kłopoty, a dwoma - mieszanka wybuchowa.
xxxxWystraszone dziecko. Och, jak przykro. Tylko, że nie jej. Kocurek powinien być trochę bardziej ostrożny skoro przemierzał tereny samotny, a jako taki wypierdek prosił się tylko o kłopoty lub może śmierć. xxxx– Zależy o jakich wilkach mówimy – stwierdziła chłodno wychodząc zza krzewu i prostując plecy, by jeszcze bardziej górować wzrostem nad kociakiem. Nie była fanką straszenia dzieci... znaczy może i była, ale nie było to jej jakieś hobby. Nowoświtowiec trafił się ofiarą, bo miała takowy humor i potrzebowała jakiejś odskoczni od myśli oraz nudy. Szczerość i nagły spokój w oczach dymnego nieznajomego przyprawił ją jednak o zainteresowanie i ciekawość. Był odważniejszy, niż wyglądał albo głupszy. Dziecinny byłoby lepszym słowem, ale czy ona mogła dać mu taryfę ulgową? Byli w lesie. Sami. Powinien nauczyć się jak żyć poprawnie. – A co takiego było niepokojącego w Twoich snach, dzieciaku? – zapytała przypatrując się z zainteresowaniem. Zielone oczy wyłapywały każdy oddech, drepnięcie, czy zwykły ruch wąsa, ale nasłuchiwała również, czy ktoś inny w tym momencie nie zachodzi ją od tyłu. Nigdy nie można było ufać słodkim oczkom. Nauczyła się tego nie raz.
Air in my LUNGS ════════════════════════════════'Til the road begins════════════════════════════════
As theLASTof theBUGSleave>their<h o m e sagain AndI'm|splitting|the roaddown=the middle
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Nieznajomy kot w końcu wychylił się za skrywających go gałęzi i okazał się przypominać trochę Czarta. Biorąc pod uwagę, że brat wybrał ścieżkę Wilka było to wyjątkowo trafiające do sytuacji skojarzenie. Pyszczek Wieszczka drgnął lekko, jakby zmierzając ku uśmiechowi. Pomyślał, że w związku z tym nie może się nie zgodzić z uwagą, że "zależy jakich wilków". Jeżeli wziąć pod uwagę Nowoświtowców podążających tą Ścieżką, to rzeczywiście dało się tutaj ich spotkać.
Jednak tego nie powinien mówić obcym, więc przygryzł policzek powstrzymując komentarz.
Za to o swoich snach mógł mówić swobodnie. Zawiesił spojrzenie na zielonych ślepiach, dając sobie chwilę, by przywołać ich wspomnienie, chociaż mimowolnie futerko na karku mu się od tego najeżyło.
- Ciemność tak gęsta i lepka, że przykleja się do futerka jak żywica. Spoza niej słychać kocie szepty, ale ich nie widać. Myślę, że są uwięzieni w niej jak w pajęczynie. - Zreferował.