Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
Córka Lilii należała do tych kotów, które po prostu zachwycały się światem cały czas, nie były w stanie zatrzymać się w tym oglądaniu co porę nowych zmian, dla niej każdy krzak mógł być ciekawy, chociaż nie wyrażała na głos wielkiego zachwytu, gdyż nie czuła takiej potrzeby, w każdym razie na pewno nie zobojętniała na to, co się działo, na kolejne widoki, na to, że w Porze Zielonych Liści szukała cienia, a Porą Nagich Drzew stroszyła swoje krótkie futro, by się ogrzać – swoją drogą ciekawa była, jak teraz sobie z tym poradzi, bo nie była pewna, czy zdoła jeszcze wyhodować tę dłuższą sierść, grubszą i dającą poczucie względnego bezpieczeństwa – a kiedy nadchodziła Pora Młodych Liści czuła, że wybucha w niej nowa fala ekscytacji; po prostu nie pozwoliła sobie na to, by starość odebrała jej radość ze wszystkiego, co ją otaczało, wtedy w końcu umierałaby powoli, bardzo smutno, niemalże bezwolnie, bez jakiejkolwiek świadomości tego, co ją otacza, a to byłoby najgorsze.
- O, mam nadzieję, że się polubiliście, bo to byłoby wspaniałe i to cudownie, że prowadziłaś mu nauki, widzę, że się coraz bardziej otwierasz, a to naprawdę przyjemna perspektywa myśleć, że poznajesz nowe koty, że idziesz na przód, no. A poza tym to jest w Klanie ktoś, kogo szczególnie mocno lubisz? – odpowiedziała uśmiechając się do niej, ale nie było tutaj widać żadnego niemądrego podtekstu z zapytaniem o kawalera, po prostu Krzykliwa była ciekawa, czy Wodospad znalazła sobie jakiś przyjaciół, czy może jeszcze nie i nieco krążyła na oślep starając się nie zapaść pod ziemię, co wcale nie byłoby najprzyjemniejszą perspektywą, tym bardziej, że starsza bardzo jej kibicowała.
- Jest, jest, ale w obozie zdecydowanie przyjemniej spędza się noce, uwierz mi, ale poza tym to wcale nie musimy wracać tam zaraz, czy coś takiego. No, a nie chodzisz za bardzo na patrole? Albo takie właśnie spacery? – rzuciła na to zastanawiając się, czy mogłaby ewentualnie namówić kogoś na wycieczki z Wodospad, bo chciała, żeby młoda się rozwijała, a na razie chyba nie była zbyt pewna siebie, na dokładkę obowiązywał zakaz samotnego zbliżania się do granic, co Mewa uważała za całkiem słuszne biorąc pod uwagę, że może się tam czaić każde możliwe niebezpieczeństwo.
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx
Wyrosła. Niegdyś była chudym, wysokim kociakiem z patykowatymi łapami. To nie uległo zmianie - wciąż jest wysoka i góruje nad swoimi rówieśnikami, lecz nie jest już tak przeraźliwie chuda, jest zwyczajnie szczupła, chociaż nie widać tego przez grube, gęste i bardzo puchate śnieżnobiałe futro, które niektórym może skojarzyć się z owczym runem.
Wygląda niepozornie - słodkie uosobienie niewinności z dużymi ciemnobłękitnymi oczami. Ma duże, nieco zbyt duże uszy zakończone małymi pędzelkami. Ogon zwyczajnej długości, ale za to wyjątkowo puszysty.
Cicha, wrażliwa strachliwa i wycofana z życia. Stroni od kontaktów z kotami, woli przebywać we własnym towarzystwie, w pełni akceptuje jedynie rodzinę i koty, które obdarzyła zaufaniem bądź sympatią. Jest małomówna głównie przez fakt, iż ma trudność z wymową większości słów, czego się wstydzi i stara się to ukrywać poprzez uporczywe milczenie. Każda porażka w kontaktach z klanem niezmiernie ją dobija, przez co stara się odzywać jak najmniej. Zazwyczaj kiwa po prostu głową, a jeśli wymagają od niej więcej ucieka. Jest dosyć ufna, lecz jeśli ktoś ją zawiedzie - nie przebacza i trzyma się od takiego osobnika z daleka.
To smutne, że Krzykliwej Mewie powoli kończył się czas. Dla Wodospad była jedną z nielicznych osób, które zwracały na nią uwagę, dlatego też darzyła staruszkę bardzo ciepłymi uczuciami i czuła do niej przywiązanie. Obok matki, Sowy oraz wujka była najważniejszą osobą w jej życiu, wolała więc na co dzień nie myśleć, że kotka już dawno dobiła do setki i nikt nie żyje wiecznie. Zaczynała mieć dość strat, a niektóre z nich dopiero nadchodziły w przyszłej czasoprzestrzeni.
- Ym... N-no... J-ja się-ę go boj-ję - wydukała tak cichutko, że Krzykliwa Mewa musiała nadstawić uszu, aby prawidłowo wyłowić jej odpowiedź spośród szumu wiatru i świszczącego dźwięku traw. Nikomu tego nie powiedziała, lecz bała się Mroźnego od kiedy zaatakował ją i uczepił się jej ogona. Nauki, chociaż obyły się bez przeszkód, były dla niej stresującym przeżyciem i chociaż chyba wyszło jej całkiem dobrze, bo przekazała młodemu to i owo, to chyba nie zdecydowałaby się na podobną przygodę po raz drugi.
- Ty. Wuj-jek. Mama, rodz-dzeństw-wo - wymieniła wszystkie ważne dla niej osoby. Była jeszcze Stokrotkowy Płatek, lecz z nią nie miała większej styczności od... od wielu księżyców. Wolała nie narzucać się kocicy zwłaszcza gdy ta została wojowniczką i dostała terminatorów do wyszkolenia. Wodospad zakładała, iż córka przywódczyni i tak nie miałaby dla niej czasu.
- No... Mog-głabym, ale wuj-jek mów-wił, ż-żebym nie chodz-dziła sam-ma tyl-lko z w-wojownikami, al-le ja praw-wie nikogo ni-ie z-znam, a ni-ie chcę s-się narz-rzucać. No b-bo inni mog-gą nie ch-chcieć ż-żebym im przrzeszkadz-dzała - mamrotała niewyraźnie. Przyznawanie się do takich rzeczy nie było dla niej proste, gdyż odkrywała przed Krzykliwą Mewą swoje słabości, tchórzostwo i niezdolność do samodzielności. Tak czy siak była bezużyteczna i beznadziejna, nie musiała jeszcze wyrażać tego na głos.
- A był-ła u Cieb-bie Pokrz-rzywa? - zapytała prędko, chcąc zmienić temat. Nie tak dawno temu rozmawiała z tą dziwną kotką, której poleciła udanie się do Krzykliwej Mewy, jako że ta zdecydowanie mogłaby jej pomóc z opanowaniem jąkania się, zapewne znalazłaby też jakąś radę na jej dziwne upodobania żywieniowe, ale czy córka Czajki faktycznie posłuchała jej rady?
Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
Innych strat mogli się nie spodziewać, ale odejście Mewy zbliżało się wielkimi krokami, jak jakiś finał dobroczynnej akcji czy odliczanie do wielkiego święta, chociaż Krzykliwa zauważyła, że nikt poza nią nie traktuje tego poważnie, jakby uciekali od tego spojrzeniami albo nagle przypominali sobie, że koniecznie muszą z nią o czymś porozmawiać, tylko bali się poruszyć kwestii jej przemijania, co z jednej strony ją bawiło, a z drugiej smuciło, bo miała poczucie, że gdy zniknie już z tego świata, będą wylewać za nią hektolitry łez i krzyczeć, jakie to niesprawiedliwe, zamiast zastanowić się, czy aby na pewno to już nie było jej wolą; czuła jednak doskonale, że oni tego nie rozumieją, bo nie mają pojęcia, jak to jest przeżyć całe swoje życie i dostrzec, że dobiega się już do kresu, miała wrażenie, że przez wiele księżyców wspinała się na wysoki klif, a teraz wreszcie dostrzegała jego szczyt, szczyt, z którego będzie mogła spojrzeć nie tylko na Wielką Słoną Wodę, ale i na wszystko, co w życiu było dla niej piękne i wspaniałe.
- Boisz, kochanie? Ale dlaczego właściwie, możesz mi wyjaśnić, czy aby dobrze usłyszałam, a jeśli tak, to powiedzieć, co powoduje, że się boisz? – powiedziała faktycznie nastawiając uszu, by dobrze zrozumieć to, co Wodospad miała jej do przekazania, a potem pokiwała lekko łbem, gdy młoda zaczęła wymieniać jej poszczególne koty, aż doszła do tego, że Sokół prosił ją, by opuszczała obóz jedynie w towarzystwie wojownika, co Mewa musiała uznać za dość rozsądne posunięcie nie tylko z powodu tego wszarza Chmielograba, ale i innych niebezpieczeństw, jakie mogły czyhać na delikatną córkę Ćmy, o czym nie można było zapominać, widać tylko surowy wojownik nie pomyślał o wszystkim i Krzykliwa musiała teraz wszystko naprawiać.
- Oczywiście, że mają obowiązki, a jednym z nich są patrole i przekazywanie wiedzy terminatorom, do obu tych rzeczy jesteś uprawniona, a poza tym nie sądzę, żeby jakiś wojownik pogonił cię, jeśli nie będzie miał konkretnego powodu, dla którego będzie chciał zostać sam, o! Rozmawiałaś ze swoim wujkiem Miękkim? O! Albo Kusowąsy, on na pewno by cię wszędzie zabrał. I Fiołek z Zającem na pewno ci nie zrobią krzywdy, no i Lawenda też nie! Jest całkiem sporo kotów podobnych do mnie, wiesz? A mnie chyba się nie boisz? – odpowiedziała jej więc bardzo ciepło, gotowa zresztą zaraz biec do któregoś z innych wymienionych, by przekazać mu, żeby zajął się Wodospad, żeby jej pomógł i pokazał jej, że świat nie jest wcale takim złym miejscem. - Hm? Czy była u mnie Pokrzywa? Nie, jakoś nie przyszła się ze mną przywitać, widać nie jestem dla niej aż tak ciekawa!
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx
Wyrosła. Niegdyś była chudym, wysokim kociakiem z patykowatymi łapami. To nie uległo zmianie - wciąż jest wysoka i góruje nad swoimi rówieśnikami, lecz nie jest już tak przeraźliwie chuda, jest zwyczajnie szczupła, chociaż nie widać tego przez grube, gęste i bardzo puchate śnieżnobiałe futro, które niektórym może skojarzyć się z owczym runem.
Wygląda niepozornie - słodkie uosobienie niewinności z dużymi ciemnobłękitnymi oczami. Ma duże, nieco zbyt duże uszy zakończone małymi pędzelkami. Ogon zwyczajnej długości, ale za to wyjątkowo puszysty.
Cicha, wrażliwa strachliwa i wycofana z życia. Stroni od kontaktów z kotami, woli przebywać we własnym towarzystwie, w pełni akceptuje jedynie rodzinę i koty, które obdarzyła zaufaniem bądź sympatią. Jest małomówna głównie przez fakt, iż ma trudność z wymową większości słów, czego się wstydzi i stara się to ukrywać poprzez uporczywe milczenie. Każda porażka w kontaktach z klanem niezmiernie ją dobija, przez co stara się odzywać jak najmniej. Zazwyczaj kiwa po prostu głową, a jeśli wymagają od niej więcej ucieka. Jest dosyć ufna, lecz jeśli ktoś ją zawiedzie - nie przebacza i trzyma się od takiego osobnika z daleka.
- N-no bo... On s-się ch-chyba baw-wił, ale zaa-atakow-wał mój og-gon, coś-ś krzycz-czał i w og-góle był gr-roź-źny... - mamrotała te idiotyczne słowa, w które szczerze wierzyła. Naprawdę mocno się wystraszyła, gdy Mróz ni z gruszki, ni z pietruszki rzucił się na nią z okrzykiem bojowym i wczepił się pazurami w jej puchatymi, piękny ogon. A jej strach nasilił się, gdy go uderzyła, bowiem myślała, iż zrobiła mu krzywdę... a później uciekła jak tchórz.
A to, że Sokoli Cień tak jej taki, a nie inny zakaz, rozumiała jak najbardziej. Córka Lodowej Skóry może i była duża, może i w jej żyłach płynęła czysta, niezmącona krew Klanu Wichru, lecz miała serce tchórza. Bała się własnego cienia i za nic nie odważyłaby się samotnie wyjść z obozu, chyba że stałoby się coś naprawdę, naprawdę ważnego. Gdyby jednak się odważyła najpewniej skończyłaby jako ofiara stada gołębi, myszy zarażonych wścieklizną albo spadającej gałęzi z drzewa lub czegoś równie głupiego, bo takie jej szczęście. Gdyby natrafiła na obcego, na przykład samotnika, posikałaby się ze strachu zamiast go odprawić. I chociaż próbowała z tym walczyć nie zawsze jej wychodziło.
- Mięk-ki? N-nie. J-ja nie ch-chcę s-się narz-rzucać, bo jes-stem ci-ięż-żarem. Law-wenda? Koj-jarz-rzę ją, ucz-czyła mojeg-go brata - z Lawendą może spróbować, ponoć kotka była sympatyczna. Może któregoś dnia postanowi zaczepić także Stokrotkę? Chociaż lepiej nie, niech kocica zajmuje się Sową i zrobi z niego prawdziwego wojownika. Kocurek był na pewno tak pochłonięty treningami, że rzadko przebywał w obozie i to dlatego od jakiegoś czasu więź między nim a Wodospad osłabła.
- Cieb-bie? Ni-nie, Ty jes-steś wsp-paniała - powiedziała z nieśmiałym uśmiechem. Na początku bała się Krzykliwej Mewy, bała się, że starsza kocica okrzyczy ją tak jak Gradowego Podmucha na ceremonii, jednakże tamta kocica była kimś zupełnie innym i w ogóle niepodobnym do idącej obok niej starszej. Czasami zastanawiała się, czy to w ogóle możliwe, aby ktoś tak dobry i wspaniałomyślny był tak agresywny i uparty, lecz to tylko świadczyło o tym, jak niewiele wie o życiu Wodospad. Która właśnie skoczyła z wyciągniętymi łapami na kępkę trawy, gdyż usłyszała jakiś szelest. Okazało się jednak, że to tylko listek, który zaplątał się pomiędzy źdźbła i, targany wiatrem, cicho szeleścił. Biała kotka podniosła łapę z nieco głupią miną, gdy zamiast nabitej na pazury myszy dostrzegła tylko brązowy, wyschnięty liść. A miało być tak pięknie.
Odwróciła się w kierunku Krzykliwej Mewy, gdyż przez to wszystko nie dosłyszała do końca jej wypowiedzi, słuchała jej jednym uchem. Wyłapała tylko ogólny sens - a mianowicie, że Pokrzywy u niej nie było. Szemrząca Łapa zmarszczyła czółko i strąciła listek, nie rozumiejąc dlaczego mała, potrzebująca pomocy kotka nie udała się do swojej babci. Dziwne.
Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
- Aaaa! Kocięta czasami potrafią nam napędzić niezłego stracha, kiedy się ich nie spodziewasz, a te nagle na nas skaczą! Już nie raz to przeżyłam i myślałam, że nagle mam serce w gardle, ja zupełnie nie wiem, jak one to robią - zakomunikowała nieco rozbawiona i Wodospad na pewno nie mogłaby stwierdzić, czy w tej chwili Mewa ją oszukuje próbując podnieść na duchu, czy naprawdę przydarzały się jej takie rzeczy i wspominała je obecnie z humorem, bo w końcu nie było się tutaj czego bać, ani nad czym tak naprawdę jakoś mocno rozczulać, bo były to przygody, które ostatecznie niewiele wnosiły w ich życie; jeśli zaś chodzi o odwagę, to Mewa jakoś nie wychodziła z założenia, że każdy musi być tak niesamowicie dzielny, by w pojedynkę rzucać się na dorosłego lisa albo obijać mordy wrednym samotnikom, ona sama nie miała zbyt wiele pomyślunku, więc z rozbawieniem uciekła przed borsukiem i tylko instynkt macierzyński kazał jej zabijać, gdy myślała o niebezpieczeństwie jakie mogło zagrozić jej własnemu potomstwu, ale jeśli Wodospad nie czuła się na siłach, by robić pewne rzeczy, to przecież nikt nie mógł jej tego nakazać, kocicy wydawało się zresztą, że faktycznie może nakaz Sokoła miał jakiś sens, w końcu nie chciał pewnie, żeby jego siostrzenicę spotkała jakaś krzywda, starsza aż się wzdrygnęła, gdy pomyślała, że córka Ćmy mogłaby trafić przypadkiem na Chmielograba i niemalże z miejsca wysunęła pazury, którymi nieznacznie przesunęła po ziemi, ale nie powiedziała nic na głos, bo przecież nie zamierzała straszyć towarzyszki, czy robić czegoś podobnego!
- CIĘŻAREM?! Ale co ty w ogóle mówisz, kochanie, nikt nie jest ciężarem dla Klanu, nawet ja, chociaż przecież już nic nie robię, nie, nie, nie, nie jesteś żadnym ciężarem i masz wśród nas swoje miejsce, po prostu musisz zdecydować, co chcesz robić i jestem pewna, że żaden z kotów nie będzie ci miał za złe, że chcesz z nim nieco porozmawiać, czy coś podobnego! - zakomunikowała z wielkim oburzeniem mniej więcej wtedy, gdy Wodospad zaczęła polować i zaraz wzięła mordkę w ciup, żeby jej nie przerwać, potem zaś uśmiechnęła się do niej ciepło, gdy ta dopadła liścia, a nie żadną mysz i zakomunikowała, że była pewna, że czai się tam jakiś gryzoń i co w ogóle sobie te liście wyobrażają, że robią coś podobnego i jak w ogóle to wygląda; gdyby zaś Wodospad zapytała ją, jak to w ogóle możliwe, że tak a nie inaczej odnosiła się do Grada, a ją i innych traktuje zupełnie inaczej, to z całą pewnością wyłożyłaby jej złożoność tego zagadnienia, które wcale nie było aż tak proste, jak mogli podejrzewać co poniektórzy, nie miała jednak podstaw, by zasypywać młodą takimi informacjami, nie wiedziała nawet, że ta o czymś podobnym myśli.
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx
Wyrosła. Niegdyś była chudym, wysokim kociakiem z patykowatymi łapami. To nie uległo zmianie - wciąż jest wysoka i góruje nad swoimi rówieśnikami, lecz nie jest już tak przeraźliwie chuda, jest zwyczajnie szczupła, chociaż nie widać tego przez grube, gęste i bardzo puchate śnieżnobiałe futro, które niektórym może skojarzyć się z owczym runem.
Wygląda niepozornie - słodkie uosobienie niewinności z dużymi ciemnobłękitnymi oczami. Ma duże, nieco zbyt duże uszy zakończone małymi pędzelkami. Ogon zwyczajnej długości, ale za to wyjątkowo puszysty.
Cicha, wrażliwa strachliwa i wycofana z życia. Stroni od kontaktów z kotami, woli przebywać we własnym towarzystwie, w pełni akceptuje jedynie rodzinę i koty, które obdarzyła zaufaniem bądź sympatią. Jest małomówna głównie przez fakt, iż ma trudność z wymową większości słów, czego się wstydzi i stara się to ukrywać poprzez uporczywe milczenie. Każda porażka w kontaktach z klanem niezmiernie ją dobija, przez co stara się odzywać jak najmniej. Zazwyczaj kiwa po prostu głową, a jeśli wymagają od niej więcej ucieka. Jest dosyć ufna, lecz jeśli ktoś ją zawiedzie - nie przebacza i trzyma się od takiego osobnika z daleka.
Przez moment jakby trwała skurczona w sobie, gdyż oczekiwała, iż starsza kocica tym razem nie będzie zdolna do okazania wyrozumiałości i fuknie na nią, że jest głupia skoro ucieka przed larwami ledwie odrośniętymi od ziemi w momencie, gdy przechodzi przecież trening na wojownika, lecz ponownie miło się rozczarowała.
- Och. No w-w sum-mie tak, Ty m-miała-aś duż-żo koc-ciąt i pew-wnie jes-steś prz-rzyzwycz-czajona - zaśmiała się cicho. Krzykliwa Mewa miała naprawdę olbrzymią rodzinę i Wodospad nawet sobie nie wyobrażała, jak kocica zdołała odchować tyle dzieci, a teraz była otoczona wnukami. To musiało być przyjemne uczucie.
- Al-le Ty był-łaś cał-łe ż-życie wojownicz-czką, służ-żyłaś klano-owi i wsz-szystko potr-rafiłaś, a ja... Boj-ję się naw-wet włas-snego cieni-a - wymamrotała, gdy wróciła do niej po nie do końca udanym polowaniu. Bo listkiem nikogo nie wyżywi, chyba że bojącą się krwi Pokrzywę, która wolała jeść owoce, co też skończy się dla niej za niedługo tragicznie.
- A-ale mog-gę spró-óbować. - Nawet powinna, w końcu nie chciała zawieść Krzykliwej Mewy, która z jakiegoś powodu wciąż wierzyła w kompetencje i umiejętności córki Zaćmionego Księżyca, mimo że nie miała ku temu żadnych powodów. To tylko utwierdzało Wodospad, iż starsza jest taka cudowna i niesamowita, jak od jakiegoś czasu uważała, a przez to robiło jej się przykro na myśl, że miałaby ją zasmucić, zawieść i rozczarować. Lawendowy Kwiat. Lawendowy Kwiat to dobra opcja, słyszała o niej najwięcej od rodzeństwa. Od czasu do czasu widywała ją w obozie, kocica była podobna do zmarłej Żonkilowej Łapy i nic dziwnego, wszak była jej siostrą.
Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
- Można tak właściwie powiedzieć, bo co chwilę któreś gdzieś wbiegało, straszyło mnie albo czegoś chciało, zawsze było ich pełno dookoła, ale na początku, kiedy się urodziły, strasznie się ich bałam, w ogóle nie wiedziałam, że jestem w ciąży i myślałam, że zjadłam jakiegoś starego królika - powiedziała uśmiechając się ciepło i w ogóle nic sobie nie robiąc z tego, że Wodospad miała jakieś obawy, te bowiem w jej oczach w ogóle nie istniały, dlaczego miałaby na nią fuczeć i krzyczeć, że jest do niczego, jej własna mistrzyni była tak po prawdzie jeszcze nieco bardziej żałosna, a jednak była wojowniczką; w każdym razie Mewa uważała, że Klanowi można przysłużyć się na wiele różnych sposób, można być wspaniałym łowcą, można być niezrównanym wojownikiem, można być posłańcem, albo zajmować się obozem i kociętami, można dbać o różne potrzeby Klanu, które przecież i tak trzeba zaspokajać, czyż nie?
- Byłam wojowniczką, byłam również utrapieniem dla wielu kotów w Klanie, uciekłam przed borsukiem, przestałam mówić, gdy zabito mojego syna, nie zgadzałam się z wolą Kruka i postanowiłam odejść do starszyzny, chociaż miałam jeszcze wiele czasu przed sobą. Nie wiem, czy byłam takim idealnym wojownikiem, jak chcesz sądzić, Wodospad! Poza tym też masz swoje zalety i zdolności, myślisz, że ile dokładnie kotów dba chociażby o mój komfort? - zapytała prosto jednocześnie zdradzając pewne fakty z własnej przeszłości, o jakich młoda na pewno nie wiedziała, w końcu urodziła się już po tym wszystkim, co miało miejsce przed księżycami, ale w głowie Mewy wciąż było całkiem żywe, całkiem kolorowe, całkiem namacalne, a co za tym idzie - czuła smak tych wydarzeń, jakby miały miejsce ledwie wczoraj, potrafiła je nawet uparcie nadal przeżywać.
- Próbuj, próbuj, wtedy na pewno nie będziesz mogła siąść i powiedzieć, że nic nie robiłaś, trzeba się starać i próbować wciąż iść na przód, nawet jeśli wydaje ci się, że to nie ma sensu, trzeba cieszyć się tym, co ma się w życiu, bo nawet nie wiesz, jak łatwo jest to stracić - zakomunikowała pijąc oczywiście do Opieńka, którego życie dobiegło końca w taki, a nie inny sposób, a ona jako matka do dzisiaj się z tym jeszcze nie pogodziła, nie widziała w tym żadnego celu ani rozwiązania, chociaż nauczyła się już iść nadal do przodu, a nie tylko patrzeć w przeszłość.
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx
Wyrosła. Niegdyś była chudym, wysokim kociakiem z patykowatymi łapami. To nie uległo zmianie - wciąż jest wysoka i góruje nad swoimi rówieśnikami, lecz nie jest już tak przeraźliwie chuda, jest zwyczajnie szczupła, chociaż nie widać tego przez grube, gęste i bardzo puchate śnieżnobiałe futro, które niektórym może skojarzyć się z owczym runem.
Wygląda niepozornie - słodkie uosobienie niewinności z dużymi ciemnobłękitnymi oczami. Ma duże, nieco zbyt duże uszy zakończone małymi pędzelkami. Ogon zwyczajnej długości, ale za to wyjątkowo puszysty.
Cicha, wrażliwa strachliwa i wycofana z życia. Stroni od kontaktów z kotami, woli przebywać we własnym towarzystwie, w pełni akceptuje jedynie rodzinę i koty, które obdarzyła zaufaniem bądź sympatią. Jest małomówna głównie przez fakt, iż ma trudność z wymową większości słów, czego się wstydzi i stara się to ukrywać poprzez uporczywe milczenie. Każda porażka w kontaktach z klanem niezmiernie ją dobija, przez co stara się odzywać jak najmniej. Zazwyczaj kiwa po prostu głową, a jeśli wymagają od niej więcej ucieka. Jest dosyć ufna, lecz jeśli ktoś ją zawiedzie - nie przebacza i trzyma się od takiego osobnika z daleka.
- Miał-łaś w-wesoł-łe ż-życie. Ter-raz też-ż masz-sz - dopowiedziała, żeby jej wypowiedź nie zabrzmiała źle, bo nie taki był jej cel. Prawda była jednak taka, iż w skrytości ducha zazdrościła Krzykliwej Mewie. Zazdrościła jej tego, że kiedyś miała kochającego partnera, a teraz gdzie się nie obejrzała tam widziała kogoś ze swojej rodziny. Zewsząd otrzymywała wsparcie i miłość, natomiast Wodospad czuła się odrzucona, nawet jeśli sama izolowała się od rodzeństwa, żyjąc w przekonaniu, że bez niej będzie im lepiej. Bracia nie musieli się już przejmować, że zrobią coś, co jej się nie spodoba. Nie musieli użerać się z jej problemami, brakami i wadami i z pewnością było im lżej. Najbardziej uderzała w nią nieobecność Sowy, gdyż to na nim polegała najbardziej, lecz starała się o tym nie myśleć.
- Zam-mord-dowano? - zapytała przerażona. Jak to się stało, iż Wodospad nie usłyszała tej historii - trudno powiedzieć. Wiedziała jedynie, iż syn Krzykliwej Mewy z jakiegoś powodu stracił życie, co doprowadziło do tego, iż kocica straciła głos i zapewne przez jakiś czas także chęci do życia. Obstawiała, że stało się to z winy drapieżnika.
- W-wiele. Jes-steś star-rsza, jesz-sz prz-rzed term-minatorami i w og-góle... - A to chyba komfort, prawda? Zresztą o córkę Liliowego Płatka na pewno dbała jej rodzina, córki, wnuki, kuzyni.
Kiwnęła ugodowo głową na motywacje starszej, wzdychając w duchu. Tyle razy miała ochotę zrezygnować, darować sobie i po prostu się poddać, by istnieć bez większego sensu, lecz Krzykliwa Mewa wciąż próbowała ją motywować, podobnie jak matka oraz wujek, wciąż wtłaczali w nią chęci oraz nadzieję. I cóż miała począć? Nic, mogła tylko próbować, nawet jeśli nie było to łatwe.
Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
- A, to na pewno, nie zaprzeczam, działo się w nim naprawdę wiele, ale kiedy będziesz już w moim wieku zobaczysz, że wszystko, co kiedyś zapadło ci w pamięć jest teraz tak samo ciekawe i ekscytujące, to znaczy, po prostu wtedy dotrze do ciebie, że to co się działo na przestrzeni księżyców, to w czym brałaś udział, było ciekawe, wspaniałe i stworzyło twoją własną, niezastąpioną przez nikogo historię - powiedziała bardzo radośnie, jakby nieco podekscytowana, chociaż prawda była taka, że nieco żałowała, że gdy już odejdzie, to nie będzie na świecie kota, który byłby w stanie opowiedzieć te wszystkie rzeczy, jakie opowiadała ona, nie będzie już takiego, który pamiętałby zamierzchłe czasy Klanu Wichru, który z pierwszej łapy mógłby opowiadać o pewnych wydarzeniach, jakie nawet nie mieściły się chyba w głowach współczesnych kotów, a może właśnie mieściły się, skoro sami podnieśli bunt i postanowili, jak za starych czasów, wziąć wszystko we własne łapy, a nie siedzieć biernie na pupach i myśleć, że świat się pomylił, czy cokolwiek podobnego.
- Tak, no niestety, tak się właśnie stało, ale pozwolisz, że nie będę ci o tym jakoś dokładnie opowiadać, dobrze? Zapytaj innych kotów, co się wtedy wydarzyło, ja nieco się obawiam, że jeśli znowu do tego wrócę, to nie skończy się to zbyt ciekawie, a wolałabym uniknąć sytuacji, w której obie płaczemy - zakomunikowała dość swobodnie, ale na moment odwróciła głowę, potem zaś ponownie spojrzała na Wodospad i uśmiechnęła się do niej jakby chciała dodać jej otuchy albo pokazać, że nie jest tutaj sama, że nie jest porzucona, że jednak inne koty o niej myślą, że ma sprzymierzeńców, więc nie ma się czego bać, musiała się tylko tego nauczyć.
- E tam takie przywileje, czy coś! Ale wy możecie się uczyć, poznawać nowe rzeczy, nowe miejsca, całe życie przed wami! Przyjaźnie, miłości, wszystko, dokładnie wszystko - powiedziała ciepło, bez cienia zazdrości, bo jednak odbierała to już nieco inaczej i zdaje się, że sama nie chciałaby na nowo przeżywać tych wszystkich etapów, nie chciałaby znowu ruszać na przód, skoro wszystko przeżyła, ale cieszyła się, że młodzi jeszcze nie umoczyli w tym nosów i łap!
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx
Wyrosła. Niegdyś była chudym, wysokim kociakiem z patykowatymi łapami. To nie uległo zmianie - wciąż jest wysoka i góruje nad swoimi rówieśnikami, lecz nie jest już tak przeraźliwie chuda, jest zwyczajnie szczupła, chociaż nie widać tego przez grube, gęste i bardzo puchate śnieżnobiałe futro, które niektórym może skojarzyć się z owczym runem.
Wygląda niepozornie - słodkie uosobienie niewinności z dużymi ciemnobłękitnymi oczami. Ma duże, nieco zbyt duże uszy zakończone małymi pędzelkami. Ogon zwyczajnej długości, ale za to wyjątkowo puszysty.
Cicha, wrażliwa strachliwa i wycofana z życia. Stroni od kontaktów z kotami, woli przebywać we własnym towarzystwie, w pełni akceptuje jedynie rodzinę i koty, które obdarzyła zaufaniem bądź sympatią. Jest małomówna głównie przez fakt, iż ma trudność z wymową większości słów, czego się wstydzi i stara się to ukrywać poprzez uporczywe milczenie. Każda porażka w kontaktach z klanem niezmiernie ją dobija, przez co stara się odzywać jak najmniej. Zazwyczaj kiwa po prostu głową, a jeśli wymagają od niej więcej ucieka. Jest dosyć ufna, lecz jeśli ktoś ją zawiedzie - nie przebacza i trzyma się od takiego osobnika z daleka.
- Nie ch-chciał-łabym ż-żyć tak dł-ługo - powiedziała zanim się zastanowiła. Uśmiech spełzł z jej pyszczka, zamiast niego pojawiło się zakłopotanie. Odchrząknęła szybko i przełknęła ślinę. - To zn-nacz-czy, to nic-c zł-łego, że jesteś st-tara... - O Gwiezdny Klanie, jeszcze gorzej. - Znacz-czyyy n-nie sta-arra tyl-lko dojrz-rzała i doś-świadcz-czona, ale-e j-ja na pew-wno nie b-będę ż-żyć ta-ak dł-ługo, pew-wnie zje mn-nie pierw-wszy lep-pszy bor-rsuk lub pie-es. - Jakość jej wypowiedzi znacząco spadła, Wodospad plątała się jak małe kocie i jąkała gorzej niż zwykłe, co świadczyło o jej zdenerwowaniu. Nie dość, że nie potrafiła mówić tak jak wszyscy, to jeszcze język w ogóle jej nie słuchał i wypowiadał głupie rzeczy. Chociaż w to ostatnie akurat święcie wierzyła.
- Dobrz-rze, prz-rzeprasz-szam, nie powin-nam był-ła pyt-tać - przeprosiła jeszcze bardziej przybita, iż sprawiła Krzykliwej Mewie przykrość, każąc jej powrócić do czasów i sytuacji, w której zginął jej syn. Przecież na pewno nie chciała o tym mówić, kto normalny by chciał? To na pewno był jeden z najgorszych momentów w jej życiu. Głupia, głupia Wodospad.
Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
- Ale co ty opowiadasz, kochanie? Na pewno nic cię nie zje, jestem o tym przekonana, zostaniesz dobrze wyszkolona, a poza tym widzisz, mnie też nic nie zjadło nigdy, a mam kiełbie we łbie i mieszkają w nim z całą pewnością pszczoły, czasami nawet słyszę, jak tam bzyczą, haha! Poza tym taki wiek wydaje się straszny tylko z perspektywy tak młodego kota, jak ty, jak miałam tyle księżyców co ty, to nie wyobrażałam sobie życia po ponad stu księżycach, a teraz wiem, że to mimo wszystko, mimo każdego problemu i nudy, najlepsze co mogło mnie spotkać. Widziałam już chyba wszystko, przeżyłam wszystko, co piękne i złe, doświadczyłam całego życia, a teraz, tak naprawdę, jestem w pełni pogodzona ze śmiercią i spokojnie czekam, aż Niebo przyjdzie do mnie szepnąć, że już czas, żebym się pożegnała z rodziną i nabrała sił do pięknego biegu na Srebrną Skórkę. I chociaż czasami też miałam poczucie, że przecież po co, że coś zaraz mnie zje, to doceniam to, co dostałam, bo takie życie, tak długie życie, jest darem od Gwiezdnych i dzięki niemu mogę was wszystkich nieco pouczyć o tym, co czuję i jak to wygląda, mogę wam pokazać skrawek dawnych czasów - rzuciła niesamowicie ekspresyjnie i tak samo gadatliwie i entuzjastycznie jak dawniej, czuła jednak, że musi to wszystko przedłożyć Wodospad, na którą ani trochę nie pogniewała się za jej słowa, bo przecież była młoda i mogła mieć zupełnie inne spojrzenie na sprawę, na dokładkę nie mówiła niczego złego, bo w końcu tak, Mewa doskonale wiedziała, że jest stara, nie była to żadna tajemnica ani coś, o czym głośno nie wolno mówić, była to po prostu najprawdziwsza prawda i tyle, nie było sensu robić z tego kabaretu.
- O, no już, rozchmurz się, nie zrobiłaś niczego złego, sama wspomniałam o tej sprawie, więc właściwie sama sobie jestem winna - dodała jeszcze pochylając się, by trącić nosem jej policzek na znak, że wszystko jest w porządku, nie chciała w końcu, żeby Wodospad jakoś mocno przeżywała potknięcia w tej rozmowie, bo to nie miałoby najmniejszego nawet sensu, w końcu miały się wzajemnie rozchmurzyć, czy coś podobnego, a nie załamywać i dołować, więc sama Krzykliwa wiedziała, że musi trochę zmienić temat. - A powiedz mi, co właściwie lubisz robić?
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx
Wyrosła. Niegdyś była chudym, wysokim kociakiem z patykowatymi łapami. To nie uległo zmianie - wciąż jest wysoka i góruje nad swoimi rówieśnikami, lecz nie jest już tak przeraźliwie chuda, jest zwyczajnie szczupła, chociaż nie widać tego przez grube, gęste i bardzo puchate śnieżnobiałe futro, które niektórym może skojarzyć się z owczym runem.
Wygląda niepozornie - słodkie uosobienie niewinności z dużymi ciemnobłękitnymi oczami. Ma duże, nieco zbyt duże uszy zakończone małymi pędzelkami. Ogon zwyczajnej długości, ale za to wyjątkowo puszysty.
Cicha, wrażliwa strachliwa i wycofana z życia. Stroni od kontaktów z kotami, woli przebywać we własnym towarzystwie, w pełni akceptuje jedynie rodzinę i koty, które obdarzyła zaufaniem bądź sympatią. Jest małomówna głównie przez fakt, iż ma trudność z wymową większości słów, czego się wstydzi i stara się to ukrywać poprzez uporczywe milczenie. Każda porażka w kontaktach z klanem niezmiernie ją dobija, przez co stara się odzywać jak najmniej. Zazwyczaj kiwa po prostu głową, a jeśli wymagają od niej więcej ucieka. Jest dosyć ufna, lecz jeśli ktoś ją zawiedzie - nie przebacza i trzyma się od takiego osobnika z daleka.
- Wuj-jek moż-że i mn-nie wysz-szkoli, al-le... - to przecież nic nie da. Co z tego, że raz lub dwa coś jej się uda, co z tego, że nauczy się wszystkich formułek na pamięć? Sokoli Cień nie jest cudotwórcą i zmieni jej charakteru, nie wtłoczy w niej odwagi i wiary w siebie, której tak się brakowało, a jakaś uparty chochlik w głębi jej duszy dzielnie odpierał i niwelował wszystkie pozytywne opinie, które Szemrząca Łapa zasłyszała od innych. Było jej miło i przyjemnie, gdy ktoś ją komplementował i był wobec niej optymistyczny, lecz nigdy nie uwierzyła, że mówią prawdę. Ot, wszyscy wokół niej po prostu starali się być mili. Były to jednak puste słowa cieszące uszy, nic ponadto.
Dalszych słów Krzykliwej Mewy słuchała w milczeniu. Nie chciała jej przerywać, zreszta nie miała nic do powiedzenia. Uparcie trwała w swoim przekonaniu o beznadziejności. Słowa nie były w stanie tego zmienić. Zaś Niebo... to chyba zmarły partner starszej. To miłe, że miała alternatywy nawet po śmierci. Że nie musiała się jej obawiać, gdyż po drugiej stronie czekała na nią oddana rodzina.
- J-ja... - bąknęła, wytrącona z równowagi tym pytaniem. Nigdy jeszcze nikt jej o coś takiego nie zapytał. Jak się teraz nad tym zastanowić - nie miała pojęcia. Co tak naprawdę lubiła biała... samotność? Nie. Gdyby tak było już dawno zostawiłaby za sobą Klan Wichru. Spokój i ciszę? Tak, ale to raczej nie o to pytała ją Krzykliwa Mewa. Tu chodziło raczej o czynność.
- Bieg-g-gać - jak na kota z Klanu Wichru przystało. - Wo-dę - w tej lubiła się przeglądać. Obserwować siebie i wierzyć, że nie jest ostatnią, szkaradną paskudą, że przynajmniej pod względem wizualnym nie znajduje się na na szarym końcu. - I... n-nie wi-iem.
Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
- Wyszkoli, wyszkoli, nauczy cię pewnie wszystkiego, co wie, a ty będziesz mogła z tego w przyszłości korzystać. Nie musisz przecież z miejsca zostawać takim burkliwym zabijaką, jakim on pewnie jest, widziałaś, ile ma blizn po tych swoich patrolach? Ja nie wiem, on chyba specjalnie gania po krzakach, żeby znaleźć jakiegoś jenota albo bandę szczurów, w każdym razie nikt nie powiedział, że musisz być jak on albo jak rodzice. Ja też taka nie byłam, właściwie nie wiem, czy kiedykolwiek istniał kot do mnie podobny, no i co z tego? Nie lubię za bardzo walczyć, no i co? - powiedziała na to uparcie, zapewne w sposób, w jaki mógł wyrażać się jedynie ktoś starszy, kto już wiele przeżył i chociaż napotykał ciągle i ciągle opór zamierzał mocno zatupać łapami, by postawić na swoim, w końcu Mewa miała jeszcze trochę czasu przed sobą, miała jeszcze parę księżyców i nie zamierzała tak łatwo odpuścić, w końcu uważała, że w jakimś stopniu jest odpowiedzialna za młodą kocicę, która najwyraźniej poszukiwała uparcie drogi w swym życiu i nie wiedziała, dokąd właściwie powinna się odwrócić, trzeba było jej znaleźć kogoś, kto byłby w stanie spędzać z nią czas i cieszyć się rzeczami, jakimi ona się cieszyła, a Krzykliwa nie zamierzała po prostu przechodzić obok tego obojętnie, Wodospad budziła w niej te wszystkie dobre uczucia, a jednocześnie niesamowity wręcz upór i zapał, jaki powoli w niej gasł, ale nie chciała przechodzić obok tego obojętnie.
- O, no i widzisz, ja też uwielbiam biegać, a jak byłam młodsza, to nie dało się mnie w ogóle zatrzymać, ciągle gnałam z miejsca na miejsce, sprawdzałam, czy jestem w stanie prześcignąć wiatr, ganiałam za chmurami i rozpędzałam się tak mocno, by bolały mnie aż łapy! To cudowne uczucie, kiedy właściwie lecisz, gdy odrywasz się od ziemi, a wszystko dookoła cię niesie, jakbyś mogła być niczym ptaki, niczym wicher w górze! A woda też jest wspaniała, czy ktoś uczył cie pływać? To uczucie też kocham, jest wspaniałe, zwłaszcza w gorące dni Pory Zielonych Liści i wiesz co? Nikt nie jest ci wtedy do niczego potrzebny, bo szczęście jest w tobie samej - powiedziała na to gorąco, a jej zielone ślepia zajaśniały blaskiem, jakiego Wodospad mogła jeszcze nigdy w nich nie widzieć, zdawało się, że cała Mewa nagle odmłodniała i po prostu błyszczy radością, jaka ją wypełniała od środka, niemalże wylewając się jej oczami, uszami i nosem, a nawet spomiędzy szczęk, zamachała ogonem, który dawnym zwyczajem zatańczył niczym czarna mamba.
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx
Wyrosła. Niegdyś była chudym, wysokim kociakiem z patykowatymi łapami. To nie uległo zmianie - wciąż jest wysoka i góruje nad swoimi rówieśnikami, lecz nie jest już tak przeraźliwie chuda, jest zwyczajnie szczupła, chociaż nie widać tego przez grube, gęste i bardzo puchate śnieżnobiałe futro, które niektórym może skojarzyć się z owczym runem.
Wygląda niepozornie - słodkie uosobienie niewinności z dużymi ciemnobłękitnymi oczami. Ma duże, nieco zbyt duże uszy zakończone małymi pędzelkami. Ogon zwyczajnej długości, ale za to wyjątkowo puszysty.
Cicha, wrażliwa strachliwa i wycofana z życia. Stroni od kontaktów z kotami, woli przebywać we własnym towarzystwie, w pełni akceptuje jedynie rodzinę i koty, które obdarzyła zaufaniem bądź sympatią. Jest małomówna głównie przez fakt, iż ma trudność z wymową większości słów, czego się wstydzi i stara się to ukrywać poprzez uporczywe milczenie. Każda porażka w kontaktach z klanem niezmiernie ją dobija, przez co stara się odzywać jak najmniej. Zazwyczaj kiwa po prostu głową, a jeśli wymagają od niej więcej ucieka. Jest dosyć ufna, lecz jeśli ktoś ją zawiedzie - nie przebacza i trzyma się od takiego osobnika z daleka.
- Ch-chciała-abym być tak-ka - powiedziała cichutko, jak gdyby zawstydzona, że ośmiela się mieć tak głupie i niewyobrażalne w jej przypadku życzenia. Równie dobrze mogłaby życzyć sobie, by urosły jej gołębie skrzydła i dały możliwość lotu. Żeby dorobić się tylu blizn trzeba dużo walczyć, żeby dużo walczyć trzeba być kimś więcej niż słabą, pokonaną przez własne lęki sierotą. Sokoli Cień był lubiany i szanowany, Krzykliwa Mewa także. Chociaż, tak naprawdę, szanowany był każdy starszy wojownik oprócz Grada, którego już tu nie było. Co do terminatorów Szemrząca się nie orientowała - mało z którym rozmawiała. W ogóle z niewieloma utrzymywała jakikolwiek kontakt.
- Ni-e. Umi-iem łow-wić r-ryby, ale nie pływ-wać-ć. Naucz-czysz mni-ie kied-dyś? - zapytała z nadzieją. Nie żeby na terenach Klanu Wichru było wiele miejsc do pływania, nie licząc małej sadzawki w środku lasu, aczkolwiek warto posiadać tę umiejętność na wypadek gdyby córka Lodowej Skóry faktycznie odnalazła w sobie jakieś resztki odwagi, wystawiła łapę poza terytorium klanu i postanowiła poszukać jakiegoś wodospadu. Zawsze chciała jakiś zobaczyć.
- Ja g-go nie od-dnalazł-łam... - Szczęście było w niej samej? W którym dokładnie miejscu? W jej głowie, emocjach, charakterze, umiejętnościach czy chodziło tu o coś innego, bardziej przyziemnego jak siła w łapach, talent do szybkiego biegania, czy długie pazury i kły, przystosowane do mordowania drapieżników i zdobywania chwały. Terminatorka spojrzała na Krzykliwą Mewę nieśmiało, acz z pewną nadzieją, ponownie wietrząc szansę na zdobycie szczęścia i zadowolenia z samej siebie za pomocą jakiegoś prostego sposobu. Takiego na wyciągnięcie ręki, czy raczej łapy.
Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
Można powiedzieć, że optymizm wyssała z mlekiem matki. I chyba jakąś odrobinę szaleństwa. Szaleństwa, które pcha ją tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, gdzie można spsocić i wcisnąć nos, nabawić się kataru i urwać komuś ogon. W przenośni. To, żeby siedziała w miejscu przez pół dnia jest tak możliwe jak to, że słońce nigdy więcej nie zajdzie. To nie jest spokojna duszyczka, która posłucha każdego, to mały rozrabiaka pod postacią kocicy, który nie przegapi okazji do dobrej zabawy. I utarcia nosa innym!
- Jaka dokładnie? - zapytała po prostu uznając, że dobrze by było, gdyby młoda to sprecyzowała, ba, gdyby umiała to w pełni określić i powiedzieć, czego oczekuje, bo w końcu stawiając sobie różne wymagania, można było próbować je osiągnąć i nie było w tym niczego znowu tak dziwnego, w końcu koty zawsze do czegoś biegły, najważniejsze jednak było to, żeby zrozumieć siebie, żeby dostrzec to, co daje nam szczęście, by przekonać się, co powoduje, że nasze serce drży z radości, tak więc była po prostu ciekawa, czego dokładnie Wodospad oczekiwała, czego pragnęła i o czym marzyła, spojrzała na nią zaraz z wielkim zainteresowaniem poruszając nieznacznie swymi wielkimi uszami czekając na to, co młoda będzie miała do powiedzenia.
- Oooo! Umiesz łowić ryby? To niesamowite! Jestem pewna, że w Klanie nie ma zbyt wielu kotów, które to potrafią, to cenna umiejętność, wiesz? Zawsze sobie myślałam, ze ryby można jednak wyciągać z wody, jak nie da się znaleźć nic innego, one też jakoś tam nas zapchają, prawda? I oczywiście, oczywiście, jak będzie to możliwe, to spróbujemy się nauczyć, jestem pewna, że ci się to spodoba! - rzuciła wielce podekscytowana i chyba niewiele brakowało, a Mewa zaczęłaby się kręcić w miejscu z ekscytacji, jak jakiś nawiedzony bączek, cieszyła się, że młoda robi coś, czego nie umieli dokładnie wszyscy w Klanie, w ogóle cieszyła się, że coś robi, że jakoś idzie na przód, bo to było niesamowicie ważne, chociaż córka Ćmy chyba tego jeszcze nie widziała.
- Jesteś jeszcze młoda i może po prostu tego nie widzisz, to nic złego, ani dziwnego, ale szczęście i spokój są w tobie samej, wiem o tym, bo pojawia się wtedy, kiedy już wiesz, co lubisz, co ci się podoba, co sprawia ci przyjemność, jest wtedy kiedy wiesz, że jesteś taka, a nie inna, że nie musisz być jak inni, że nie musisz być silna jak Sokół, szybka jak Fiołek, czy coś podobnego, ale inni docenią cię za to, jaka jesteś, no nie wiem, za to chociaż, że umiesz rzeczy, jakich inni nie umieją, za to, że się mną opiekujesz, że dbasz o innych... że umiesz nas nakarmić, gdy jest mało zwierzyny, bo pójdziesz i wyłowisz rybę z wody. Rozumiesz? - powiedziała jeszcze dość dobitnie, bo naprawdę chciała, żeby córka Ćmy w końcu zrozumiała, że nie musi gonić za jakimiś ideałami, a powinna stać się sobą i nie będzie w tym absolutnie niczego złego, Krzykliwa doceniała ją taką, jaka była, niezależnie od tego, czy się jąkała, czy się bała.
[you'llremembermewhenthewestwindmoves]xxxxx »uponthefieldsofbarleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx »youcantellthesuninhisjealousskyxxxxxxx »whenwewalkedinfieldsofg o l dxxxxxxxxxx