Cóż za zbieg okoliczności, ponieważ Okoń również tłumił w sobie trudne uczucia. W dalszym ciągu nie wiedział, jak powinien poradzić sobie w prawidłowy sposób ze śmiercią swojej matki. Topik odeszła... praktycznie jak Grzybowy Grzbiet. Nie zdążył nawet odbudować z nią relacji, wyrwać z niej wytłumaczenia dlaczego go... ich opuściła. Przyszła i od razu odeszła, po raz kolejny ich zostawiając, tak, jakby nigdy tak naprawdę nie urodziła kociąt. Prawda była taka, że w tym momencie Nocny Szkwał i Przepiórcza Pieśń byli dla niego w jego życiu rodzicami bardziej niż biologiczni rodzice kiedykolwiek.
Gdy ujrzał zbliżającą się w jego stronę kotkę to wstał z miejsca w którym siedział i uniósł swój długi, puchaty ogon w geście powitania. Z gardła wydarł mu się krótki, ciepły pomruk. xxx - Ach, witaj, droga Świetlikowa Kniejo! Jakże cudownie cię znowu widzieć, jeszcze w promieniach słońca. Cudowna pogoda nam dzisiaj dopisuje - powiedział melodyjnie, też ocierając się swoim pyszczkiem o bok jej głowy. - Na powitanie mam coś dla ciebie - powiedział i podniósł kilka kwiatków, które zdążył zerwać na Wysokich Trawach zanim przyszła. Obóz Klanu Rzeki był bliżej Topiołek niż Klanu Cienia, więc miał trochę więcej czasu przed rozpoczęciem ich spotkania.
. . . . . . . .
'causeJesusheknowsmeandheknowsI'mright 「 ✦ I've been talking to Jesus all my life ✦ 」
. . . .→ oh yes [ he knows ] me and [ he knows ] I'm right←. . . . and. he's beentelling me -ˏˋ everything is alright ˊˎ-
- I believe in the family -
with [ my ever loving. wife ]beside me
but shedon't knowabout.[ my girlfriend ] or[ the man ] I met last night
Świetlik nic się nie zmieniła. Dalej jest drobnym kotem, mniejszym i niższym od normy. Dłuższe nogi i długi ogon są jej najbardziej charakterystyczną cechą wyglądu. Duże uszy na czubku okrągłej głowy oraz jasne, krótkie futerko. Jej futerko jest ciekawe, ponieważ całe jest pokryte w czarnych rozetach i pręgowaniem, które znajduje się na pyszczku, ogonie i tułowiu. Rozety są jaśniejsze w środku od obręczy. Na uszach, pyszczku, ogonie oraz na łapkach posiada ciemniejszą, czarną sierść. Na grzbiecie widoczny nalot. Nosek czarny, oczka jaskrawo niebieskie.
Dalej głupiutka, dalej wesolutka. Ciekawska, tym bardziej po spędzeniu całego swojego dotychczasowego życia w zamknięciu. Nie jest świadoma tego, że jej działania posiadają konsekwencje. Głośna, wszędzie jej pełno. Pragnąca całej uwagi, można by było powiedzieć, że to właśnie uwagą zwróconą w jej stronę się żywi - nie ważne czy tą dobrą czy złą. Nie jest złośliwa. Bije od niej entuzjazm oraz energia.
- To prawda! Tak dobrze ciebie widzieć, rybko - zamruczała, za szczerze jak na swoje gusta. Odsunęła się, gdy tylko Okoń przyniósł jej... kwiaty. Ojeju. Zadrżała wibrysami radośnie, uśmiechając się do burego kocura.
- Oh...! Dziękuję, pięknie dziękuję. Nie przyniosłam nic dla ciebie, tak przepraszam. Mam natłok obowiązków w Klanie i, ha - natłok obowiązków... kłamała. Ale to było dobre kłamstwo. Po to, aby... nie musieć się martwić Klanem, chociaż tutaj. Pochyliła się nad kwiatami, wzięła je w zęby i położyła obok swojego boku. Jej ucho delikatnie drgnęło, a ona usiadła na brzegu, obserwując Okonia. Żeby do niej dołączył.
Two birds on a wire
One says, "C'mon" and the other says, "I'm tired"
The sky is overcast and I'm sorry
One more or one less
Nobody's worried
Cóż, jedną z wielkich prawd o Okoniu było to, że nie był najlepszy jeśli chodziło o określanie intencji innych kotów i wyłapywanie kłamstw, manipulacji jak i zmian w szczerości wypowiadanych słów. Większość takich drobnych niuansów radośnie przelatywała koło niego, zupełnie do niego nie docierając, więc Świetlikowa Knieja najpewniej nie musiała się za bardzo martwić o to, czy Okoniowa Łapa zwróci szczególną uwagę na jej słowa. xxx - Toć ja absolutnie nie oczekuję od ciebie przynoszenia mi czegokolwiek, drogi Świetliczku! Prezenty z mej strony są absolutnie bezinteresowne, toż to ja po prostu kocham sprawiać radość bliskim mym kotom. Jeśli tylko możesz się chociaż na momencik uśmiechnąć przez taki drobiazg, to dla mnie jest najlepszy podarek! - Gdy kotka podeszła do brzegu i usiadła, to żwawym krokiem podążył za nią i usadowił się z jej lewej strony. Wciągnął głęboko w płuca zapach Topiołek. xxx - Czyż nie jest tu pięknie? - powiedział, podziwiając obraz rozciągającego się przed nimi jeziora. Z prawej strony po jego brzegu widać było drzewa, natomiast z lewej rościągały się Wysokie Trawy za którymi kiedyś było terytorium Nowego Świtu. A w tafli wody iskrzyły promienie słońca. Zaraz będą musieli tę taflę wody rozpluskać swoim łowieniem ryb.
. . . . . . . .
'causeJesusheknowsmeandheknowsI'mright 「 ✦ I've been talking to Jesus all my life ✦ 」
. . . .→ oh yes [ he knows ] me and [ he knows ] I'm right←. . . . and. he's beentelling me -ˏˋ everything is alright ˊˎ-
- I believe in the family -
with [ my ever loving. wife ]beside me
but shedon't knowabout.[ my girlfriend ] or[ the man ] I met last night
Świetlik nic się nie zmieniła. Dalej jest drobnym kotem, mniejszym i niższym od normy. Dłuższe nogi i długi ogon są jej najbardziej charakterystyczną cechą wyglądu. Duże uszy na czubku okrągłej głowy oraz jasne, krótkie futerko. Jej futerko jest ciekawe, ponieważ całe jest pokryte w czarnych rozetach i pręgowaniem, które znajduje się na pyszczku, ogonie i tułowiu. Rozety są jaśniejsze w środku od obręczy. Na uszach, pyszczku, ogonie oraz na łapkach posiada ciemniejszą, czarną sierść. Na grzbiecie widoczny nalot. Nosek czarny, oczka jaskrawo niebieskie.
Dalej głupiutka, dalej wesolutka. Ciekawska, tym bardziej po spędzeniu całego swojego dotychczasowego życia w zamknięciu. Nie jest świadoma tego, że jej działania posiadają konsekwencje. Głośna, wszędzie jej pełno. Pragnąca całej uwagi, można by było powiedzieć, że to właśnie uwagą zwróconą w jej stronę się żywi - nie ważne czy tą dobrą czy złą. Nie jest złośliwa. Bije od niej entuzjazm oraz energia.
- Dziękuje, najdroższy, dziękuję - zamruczała, ocierając się o jego polik. Językiem przejechała po policzku Okonia, wtulając się później w miejsce, które wypłaszczyła.
Wzięła wdech, i głęboki wydech. Naprawdę tutaj... było ładnie. Było przyjemnie. Spokojnie. Tylko oni we dwójkę, daleko od problemów. Kolejny głęboki wdech.
- Jest... Naprawdę pięknie. Dziękuję, że mnie tutaj zaprosiłeś - zamruczała, uśmiechając się szeroko do rybki. Naprawdę była mu wdzięczna, że pokazał jej takie interesujące miejsce!
Two birds on a wire
One says, "C'mon" and the other says, "I'm tired"
The sky is overcast and I'm sorry
One more or one less
Nobody's worried
Oczywiście, Okoń kojarzył to miejsce z czasów jak podróżowali wspólnie z Cierń. To nie tak, że był nie wiadomo jakim ekspertem od ziemi niczyich, ale wiedział, gdzie są Topiołki i jak wyglądają i gdzie można tu znaleźć dobre miejsca do podziwiania jeziora. xxx - Ależ nie ma za co. Nie mógłbym pozwolić, by twe życie było uboższe o jakże piękne widoki - wymruczał zadowolony, jeszcze przez chwilę podziwiając, jak słońce odbija się od migoczącej tafli jeziora. Nawet, jeśli Świetlikowa Knieja wyruszyła jeszcze przed pierwszym patrolem, to zanim dotarła do Topiołek z Obozu Klanu Cienia słońcę zdążyło już stanąć wysoko na niebie. Jednakże Okoń się tym nie przejmował, Jaśminek i tak nie wypytywał, gdzie toż Okoń się szlaja, a Okoń się szlajał tu i tam. xxx - Teraz, ha, możemy wreszcie przejść do centralnego punktu naszego spotkania, czyż nie? - uśmiechnął się - Toć obiecałem, że nauczę cię łowić ryby, droga Świetlikowa Kniejo. Powiedz mi proszę, czy może udało ci się już zdobyć jakąś wiedzę z tego zakresu, czy najlepiej bedzie zacząć od podstaw?
. . . . . . . .
'causeJesusheknowsmeandheknowsI'mright 「 ✦ I've been talking to Jesus all my life ✦ 」
. . . .→ oh yes [ he knows ] me and [ he knows ] I'm right←. . . . and. he's beentelling me -ˏˋ everything is alright ˊˎ-
- I believe in the family -
with [ my ever loving. wife ]beside me
but shedon't knowabout.[ my girlfriend ] or[ the man ] I met last night
Świetlik nic się nie zmieniła. Dalej jest drobnym kotem, mniejszym i niższym od normy. Dłuższe nogi i długi ogon są jej najbardziej charakterystyczną cechą wyglądu. Duże uszy na czubku okrągłej głowy oraz jasne, krótkie futerko. Jej futerko jest ciekawe, ponieważ całe jest pokryte w czarnych rozetach i pręgowaniem, które znajduje się na pyszczku, ogonie i tułowiu. Rozety są jaśniejsze w środku od obręczy. Na uszach, pyszczku, ogonie oraz na łapkach posiada ciemniejszą, czarną sierść. Na grzbiecie widoczny nalot. Nosek czarny, oczka jaskrawo niebieskie.
Dalej głupiutka, dalej wesolutka. Ciekawska, tym bardziej po spędzeniu całego swojego dotychczasowego życia w zamknięciu. Nie jest świadoma tego, że jej działania posiadają konsekwencje. Głośna, wszędzie jej pełno. Pragnąca całej uwagi, można by było powiedzieć, że to właśnie uwagą zwróconą w jej stronę się żywi - nie ważne czy tą dobrą czy złą. Nie jest złośliwa. Bije od niej entuzjazm oraz energia.
Kiedy Okoń zaczął mówić o rybach ogon wojowniczki drgnął delikatnie. Po to tutaj przyszła!
Uśmiechnęła się szeroko.
- Tak, tak! - odparła, mrucząc głośno. Obiecał jej Okoniowa Łapa, że ją nauczy i oh jak dobrze, że nie zapomniał. - Nic się nie uczyłam na własną łapę, jeśli chodzi o łowienie. Chciałam mieć tak kompetentnego nauczyciela jak ty, mój drogi.
Two birds on a wire
One says, "C'mon" and the other says, "I'm tired"
The sky is overcast and I'm sorry
One more or one less
Nobody's worried
Księżyce: 57 Płeć: Trans kocur Matka: Czarna Łapa Ojciec: Jęczmienne Ziarno Trwałe urazy: blizna po prawej stronie pyska, odsłaniająca górny kieł; urwany fragment lewego ucha
Księżyce: 57 Płeć: Trans kocur Matka: Czarna Łapa Ojciec: Jęczmienne Ziarno Trwałe urazy: blizna po prawej stronie pyska, odsłaniająca górny kieł; urwany fragment lewego ucha
długowłosy, czarno-rudy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, pysku i łapach; oczy wybarwione na odcień zżółkłej zieleni; nierówne, potargane futro; dodatkowy palec na obu przednich łapach, pozbawiony możliwości wciągania pazura
Na horyzoncie wstawał leniwy, wypłowiały poranek, a on pomyślał, że to niezgorsza sceneria, aby zostać w niej pogrzebanym – pora opadających liści przyniosła ze sobą ulewy i nawet kiedy deszcz słabł, wszystko było jednak wilgotne i szare, a powierzchnia jeziora matowa niczym pokryte kataraktą oko. W taką pogodę nie spodziewał się spotkać na brzegu nikogo – być może poza stadem gęsi lub rybą umierającą powoli na błotnistej mieliźnie. To, co zobaczył, sprawiło jednak, że zamarł.
– Co tu robisz? – tu – to znaczy nad stawem, tu – to znaczy przy życiu. Powinieneś być martwy, pomyślał i przez chwilę był pewien, że nie mógł się mylić – słyszał już wcześniej o kotach, które podczas gorącej pogody widziały rzeczy, które nigdy nie istniały. Być może jego umysł zachowywał się tak samo pod wpływem zimna? Nie powinien był spać na dworze, pod nagim niebem. Wędrujące Światła był jednak prawdziwy, pachniał tak samo, uśmiechał się w ten sam sposób. I patrzył na niego tak, jakby widzieli się zaledwie wczoraj. – Byłem przekonany, że pożarły cię potwory – odparł, nie z żalem, ale jakby robił mu wyrzuty, że wciąż był żywy. – Wow. No po prostu WOW. Masz w ogóle jakąś wymówkę? – czuł, jak coś zaczynało uciskać go w gardle i zacisnął zęby, starając się przełknąć emocje, zanim Orion mógłby zauważyć je w jego spojrzeniu. – Szukałem cię. – warknął, zmuszając się do gniewu – jedynego uczucia, które potrafiło zagłuszyć wszystkie pozostałe.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Czy Orion aż tak bardzo różnił się obecnie od ryby umierającej powoli na błotnistej mieliźnie? Jasne, byle ciernik mógł, a nawet powinien, zazdrościć mu prezencji, gdzie przyrównywać bure łuski do jego lśniącej szaty. Ale sięgając spojrzeniem nieco głębiej, zaglądając pod skórę, okazywało się, że mieli ze sobą więcej wspólnego niż by można komfortowo przyznać. Jego błotnista mielizna była nieco większym obszarem, a śmierć przez uduszenie odrobinę bardziej żmudna, jednak z grubsza motyw ten sam. Jak nikt go nie kopnie to pozostawało jedynie biernie czekać na koniec.
Przeklął w myślach na widok potarganego, trójkolorowego kształtu. Topiołki nie znajdowały się daleko od klanów, owszem. Ale oddzielała je magiczna granica jezdni, która tak przerażała większość leśnych kotków. Może to było błędem Oriona, że nigdy nie wpajał swoim podopiecznym tej klanowej tradycji strachu przed Grzmiącą Ścieżką. Teraz właśnie miał tego efekty. Przywdział typowy dla siebie uśmiech, jakby zbliżający się kocur wcale nie był sporą niedogodnością.
Na pierwsze pytanie nie miał odpowiedzi. Chociaż obecność nad stawem była możliwa do wytłumaczenia. W okolicy? To nieco zagmatwane. Przy życiu? Sam chciałby wiedzieć. I również uważał, że tak nie powinno być, zgadzali się z Burzliwym Bagnem w tym zakresie. Ale nie na głos.
– Tyle razy tłumaczyłem ci jak nikłe są szanse na to bym to ja został zjedzony, a to i tak pierwsza możliwość, która przyszła tobie do głowy? – pokręcił łbem na boki, niby to w rozczarowaniu. By rozmyć zaskoczenie w błękitnych oczach, które pojawiło na wieść o byciu poszukiwanym. To jest, listy gończe by go nie zaskoczyły. Ale opuszczając Wicher nie brał nawet pod uwagę, że to akurat Bagno to odczuje. Może Mrówka. Ewentualnie Korzeń. Ale nie kocięta Czarnego Konia. Wymusił powrót uśmiechu na cynamonowy pysk, przynajmniej połowicznego, nim znowu się odezwał. – Jak o szukaniu mowa, z tego co pamiętam mówiłem ci, że powinieneś poszukać sobie kolegów w Wichrze. Jakieś postępy na tym froncie może? Trochę czasu na to miałeś.
Księżyce: 57 Płeć: Trans kocur Matka: Czarna Łapa Ojciec: Jęczmienne Ziarno Trwałe urazy: blizna po prawej stronie pyska, odsłaniająca górny kieł; urwany fragment lewego ucha
Księżyce: 57 Płeć: Trans kocur Matka: Czarna Łapa Ojciec: Jęczmienne Ziarno Trwałe urazy: blizna po prawej stronie pyska, odsłaniająca górny kieł; urwany fragment lewego ucha
długowłosy, czarno-rudy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, pysku i łapach; oczy wybarwione na odcień zżółkłej zieleni; nierówne, potargane futro; dodatkowy palec na obu przednich łapach, pozbawiony możliwości wciągania pazura
Żałował, że nie przyszedł nad brzeg o innej porze, kiedy szarość poranka nie sprawiała, że wszystko wydawało się jasne i obnażone jak brzuch źródlanego pstrąga. W ciemności nie byłoby widać jego śmieszności, w ciemności nie byłoby widać bolesnego grymasu, który wykrzywił mu pysk, w ciemności mógłby swoje upokorzenie przynajmniej ukryć – to zeszklone zaskoczenie odbijające się w spojrzeniu w pierwszej chwili, jakby rzeczywiście się tego nie spodziewał, chociaż Wędrujące Światła powtarzał mu to z okrutnym zamiłowaniem: nie miał dla niego żadnego znaczenia. Dlaczego nic nie powiedziałeś?, miał ochotę zapytać, ale zacisnął tylko mocniej zęby – nie zniósłby jego śmiechu. Nie rozumiał, co było z nim nie w porządku, nie rozumiał, dlaczego zawsze go porzucano – i dlaczego później znowu wierzył, że mogłoby być inaczej, chociaż obiecywał sobie, że nie będzie więcej naiwny, nauczy się liczyć tylko na siebie.
– Co miałem sobie myśleć?! – zaskoczyły go emocje we własnym głosie i odruchowo cofnął się o krok, choć jego spojrzenie nie zatraciło na determinacji. – Zniknąłeś bez słowa. Powiedziałeś, że spotkamy się na ziołowym wzgórzu i nigdy się nie pojawiłeś. Czekałem na ciebie. – drażnił go jego uśmiech. Drażnił go sposób, w jaki nic, co mówił, wydawało się nie mieć na Oriona żadnego wpływu. – Jak tylko trafię na kogoś, kto ma jeszcze mniej szczęścia niż ja, od razu dam ci znać – burknął, ale przez jego gniew przebiło się coś jeszcze, wstydliwe, dziecięce uczucie, które wciąż starał się przełknąć i zdławić. – Myślałem, że my się przyjaźnimy.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
Od pierwszego spotkania z Gniewoszem zdążył pójść na osiedle, wrócić z niego i dotrzeć na Topiołki. Był w ich okolicach już od kilku dni. Pogoda w końcu zrobiła się cieplejsza, nawet zbyt ciepła, więc nadchodził czas ich ponownego spotkania.
Wstał z samego rana i udał się na spacer wzdłuż brzegu, przy okazji szukał odpowiedniego miejsca na naukę łowienia. Chciał, aby nowy przyjaciel miał jak najwięcej okazji do nauki, a w jednych miejscach ryby zbierały się chętniej niż w drugich i właśnie takie bardziej zarybione planował znaleźć. Nawet jeśli Gniewosz by się nie pojawił, to on mógłby z niego skorzystać i złapać coś sobie na śniadanie.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
A jednak się pojawił. Choć obszar po którym Gniewek się w ostatnim czasie kręcił był dość rozległy i zdawać by się mogło, że nigdzie nie zatrzymywał się na dłużej, akurat tego dnia był blisko Topiołków. Pamiętał zresztą o ich umowie, a pogoda zrobiła się na tyle ciepła, że zaczynał trochę tęsknić za chłodniejszymi dniami.
Tak czy siak, gdy tylko udało mu się wyniuchać Chabra w okolicy, podążył za zapachem, aż jego oczom ukazał się jego kumpel we własnej osobie. Co prawda nie skradał się, gdy szedł za jego tropem, ale swoją obecność postanowił zakomunikować dopiero gdy znalazł się o około dwie długości ogona od młodszego kocura. — No co tam, ryby są? Pogoda jest aż za bardzo gorąca, więc chyba nada się na pływanie.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
Może Gniewosz nie starał się szczególni ukryć swojej obecności, ale Chaber był zbyt skupiony na poszukiwaniach idealnego miejsca, aby zwrócić jego uwagę. Kolorowy kocur w końcu zauważył jakieś obiecująco wyglądające i miał do niego podbiec, gdy usłyszał za sobą głos. Podskoczył lekko, a następnie się odwrócił. — Oo, jak super, że przyszedłeś. Są! Jak najbardziej! — Powiedział radośnie, niemal promieniując. — Tak, schłodzimy się chociaż.
— Zaczniemy od łowienia, jak słońce będzie wyżej, to może nam się zacząć kręcić w głowach od siedzenia na nim. Przy pływaniu to nie będzie aż taki problem, bo powinno pójść szybciej. — Fajnie byłoby pogadać o tym co u kumpla słychać, ale na razie nie było na to czasu. Jeśli miał go czegoś nauczyć, to musi zrobić to porządnie, a na szybko i po łebkach tak się nie da. — Tamto miejsce wygląda interesująco — wskazał pyskiem w konkretnym kierunku — ale najpierw, możemy usiąść tu na chwilę i poćwiczyć na czysto. Przy rybach lepiej za dużo nie gadać.
Poczekał na reakcje Gniewosza i jeśli ten wyraził chęć, to poszedł z nim do brzegu i usiadł.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
Choć zdążył naszykować się mentalnie do tego, co miało nadejść (cóż, przynajmniej miał taką nadzieję), tak wciąż był nastawiony do wody sceptycznie. Podobno nigdy nie jest się za starym na naukę, a umiejętności te były naprawdę praktyczne, po prostu... musiał się przekonać i przełamać. Przynajmniej perspektywa ochłodzenia w takiej temperaturze trochę ocieplała jego stosunek do wody. Albo raczej ochładzała, patrząc na warunki pogodowe.
Jemu było w sumie wszystko jedno od czego mieli zacząć, ani w jakim miejscu będą to robić... Jednak gdy Chaber wspomniał o tym, że przy rybach nie można było gadać... Gniewek nawet nie krył swojego zdziwienia. — To ryby mają usszy? — zapytał, prawie wpadając mu przy tym w słowo. On miał wielkie uszy. Chaber miał mniejsze, ale w skali uszu też niczego sobie. Ale... ryby? Ryby i uszy? — Zrobimy jak uważassz, to ty ssię lepiej znassz na tym co w wodzie pisszczy... a raczej pływa. Bo chyba nie pisszczy. Z drugiej sstrony, jeśśli ryby faktycznie mają usszy to ja już nie wiem... Dlatego po prosstu cię będę ssłuchać i wykonywać polecenia.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
Pytanie trochę go zaskoczyło, ale było jak najbardziej uzasadnione. — W sumie to nie wiem, nigdy nie widziałem, ryby z uszami, ale to samo tyczy się żab czy ptaków. — A w końcu przy nich też nie należało hałasować. — Pewnie jakieś mają? Albo w jakiś inny sposób to wyczuwają, jak podmuch wiatru na wąsach, albo coś takiego.
Uśmiechnął się, gra słów była dość zabawna. — Chyba nigdy nie słyszałem, aby ryba wydawała jakieś dźwięki. Może poza pluskami, ale to bardziej woda niż ryba.
Spojrzał na przyjaciela i zaczął tłumaczyć. Starał się mówić spokojniej niż zazwyczaj, aby na pewno wszystko zrozumiał. — A więc jeśli chodzi o ryby, to musisz wsadzić końcówkę ogona lub łapę do wody, o tak — zademonstrował oba sposoby — musisz upewnić się, że twój cień nie zasłania wody i siedzieć w bezruchu. Jeśli ryba zacznie ciebie ssać albo skubać, coś tego typu, to możesz ją zaatakować. To chyba wszystko? — Minęło już trochę czasu odkąd przerabiał teorię, a po tylko księżycach mógł już zapomnieć o jakiś szczegółach.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
W sumie... Miało to sens. U ptaków też uszu nie widział, a w jakiś sposób... Słyszały, chyba. W końcu skądś się brały trudności w łapaniu ich i konieczność zachowania ciszy przy polowaniu... A skoro ryby wymagały tego samego, jemu było to rybka. Dosłownie. Mógł się dostosować. — Może po prosstu ryby nie mają głossu — zawyrokował. On również nie słyszał, by ryby wydawały z siebie jakieś odgłosy, ale był pod tym względem raczej słabym przykładem, bo więcej styczności miał z martwymi okazami niż żywymi.
Gdy Chaber zaczął tłumaczyć, Gniewek zamilkł. Czuł się trochę jakby znowu był na treningu z Krzyk, tylko tym razem... Odrobinę inaczej i z byłym rzeczniakiem, a nie kotką, którą oskarżył kiedyś o pożeranie ślimaków. O ile pamięć go nie myliła, ona też starała się tłumaczyć mu wszystko w sposób prosty i przystępny.
Trochę go zaskoczyło, że musiał mieć aż tak bezpośredni kontakt z rybą, by ta zaczęła go aż skubać. To brzmiało... Nie był do końca pewny jak. Ryby wydawały mu się raczej niegroźne, ale co jeśli gdzieś w wodnych odmętach kryły się takie, które mogłyby mu odgryźć palca czy końcówkę ogona? No to nieźle się wpakował. Z drugiej strony, skoro były klan Chabra żył z tego, chyba nie było tak źle..? — A jak już jakaśś ryba będzie mnie sskubać, mam ją sspróbować złapać pazurami, wyrzucić na brzeg czy wszysstko jedno? — zapytał i rzucił okiem na słońce, by przykucnąć przy wodzie tak, jak Chaber go poinstruował, bez rzucania cienia na taflę wody i zbędnego wiercenia się. Skoro teorie mieli mniej więcej z głowy, zanurzył końcówkę ogona. Uznał, że jeśli miał potencjalnie poświęcić którąś część ciała, ogon był mniej cenny. No i chciał, by drugi kocur mógł wykryć jakieś ewentualne błędy w jego postawie, skoro już specjalnie spotkali się na naukę — dobrze to robię?