Księżyce: 148
Mistrz: Dryfujący Kwiat, Zajęczy Sus
Płeć: kotka
Matka: Mknący Ptak
Ojciec: Czyżykowy Głos
Partner: Tonące Słońce
Życia: 1
Trwałe urazy: Blizny na szyi po ugryzieniu
Lawenda jest kotką o niebieskiej krótkiej sierści, dzięki temu, że natura dała jej wełnistą i jedwabistą strukturę chroni ją przed ostrym zimnem. Niebieskie połyskujące futerko uwydatnia szmaragdowy kolor dużych oczu w kształcie migdału. Eleganckie i drobne ciało oraz długi ogon nadają kotce piękny wygląd. Duże i szerokie u nasady uszy osadzone na głowie w kształcie krótkiego klina, która podtrzymywana jest przez elegancką długą szyje.
Lawenda jest wesołą kotką. Prawie zawsze jest uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona do życia.Ciekawa świata kotka, która tryska energią. Lubi spędzać czas w towarzystwie innych. Jest łagodna i chętna do pomocy. Ma pogodną osobowość i ciężko wyprowadzić ją z równowagi. Lawenda jest wytrwała w dążeniu do celu i nie poddaje się łatwo. Czasem ma bujną wyobraźnie, zwłaszcza w przypadku rzeczy których nie zna.
Tnąca Zawieja
Wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale znów doszło do spięcia pomiędzy Czubatką a Miodek. Nie zapowiada się to dobrze i na pewno będzie więcej zgrzytów. Ech, jakby miała za mało problemów do rozwiązywania, skłóceni terminatorzy to to czego teraz potrzebuje. Lawenda zrobiła znużoną minę na myśl o dodatkowych trudnościach i związanymi z nimi rozmowami oraz działaniem. Następnie westchnęła głośno gotowa do łagodzenia sytuacji. - Nikt nie jest od nikogo lepszy. Oboje jesteście wspaniali, pewni siebie i gotowi do obrony swojego honoru. Jestem z was obu dumna- oznajmiła i z uśmiechem przeniosła wzrok z Miodka na Czubatkę i z powrotem z kocura na koteczkę. Była naprawdę pod wrażeniem waleczności obu kotów. Niestety, zapewne ta waleczność i wypowiadanie wszystkiego na głos obróci się przeciwko niej. Prawie co ceremonie musi stawiać się z opinią Chaotycznego Lotu, która zawsze ma jakieś uwagi co do jej decyzji, reszta jakoś je akceptuje, ale nie córka Zwinnego Strumyka. - Będziecie świetnymi wojownikami, tak czuje. Obyście tylko nie przyprawili mnie o siwe futerko- powiedziała i zażartowała mrugając okiem. Liczyła, że to rozluźni panujące napięcie. Nie chciała wyróżniać żadnego z nich, gdyż zarówno Czubatka jak i Miodek byli dla niej ważni, mimo, że to Czubatce się oberwało, a raczej dostała upomnienie w postaci prośby. - Miodku!- powiedziała i pokręciła przecząco głową. Naprawdę darowałby sobie te złośliwości, nie poprawią one sytuacji, a znacznie pogorszą. Czyżby oboje teraz odczuwali satysfakcję docinając sobie nawzajem sprawdzając granice cierpliwości? Na to wychodzi. - Witamy z powrotem w Klanie. Otrzymasz mistrza na najbliższej ceremonii- wydała swój werdykt i uśmiechnęła się ciepło do syna. Następnie wstała i dała znak, że mogą ruszać do Obozu. - Koniecznie będziesz musiał poznać swoje młodsze rodzeństwo, a także dalszą rodzinę!- powiedziała cała uradowana. Już się nie może doczekać, aż Miodek pozna całą swoją rodzinkę, a ona znacznie się powiększyła!
Smukła, krótkowłosa, szylkretowa (niebiesko-kremowa) kotka z białymi znaczeniami (pierś, stopy, brzuch, pyszczek i od nosa nad wysokość oczu), ma złociste oczy. Futerko na głowie jest ulizane pod włos: sterczące, zjeżone, imitujące czub.
Złośliwa zołza, nieusłuchana, uparciuch, ale da się z nią porozmawiać, jeśli znajdzie się temat, który ją interesuje.
Ta, bądź jeszcze dumna z tego, co uciekł z klanu - pomyślała kotka z goryczą spuszczając nisko łeb patrząc na Miodka spod byka. Przecież to widać na pierwszy rzut oka, że fajtłapa nie potrafi sobie poradzić poza klanem i wraca do niego dla wygody - Czubatkowa Łapa aż ugryzła się w język by nie powiedzieć tego na głos. Lawendowa Gwiazda przekona się w swoim czasie o intencjach tego śmierdziela. Pochwała od Lawendowej Gwiazdy tylko lekko ostudziła zapał Czubatkowej Łapy, ale przybrany syn przywódczyni ponownie dolał oliwy do ognia. Czubatka aż poderwała się z siadu i machnęła ostro ogonem w powietrzu. — Parszywa kupa lisiego łajna - wycedziła przez zęby strosząc futro na karku i łebku. No, teraz to z pewnością miała czubek jak wróbelek! No, Lawenda wreszcie zwróciła jemu uwagę, a nie tylko terminatorce. Jeszcze na domiar złego, musiała go przyjąć do klanu. Niech by to! — To go sobie możesz witać, ja go z przyjemnością pożegnam - prychnęła i podążyła z Lawendową Gwiazdą do Klanu Wichru. Niech sobie połamie łapy razem z tym głupim pyskiem. Prosi o tak niewiele, za to może wymieniać starszym posłania z legowiskach!
Księżyce: 142
Mistrz: Rysi Pomruk
Płeć: trans kocur
Zaimki: on/jego
Matka: Jodłowa Igła [*]
Ojciec: Czerwony Pazur [*]
Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142
Mistrz: Rysi Pomruk
Płeć: trans kocur
Zaimki: on/jego
Matka: Jodłowa Igła [*]
Ojciec: Czerwony Pazur [*]
Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
Czy to było egoistyczne z jej strony? Nie zaczynać tematu zaginięcia Huby dopóki Korzeń sam go nie poruszy? Jak najbardziej i miała tego świadomość. Jednak nie była w stanie się przemóc by zainicjować taką rozmowę – bardzo chętnie usprawiedliwiała sobie swoją postawę pozostawianiem decyzji szaremu, jego komfortem i innymi argumentami, w które średnio wierzyła, szczerze mówiąc.
Łąki o tej porze były w pełnym rozkwicie, więc mogła, pod pretekstem spełnienia obietnicy z treningu, spędzić nieco czasu z Korzenną Wonia. Chciała w jakiś nieinwazyjny sposób skontrolować jak się trzyma w nieco mniej zajmujących warunkach niż wspólne polowanie czy patrol z dodatkowym elementem.
– Już niedługo powinniśmy dotrzeć na miejsce. – rzuciła informacyjnie, gdy przeprowadzała ich przez Świszczące Trawy.
Księżyce: 125
Mistrz: Roziskrzona Noc <3
Płeć: kocur
Zaimki: on/jego
Matka: Roziskrzona Noc ♥ †
Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo)
Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin)
Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Księżyce: 125
Mistrz: Roziskrzona Noc <3
Płeć: kocur
Zaimki: on/jego
Matka: Roziskrzona Noc ♥ †
Rodzic: Jaśniejący Płomień ♥ † (wujo)
Partner: frajer (Kwitnący Jaśmin)
Trwałe urazy: średniej wielkości blizna na prawej przedniej łapie po otwartym złamaniu kości promieniowej, często przykryta futrem; ślady (lisich) zębów na prawym barku Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, drugi przy 100k (powód: złamanie otwarte po pelikanie)
Wielki kocur o masywnej budowie, którą zawdzięcza nie tylko genom, ale i mięśniom. Długie kłaki powiększają go jeszcze bardziej, szczególnie te przy szyi tworzące swego rodzaju grzywę. Niebieskie futro rozczochrane na każdą stronę, zadbane tyle o ile, byleby by było. Okrągłe oczy na sporawym lekko płaskim pyszczku, skrzące się na pomarańcz wymieszany z brązem. Czarny nosek, białe wibrysy, wszystko na swoim miejscu.
Dorósł, zmienił się, a mimo to trudno zauważyć jakąś zmianę. Wewnątrz jest smutniejszy, poważniejszy, melancholijny, a dla reszty świata stara się jednak być szczęśliwy, wesoły i podnoszący na duchu. Stracił wiele, zyskał wiele, ma wiele, ma mało, ciężko mu nawigować w życiu, które potrafi być tak nieprzewidywalne. Zrozumiał ile stracił dla klanu, który kocha, ale czy powinien zaprzepaszczać swoje życie bez zastanowienia? Stara się zbudować nową pewność siebie, odbudować stare cząstki siebie, które gdzieś zniknęły. Samotność jest jego najbliższym kompanem, doskwiera mu to, przeszkadza, chce to zmienić. Musi to zmienić, bo powoli wszystko go pochłania. Nie da się tego jednak zauważyć na pierwszy rzut oka, a on usilnie będzie dla każdego oparciem, jeśli tylko będzie musiał.
Dzisiaj miało być takie samo jak wczoraj i przedwczoraj, i przed przedwczoraj, a jutro miało być takie samo jak dzisiaj. Myślał tak długo, bardzo długo, dzień się dłużył jak teraz tak myślał, bowiem jedno niespodziewane pytanie od Roziskrzonej Nocy zmieniło cały zwyczajny dzień. Taki sam dzień. W coś zupełnie innego. A jutro nie będzie już takie samo.
Chciała pokazać mu łąkę, którą najwyraźniej pomylił dwukrotnie w swoim życiu, przeinaczając nazwę z tą, która poznał chodząc po terenach. Zadziwiające jak łatwo przyszło mu się pomylić, a On aktualnie miał ochotę obrócić wszystko w żart bez wyjaśniania i zacząć się śmiać. Byłoby to dziwne, ale czy nie byłoby mniej dziwne od tej ciszy, która między nimi panowała?
Słyszał szum liści, świergot ptaków, a nawet i coś chyba przeskoczyło w krzakach obok których przechodzili, wszystko wydawało się zbyt wyraźnie. Światło przebijające się przez chmury, czy korony drzew, a przede wszystkim zapach – zapach kwiatów.
Słysząc w końcu głos mamy odwrócił wzrok w jej stronę i skinął głową na tę informację, chociaż zapach kwiatów już powoli sam się do Niego niósł. Czy powinien coś powiedzieć? A może po prostu iść milcząco? Cała ta sytuacja wydawała się abstrakcyjna, gdy tak powoli ciągnął za sobą łapy. No więc palnął to co powinno zostać palnięte dawno temu.
– A więc Huba zniknęła – powiedział lekko martwym głosem, jakby właśnie przekazywał, że musi wynieść mech z legowiska. Był zdezorientowany tym, nie mógł zaprzeczyć, że nie. Ciężko mu było na duszy i sercu, ale ile można udawać, że tak się nie stało.
Wysoka, chuda, o długich łapach; o krótkiej, cętkowanej rudej sierści z burymi rękawkami i stópkami. Białe plamki na mordce, piersi, brzuchu i łapkach. Rozbiegane, szalone, duże oczy o piwnej tęczówce.
peron dawno jej odjechał
***
Obowiązek. Czy to właśnie on był ostatnim, co trzymało w klanie koty takie, jak ona? Czy Lawendowa Gwiazda widziała w jej oczach coś, co powiedziało jej, że bez kotwicy ten okręt za chwilę zniknie za horyzontem? Nie czuła się gotowa na to, by mieć pod opieką terminatora. Nie wiedziała nawet, od czego zacząć. Nie potrafiła poukładać swoich myśli. To było za dużo. Za dużo. W jej mózgu wybuchały fajerwerki.
Siedziała na środku Barwnej Łąki od długiego czasu. Nawet nie wiedziała jak długo, nie pamiętała, w jakiej porze była ceremonia, kiedy dokładnie tu przyszła. Ale słońce powoli chyliło się ku zachodowi i wiedziała, że niebawem będzie musiała wrócić do obozu, by zaliczyć milczące czuwanie. Może ono pomoże jej ułożyć myśli. Przeżuć je i przetrawić. Podzielić na mniejsze kawałki, łatwiejsze do ułożenia w konkretny kształt, inny niż chaotyczna, wiecznie poruszająca się masa, którą miała teraz w głowie. Poruszyła uchem; wciąż miała za nim suchą koniczynę, która zaszeleściła cicho pod wpływem dotyku. To ten dźwięk, tak blisko mózgu, sprawił, że zamrugała nieco bardziej trzeźwo i rozejrzała się, nagle świadoma obecności innego kota.
Bury, krótkowłosy, cętkowany bengal. Jego ślepia z wiekiem przybrały oliwkowo-zieloną barwę. Ogólnie, nie bardzo wyróżnia się od byle kota w swoim wieku. Choć nie można nazwać go najwyższym z kotów w lesie, jest wysoki jak na swój wiek.
Zirytowany kłak futra
Wężowy Błysk, Kamień, Wiaterek [KG]
Nie innego niż Orzeł, który niedługo po zniknięciu Róg z obozu wyruszył za nią. Przed tym jedynie upewnił się, że nie będzie musiał stawiać się zaraz na jakiś patrol czy inny trening, a gdy był pewien, że nie - po prostu szedł jej tropem. Ostrożnie i niepewnie, nie wiedząc samemu czy takie zachowanie jest słuszne, czy być może wyjdzie na skończonego dziwaka, który powinien zamknąć się w legowisku i z niego nie wyglądać. Na zastanawianiu się nad słusznością swojego zachowania to pozostało, bowiem już po chwili - był za nią. I ona o tym wiedziała. Głęboki oddech, jeden, drugi, trzeci. Spokojnie. - Hej, Rogaty Ciosie...! Gratulacje imienia. I terminatora. Jestem pewien, że dobrze ci pójdzie! Ładne imię, swoją drogą - uśmiechnął się delikatnie. Na ceremonii się dogadywali, tutaj - raczej - nie powinno być inaczej. Podszedł bliżej, siadł nieopodal. - Szybko zniknęłaś. Coś się stało czy...?
Nie musiała mówić, rzecz jasna. Zrozumiałby, on lepiej niż ktokolwiek inny. A mimo to, gdzieś podświadomie czuł że powinien o to dopytać, dać jej znać że w ogóle ktoś to zauważył, że nie było to zupełnie zignorowane. Ot, miły, koleżeński gest.
Wysoka, chuda, o długich łapach; o krótkiej, cętkowanej rudej sierści z burymi rękawkami i stópkami. Białe plamki na mordce, piersi, brzuchu i łapkach. Rozbiegane, szalone, duże oczy o piwnej tęczówce.
peron dawno jej odjechał
Dostrzegła go dopiero, gdy spojrzała za siebie. Mimowolnie mięśnie grzbietu spięły się, a sierść pomiędzy łopatkami uniosła się niebezpiecznie w ostrzegawczym, silniejszym od niej geście. Pozwoliła mu na to, by podszedł zbyt blisko. Nie mogła sobie pozwolić na coś takiego.
— Dziękuję — odpowiedziała po chwili milczenia i uśmiechnęła się odruchowo, co widać było po tym, że gest ten nie sięgnął jej oczu, którym zdecydowanie brakowało wesołości. Obserwowała, jak podchodzi bliżej i siada obok. Przełknęła ślinę i obróciła głowę, by móc przesunąć językiem po sierści na kręgosłupie; nie mogła dosięgnąć do tej najbardziej sterczącej pomiędzy łopatkami, ale mogła przygładzić tę, do której miała dostęp. — Stało się trochę za dużo. Ostatni obieg pór byłam jak samotnik mieszkający obok klanu — odpowiedziała, wzruszając lekko barkami. Uniosła wzrok na niebo.
— Ale nic mi nie jest — dodała nagle, gwałtownie odwracając wzrok na Orlą Łapę.
Bury, krótkowłosy, cętkowany bengal. Jego ślepia z wiekiem przybrały oliwkowo-zieloną barwę. Ogólnie, nie bardzo wyróżnia się od byle kota w swoim wieku. Choć nie można nazwać go najwyższym z kotów w lesie, jest wysoki jak na swój wiek.
Zirytowany kłak futra
Wężowy Błysk, Kamień, Wiaterek [KG]
Orzeł potrafił dostrzec brak wesołości w jej oczach - ale zareagować już nie umiał. Sam tylko uśmiechnął się nieco krzywo i pozwolił sobie dojść do tego tematu naturalnie, aby nie stresować jej... ani siebie. Bo chociaż miał nieco więcej pewności siebie, nadal był ostatnim, który umiałby pytać o takie rzeczy. Przerażało go to, mogła przecież zareagować agresywnie i głośno i... i co wtedy? - Ja też, ale chyba w trochę innym tego słowa znaczeniu. Bo ja jestem samotnikiem żyjącym w Klanie i... mimo wszystko, zawsze jest to trochę dziwne. Nikogo nie znasz, nie wiesz co się dzieje, nie rozumiesz połowy rzeczy, jakie cię otaczają. Do niedawna bałem się w ogóle na ceremonie przychodzić - raz go ewakuowano, bo prawie się popłakał. Ot, wszystko było obce, nowe, dziwne i straszne. Teraz już nie. Teraz było normalniejsze i... było jego. Miał mamę, być może nawet dwie - nie wiedział co myśli o nim Rzeżucha - paru dobrych przyjaciół. Robiło się mu lepiej. Sam zaraz zwrócił pysk do niej, gdy ta tak szybko dorzuciła, że nic jej nie jest. Moment lustrował ją spojrzeniem, potem kiwnął głową. - Cieszę się, że nic nie jest. Ale mam nadzieję, że będzie ci lepiej. Poczucie takiego bycia... samemu? Jest najgorszą karą, jaka może spotkać kota. A przynajmniej ja nie lubię czuć się sam.
Jeden kot, w każdym razie, mu wystarczał. Gdyby miał obok siebie dwa, trzy lub co gorsza cztery koty na raz i musiałby przy nich żywo mówić o czymkolwiek, najpewniej zszedłby przy kończeniu pierwszego zdania. W sytuacji takiej jak teraz czuł się komfortowo. Skupiał się na jednym kocie, byli sami. Było okej. - Chcesz o tym opowiedzieć co się stało, czy raczej nie masz na to ochoty? - bo... różnie bywa. Niektórzy lubią nie być sami z myślą, inni potrzebują zachowywać wszystko dla siebie.
Wysoka, chuda, o długich łapach; o krótkiej, cętkowanej rudej sierści z burymi rękawkami i stópkami. Białe plamki na mordce, piersi, brzuchu i łapkach. Rozbiegane, szalone, duże oczy o piwnej tęczówce.
peron dawno jej odjechał
Nie wiedziała, dlaczego czuła frustrację. Nie była duża, jednak stale czuła ją gdzieś na dnie mózgu. Zupełnie jakby gotowała się na wolnym ogniu, stale bulgocząc, ale nie na tyle, by wykipieć. Może to kwestia tego, że odzwyczaiła się od rozmów. Takich zwykłych, naturalnych, niebędących czymś wymuszonym treningiem. Nie wiedziała, czy gniew, który w niej buzował, był skierowany na Orlą Łapę, który ciągle trajkotał, czy może na coś zupełnie innego. Wzięła zauważalnie głębszy wdech.
— Ja też nie lubiłam. Ale nie miałam wyboru i przestało mi to przeszkadzać — odpowiedziała, spoglądając na niego spod na wpół przymkniętych powiek, spod rzęs. Kłamała, oczywiście, że kłamała. Nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Miała wrażenie, że jest sama od kiedy została terminatorem, niezależnie od tego, czy była w otoczeniu innych kotów, czy nie. Nawet jeżeli nie lubiła uczucia przerażającej pustki i obezwładniającej samotności, to w pewnym sensie nauczyła się z nim żyć. Egzystować obok wielkich, wewnętrznych tragedii i końców świata, które w jej głowie działy się średnio cztery razy na księżyc. Poruszać się na autopilocie.
— Na razie nie — mruknęła, odwracając wzrok gdzieś na drzewa na linii horyzontu. — Chociaż — zacisnęła na moment wargi, jej ogon poruszył się niespokojnie w trawie. — Czuję, że któregoś dnia moje łapy nie zatrzymają się na granicy. Nie mają już po co.
Bury, krótkowłosy, cętkowany bengal. Jego ślepia z wiekiem przybrały oliwkowo-zieloną barwę. Ogólnie, nie bardzo wyróżnia się od byle kota w swoim wieku. Choć nie można nazwać go najwyższym z kotów w lesie, jest wysoki jak na swój wiek.
Zirytowany kłak futra
Wężowy Błysk, Kamień, Wiaterek [KG]
Jeśliby wiedział, że chociaż odrobinę ją irytuje - zamknąłby się od razu po odpowiednio wylewnych przeprosinach. Być może w ogóle by podwinął ogon i się wycofał, aby nie być problemem. Niemniej, nie wiedział. Nie wiedział, że ma być cicho, czy może ma jej dać przestrzeń czy robić cokolwiek. Po prostu siedział i teraz słuchał jej, aby w następstwie zabrać znów głos. - Czemu tak uważasz? - bo nie mógł jej zarzucić, że "wcale nie" czy "jak to nie", czy cokolwiek innego. Bo nie wiedział co ją dręczy.
Księżyce: 124
Mistrz: Jaśniejący Płomień
Płeć: kocur
Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Jaśniejący Płomień mógł sobie nie współpracować do woli, ale jeśli myślał, że tym samym pokrzyżuje czy utrudni plany Oriona to był w grubym błędzie. Oriental spodziewał się oporu, ale liczyło się, że bury teraz wiedział o znajomości z dwukolorową kotką. I tyle. A do przekazania wiadomości można było wykorzystać niezawodnego Bociana, który był na tyle uprzejmy by uznać, że to nie problem wspomnieć Jodle o pozdrowieniach i prośbie o spotkanie, gdy z łapą będzie wszystko w porządku. Cynamonowy point rentgena w oczach nie miał, rozległej wiedzy medycznej również mu brakowało, więc nie miał pojęcia czy spotkania spodziewać się za dwa dni, czy raczej za dwa księżyce.
Wreszcie, podczas jednego z obchodów granic, Klekoczący Bocian przekazał informację o powrocie do zdrowia przez Jodłę, więc Orion od razu skorzystał z okazji do umówienia konkretnego terminu spotkania. Taki potrafił być zorganizowany. Dlatego też, zgodnie z zapowiedziami czekał koło Bujnego Janowca z samego rana i liczył na to, że żadne idiotyczne obowiązki nie zatrzymają kotki. Potrzebował zająć jej jedynie chwilę. Może dwie. Przygładził odstające kłaczki i otulił łapy ogonem. Sezon na kwiatki w gruncie rzeczy dobiegł końca, przynajmniej w tym rejonie, więc nie miał za bardzo czym się zająć. Mogliby załatwic jakieś gazetki czy gry logiczne na tych granicach, wzorem wszelkich poczekalni z ludzkiego świata.
wysoka; jedna z najwyższych, szczupła, czarno-białe gęste futerko sterczy na różne strony niczym igły, biała szyja, pierś, cała przednia prawa łapa i cała lewa tylna łapa, posiada intensywnie żółte oczy
spokojna, zwykle neutralnie nastawiona, więcej słucha niż mówi, ciężka do zirytowania, jeśli nie zostanie wywołana do tablicy to udaje że nie istnieje; chyba że nie ma wyboru, otwarta na poglądy, lubi przysłuchiwać się konfliktom, nie umie podejmować decyzji "na wczoraj"; woli na spokojnie je przemyśleć
Trochę zdziwiła się kiedy zostały jej przekazane pozdrowienia od Oriona oraz prośba o spotkanie. W czasie regeneracji swojej skręconej łapy myślała o tym czego samotnik może takiego od niej chcieć. W końcu nie spotkali się za wiele razy a i pierwsze spotkanie jakieś super owocne nie było. Potem widzieli się tylko przelotnie w czasie końcówki walki z pelikanem a Jodłowa Gałązka nie mogła zostać, żeby z nim pogadać, bo została dość ciężko ranna.
Czarno-białą wojowniczkę ciekawiło co cynamonowy point tym razem wykombinował, musiała to przyznać, więc o wschodzie słońca zebrała się i ruszyła w stronę Bujnego Janowca tak jak Klekoczący Bocian jej przekazał. Treningów ostatnio miała mało, więc mogła poświęcić chwilę czasu na spotkanie z pointem. Może przy okazji odwali jakiś patrol granic, żeby nie było że nie zrobiła nic pożytecznego w czasie swojej wędrówki po terenach. Tak żeby nikt się nie przyczepił.
-Hej -powiedziała od razu kiedy zobaczyła Oriona i zbliżyła się do niego. No ciekawe co on jej tam takiego przekaże.
Don'tknow what'swaiting downbelow ⛧Thewolfpack lurks,awaitingyou⛧ -Tofollow,tobleed- It'stime for youtoreturn,they decide ⛧Oh no,oh no, thewolfpack'swaiting for them⛧ Too calm,you'll see -Below thesurfacewaits for you-
Księżyce: 124
Mistrz: Jaśniejący Płomień
Płeć: kocur
Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Wreszcie czarno-białe futerko pojawiło się w zasięgu wzroku, a cynamonowy point uśmiechnął się szeroko. A więc przyszła, wyśmienicie. Co prawda nie mógł znaleźć chociaż jednego powodu dla którego miałaby go dzisiaj wystawić – przecież niczym jej nie podpadł – ale kto tam wie te koty. Z drugiej strony był gotowy założyć się o honor swojej matki, że nawet Nurcik by przyszła na umówione przez pośrednika spotkanie. Nawet jeśli byłaby wciąż obrażona po ostatnim to na sto procent dałaby się ciekawości. Albo przyszła tylko na niego pokrzyczeć, ale nieważne powody, ważne, że efekt byłby ten sam.
– No hej. Co tam ci w łapę było? Nie pytam czy lepiej już, bo jak tu przyszłaś to mniemam, że wszystko w porządku już, co? – przechylił lekko łeb w prawo. Nie pytał z czystej uprzejmości, autentycznie ciekawiło go co się stało z kończyną, która nie nosiła żadnych wyraźnych śladów obrażeń, a leczyła się przynajmniej księżyc. Nieco go nosiło z niecierpliwości by przejść do głównego tematu, jednak jeszcze by nie doczekał się wtedy wyczerpującej odpowiedzi na pierwsze zagadnienie.
wysoka; jedna z najwyższych, szczupła, czarno-białe gęste futerko sterczy na różne strony niczym igły, biała szyja, pierś, cała przednia prawa łapa i cała lewa tylna łapa, posiada intensywnie żółte oczy
spokojna, zwykle neutralnie nastawiona, więcej słucha niż mówi, ciężka do zirytowania, jeśli nie zostanie wywołana do tablicy to udaje że nie istnieje; chyba że nie ma wyboru, otwarta na poglądy, lubi przysłuchiwać się konfliktom, nie umie podejmować decyzji "na wczoraj"; woli na spokojnie je przemyśleć
Najwidoczniej Orion miał coś poważnego w planach skoro aż tak ucieszył się na jej widok. Jeśli nie miałby nic wymyślonego w tej swojej główce to tak by się pewnie nie szczerzył do niej. W końcu ledwo się znali. A poza tym, pewnie nawet gdyby się znali lepiej to i tak takiego szerokiego uśmiechu by na powitanie nie dostała. Cynamonowy point coś knuł, jednak Jodłę zbyt ciekawiło cóż to było, żeby teraz się wycofać.
-Nasz medyk powiedział mi że łapa była skręcona, no to niezły miałam lot… a nawet nie mam skrzydeł -odparła- nie znam się na tych ich ziołowych i leczniczych sprawach, ale nie wypuszczano mnie z lecznicy przez księżyc i kazano odpoczywać. Wykorzystam każdą okazję do rozprostowania kości -dodała- A ciebie co tu sprowadza?
Don'tknow what'swaiting downbelow ⛧Thewolfpack lurks,awaitingyou⛧ -Tofollow,tobleed- It'stime for youtoreturn,they decide ⛧Oh no,oh no, thewolfpack'swaiting for them⛧ Too calm,you'll see -Below thesurfacewaits for you-
Księżyce: 124
Mistrz: Jaśniejący Płomień
Płeć: kocur
Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
– I co, fajnie było czy lot niewarty konsekwencji? – oblizał pysk, dopiero po czasie zastanawiając się czy już można było z tego żartować, czy może było za wcześnie i zaraz Jodła się obrazi. Z niewiadomych względów kotki dużo częściej miały do niego jakiś żal, jakby łatwiej je było urazić mimo że to ego kocurów było jak domek z kart. Dziwna sprawa, ale nie na tyle porywająca by teraz zaczął się przyglądać temu bliżej. Nie teraz, gdy zajęty był ważniejszymi kwestiami.
Ale sama zaczęła temat latania, tyle miał na swoją obronę. – Chociaż słabo tak w zamknięciu. Zapewniają chociaż rozrywki w tej lecznicy, czy tylko każą być cicho i patrzeć w przestrzeń? – chociaż jeśli nie wypuszczali z lecznicy, Orion był w stanie zrozumieć czemu Jaśniejący biegał na patrole z rozwaloną łapą obieg pór temu. Znaczy wciąż point uważał to za idiotyzm, ale śmieszny idiotyzm i to jego idioty, więc jednak mógł się uśmiechnąć na wyobrażenia tamtej sytuacji.
– A widzisz, zamierzam dołączyć do Klanu Wichru. – oznajmił, a asymetryczny uśmiech wciąż nie schodził mu z pyska. Gdyby nie jego własna niecierpliwość, chętnie by się uprzednio podroczył z dwukolorową, pokrążył wokół tematu i inne takie klasyczne Oriony, jednak skoro już spytała wprost co go tu sprowadza...