Jej trening dobiegł końca. Coś, co jeszcze parę księżyców temu wydawało się nierealne, urzeczywistniło się, wbrew temu, na co wskazywały gwiazdy. Dopięła swego. Od kocięcia była pewna swojej ścieżki, którą chce podążać, i wytrwale do niej dążyła, niemalże wydrapując prawo do niej pazurami. Oskarżenia Sennego Świtu, walka z oszczerstwami, wygnanie prawowitego medyka, nagłe powierzenie jej całej Klanowej lecznicy, trening z obcym kotem. Wszystko to doprowadziło ją do tego poranka, gdzie stała u wejścia do obozu, z sierścią ułożoną, szykując się do wymarszu u boku zastępcy Klanu. Zarwane noce i dnie bez wytchnienia. Próba sprostania wymaganiom Klanu, pokazania, że jej wybór był właściwy, walka o zaufanie pobratymców. Czy była zbyt ambitna? Czy była to wada, że chciała włożyć w to, co postanowiła wszystkie swoje siły, że sprostała ostatecznie wszystkim kłodom rzucanym jej pod łapy, że kosztem swojego organizmu pracowała dzień i noc? Gdy tylko zastępca do niej dołączył, wyszła z obozu, kierując się ku miejscu spotkania z przodkami. Chociaż wolałaby, by towarzyszył jej Nocna Gwiazda, musiała pogodzić się z jego zapracowaniem i wyraźnym brakiem czasu na wyprawy z nią. Czuła w związku z tym pewne rozczarowanie, ale postanowiła nie dać się temu uczuciu. Pod jej nieobecność lecznicę powierzyła Słonej Łapie.
Wyjątkowo tego poranka, mieszanina emocji nie dawała spokoju, mącąc jej zwykłą, stoicką manierę. Choć na jej pysku nie było widać absolutnie nic, gdzieś w głębi oczu, gdzieś w poruszającej się co jakiś czas końcówce ogona, wyczuć można było napięcie przed tym, co ją czeka najbliższej nocy. Dotychczas, zajęta wszystkim, co spadło na jej barki nie myślała o tym dniu. O Gwiezdnych. Czuła w łapach mrowienie, a w sercu tliły się pewne wątpliwości. Jako kot Klanu, wierzyła w Gwiezdnych przodków, miała to we krwi. Prawda? Sam Nocna Gwiazda zyskał od nich wszak życia, to oni wedle opowieści interweniowali w Klanie Cienia za czasów tyranii Psiego Serca. Jednak analityczny umysł Wierzbownicy, chcąc nie chcąc, pragnął ich zobaczyć. Chciał wiedzieć, poznać prawdę, czy naprawdę oni mają aż taki wpływ na życie kotów? Co przywita ją przy Szepczącej Sadzawce, co takiego usłyszy? Czy Gwiezdni... Zaakceptują ją? Jeśli tam są? Śmieszne, że paradoksalnie dotychczas jej myśli zaprzątało jedynie to, czy jej pobratymcy ją zaakceptują. A czy wiara w mądrość przodków nie powinna być u Medyka na pierwszym miejscu? Sama myśl o tym, że wątpliwości mogą czynić ją podobną wygnanemu Poecie, przyprawiała ją o gorycz na końcu języka. Jutrzejszego wieczora wróci już jako Medyk Klanu Rzeki. W jej głowie nie powinno być żadnych wątpliwości.
Przez pierwsze chwile milczała, idąc bok w bok z zastępcą Klanu. W końcu odwróciła ku niemu łeb. - Ogniste Serce..byłeś tam z Nocną Gwiazdą...... czy widziałeś ich? Gwiezdnych? Jakie to uczucie? - spytała. Jej głos był flegmatyczny jak zwykle, jednak tym razem dało się w nim wyczuć tembr kotłujących się w sercu i umyśle kremowofutrej emocji. Jej spojrzenie powędrowało ponad horyzont, na wschodzące słońce. Życie w dalszym ciągu toczyło się swoim zwykłym, odwiecznym rytmem, tak kontrastując z feerią emocji w organizmie jasnofutrej terminatorki.
xxxxOstatnie księżyce na własnej skórze odczułem umiejętności Wierzbownicowej Łapy. Nawet w tak ciepłe dni złapała mnie jakaś choroba, przez którą byłem przyszpilony do legowiska, a ta zajmowała się mną, gdy gorączka sprawiała, że głowa mi pękała z nieprzyjemnym, przeszywającym czaszkę dźwiękiem. Wiedziałem więc, że Ciernisty Gąszcz robi dobrze swoją robotę, że nas nie oszukała. Nie sądziłem jednak, że kotka jest bliska końca treningu... zdziwiłem się, kiedy Nocna Gwiazda oznajmił, że mogę wybrać się z nią do Szepczącej Sadzawki. xxxxSzliśmy w ciszy, której ja nie zamierzałem przerywać. Spodziewałem się, że w głowie kotki szaleją różne myśli, zresztą - w mojej także. Gdy ostatnim razem byłem przy Szepczącej Sadzawce, nie tylko asystowałem Nocnej Gwieździe - ja też z niej piłem. Spotkałem Gwiezdnych, nie, jedną Gwiezdną. Jedna, najjaśniejszą gwiazdkę, która prowadziła mnie przez życie za łapkę, jak dziecko. Czy teraz też ją zobaczę...? Nie, pewnie nie. To nie była moja wyprawa. To nie ja szedłem na spotkanie z Gwiezdnymi. Przeszedł mnie dreszcz wzdłuż kręgosłupa. O dziwo... na myśl, że będę tak blisko Jaskółki, a jednak jej nie spotkam, nie robiło mi się źle, niedobrze. Wiedziałem, że jest przy mnie nawet teraz. Nie potrzebowałem Sadzawki by czuć jej obecność. xxxx- Mm... - mruknąłem pod nosem, gdy ta się odezwała. - Ja... wiesz, na wyprawie po życia jedynie przywódca pije z Sadzawki, nie koty, które mu towarzyszą - miauknąłem, choć w moim głosie było zawahanie. Nie powiedziałem nikomu, że ja też doznałem tego zaszczytu, choć nie byłem ani przywódcą, ani medykiem. Nocna Gwiazda wiedział, Nadpływająca Ławica także. Ale... to chyba nie była tajemnica? Nie zrobiliśmy nic złego... w końcu Gwiezdni nas nie ukarali. - ...ale, w drodze wyjątku, wtedy także odwiedziłem Srebrną Skórkę - nie było co owijać w bawełnę, Wierzbownicowa Łapa zaraz będzie medyczką. Chciałbym, by mi ufała, i bym ja mógł ufać jej. Byśmy stanowili zespół. - Więc widziałem. Widziałem jedną Gwiezdną. I to było najpiękniejsze uczucie, jakiego doznałem w życiu - miauknąłem szczerze, czując, jak serce bije mi szybciej. Zaraz jednak zrozumiałem, że przecież terminatorka nie wie o kim mówię. Jest szansa, że moje odczucia wobec spotkania Gwiezdnych nie są obiektywne, patrząc na to, kto to był. - ...to była siostra Ciernistego Gąszczu - spojrzałem na nią lekko zmieszany. Ciekawe, jak zareaguje.
Czyli Gwiezdni pokazali się jedynie Nocnej Gwieździe..jakby nie patrzeć, brzmi dosyć logicznie. Jakimś jednak sposobem w jej głowie zaistniało przypuszczenie, wedle którego mogą je zobaczyć także inne koty..jak się teraz okazuje, błędne. Słyszała co prawda o piciu z Sadzawki, ale tak na dobrą sprawę nie wiedziała, jak wygląda cały proces objawiania się Gwiezdnych przodków. Jak manifestuje się ich przybycie, jak wyglądają.. Zdała sobie sprawę, że jej wiedza na ich temat jest dosyć znikoma, co wprawiało ją w lekkie skonfundowanie. Czy powinna się tego wstydzić? Nie przykładała do tego zbyt dużej uwagi, zajęta widzialnym i prozaicznym aspektem bycia medykiem, mianowicie nieustanną opieką nad lecznicą, która z dnia na dzień została jej powierzona. To stanowiło jej priorytet, ale no właśnie, jak miał się do tego ten drugi, nieziemski aspekt? Kolejne słowa Ognistego Serca sprawiły, że jej ucho drgnęło a brew delikatnie się uniosła. A więc Ogień także widział przodków... Czy było to aby.. dopuszczalne? Sądząc po jego dalszych słowach i wynikającego z nich braku przykrych dla kocura konsekwencji chyba tak. Przyjrzała się mu uważnie. Opisywał spotkanie jako najpiękniejsze w życiu, widział jedną Gwiezdną. A więc przodkowie istnieli. Słowa kocura stanowiły niezbite potwierdzenie, a jednak Wierzb i tak czuła potrzebę wpierw sprawdzić je na własnej skórze, co zresztą za niedługo miało ją czekać. Poczuła mrowienie w łapach.
Rudy zastępca wyjawił po chwili kogo dokładnie widział, co sprawiło, że Wierzb otworzyła oczy delikatnie szerzej. Siostrę Ciernistego Gąszczu? Szukała w głębi umysłu powiązań, ale nic nie znajdowała. Nie znała nikogo z rodzeństwa swej mentorki, ani i nie znała ich potencjalnego wpływu na Klan Rzeki. - Siostra Ciernistego Gąszczu? - powtórzyła. - Znałeś ją? Kim ona dla Ciebie była? - zapytała. Poczuła przypływ ciekawości, chodziło w końcu o rodzinę jej mistrzyni. Która jak widać, miała coś wspólnego z kotami z Klanu Rzeki.
xxxxUśmiechnąłem się lekko, choć musiałem wyładować w ciele szybkim ruchem ogona w powietrzu. Pokiwałem głową w odpowiedzi na jej pytanie. - Była moją partnerką - miauknąłem, nieco bojąc się reakcji własnego organizmu na słowa, które właśnie wypowiadałem. O dziwo jednak... nic się nie stało. Opuściły mój język i poszły w eter, trafiły do uszu Wierzbownicowej Łapy i... nic. Nie chciało mi się płakać, nie byłem zły, nie czułem przeszywającej mnie bezsilności. Kiedy ostatnim razem mówiłem komuś o Jaskółce? Dawno, bardzo dawno. Mówiłem o niej tylko Przypływ. Wtedy nie potrafiłem utrzymać spokoju, najmniejsza wzmianka o kolorowej kotce sprawiała, że traciłem wszelkie siły, umiejętności do życia. Teraz tak nie było. Szedłem przed siebie tak, jak wcześniej, niebo było ładne i pogodne, nie zwiastowało burzy. Ani ten fizycznej, ani tej we mnie. - Też była medyczką Klanu Cienia, miała na imię Barwnoskrzydła. Zmarła, gdy Rwąca Zawieja otruła stos zwierzyny - dodałem, tłumacząc całą sytuacje, bo nie miałem pojęcia, ile temu to było. Dziesięć księżyców temu? Dwadzieścia? Czterdzieści? Nie liczyłem. Nie wiedziałem, czy Wierzbownicowa Łapa uczyła się jej imienia na treningu, czy słyszała o masowym zabójstwie, czy też nie było jej wtedy na świecie. Nie miałem pojęcia. - Bardzo przeżyłem jej śmierć - westchnąłem. Miałem nadzieję, że to wytłumaczy jej moje zachowania - moje wyobcowanie, strach, niepewność, to, że kryłem się w cieniu w trakcie ceremonii, to, jak nieobecny byłem przez cały czas. Nie po to to jednak mówiłem. - ...więc spotkanie jej znów było... było faktycznie najpiękniejszym, co doznałem w życiu. Nie wiem jednak, jak to jest stać przed Gwiezdnymi, których nie znam. Wyobrażam sobie, że musi być... dziwnie. Oni wiedzą o tobie wszystko, obserwowali cię, widzieli co robisz, a ty ich... nie. Mam jednak nadzieję, że poczujesz się wśród nich jak w domu. Na pewno przyjmą się ciepło, Wierzbownicowa Łapo, jestem pewien - nie chciałem by myślała, że każde spotkanie z Gwiezdnymi wygląda tak, jak te moje. Ja sam dobrze wiedziałem, że tak nie jest. I dobrze by było, by ta nie opuściła Srebrnej Skórki z zawodem.
Poruszyła lekko uchem. Partnerką? Barwnoskrzydła... Coś zaświtało jej w głowie. Pojawiły jej się przed oczami wspomnienia jednego Zebrania, jeszcze za czasów Łabędziej Gwiazdy. Gdy Nocna Gwiazda, wtedy jeszcze Szkwał relacjonował wydarzenia które rozegrały się w Klanie Cienia za czasów tyranii Psiego Serca. Zebrania, na którym to Ogniste Serce wybiegł jak oparzony z obozu. Teraz wszystko stało się jasne. Chociaż dla Wierzbownicy, nie do końca. Musiał wiedzieć o śmierci partnerki wcześniej, rozumiała, że słuchanie o tym musiało być ciężkie, ale żeby aż na tyle, by histerycznie wybiec poza obóz? Nie znała się na emocjach i uczuciach. Zerknęła na kocura, zastanawiając się co takiego wstrząsnęło nim tak bardzo. Wiedziała, słyszała, że miał pewne problemy... Zresztą wygarnął mu to sam Poeta, nazywając go ćpunem. Wciąż nie była przekonana, czy Ogniste Serce jest na tyle silny, by piastować rangę zastępcy, ale teraz przynajmniej część z jego zachowań znalazła swoje wytłumaczenie. Czy zmieniało to wiele? Nie sądziła, ale czas pokaże.
Wyglądało na to, że bardzo kochał tą Barwnoskrzydłą. Miłość romantyczna. Kolejny koncept nie znany Wierzbownicowej Łapie. Nigdy o tym nie myślała, podobnie jak o znalezieniu sobie partnera. Czy potrafiłaby w ogóle kochać kogoś w ten sposób? Kochała swe rodzeństwo na swój sposób, chociaż nigdy nie czuła jakiejś płomienności tego uczucia. Nie mówiąc o tym, że w większości nie czuła z nimi specjalnej zażyłości. Nie sądziła, by posiadanie partnera było jej potrzebne do szczęścia. Zresztą za niedługo stanie się Medyczką, więc problem rozwiązywał się w zasadzie sam. Miała pod opieką cały Klan kotów, za który była odpowiedzialna.
Pokiwała powoli głową, wracając ponownie do słów towarzyszącego jej zastępcy. - Rozumiem. - miauknęła krótko. Nie bardzo wiedziała, co więcej dodać. Wciąż uczyła się psychologicznego podejścia do innych kotów, tak jak polecił to Nocna Gwiazda, a żadne słowa pocieszenia nie wydawały jej się w tym momencie odpowiednie. Wyobrażała sobie, że Ognistemu Sercu musiało być ciężko, ale wiedział on to już sam, najlepiej. Nie sądziła też, by ciągnięcie tematu ewidentnie trudnego dla kocura, było na miejscu. Mogła więc jedynie słuchać. Zastrzygła uchem, gdy temat ponownie zszedł na Gwiezdny Klan. Jej serce zabiło szybciej. Czy przyjmą ją ciepło? Miała nadzieję, że tak, a jednak sam koncept spotkania z Gwiezdnymi wciąż był dla niej tak egzotyczny, że ciężko było jej nawet snuć wobec tego jakieś oczekiwania. - Dziękuję, Ogniste Serce. Też mam taką nadzieję. - miauknęła. Czy gdyby nie chcieli jej na tym stanowisku, zesłaliby wcześniej jakiś znak? Spojrzała w przejrzyste niebo. Czy patrzyli na nią i teraz? I co takiego usłyszy przy Szepczącej Sadzawce?
xxxxPosłałem jej tylko krótki uśmiech i prowadziłem nas dalej w stronę Szarych Brzóz. Nie wymagałem od niej żadnych słów pocieszenia, już ich nie potrzebowałem. Rozejrzałem się uważnie analizując, czy okolica wydaje się być względnie bezpieczna. Dziwnie mi było, że znów szedłem do Szepczącej Sadzawki. Niedawno jeszcze nie myślałem, że kiedykolwiek ją zobaczę, a teraz... szedłem już drogą, którą znam, by doprowadzić do niej kolejnego kota. Teraz jednak spoczywała na mnie większa odpowiedzialność, wtedy to Nocna Gwiazda prowadził patrol, teraz byłem to ja. Na moich barkach spoczywało to, by terminatorka medyka dotarła bezpiecznie tam i z powrotem. xxxxTrochę wlekliśmy się przez tereny Klanu Rzeki, jednak w końcu naszym oczom ukazała się okazała i wyjątkowo przerażająca Grzmiąca Ścieżka. Otworzyłem pysk, by powiedzieć coś do kotki, jednak wtedy przez szarą ścieżkę przejechał z głośnym rykiem potwór, a ja wzdrygnąłem się niekontrolowanie. Nie lubiłem tu być. - Przechodziłaś kiedyś przez Grzmiącą Ścieżkę, Wierzbownicowa Łapo?
Szli dalej w milczeniu, co pozwoliło Wierzbownicowej Łapie na powrót do jej własnych rozmyślań. Tymczasem słońce powoli pięło się po nieboskłonie, zwiastując kolejny, upalny dzień. Wierzb uniosła nos i zawęszyła, wdychając znajome jej wonie terenów Klanu Rzeki. Pierwszy raz była tak bardzo pogrążona we własnych uczuciach i myślach, że droga przez tereny minęła jej niezwykle szybko. Minęli Szare Brzozy, aż w końcu dotarli do granicy, za którą rozpościerała się ciemna, kamienna droga, wydzielająca kwaśny odór potworów. Wierzb zmarszczyła nos, unosząc lekko futro na karku. Grzmiąca Ścieżka. Gdy chwilę później po twardej nawierzchni z rykiem przetoczył się stwór Dwunogich, Wierzb nastroszyła się jeszcze bardziej, spinając mięśnie. Zlustrowała wzrokiem czarną jak noc drogę, kręcąc przecząco głową na pytanie zastępcy. Chyba pierwszy raz widziała Grzmiącą Ścieżkę z tak bliska. Bzycząca Mucha nauczyła ją jak powinno się przez nią przechodzić, jednak teraz kremowa czuła.... niepokój. Potwory pędziły jeden za drugim, a ogłuszający ryk narastał w jej uszach, sprawiając że nieco je cofnęła. Wewnątrz niej narosła jednak ponownie wrodzona jej determinacja, która natychmiast sprawiła, że kremowofutra skoncentrowała się w pełni na przeszkodzie przed nimi. Nie zamierzała pozwolić, by przeszkodziło jej to w zrealizowaniu celu, dla którego poświęciła tak wiele, a który był jej przeznaczeniem. Skupiła się, czekając na dalsze instrukcje zastępcy.
Chudy kociak o buro-białej sierści i brązowych ślepkach.
Biegający gdzie popadnie mały gnom, przy którym ciężko zaznać spokoju. Głośny, natarczywy, głodny wrażeń i nieskory do przestrzegania zasad.
Dziki Czart [KW] | Rzepik [KG]
Warkot raz po raz przejeżdżających Potworów drażnił ich bębenki, aż... przestał. Stado wielkich bestii, które przez cały ich pobyt na poboczu niestrudzenie biegło gęsiego po czarnej nawierzchni, najwyraźniej wreszcie przemieściło się całe. Gryzący smród utrzymywał się nadal, ale choćby najbardziej wytężali słuch, nie byli w stanie usłyszeć żadnych nowych Potworów poza tymi, które już się od nich oddalały. Zobaczyć także nie. Wyglądało na to, że było czysto.
- To był potwór - mruknąłem. Ja nie widziałem Grzmiącej Ścieżki pierwszy raz, a jednak futro na karku miałem nastroszone, mięśnie spięte. Poruszyłem ogonem w powietrzu, by wyładować nieco emocje. - Są śmiertelnie niebezpieczne, ale... głośne. Po prostu nasłuchujmy. Kiedy powiem "teraz", rzucasz się do biegu, dobrze? Nie oglądasz się za siebie. Nie pytasz. Po prostu biegniesz na drugą stronę - mówiłem łagodnie, jednocześnie wiedzac, ze to bardzo ważne, by zrozumiała instrukcje. Jeśli kiwnęła głową na znak, że faktycznie rozumie, zacząłem się przysłuchiwać. Było cicho, ziemia nie drżała, nic nie huczało, nie warczało... - TERAZ! - i rzuciłem się do biegu.
Kiwnęła głową. Trudno było się nie zorientować. Poruszyła uchem, wsłuchując się w instrukcje kocura, a gdy skończył kiwnęła głową. Rozumiała instrukcję, ale serce nadal biło jej mocno, a każdy mięsień w ciele był napięty, gotowy do błyskawicznego uniku i ucieczki.
Uderzenia serca gdy nasłuchiwali nadjeżdżających potworów zdawały się trwać wiecznie. Jednak jak słuch sięgał,.towarzyszyła im głucha cisza, mącona jedynie szumem wiatru. Źrenice kotki były skupione, zwężone. I.... w końcu.
Na okrzyk zastępcy wybiła się z miejsca, i błyskawicznie zaczęła gnać przed siebie, sadząc długie susy przez twardą, tłuczącą poduszki łap nawierzchnię. Wzrok miała skupiony na drugiej stronie drogi, w głowie tylko jedną myśl - biec przed siebie.
Chudy kociak o buro-białej sierści i brązowych ślepkach.
Biegający gdzie popadnie mały gnom, przy którym ciężko zaznać spokoju. Głośny, natarczywy, głodny wrażeń i nieskory do przestrzegania zasad.
Dziki Czart [KW] | Rzepik [KG]
Kiedy wybiegali, nie było żadnego nadciągającego Potwora w zasięgu ich zmysłów i konsekwentnie żaden nie znalazł się przy nich w trakcie przeprawy. Co prawda gdzieś w oddali mogli usłyszeć budzący się warkot, ale stwór był o wiele zbyt daleko, by móc zrobić im krzywdę. Sama Ścieżka natomiast... nie uszkodziła ich w żadnym razie, ale okazała się dziwnie lepka. Przebiegając przez środek, mogli poczuć, jak ich łapy zapadają się w nią lekko, ciągnięte przez rozmiękłą od gorąca substancję. Nie był to jednak rodzaj siły, który zdołałby zatrzymać ich po drodze. O ile żadne z nich nie zatrzymało się na asfalcie, żeby podziwiać zostawione nań ślady, przebyli Ścieżkę bez szwanku.
- W porządku? - sapnąlem, gdy byliśmy już oboje po drugiej stronie. Ścieżka była inna pod łapami niż ją zapamiętałem, nie była... uh... sucha. Spojrzałem na poduszki swojej przedniej łapy, a potem kątem oka zerknąłem na Wierzbownicową Łapę, czy ona także to poczuła. Bo może... ale tylko może, jeśli bieg po Ścieżce był dziwny tylko dla mnie, co, jeśli to był... znak? Wiedziałem, że Jaskółka jest przy mnie. Teraz, zawsze. Nie była jedynie moją partnerką, ale i medyczką, a teraz - szanowaną gwiezdną. Co, jeśli lepkość Grzmiącej Ścieżki miała dać mi znak, byśmy się zatrzymali? Że cała ta wyprawa nie ma sensu, że jednak wybór Wierzbownicowej Łapy był błędem? Zaraz jednak szybko pokręciłem głową. Nie. Na pewno nie. Głupie złudzenie. - Idziemy dalej?
Jej uszy cofnęły się lekko, jednak biegła dalej, gdy wydało jej się, że podłoże pod jej łapami nagle zmieniło..... Konsystencję? Czuła lekką lepkość i zapadanie się łap, jednak w żadnym wypadku nie przyszło jej do głowy zatrzymywać się. Zrobiła to dopiero, gdy wylądowali obaj bezpiecznie po drugiej stronie. Odetchnęła i pokiwała powoli głową na pytanie wojownika. W przeciwieństwie do niego nie pomyślała o żadnym znaku, po prostu cieszyła się, że udało im się przebiec w jednym kawałku. Jej futro na łopatkach jednak dalej pozostawało nieco uniesione. Uniosła głowę, gotowa do dalszej drogi. - Tak. - miauknęła bez wahania, po czym ruszyła dalej za zastępcą. Już niewiele drogi pozostało, czuła..... Ze to już niedługo.
- Już bliżej niż dalej - uśmiechnałem się lekko, choć nie wiedziałem, czy pocieszałem bardziej ją, czy siebie. Spojrzałem na niebo - czyste, gładkie i bez skazy. Gdyby coś było nie tak... powiedziałaby mi, prawda? Wprost. Nie... tak? Myśląc to, spojrzałem jeszcze za siebie na Grzmiącą Ścieżkę, a potem na swoje łapy. A potem poszedłem dalej, nie podejmując tematu. Wierzbownicowa Łapa to dobra kotka. I jeszcze lepsza medyczka. Na pewno.
Czy była dobrym kotem? Cóż... Ostatnia sytuacja z Bzyczącą Muchą, mocno nadszarpnęła jej niezachwianym poczuciem pewności. Ból zdawał się od tego czasu przeminąć, jednak dalej... Dalej nie potrafiła sobie tego przebaczyć. Obiecała sobie, że już nigdy do tego nie dopuści, choćby miała nie spać, ale będzie pilnować Klanu lepiej. Tylko czy ona....da sobie radę z tym? Z czymś, na co nikt nie znał żadnego ziela... Na samo wspomnienie tamtego pamiętnego południa poczuła ciężar przygniatający jej barki, jednak kiwnęła kocurowi głową, skupiając się na dalszej drodze. Czy Mucha... Będzie tam? Niebo nad ich głowami było przejrzyste, gdy szli w milczeniu obok siebie. Zwróciła wzrok na horyzont.