Księżyce: 113 Mistrz: Płomykówkowy Lot 【*】 Płeć: kocur Matka: Jaskółczy Głos 【*】 Ojciec: Iglasty Grzbiet 【*】 Partner: Ostry Kwiat Trwałe urazy: odgryziona zewnętrzna małżowina lewego ucha; głębokie blizny po lisich zębach na prawej przedniej łapie; długie, ciągnące się niżej blizny na gardle; brak 3/4 ogona
Jest tęgi, a jego sylwetka postawna, choć nie ociężała. Ma bardzo przeciętny wzrost, kark masywny, żuchwę wyraźną, a grzbiet twardy i mocny. Silne ciało pokrywa gęsta, często zmierzwiona, długa sierść. Kolorem zbliżona do jasnego brązu, przecinana czarnymi zawijasami, w niektórych miejscach ustąpiła bieli, na grzbiecie nosa w postaci małej, podłużnej plamki, żuchwie, gardle, gdzie po odstępie pojawia się na piersi i brzuchu, a także na obu piętach, w prawej przedniej łapie na nadgarstku, w lewej zaś tylko okala palce. Ma poskręcane wibrysy, ponad którymi widnieje para łagodnych, zielono-żółtych oczu. Uszy ma stosunkowo małe, szeroko osadzone, kończą je czarne pędzle. Ogólnie rzecz biorąc, wygląda groźnie z aparycji, choć daleko mu do poważnego, surowego kota.
Z wiekiem i doświadczeniem stał się bardziej stonowany i spokojny, choć wciąż momentami w jego ślepiach nie trudno dostrzec energii i radości z życia - tak potrafi w odpowiednich momentach zachować powagę, zagryźć zęby, lub ugryźć się w język. Kot o pełnym empatii, ciepłym wnętrzu, który z nikim celowo nie szuka zwady, który stara się jak tylko może aby nie popełnić żadnej gafy, który nie zawaha się skoczyć w ogień za swoimi klanowiczami. Jego wierności wobec Klanu nie da się w żaden sposób podważyć. Myśli racjonalnie, analizuje, czasami gubi się we własnych myślach, ale jedynie dlatego, że nie do końca jeszcze wie, co jest najlepsze dla niego i dla Klanu, choć bardzo stara się ufać swojemu sercu, które częściej bierze górę nad rozumem. Szczery, powoli uczy się stanowczości i powoli dorasta do pełnienia roli przywódcy, co spadło na niego niczym grom z jasnego nieba. Nie boi się wziąć odpowiedzialności za swoje błędy, ale próbuje ich nie popełniać. Nie stroni od towarzystwa, pomimo obowiązków zawsze znajdzie czas na rozmowę, spróbuje udzielić pomocnej rady lub wskazówek. Zawsze stara się wszelkie konflikty rozwiązywać pokojowo, nie czynami, a rozmową. Jest w nim jednak mnóstwo obaw i lęków, którym nie pozwala wyjść na zewnątrz i ujrzeć światła dziennego.
wartki potok & żółta łapa [cień]; grzechotnik [samotnik]; barwnoskrzydła [gk]
Miał wrażenie, że cała ta rozmowa nie ma żadnego sensu, że nieważne, co takiego powie i jak będzie się tłumaczył, to wszystko nie będzie wystarczające. Z jednej strony czuł się dziwnie, że Topniejący Lód zazdrosny jest o jego relację z Ostrym Kwiatem, nie był kotem, którego mógłby podejrzewać o taki przejaw zazdrości i zawiści, ale najwidoczniej nie znał go tak dobrze, jak mu się wcześniej wydawało. Dwoił się i troił, aby tylko wytłumaczyć mu to wszystko, wytłumaczyć to nieporozumienie i udowodnić, że nie jest wcale aż tak blisko z córką Krogulczego Szponu, ale… powoli zaczynały kończyć mu się pomysły, szczególnie po ostatniej wypowiedzi kocura, która zabolała go chyba najbardziej ze wszystkich do dzisiaj usłyszanych. Cofnął zakończone czarnymi pędzlami uszy, a wyraz jego pyska pokazywał nie tyle, co zmieszanie, a zwyczajnie dezorientację, bo nie był pewien, jak powinien był na to zareagować. Nigdy nie rozmawiał tak szczerze, na jakieś poważne tematy i chyba nie potrafił tego robić. – Byłem…? – powtórzył, wyłapując to jedno konkretne słowo, które szczególnie zadźwięczało mu w uszach i zaczęło odbijać się echem w jego głowie, w której teraz i tak pełno było przeróżnych, często czarniejszych scenariuszy tego, jak ta rozmowa miałaby się skończyć. Próbował robić co w jego mocy, aby przemówić mu do rozumu, ale z każdym kolejnym słowem niebieskiego zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne, co powie, i tak pogorszy tylko sytuację. – A-Ale ja chcę, żeby dalej tak było! Tylko… – zawiesił się na moment, czując okropny i nieprzyjemny ścisk w gardle. Wypuścił powietrze przez nozdrza, spoglądając prosto w złote tęczówki Topniejącego Lodu. – Tylko, że nie wiem, jak to zrobić, ale… ale ty też jesteś dla mnie bliski, n-n-naprawdę! I… i nie chcę się z tobą kłócić, szczerze nie chcę – odpowiedział, łapiąc się najpewniej ostatniej deski ratunku. Zależało mu, ale tak prawdziwie zależało. Poczuł pieczenie w ślepiach, coś, co było dla niego jeszcze bardziej obcym uczuciem, łzy napłynęły mu do oczu, osiadając na krawędziach powiek, bliskie spłynięcia po pręgowanych policzkach. Wstydził się emocji, jakie czuł, to nie powinno było aż tak go przejmować, nie powinno było wpływać na niego w tak dużym stopniu, a jednak tak bardzo bał się utraty tak starannie pielęgnowanej, choć ostatnimi czasy jednak zaniedbywanej relacji. To nie mogło pójść w niepamięć, nie mogło tak po prostu rozpaść się i zniknąć.
Polny był za bardzo przywiązany do syna Chrzanowego Korzenia, nie wyobrażał sobie nie spędzać z nim czasu, nie siedzieć razem na ceremonii, nawet, jeżeli różnili się diametralnie, mieli inne opinie i poglądy - coś pozwoliło znaleźć im wspólny język, dzięki któremu stali się dla siebie bliscy. I teraz, po tych wszystkich księżycach to miało zostać zburzone? Buro-biały na samą tą myśl zacisnął powieki, pozwalając, aby jego głowa opadła nisko, czuł się okropnie i nie chciał, aby jego przyjaciel oglądał go w takim żałosnym stanie, bo zapewne tak o nim teraz myślał. Słaby. Beznadziejny. Nijaki. Mimowolnie zacisnął także szczęki - choć dla trzecich osób widoczny był jedynie wyraźny skurcz mięśni w okolicy pyska - aż dziąsła zaczęły go boleć z tego wszystkiego. Za wszelką cenę próbował powstrzymać szloch i nie dopuścić, aby przeźroczyste łzy wylały się na policzki.
Księżyce: 122 Mistrz: Płomykówkowy Lot Płeć: kocur Matka: Kukułcze Jajo Ojciec: Chrzanowy Korzeń Trwałe urazy: blizna po wyrwanym płacie skóry z lewego uda; blizna na boku po ugryzieniu przez lisa; długa blizna z tyłu głowy po pazurach; słabo widoczna, przykryta futrem blizna po zębach na gardle
Księżyce: 122 Mistrz: Płomykówkowy Lot Płeć: kocur Matka: Kukułcze Jajo Ojciec: Chrzanowy Korzeń Trwałe urazy: blizna po wyrwanym płacie skóry z lewego uda; blizna na boku po ugryzieniu przez lisa; długa blizna z tyłu głowy po pazurach; słabo widoczna, przykryta futrem blizna po zębach na gardle
Szczupły, wysoki, niebieski, tygrysio-pręgowany kocur o długim futrze, z białymi znaczeniami i zawsze wypielęgnowaną sierścią. Posiada złote, chłodne oczy, obserwujące wszystko dookoła.
Zazwyczaj jest chłodny, zdystansowany, niezdradzający po sobie zbyt wiele. Jego odpowiedzi są w głównej mierze krótkie i rzeczowe, nie jest to kot do luźnych pogawędek, już nie wspominając o tym, że najczęściej nie podejdzie do ciebie popchnięty własną ciekawością. Ma bardzo ograniczone tematy rozmów, nie jest kreatywny pod żadnym względem. Porażki przyjmuje bardzo źle, nie poddaje się i nigdy nie przyznaje się do błędów. Często kłamie.
Krwawnikowy Liść, Lamparci Krok, Wróbelek
Świadomość, że nie jest jedyny… bardzo go zdenerwowała. Na dodatek zdanie sobie sprawy, że chodzi o Ostry Kwiat potęgowało jego złość. Nie chciał się dzielić. Chciał, żeby Polny Chwast zadawał się tylko z nim. Przede wszystkim dlatego, że on nie miał poza nim nikogo. Może nie wyglądał na kogoś zazdrosnego, ale był egoistą, a to powinno dać do myślenia. Choćby myśl, że gdy on jest sam, buro-biały kocur spędza czas z tą kotką… sprawiała, że pazury wysuwały się samoistnie, a krew buzowała w jego wnętrzu, doprowadzając go do białej gorączki. Z drugiej strony wiedział, że jest towarzyskim kocurem, a ograniczanie się do jednego kota może być dla niego uciążliwe, chociaż dla Topniejącego Lodu było co najmniej wygodne. Tylko dlaczego musiał zadawać się akurat z nią? Już wiedział, że nie są partnerami, a przynajmniej starał się mu wierzyć, ale to wciąż było dla niego niezrozumiałe. Jak zresztą wiele innych rzeczy. Nabrał powietrza przez nos, przełykając ślinę. „Byłem…?". Zacisnął szczękę, nie wiedząc, co powiedzieć. Cała ta rozmowa nie miała sensu, już sam nie wiedział, co mówi, bo chociaż z jednej strony denerwowało go zachowanie kocura, to z drugiej nie potrafił tak się od niego odwrócić. Był… bliski. On również był jego najlepszym przyjacielem, kimś, kto trwał przy nim zawsze, kimś kto uzupełnił jego pustkę po stracie ojca. Nigdy się od niego nie odwrócił, mimo sprzeczki na ceremonii, mimo niepodważalnych dowodów, zawsze mu wierzył. Czy tak właśnie wyglądała przyjaźń? Spojrzał w ziemię, mając dość całej tej konwersacji. Miał dość siebie. Myślał jedno, później mówił i robił drugie, później myślał trzecie i wreszcie nie potrafił się określić, nie potrafił przyznać się do błędu i być trochę… łagodniejszy. Z początku nie potrafił mu zaufać, a teraz po jego słowach zaczął dostrzegać winę w sobie. Dlaczego reagował w taki sposób? Dlaczego doprowadzał do tego, że siedzący przed nim kocur się jąkał, gubił się w słowach? Nic nie miało sensu.
– To się ogarnij – powiedział, chociaż nie tak wyglądało to w jego głowie. Miał za duże ego, za wielką dumę, nie potrafił przynajmniej raz przyznać, że to jego wina. – Pogadamy kiedy indziej.
Nie czekał na jego słowa, szybko się podniósł i prędkim truchtem ruszył jak najdalej stąd. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i z tych wszystkich emocji powie za dużo, zrani go jeszcze bardziej, a wystarczyło tylko sobie wszystko przemyśleć. Postanowił więc pójść na polowanie; wyżywanie się na zwierzynie było najlepszą opcją i paradoksalnie najbardziej humanitarną.
kremowa klasycznie pręgowana długa sierść; jasno zielone oczy; potężny i ogromny
Uparty jak baran i wygadany jak nie wiem co
Kuni Syk (KG), Promyczek (KG)
Ostatnio w moim Klanie umarło dużo kotów, a ja siedziałem w lecznicy na pupie w lecznicy nie mogąc nic a nic zrobić mimo iż miałem już te sześć księżycy i czysto teoretycznie powinnienem być już terminatorem. Teraz jednak gdy wszystkie łapy miałem sprawne wyszedłem poza obóz w poszukiwaniu przygód. Łasicze Futerko zajęła moją matkę więc wymknięcie się z kociarni nie sprawiło mi większego problemu. Gorzej było z wydostaniem się z obozu ale z tym również dałem sobie radę. Teraz szedłem pomiędzy drzewami rozglądając się dookoła. Poza obozem było tak... piękniej, bardziej kolorowo, żywiej, ale też ciszej co delikatnie mi przeszkadzało, ale w końcu czego się nie robi dla przygody? Tym bardziej że ta może dostarczyć dreszczyku emocji, nie tylko Złoyookiej która za niedługo zorientuje się że zniknąłem, ale również mi.
//może jakiś mg? Żeby Baranek sobie coś upolował albo coś znalazł, a kotkową policję mogłabym poprosić trochę później o wbicie
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
potraktuję to jak zwykłe polowanie, przynajmniej na razie ;>
Czy samotne wyjście z obozu było mądrym posunięciem, gdy dopiero co wyszło się z lecznicy i straciło niemalże całe dotychczasowe życie z łapą przywiązaną do patyka? Zdecydowanie nie. Sytuację z całą pewnością pogarszało to, że drapieżniki zdawały się grasować po ziemiach Klanu Cienia, pozbawiając życia ich wojowników, a także przywódczynię. Baran miał jednak szczęście pod tym względem, choć może jego samego to nie zadowalało - las, który rozciągał się wokół niego, był spokojny i cichy. Złote promienie słońca rozlewały się pomiędzy wysokimi, starymi świerkami, które szumiały, kołysząc się łagodnie na delikatnym wietrze.
Cóż, z całą pewnością na zewnątrz widoki były o wiele lepsze, niż w jarze, w którym mieścił się obóz Klan Cienia.
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
kremowa klasycznie pręgowana długa sierść; jasno zielone oczy; potężny i ogromny
Uparty jak baran i wygadany jak nie wiem co
Kuni Syk (KG), Promyczek (KG)
Było spokojnie, nawet za spokojnie jak na to co opisywał mi Zwichrzony Ogon, ale może to dopiero początek? Może dalej zdarzy się coś ciekawego? Nie zrażony niczym szedłem przed siebie rozglądając się dookoła i próbując wychwytywać coraz to nowsze zapachy. Podskakiwałem delikatnie z szerokim uśmiechem na ustach. Poza obozem było naprawdę super! Nawet jeśli nikogo nie miałem do zabawy lub gonienia, a samemu było głupio. W końcu nie będę gonił trawy albo krzaka. To i tak stoi w miejscu i wiadomym że nic się nie stanie. Gdzieś tam w głębi duszy zastanawiałem się czy wracać do obozu ale stwierdziłem że nie miałoby to sensu. Tyle pracy i nic! Żadnych bitew, żadnego zagrożenia, lub chociażby jakiejkolwiek zwierzyny którą mógłbym pokazać matce i jej koleżanką aby były ze mnie dumne.
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Żadnych drapieżników, żadnej zwierzyny, nic. Po prostu ogrom lasu i wszechogarniająca pustka, która roztaczała się wokół kocięcia, już niemalże terminatora. Kątem oka dostrzegł, jak w koronach drzew coś się porusza. Jakieś ptaki przelatywały z gałęzi na gałąź, ćwierkając do siebie nawzajem; były jednak zbyt wysoko, by próba wspinaczki miała jakikolwiek sens - z całą pewnością uciekłyby, nim w ogóle zdołałby się do nich dostać. Oczywiście zakładając optymistycznie, że w ogóle potrafił poruszać się po drzewach i świeżo po wyleczeniu skręconej łapy byłby w stanie udźwignąć ciężar swojego ciała tak długo, by móc wspiąć się na wysokie drzewo.
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
kremowa klasycznie pręgowana długa sierść; jasno zielone oczy; potężny i ogromny
Uparty jak baran i wygadany jak nie wiem co
Kuni Syk (KG), Promyczek (KG)
Podskakiwałem delikatnie poruszając się do przodu gdy nagle w końcu napotkałem coś żywego! A mianowicie na gałęziach drzew nad moim łebkiem ćwierkały ptaszki! Ale super! Niewiele myśląc podbiegłem do pnia drzewa na którym zwierzątka śpiewały oraz przeskakiwały na gałęziach. W końcu jakieś dźwięki. Przez chwilę stałem tak patrząc w górę na skrzydlate zwierzątka po czym postanowiłem dołączyć do nich a może jednego nawet upolować! Wysunąłem pazury po czym wbiłem najwyższej jak mogłem przednie kończyny w pień drzewa, zaraz potem tylnej. Następnie zacząłem powoli przesuwać łapy do góry, najpierw prawa przednia, potem lewa, prawa tylna i lewa tylna i tak w kółko pnąc się coraz wyżej. Pytanie tylko brzmi czy dam radę wdrapać się tak wysoko jak chciałem? Albo chociaż do tych najniższych gałęzi?
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana [*] Płeć: kotka Matka: Trzcinowa Sadzawka [*] Ojciec: Miekki Obłok Partner: wspomnienia Trwałe urazy: rozległa blizna na prawym udzie, blizna na kufie, zasłonięte ślady ugryzienia na karku
Wysoka;krótkowłosa;zgrabna.
Kocica ma długie łapy, łabędzią szyje, kształtny łepek i biczowaty ogon. Szatą przypomina dzikiego zająca, a dokładnie jest szaro-niebieska z ciemniejszym nalotem na czole, karku, grzbiecie który stopniowo przechodzi w jaśniejsze tony i zlewa się w ciepły krem na pyszczku, policzkach oraz podbrzuszu i wewnętrznej części łap jak i stopach. Córka Trzcinowej Sadzawki nie ma widocznego pręgowania! (pręgowanie ticked) Jej oczy są żywo pomarańczowe, nosek w kolorze dojrzałej czereśni, a uszy nieco większe niż u przeciętnego kota z różowawym wnętrzem. Porusza się z gracją i pewnością siebie, a na jej pyszczku niezmiennie jawi się spokojny i łagodny uśmiechem.
Opanowana;doświadczona;pewna siebie;silna;
Obecna Popielny Żar w dalszym ciągu jest łagodną i miłą kocicą, jednak o wiele bardziej doświadczoną i ostrożną. Początkowa panika i strach, teraz przerodziły się w siłę, która ułatwiła niebieskiej przebrnięcie przez trudne dla siebie okresy. Dzięki niemu wykształciła większą pewność siebie i inny pogląd na świat. Wyzbyła się tej dziecinnej naiwności, którą kierowała się tyle księżyców. Spokojna i opanowana, jednak wciąż gotowa do skoku prosto do gardła temu, który śmie zagrozić jej najbliższym. Mimo tego, że okres odchowywania kociąt ma daleko za sobą, wciąż poczuwa się do tego, aby figurować jako ktoś kto będzie wsparciem jak i tym wytyczającym jawne granice. Trudno wyprowadzić ją z równowagi przy zwykłej rozmowie, oraz odznacza się sporą wyrozumiałością i poczuciem humoru. Potrafi dosadnie postawić na swoim kiedy wymaga tego sprawa i nie zamierza się przed nikim płaszczyć. Czasy potulnej i przesadnie milutkiej kotki już dawno minęły, jednak pewne lęki wciąż w niej siedzą, nie jest bez wad. Mimo starań, może być czasem nieco zbyt pobłażliwa.
Tak jak jej poleciła Krogulczy Szpon, która jeszcze nie wróciła ze swojej wyprawy po dziewięć żywotów - kocica zajmowała się pilnowaniem kociarni i pomaganiem matkom w razie potrzeby. Właśnie była w drodze powrotnej z mchem nasączonym świeżą wodą, kiedy podbiegła do niej Złotooka informując ją z przerażeniem, że jednego z jej kociąt nie ma w kociarni. Popielica z niepokojem poruszyła ogonem i odstawiła mech w pośpiechu pod kociarnią by inne matki mogły z niego skorzystać i wraz z zaniepokojoną matką zgubionej pocieszy, zaczęła szukać śladów gdzie też kociątko mogło się wymknąć czujnemu oku własnej rodzicielki! W końcu po tym jak dołączyła się do nich Łasicze Futerko, namierzyły świeży zapach kociaka i Popielny Żar u boku z Łasiczym Futerkiem, bo Złotooką poprosiła o pozostanie w obozie z resztą kociąt, wybiegły wręcz z obozu kierując się słabą wonią Barana. Na całe szczęście kremowego kocięcia nie wywiało nie wiadomo jak daleko i dwie kotki znalazły go przy Świerszczynie. Jak tylko pomarańczowe ślepia starszej wojowniczki wyłapały kremowe ciałko poszukiwanej zguby, poczuła ulgę. W okolicy nie wyczuła żadnego drapieżnika, ani niczego co mogłoby ją zaalarmować a zagrozić młodzikowi. W dwóch, może trzech susach znalazła się tuż za kociakiem, chwytając go kontrolnie za kark by przysunąć nieco bliżej siebie i zdjąć z drzewa! Jeszcze by sobie coś zrobił, i co? Złotooka i tak była już nadto wystraszona, więc Popielica wolała nie przyprowadzać jej do obozu dodatkowo poranionego kociaka. - Baranku! - westchnęła karcąco, patrząc to na kocię, to na okolice i obecną niedaleko Łasicze Futerko, która przejęło role kontroli otoczenia. - Dlaczego opuściłeś(?) obóz? To było bardzo niebezpieczne, twoja mama się o ciebie martwiła! - rzuciła, chcąc zabrzmieć twardo, chociaż...I w jej glosie znalazło się miejsce na niepokój. W jej głowie pojawiło się wspomnienie jak musiała zgarniać Pietruszkę z Wstężykowego Gaju. Ah te kocięta, nigdy nie mogą usiedzieć w jednym miejscu! Gdyby możliwie Baran nie robił wielu scen, kocica chwyciła go za luźną skórę na karku i dając znać ogonem Łasicy, wróciła już tym razem za zgubą niesioną w pyszczku by oddać ją w łapy jego matki by to ona zajęła się wyborem kary dla nieposłusznego powsinogi. Niebiesko-kremowa za to poprosiła kilku wojowników o dokładniejsze sprawdzanie wyjścia z obozu a sama z Łasiczym Futerkiem zaczęła dokładne sprawdzanie ścian obozu by zawczasu zakryć możliwe szczeliny. Nie mogła pozwolić by kolejne kocię się oddaliło - to już mogło skończyć się źle!
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Kociak, w zasadzie prawie już terminator, zaczął powoli wspinać się na drzewo. Okazało się jednak, że nie było to tak proste, ja mu się wydawało, zwłaszcza że po okresie rekonwalescencji jego łapa była nieco słabsza i potrzebowała jeszcze trochę czasu na to, by dojść do pełni sprawności. Przez to Baran trochę wchodził, trochę się zsuwał, i posuwał się do przodu, owszem, ale bardzo powoli.
Całe to zamieszanie sprawiło, że zwrócił uwagę... Wiewiórek. Jeden ciekawski gryzoń zsunął się głową w dół pnia i niemalże posmyrał kociaka swoimi wąsami - wtedy też zorientował się, że pod pniem, a także na okolicznych drzewach, jest całe mnóstwo wiewiórek, które patrzą się na niego i... chichoczą? To on je tak rozbawił??
Rozbawione towarzystwo prysnęło gdy tylko pojawiła się Popielny Żar - w przeciągu uderzenia serca po wiewiórkach nie było śladu.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
kremowa klasycznie pręgowana długa sierść; jasno zielone oczy; potężny i ogromny
Uparty jak baran i wygadany jak nie wiem co
Kuni Syk (KG), Promyczek (KG)
Wspinałem się powoli. Nawet bardzo powili, bo co chwilę zsuwałem się w dół. Gdy tak próbowałem dostać się coraz to wyżej nagle poczułem że coś jest zaraz nade mną i nie pomyliłem się. Była to wiewiórka! Prawdziwa, jeszcze żywa wiewiórka. Podeszła do mnie tak blisko! Ale super! Już wiedziałem że opowiem o tym matce jak tylko wrócę do obozu. Dopiero po chwili zorientowałem się że gryzoni jest więcej i wszystkie patrzą na mnie jakby chichocząc. One się ze mnie śmiały! Momentalnie zrobiło mi się przykro, ale też się zdenerwowałem. Przecież byłem jeszcze młody i nie byłem wiewiórką tak jak one, nie musiałem wspinać się na drzewa tak perfekcyjnie.
Nagle jednak wszystkie gryzonie znikły a zaraz potem pojawiły się dwie kotki Klanu Cienia. Jedna to Łasicze Futerko, która była przyjaciółką mojej matki, a drugiej nie znałem. Kojarzyłem ją z widzenia, dużo kręciła się ostatnio przy kociarni ale nigdy nie poznałem jej imienia. Nieznajoma zaczęła mnie ściągać z drzewa, a ja początkowo się opierałem, ale gdy już nie byłem przy pniu przestałem się opierać. Nie miałem szans a kotka była ode mnie większa. - One! Te wiewiórki, się ze mnie śmiały! Uciekły gdy przybyłyście - wykrzyczałem oskarżycielsko wyraźnie niezadowolony, jeszcze zanim niebiesko kremowa zaczęła prawic mi kazania na temat tego że powinienem siedzieć w obozie. - opuściłeś - upewniłem starszą ode mnie gdy tylko usłyszałem delikatne wahanie? A może niepewność w jej głosie. - Nie chciałem aby Złotooka się martwiła. Chciałem wyjść poza obóz, w końcu jestem już prawie terminatorem. Poza tym nic mi się nie stało. No może poza tym że wiewiórki mnie wyśmiały, ale to wszystko. W ogóle jedna prawie mnie dotknęła! Gdybyście nie przyszły, złapałbym jedną i wam pokazał - no i się zaczęło moje gadanie. Lubiłem gadać. Chociaż niekoniecznie gdy byłem niesiony przez kogoś, ale mogło być gorzej. Gdy wróciliśmy do obozu już we trójkę od razu moja matka się mną zaczęła obchodzić jak z jajkiem i mówić tak to się nie martwiła. Nie dostałem jako takiej kary, ale słuchanie jej było same w sobie istnymi katuszami.
Bardzo wysoka kotka o niesamowicie długich, sarnich łapach. Cechuje ją szczupła i lekka sylwetka o delikatnych kształtach, wątłych łopatkach i chudej szyi, na której utrzymuje się wąska, trójkątna głowa o klinowatym pysku pozbawionym stopu oraz dobrze zarysowanych kościach policzkowych, nad którymi lśnią przenikliwe, ostre i skośne oczy koloru niebieskiego. Północ ma również stosunkowo spore, osadzone nisko uszy, zakończone niewielkimi pędzelkami. Pochwalić się może zawsze nieskazitelnie czystym, krótkim futerkiem, które gładko otula sylwetkę i podkreśla jej kształty. Sierść Północy ma kolor niebieski, o dużo jaśniejszym, kremowobeżowym podbrzuszu, lapach, szyi i części pyska, a przy tym wszędzie na jej ciele przeplatają się grube, klasyczne pręgi.
Kotka jest bardzo teatralna, wyniosła i dokładna w swoich dostojnych gestach oraz bardzo często ostrych słowach, którym nigdy nie brakuje bezpośredniości i bardzo często niosą ze sobą ciężki ładunek, który może być przez otoczenie odebrany jako kontrowersyjny. Nie boi się ubierać swoich myśli w iglaste naszyjniki, które kłują każdego napotkanego w tak samo bolesny sposób, zwłaszcza kiedy ten się o to prosi. Północ nikomu nie daje sobie wejść na głowę i każdego, kto tego spróbuje, sprowadza ostro na ziemię. Pomimo wieku jest bardzo wymagająca i nie zadaje się z byle kim, a przy tym wymaga od rozmówców pewnego poziomu, który sama sobą przedstawia i ciągle stara się ciągnąć ku górze, a nie opadać na dno. Prawie zawsze wyraźnie przedstawia swoje myśli, nie owijając w bawełnę, a jeśli nakazuje rozmówcy się domyślać to tylko dla własnej rozrywki, ponieważ nic nie jest tak wspaniałe w jej oczach jak zadawanie trudnych pytań, na które odpowiedzi bardzo często są oczywiste, a jednak trudne do przedstawienia. Ma swego rodzaju dar bycia skomplikowanym przypadkiem, zwłaszcza kiedy bywa opryskliwa i nad wyraz chamska.
Przy pierwszej lepszej okazji uciekła z obozu i pobiegła przed siebie, żeby być jak najdalej od tych wszystkich kotów. Nie miała ochoty patrzeć na swoją matkę, która chciała dobrze dla wszystkich tylko nie dla nich tak jak nie chciała już oglądać ryja krogulczej, która była tak dobrym przywódcą, że ciągnęła za sobą pasmo porażek i nie potrafiła z nikim dojść do porozumienia. Wykazywała się jedynie głupotą i pokazywała, że poza kilkoma ziarnkami ryżu za wiele pod makówką nie ma. Północ biegła, potykała się i nie wiedziała gdzie jest, ale jeśli przywódca nie chciał jej puścić do taty mimo że było to obiecane to sama miała zamiar do niego pójść, tyle tylko że po drodze wpadła na głodnego puchacza, który zsunął się z drzewa i porwał ją w szpony. Zabrana została ponad korony drzew skąd została ostatecznie zrzucona i roztrzaskała się o ziemię.
Kocica przede wszystkim schudła. Jest absolutnie przeciętnej sylwetki na ten moment. Jej łapy nadal są masywne i dosyć umięśnione. Ogon kocicy nie urósł od jej terminatorskiego życia i nie stał się nagle długi. Nadal jest dosyć krótki, lecz nikt jej go nie odgryzł, więc jego długość jest dosyć rozsądna. Głowę ma okrągłą i pełną. Tak samo miłą dla oka jak wiele księżycy temu. Pysk za to ma dosyć drobny z różowym noskiem niczym guzikiem. Oczy są w głębokiej i ciepłej barwie zieleni, które przybierają jeszcze cieplejszy ton dzięki charakterowi kocicy. Uszy stojące zawsze do góry są raczej niewielkie. Jej futro nie odstaje już jak w przeszłości. Dalej gęste i krótkie, zawsze przylega do ciała ułożone. Może czasem w niektórych miejscach gdzie nie domyje się Kropelka lekko odstaje. Barwę dalej ma niebieską rozjaśnioną na lekko kremowy odcień na brzuchu, szyi, łapach ogonie i pysku oraz przeplataną tygrysimi pręgami a jakże niebieskimi. Na dolnej wardze posiada bliznę.
Jasna Kropla jest niczym oaza spokoju. Zawsze spokojna, pogodna. Po obozie chodzi zawsze z wysoko uniesionym ogonem i pogodnym uśmiechem. Podczas rozmów zachowuje opanowany ton głosu. Samo wymienianie zdań z innymi jest czymś co bardzo lubi. Nie przepada za byciem samemu. Bez przyjaciół czułaby się bardzo szybko samotna i przybita. Jej życiowym mottem jest nie martwić się. Kropelka słynie z szybkim radzeniem sobie z przykrymi wydarzeniami w jej życiu. Owszem na początku będzie mieć parę nieprzespanych nosy, ale nie wiele księżycy później wraca do normalności. Klan Cienia jest dla niej ważny, wypełnia swoje obowiązki jak najbardziej przykładnie. Uwielbia polować, co często widać po tym, że w tym celu potrafi w ciągu dnia wyjść parę razy. Nie przesadza już z tym jednak, bo kiedyś była niemożliwą pracoholiczką. Nie jest za bardzo ambitna, nie marzy jej się być podziwianą czy posiadać wysoką rangę. Od młodych lat uwielbiała być w cieniu i nie wystawać z szeregu. Jej największym marzeniem od księżycy terminatroskich jest po prostu założyć kochającą się rodzinę. Tyle jej do życia potrzeba. Bliscy, których może kochać.
Jasna Kropla ruszyła razem z Mknącą Zawieruchą na spacer. Doszli do Świerszczy. Było tutaj przyjemnie. Z każdej strony były świerki jak to można wywnioskować z nazwy. Szła u boku partnera i patrzyła się na jego pysk uśmiechnięta. Nie wiedziała czy mówić od razu o tym o czym chciała mu powiedzieć na dzisiejszym spacerze. Może lepiej byłoby zacząć od czegoś innego. Jednocześnie była ciekawa odpowiedzi partnera na to co chciała mu przekazać. Temat o treningach jako pierwszy wpadł jej do głowy. W końcu znała Dyma i tak swoją drogą to wydawał jej się odrobinę podobny do Zawieruchy. Niebieski też nie mówił zbyt wiele. Ale takie pytanie o trening wydawało jej się zbyt nudne. Chyba po prostu rzeczywiście zacznie od tego co chciała mu przekazać. To jest ważne i lepiej chyba od razu o tym powiedzieć. Tak, dokładnie. - Zawierucho, ja chciałabym Ci coś powiedzieć - zaczęła i po woli stanęła w miejscu, a serce biło jej mocno.
Wiele dni i nocy myślała o tym. Była jednak pewna tego co chciała zrobić. Ma już ponad 40 księżycy i potrafiła zadecydować o czymś bez wahania się aż do tego momentu. Nie krępowała się też mówić o tym partnerowi. Jaka by była z nich para gdyby była taka niepewna jego reakcji. Co najwyżej ciekawość się w niej obudziła. Ufała mu i wie, że zrozumie. Jest mu też ogromnie wdzięczna, że byli razem w trudnych chwilach. Bez niego na pewno byłoby jej trudnej się z tego wszystkiego otrząsnąć. Mieć kogoś u boku było najlepszym co ją w życiu spotkało. On jest najlepszym co ją w życiu spotkało. Kocha go u jest mu oddana i nigdy się to nie zmieni. Będzie przy nim trwać na zawsze.
//Mknąca Zawierucha
Od razu po zakończonej ceremonii ruszyliśmy na spacer, który zaproponowała Jasna Kropla. Było jeszcze dość wcześnie, słońce przebijało się między gałęziami drzew, dopiero rozgrzewając okolicę ochłodzoną nocą. Trawa jeszcze gdzieniegdzie była wilgotna od rosy; podczas jednego z kroków zahaczyłem łapą o taki mokry listek. Po moim grzbiecie przebiegły delikatne ciarki, jednak otrzepałem łapę i ruszyłem dalej, by pospacerować u boku mojej partnerki.
Czy oczekiwałem czegoś dużego od tego spaceru? Zdecydowanie nie. Choć pogoda była wspaniała, a na zwierzynę nie było co narzekać, to oboje z Jasną Kroplą przeżywaliśmy ciężkie chwile. Ja jakiś czas temu straciłem ojca i siostrę, a klan stracił Płomykówkową Gwiazdę. Niebieska kocica zaś utraciła matkę, która była starszą klanu już długi czas. Oboje ponieśliśmy straty, i powoli musieliśmy odbudować samych siebie.
Dlatego też byłem nieco zaskoczony, kiedy Jasna Kropla nagle zatrzymała się i rzuciła hasłem w dość poważnym tonie. Chciałabym ci coś powiedzieć. Przeszedłem jeszcze krok, zanim się zatrzymałem, a moje mięśnie lekko się spięły. O co mogło chodzić?
Odwróciłem się w stronę kocicy. Moje zielone oczy wędrowały po jej pysku, jakbym szukał odpowiedzi. Pochyliłem nieco łeb, by choć trochę zrównać się poziomem z głową mojej partnerki i stanąłem tak, że nasze pyski dzieliła długość wąsa.
- Tak? - zapytałem. Mój głos nie był tak doskonale opanowany, jak zwykle; sam potrafiłem wyczuć w nim nutę napięcia. Sam nie wiedziałem dlaczego, jednak ta cała atmosfera sama na mnie zadziałała w ten sposób.
Kocica przede wszystkim schudła. Jest absolutnie przeciętnej sylwetki na ten moment. Jej łapy nadal są masywne i dosyć umięśnione. Ogon kocicy nie urósł od jej terminatorskiego życia i nie stał się nagle długi. Nadal jest dosyć krótki, lecz nikt jej go nie odgryzł, więc jego długość jest dosyć rozsądna. Głowę ma okrągłą i pełną. Tak samo miłą dla oka jak wiele księżycy temu. Pysk za to ma dosyć drobny z różowym noskiem niczym guzikiem. Oczy są w głębokiej i ciepłej barwie zieleni, które przybierają jeszcze cieplejszy ton dzięki charakterowi kocicy. Uszy stojące zawsze do góry są raczej niewielkie. Jej futro nie odstaje już jak w przeszłości. Dalej gęste i krótkie, zawsze przylega do ciała ułożone. Może czasem w niektórych miejscach gdzie nie domyje się Kropelka lekko odstaje. Barwę dalej ma niebieską rozjaśnioną na lekko kremowy odcień na brzuchu, szyi, łapach ogonie i pysku oraz przeplataną tygrysimi pręgami a jakże niebieskimi. Na dolnej wardze posiada bliznę.
Jasna Kropla jest niczym oaza spokoju. Zawsze spokojna, pogodna. Po obozie chodzi zawsze z wysoko uniesionym ogonem i pogodnym uśmiechem. Podczas rozmów zachowuje opanowany ton głosu. Samo wymienianie zdań z innymi jest czymś co bardzo lubi. Nie przepada za byciem samemu. Bez przyjaciół czułaby się bardzo szybko samotna i przybita. Jej życiowym mottem jest nie martwić się. Kropelka słynie z szybkim radzeniem sobie z przykrymi wydarzeniami w jej życiu. Owszem na początku będzie mieć parę nieprzespanych nosy, ale nie wiele księżycy później wraca do normalności. Klan Cienia jest dla niej ważny, wypełnia swoje obowiązki jak najbardziej przykładnie. Uwielbia polować, co często widać po tym, że w tym celu potrafi w ciągu dnia wyjść parę razy. Nie przesadza już z tym jednak, bo kiedyś była niemożliwą pracoholiczką. Nie jest za bardzo ambitna, nie marzy jej się być podziwianą czy posiadać wysoką rangę. Od młodych lat uwielbiała być w cieniu i nie wystawać z szeregu. Jej największym marzeniem od księżycy terminatroskich jest po prostu założyć kochającą się rodzinę. Tyle jej do życia potrzeba. Bliscy, których może kochać.
Jasna Kropla wracała z dnia na dzień do starej siebie. Wiele myślała o tym wszystkim. O tym jak czuje się jej srebrna matka na Srebrnej Skórce między innymi. Cała rodzina zebrała się teraz w gwiazdach. Wszystko pozostawili w łapach potomków i spoglądali na nich. Na dobrą sprawę najbliższa rodzina Kropelki się rozpadła. Została razem z bratem. Najwięcej jednak jej myśli wędrowały jednak po kociarni. Matki i ojcowie razem z kociętami. O tym myślała. Marzyła na dobrą sprawę o takim obrazie od najmłodszych księżycy. Zajęła się jednak byciem wojowniczką i teraz do jej głowy dotarło, że to chyba czas na nią. Chciałaby. Pragnie założyć rodzinę właśnie z Mknącą Zawieruchą. Kocurem któremu oddała całe swoje serce. Z którym czuje się bezpiecznie, dobrze, lepiej. Czuje się po prostu szczęśliwa. Są już dorośli. Dojrzali. A Jasna Kropla jak najbardziej czuje się gotowa na zostanie matką. Zwlekała z tym jakiś kawałek. Bo była tego pewna od jakiegoś czasu. Jendak ich życie się poplątało. Nie chciała tego poruszać w złym momencie. Dzisiaj jednak czuła się jakby mogła wszystko. Po prostu dobrze. Na pewno bez burego wojownika tak szybko by nie wróciła do neutralnego stanu. Uśmiechnęła się szeroko gdy kocur spiął mięśnie. Nie zamierzała go zmartwić, że coś jest nie tak. W końcu miała do przekazania dobrą wiadomość. Ciepło zabłysnęło w jej oczach. - Bardzo dużo o tym myślałam i... chciałabym założyć z tobą rodzinę Zawierucho. Kocham cię najmocniej jak jestem w stanie i myślę, że bylibyśmy dobrymi rodzicami i dałbyśmy sobie radę. Oczywiście jeśli ty jesteś gotowy. Mamy jeszcze wiele księżycy przed nami, nie musimy się spieszyć.
Teraz stała wypełniona motylkami z bijącym mocno sercem. Nawet jeśli Mknąca Zawierucha nie będzie chciał mieć kociąt to zrozumie to. Po prostu musiała mu o tym powiedzieć. Czułaby się źle po prostu trzymając to w sobie. A dzisiaj była piękna pogoda i czuła się pewnie i dobrze tego poranka, także to był dobry moment.
Milczałem cały czas, wpatrując się w jasnozielone oczy Jasnej Kropli. Czekałem na odpowiedź, na te wieści, które kocica chciała mi przekazać. A kiedy zaczęła mówić... Nie powiem, byłem zaskoczony tematem, jaki obrała nasza rozmowa. Nie odezwałem się od razu, tylko wpatrywałem się w moją partnerkę. A więc zamierzała porozmawiać o kociętach.
Odkąd wszedłem z nią w związek, szczerze mówiąc myślałem o tym, że w przyszłości doczekamy się gromadki kociąt, które będziemy wychowywać na porządnych klanowiczów. Oczekiwałem jednak, że wtedy będzie przy mnie Olchowy Szept, gotowy dawać rady co do wychowania młodszego pokolenia. I, tak szczerze mówiąc, nie oczekiwałem, że będziemy planować rodzicielstwo tak... Szybko. A jednak, skoro Jasna Kropla była gotowa, mogliśmy dziś o tym porozmawiać i powoli planować powiększenie naszej rodziny.
- Chcesz założyć rodzinę. Mieć kocięta. Ze mną. - powiedziałem w końcu, a w moim głosie było słychać zaskoczenie. Cóż, nie spodziewałem się takiej rozmowy akurat teraz, jednak właściwie żaden czas nie był idealny na takie sprawy. Równie dobrze mogliśmy więc o tym porozmawiać właśnie teraz, i już zacząć coś planować. - Jasna Kroplo, ja... Chciałbym mieć z tobą rodzinę. - powiedziałem, po czym podszedłem do kocicy i otarłem się łbem o jej szyję. - Ale jesteś pewna, że teraz jest na to dobry czas? Parę księżyców temu ja pożegnałem ojca, a ty matkę. - dodałem, odsuwając się nieco, by spojrzeć w jej oczy. Porozmawiać o tym mogłem, wręcz zamierzałem, w końcu kocięta powinny być zaplanowane i wyczekane, jak ja i moje rodzeństwo byliśmy wyczekani przez rodziców, jednak wydawało mi się, że teraz było jeszcze nieco za wcześnie na przechodzenie do rzeczy.