Niemalże białe, długie futro; ciemniejsza mordka, uszy, ogon i łapy, pręgowanie klasyczne. Białe znaczenia na pysku, łapach i klatce piersiowej. Niski, toporny, umięśniony. Oczy błękitne, nos różowy, białe wąsy.
Dusza towarzystwa, przyjazny, energiczny, żartobliwy, wyczulony na krzywdę, bardzo rzadko poważny, niemalże wcale. Leniwy wobec rzeczy, które go nie interesują.
Kocur nie wyglądał na zadowolonego z jego obecności. Hmm.
– No weź, przecież widzę, że umiesz! Po prostu zaskoczyło mnie to, bo rzadko spotykam koty z taką umiejętnością – doprecyzował wesoło. Zamoczył łapki w wodzie i postanowił wejść nawet trochę głębiej, zatrzymując się w momencie, gdy woda dosięgała mu do nadgarstków. Widział, że kocur również się zbliża, ale nadal był cały zamoczony, więc Szadź widział go z daleka i musiał krzyczeć. Ech, on nie miał takich kozackich umiejętności! Nie żeby go to jakoś bolało, no ale fajnie byłoby tak móc wejść w całości do wody. Ciekawe czy ryby też się łowiło pływając? – Aaaa, no czaję! A gdzie się tego nauczyłeś? – spytał. – Przyjemne to jest w ogóle? Jak to czuć?
Średniej wielkości kocur o długim, puszystym futrze. Białe bokobrody łączą się z jego kryzą, tworząc kręg włosów, przypominający lwią grzywę. Rysy pyska ma delikatne, niemalże okrągłe. Uszy są dosyć małe, niezakończone frędzelkami. Jego ładne, duże oczy są w wyjątkowo specyficznym kolorze. Najbliżej im do określenia mianem oliwkowych. W zależności od światła albo przyjmują barwę zieleni, albo mienią się na żółto. Może pochwalić się urodą i wrodzoną elegancją. Ostrożny krok, niepozbawiony gracji. Zadbany ogon podobny do tego pawiego trzyma przy ziemi, okazjonalnie ruszając nim na boki. Nos ma różowy, podobnie jak opuszki. Jego umaszczenie jest mieszanką rudego - z ledwie przebijającymi się ciemniejszymi tygrysimi pręgami - i czarnego; jest szylkretem. Jednak i to nie odbiera mu powabności, bo jego łaty rozłożone są wyjątkowo uporządkowanie. Tak, jakby ich mieszanka była efektem zupełnie zamierzonym. Starannym i dobrze wymierzonym. Biel zajmuje połowę jego ciała, ustępując miejsca tylko na czubku głowy, torsie i ogonie.
Jeżeli tylko szukasz dobrej zabawy, możesz mieć pewność, że Barwny zdecydowanie ci ją zapewni. Język ma miękki niczym puch, a słowa jeszcze bardziej. O co go nie zapytasz - chętnie uraczy cię anegdotką z własnego życia, przytaczając kolorowe porównania i własne przemyślenia. Wiedzę. Bardzo pewny siebie, ale na całe szczęście nie zahacza o arogancję. Wierzy we własne rację i osobę, sam też uważając swoje historyjki za źródło największej prawdy. Szkoda tylko, że znacząca część z nich jest wymyślona. Jest bardzo nieszkodliwym mitomanem. Nie kłamie dla jakiegoś określonego celu, a bardziej dla akceptacji ze strony innych. Stworzenia z siebie zupełnie innej osoby, będącej jego największym źródłem komfortu. Uprzejmy, nie denerwuje się i trudno go zmieszać. Ze wszystkiego potrafi wyjść z twarzą, często chroniąc się od wstydu spokojnym żartem. Optymista uważający, że wszystko da się osiągnąć. Tylko czasami niektóre ścieżki do celu są wyjątkowo kręte. Impulsywny, szybko myśli. Empatyczny, pozytywnie nastawiony do każdego i pełen zrozumienia. Nie naciska i często woli sam przejąć inicjatywę w dyskusji, przytaczając przyjemne tematy do rozmowy dla obydwóch stron, aby nikt nie był urażony. Inteligentny, nie potrzebuje konkretów i kieruje się swoim "widzi mi się" czy też przypuszczeniami. Pasywny, momentami nawet uchodzący za rozleniwionego. Woli rozmowę od działania i potrafi spędzić na niej nawet całe dnie, wymyślając coraz to nowsze opowieści. Czy też koty, które spotkał na swojej wyimaginowanej drodze, już jako Barwna Historia. Bo jego własna osoba właśnie taką historią jest, opowiastką. Nie przejmuje się tym, że może plątać swoje dzieje, każdemu przestawiając ich inną wersję. Nie zwraca na to żadnej uwagi, najbardziej skupiając się na tym, aby jego myśli w pełni opuściły jego pysk. Aby pełen pewności siebie mógł powiedzieć to, czego przez tyle księżyców nie mógł. Dalej kształtował siebie, nawet na niezbyt trwałej ułudzie. Bo najlepiej go ogrzewa. Obejmuje go, twardo trzymając. Nie pozwalając na to, aby w jego ciele tliła się choćby jedna mała iskiereczka wcześniejszego smutku, zmieszania. Braku tożsamości. Spokojny, ale i wyjątkowo bezwstydny robiący to, co żywnie mu się podoba. Nie bojący się mówiąc "a" powiedzieć i "b", a nawet cały alfabet. Maskuje swoje wszelkie pomyłki, sprawnie wygrzebując się nawet z najgłębszego dołu. Oczywiście po szczeblach swoich wymysłów. Odrzuca frustracje z powodu braku kontroli nad niektórymi rzeczami, przyjmując je jako coś naturalnego. Nieodwracalnego. Każdą niedoskonałość, odmienność. Nie widzi najmniejszego sensu w przejmowaniu się nimi, chwytając tym samym wszystkie kłody rzucane mu pod nogi.
Piasek. Stąpał po dzikiej plaży, a może trafniejsze stwierdzenie - chciałby na niej stąpać. Bo obecnie skrywała się pod grubym śniegiem, szczypiącym go w opuszki. Wciąż jednak, nawet w tym mroźnym okresie, potrafił dostrzec piękno tego miejsca. Mimo wiatru wiejącego mu w pysk, mimo dreszczy przechodzących go raz po raz... Było tutaj wyjątkowo pięknie.
Uniósł głowę do góry, wpatrując się w niebo. Puste niebo. Bo ptaki nie rozświetlały go swoją obecnością niczym ciemne gwiazdy. Chowały się przed chłodem, tak jak reszta zwierzyny. Nie było ich. Uśmiechnął się lekko, wzrok wbijając w odległy horyzont, otulony słoneczną poświatą niczym kocem. Sam momentalnie aż poczuł jej złudne ciepło. Dla niego świat jakby na chwilę zatrzymał się w miejscu. Usiadł na zmarzniętym podłożu, otulając swoje łapy ogonem i zamknął na chwilę oczy. Czuł się tu spokojny, wyciszony i... Szczęśliwy. Chociaż rzadko kiedy mógł uznać - sam przed sobą - że było mu źle. Nie przyduszała go żadna obroża, nie dźwigał żadnego niepasującego mu imienia... Miał pełną swobodę do wszystkiego. Mógł sobie właśnie pozwolić na takie gdybanie. Na bezczynne siedzenie. Jako pan własnego losu. Nikt nie mógł go smagać ostrymi słowami za lenistwo. Wytykać mu, że jego zamyślanie się jest stratą czasu. Nikt nie miał nad nim takiej władzy, aby egzekwować jakiekolwiek kary za jego... Wolność. Odetchnął głęboko, wciągając do płuc chłodne powietrze i otworzył oczy, rozmarzony wbijając bez celu wzrok... W dal. W żaden konkretny punkt. Po prostu patrzył na świat.
Nieduży, piękny kocur o atletycznej sylwetce, smukłym, zgrabnym ciele i przystojnym pysku. Ma długie kremowe futro, oznaczone gdzieniegdzie ciemniejszymi plamami. Jego futro ściemniało z wiekiem i owe plamy nie rzucają się już aż tak w oczy. Przy chwili przyglądania się można dostrzec przyciemnienie na lewej stronie pyska, na prawym udzie, prawym nadgarstku i na zadzie, przy nasadzie ogona. Na jego sierści widnieją również białe znaczenia. Na nosie, piersi i tylnych łapach poniżej stawów skokowych. Ma pasujące do koloru futra, miodowe oczy. Nieduże, szeroko ustawione uszy zakończone małymi pędzelkami.
Wyrósł na spokojnego i rozsądnego kota. Można nazwać go cichym, z pewnością nie jest typem gaduły. Ma szlachetne ideały i wielkie marzenia. Wierzy w prawdę, przyjaźń i lojalność. Stara się by każdy jego czyn i każde wypowiadane słowo miało przynieść jakąś korzyść dla jego rodziny, jego samego lub całego Nowego Świtu. Jest towarzyski, łatwo nawiązuje kontakty, a z interakcji z kotami czerpie dużo przyjemności i energii. Ambitny, odpowiedzialny, uczciwy, uparty.
Tundra (NŚ), Płocha (KR)
Co wywiało Pęd z jego legowiska? Sam nie był w stanie nazwać tego dziwacznego uczucia, które kazało kremowemu o świcie wyczyścić futro do błyszczenia i udać się w stronę Topiołek. Dlaczego? Tego właśnie zamierzał się dowiedzieć. Co go tam ciągnęło? Zjadł szybkie śniadanie, na które składała się marna mysz i trochę mniej marna połowa wiewiórki, którą podzielił przy krótkiej rozmowie z Kajakiem. Zaczepił wojownika celowo, w końcu starał się zachować choć powierzchownie pozytywne relacje z każdym członkiem Nowego Świtu. W przypadku cynamonowego kocura nie było to trudne. Kocur był sympatyczny i wydawało się, że znaleźli wspólny język. Piękny kocur nie mógł wiedzieć, że jeszcze tego samego dnia czeka go spotkanie z jednym z dzieci tegoż. Dzieci, o których istnieniu Pęd zdążył już zapomnieć.
Wybrał się nad brzeg jeziora, które od południa wyznaczało granicę terenów Nowego Świtu. Przyszło mu do głowy, że chętnie odwdzięczy się Kajakowi i na obiad przyniesie mu rybę. Sam zjadłby rybę, zwłaszcza że dopiero niedawno opanował ich wyławianie z wody. Prędko dostrzegł kota siedzącego na brzegu lekko zakrzepniętego zbiornika. W tej chwili nie wydał mu się znajomy. Po prostu szylkretowa kotka, która przysiadła na śniegu. Ładny widok. Pstrokate plamy na jej futrze przyjemnie kontrastowały z bielą nienaruszonego śniegu dookoła. On sam przestał prezentować się już tak idealnie jak wtedy, kiedy wychodził z obozu. Na długich pasmach futra zaczęły odkładać się zabawnie wyglądające kulki, których dumny ze swojej prezencji syn Artema zwyczajnie nie cierpiał. Zanim zatrzymał się przy kotce, otrzepał się, przez co stan swój poprawił ale w stopniu miernym.
Jednak uśmiech, który pojawił się na pysku ucznia Pokrzywy był w stanie zmyć każdą skazę spowodowaną wadami wyglądu jego futra.
- Dzień dobry - przywitał się dziarsko, skłonił nisko, jak to miał w swoim szarmanckim zwyczaju. Kiedy teraz przyglądał się kotu, znalazł w nim coś dziwacznie znajomego. Uniósł delikatnie jedną brew, próbując coś sobie przypomnieć ale w tej chwili nie był w stanie. Liczba spotkanych przez niego kotów była dość niewielka, więc… wkrótce powinien dociec prawdy. - Nie rozpieszcza nas pogoda, co? - zagadnął tymczasem, znajdując wygodne miejsce siedzące obok kota. Owinął ogonem przednie łapy i wpatrzył w niego pomarańczowe ślepia, swobodny, nie obawiający się obcego. Pewny siebie, jak zawsze.
Broken down and hungry for yourlove Withno wayto feedit
Whereare you tonight? Child, ya know how much I need it
It's neverover All my blood for the sweetness of his laughter
It's neverover He'sthetearthathangsinsidemysoulforever.
Średniej wielkości kocur o długim, puszystym futrze. Białe bokobrody łączą się z jego kryzą, tworząc kręg włosów, przypominający lwią grzywę. Rysy pyska ma delikatne, niemalże okrągłe. Uszy są dosyć małe, niezakończone frędzelkami. Jego ładne, duże oczy są w wyjątkowo specyficznym kolorze. Najbliżej im do określenia mianem oliwkowych. W zależności od światła albo przyjmują barwę zieleni, albo mienią się na żółto. Może pochwalić się urodą i wrodzoną elegancją. Ostrożny krok, niepozbawiony gracji. Zadbany ogon podobny do tego pawiego trzyma przy ziemi, okazjonalnie ruszając nim na boki. Nos ma różowy, podobnie jak opuszki. Jego umaszczenie jest mieszanką rudego - z ledwie przebijającymi się ciemniejszymi tygrysimi pręgami - i czarnego; jest szylkretem. Jednak i to nie odbiera mu powabności, bo jego łaty rozłożone są wyjątkowo uporządkowanie. Tak, jakby ich mieszanka była efektem zupełnie zamierzonym. Starannym i dobrze wymierzonym. Biel zajmuje połowę jego ciała, ustępując miejsca tylko na czubku głowy, torsie i ogonie.
Jeżeli tylko szukasz dobrej zabawy, możesz mieć pewność, że Barwny zdecydowanie ci ją zapewni. Język ma miękki niczym puch, a słowa jeszcze bardziej. O co go nie zapytasz - chętnie uraczy cię anegdotką z własnego życia, przytaczając kolorowe porównania i własne przemyślenia. Wiedzę. Bardzo pewny siebie, ale na całe szczęście nie zahacza o arogancję. Wierzy we własne rację i osobę, sam też uważając swoje historyjki za źródło największej prawdy. Szkoda tylko, że znacząca część z nich jest wymyślona. Jest bardzo nieszkodliwym mitomanem. Nie kłamie dla jakiegoś określonego celu, a bardziej dla akceptacji ze strony innych. Stworzenia z siebie zupełnie innej osoby, będącej jego największym źródłem komfortu. Uprzejmy, nie denerwuje się i trudno go zmieszać. Ze wszystkiego potrafi wyjść z twarzą, często chroniąc się od wstydu spokojnym żartem. Optymista uważający, że wszystko da się osiągnąć. Tylko czasami niektóre ścieżki do celu są wyjątkowo kręte. Impulsywny, szybko myśli. Empatyczny, pozytywnie nastawiony do każdego i pełen zrozumienia. Nie naciska i często woli sam przejąć inicjatywę w dyskusji, przytaczając przyjemne tematy do rozmowy dla obydwóch stron, aby nikt nie był urażony. Inteligentny, nie potrzebuje konkretów i kieruje się swoim "widzi mi się" czy też przypuszczeniami. Pasywny, momentami nawet uchodzący za rozleniwionego. Woli rozmowę od działania i potrafi spędzić na niej nawet całe dnie, wymyślając coraz to nowsze opowieści. Czy też koty, które spotkał na swojej wyimaginowanej drodze, już jako Barwna Historia. Bo jego własna osoba właśnie taką historią jest, opowiastką. Nie przejmuje się tym, że może plątać swoje dzieje, każdemu przestawiając ich inną wersję. Nie zwraca na to żadnej uwagi, najbardziej skupiając się na tym, aby jego myśli w pełni opuściły jego pysk. Aby pełen pewności siebie mógł powiedzieć to, czego przez tyle księżyców nie mógł. Dalej kształtował siebie, nawet na niezbyt trwałej ułudzie. Bo najlepiej go ogrzewa. Obejmuje go, twardo trzymając. Nie pozwalając na to, aby w jego ciele tliła się choćby jedna mała iskiereczka wcześniejszego smutku, zmieszania. Braku tożsamości. Spokojny, ale i wyjątkowo bezwstydny robiący to, co żywnie mu się podoba. Nie bojący się mówiąc "a" powiedzieć i "b", a nawet cały alfabet. Maskuje swoje wszelkie pomyłki, sprawnie wygrzebując się nawet z najgłębszego dołu. Oczywiście po szczeblach swoich wymysłów. Odrzuca frustracje z powodu braku kontroli nad niektórymi rzeczami, przyjmując je jako coś naturalnego. Nieodwracalnego. Każdą niedoskonałość, odmienność. Nie widzi najmniejszego sensu w przejmowaniu się nimi, chwytając tym samym wszystkie kłody rzucane mu pod nogi.
Z początku nie zorientował się, że ktoś chciał dotrzymać mu towarzystwa. Momentalnie uniósł łeb, gdy tylko do jego uszu dotarło „dzień dobry”. Posłał łagodny uśmiech nieznajomemu, dając sobie chwilę na przyjrzenie się kocurowi. Miał wyjątkowo piękne futro. Pasowało do zimowego krajobrazu, tak właściwie to się z nim zlewało. Jedyną odskocznią od wszechobecnej bieli były kremowe plamy. Prawdę mówiąc, to połączenie zamiast w pełni przypominać mu o mroźnym krajobrazie, przywodziło mu na myśl miód i mleko. Widok kocura w pewnym sensie był dla niego tak samo kojący jak uprzednio przytoczona mieszanka. Do szczęścia brakowało mu właśnie tylko czyjegoś towarzystwa. Wcześniej nie zauważał tego pochłonięty rozmyślaniami. Dopiero teraz uniesione kąciki ust zasygnalizowały mu, że uprzednio w środku odczuwał pewien… Niedosyt.
— Dzień dobry — również się przywitał i idąc jego śladami – skłonił. I dopiero gdy spojrzał na niego z dołu, coś mu zaświtało. Z trwogą musiał przyznać, że skądś go kojarzył. Nie wiedział, czy mózg czasem nie płatał mu jakiś figli, przypisując nieznajomemu… Znajomość. Jego mięśnie nieprzyjemnie się spięły, gdy zauważył nieznacznie uniesioną brew kocura. Czy on też go kojarzył? A może płatek śniegu niespodziewanie upadł mu na głowę, a on najzwyczajniej na świecie się zdziwił. Lecz po całym tym spięciu nastało… Rozluźnienie. Chyba dobrze myślał. Stres próbował przejąć jego ciało. Odpalić wszystkie świeczki, które miały na celu razić go w oczy swoim blaskiem, oślepiać. Sprawiać, że panikował z powodu najdrobniejszych rzeczy. A kremowy swoimi słowami trafnie je zdmuchnął, zagajając najzwyklejszą na świecie rozmowę. Rozluźnił się, łapiąc z nim pełen pewności siebie kontakt wzrokowy. Też nie bał się obcych. Podziwiał każdą nowość, nawet, gdy mogła zacisnąć mu zęby na gardle. Podziwiał kły, pazury. Wszystko. Bo na ogół wychodził z założenia, że nikt by na niego z nimi nie skakał. Był otwarty dla każdego, nie doszukując się w nim zagrożenia już na start. Od razu dając wotum zaufania, które trudno podrzeć nawet szponami, których inni tak się bali.
— Jeśli mamy patrzeć na nią pod pryzmatem pożywienia i chłodu to owszem, nie rozpieszcza. Ale jeżeli chodzi o względy wizualne… Jej biel jest wyjątkowo zachwycająca. W taką pogodę wszystko wydaje się piękniejsze. Każdy kamień, każdy kot. Bo wyeksponowany jest na jasnym tle, łatwiej zauważalny. Niczym pojedynczy kwiat na łące. Chmura na niebie, układająca się w rozmaite kształty. Gdy na wszystko będzie się patrzeć powierzchownie; pospolitymi oczami, trudno znaleźć pozytywy. Kolory w szarości. A prawda jest taka, że występują wszędzie. Trzeba tylko obserwować wyobraźnią — uraczył go swoim wywodem na sam start, zamykając oczy. Jednak zaraz je otworzył, aby spojrzeć na niego wyjątkowo spokojnie.
— Barwna Historia, mogę w czymś pomóc? — przedstawił się melodyjnie, przesuwając tak, aby być naprzeciw kocura.
Nieduży, piękny kocur o atletycznej sylwetce, smukłym, zgrabnym ciele i przystojnym pysku. Ma długie kremowe futro, oznaczone gdzieniegdzie ciemniejszymi plamami. Jego futro ściemniało z wiekiem i owe plamy nie rzucają się już aż tak w oczy. Przy chwili przyglądania się można dostrzec przyciemnienie na lewej stronie pyska, na prawym udzie, prawym nadgarstku i na zadzie, przy nasadzie ogona. Na jego sierści widnieją również białe znaczenia. Na nosie, piersi i tylnych łapach poniżej stawów skokowych. Ma pasujące do koloru futra, miodowe oczy. Nieduże, szeroko ustawione uszy zakończone małymi pędzelkami.
Wyrósł na spokojnego i rozsądnego kota. Można nazwać go cichym, z pewnością nie jest typem gaduły. Ma szlachetne ideały i wielkie marzenia. Wierzy w prawdę, przyjaźń i lojalność. Stara się by każdy jego czyn i każde wypowiadane słowo miało przynieść jakąś korzyść dla jego rodziny, jego samego lub całego Nowego Świtu. Jest towarzyski, łatwo nawiązuje kontakty, a z interakcji z kotami czerpie dużo przyjemności i energii. Ambitny, odpowiedzialny, uczciwy, uparty.
Tundra (NŚ), Płocha (KR)
Był pewien, że kota noszącego imię, którym przedstawił się “Barwna Historia”, Pęd nie znał. Nie był to jednak jednoznaczne z faktem, że nie mógł znać tego konkretnego kota; w końcu nawet on sam urodził się bezimienny, następnie został nazwany Nasionkiem przez rodziców, by później z własnej woli przyjąć aktualnie noszone, przejściowe rzecz jasna imię - Pęd. Podsumowując, to że się znali wciąż nie było wykluczone. Tak jak i to, że zupełnie się mylił i szylkretowy kocur (o którym dalej nie wiedział, że jest kocurem ale uznajmy od tego momentu, że będzie w narracji nazywany poprawnie) był mu zupełnie obcy i zwyczajnie wpadł mu w oko.
A być może po prostu wpadł i syn Artema chciał jakoś zwrócić jego uwagę.
- Czy ja cię skądś znam, Barwna Historio? - zapytał więc wprost, nie czując powodu do dalszego ukrywania swoich wątpliwości. - Swoją drogą, ciekawe imię. Pewnie kryje się za nim jakaś… - uśmiechnął się, mrugnął okiem, będąc wyraźnie w dobrym nastroju. - Ciekawa opowieść. - dodał i zaśmiał się krótko ale pięknie.
Broken down and hungry for yourlove Withno wayto feedit
Whereare you tonight? Child, ya know how much I need it
It's neverover All my blood for the sweetness of his laughter
It's neverover He'sthetearthathangsinsidemysoulforever.
Średniej wielkości kocur o długim, puszystym futrze. Białe bokobrody łączą się z jego kryzą, tworząc kręg włosów, przypominający lwią grzywę. Rysy pyska ma delikatne, niemalże okrągłe. Uszy są dosyć małe, niezakończone frędzelkami. Jego ładne, duże oczy są w wyjątkowo specyficznym kolorze. Najbliżej im do określenia mianem oliwkowych. W zależności od światła albo przyjmują barwę zieleni, albo mienią się na żółto. Może pochwalić się urodą i wrodzoną elegancją. Ostrożny krok, niepozbawiony gracji. Zadbany ogon podobny do tego pawiego trzyma przy ziemi, okazjonalnie ruszając nim na boki. Nos ma różowy, podobnie jak opuszki. Jego umaszczenie jest mieszanką rudego - z ledwie przebijającymi się ciemniejszymi tygrysimi pręgami - i czarnego; jest szylkretem. Jednak i to nie odbiera mu powabności, bo jego łaty rozłożone są wyjątkowo uporządkowanie. Tak, jakby ich mieszanka była efektem zupełnie zamierzonym. Starannym i dobrze wymierzonym. Biel zajmuje połowę jego ciała, ustępując miejsca tylko na czubku głowy, torsie i ogonie.
Jeżeli tylko szukasz dobrej zabawy, możesz mieć pewność, że Barwny zdecydowanie ci ją zapewni. Język ma miękki niczym puch, a słowa jeszcze bardziej. O co go nie zapytasz - chętnie uraczy cię anegdotką z własnego życia, przytaczając kolorowe porównania i własne przemyślenia. Wiedzę. Bardzo pewny siebie, ale na całe szczęście nie zahacza o arogancję. Wierzy we własne rację i osobę, sam też uważając swoje historyjki za źródło największej prawdy. Szkoda tylko, że znacząca część z nich jest wymyślona. Jest bardzo nieszkodliwym mitomanem. Nie kłamie dla jakiegoś określonego celu, a bardziej dla akceptacji ze strony innych. Stworzenia z siebie zupełnie innej osoby, będącej jego największym źródłem komfortu. Uprzejmy, nie denerwuje się i trudno go zmieszać. Ze wszystkiego potrafi wyjść z twarzą, często chroniąc się od wstydu spokojnym żartem. Optymista uważający, że wszystko da się osiągnąć. Tylko czasami niektóre ścieżki do celu są wyjątkowo kręte. Impulsywny, szybko myśli. Empatyczny, pozytywnie nastawiony do każdego i pełen zrozumienia. Nie naciska i często woli sam przejąć inicjatywę w dyskusji, przytaczając przyjemne tematy do rozmowy dla obydwóch stron, aby nikt nie był urażony. Inteligentny, nie potrzebuje konkretów i kieruje się swoim "widzi mi się" czy też przypuszczeniami. Pasywny, momentami nawet uchodzący za rozleniwionego. Woli rozmowę od działania i potrafi spędzić na niej nawet całe dnie, wymyślając coraz to nowsze opowieści. Czy też koty, które spotkał na swojej wyimaginowanej drodze, już jako Barwna Historia. Bo jego własna osoba właśnie taką historią jest, opowiastką. Nie przejmuje się tym, że może plątać swoje dzieje, każdemu przestawiając ich inną wersję. Nie zwraca na to żadnej uwagi, najbardziej skupiając się na tym, aby jego myśli w pełni opuściły jego pysk. Aby pełen pewności siebie mógł powiedzieć to, czego przez tyle księżyców nie mógł. Dalej kształtował siebie, nawet na niezbyt trwałej ułudzie. Bo najlepiej go ogrzewa. Obejmuje go, twardo trzymając. Nie pozwalając na to, aby w jego ciele tliła się choćby jedna mała iskiereczka wcześniejszego smutku, zmieszania. Braku tożsamości. Spokojny, ale i wyjątkowo bezwstydny robiący to, co żywnie mu się podoba. Nie bojący się mówiąc "a" powiedzieć i "b", a nawet cały alfabet. Maskuje swoje wszelkie pomyłki, sprawnie wygrzebując się nawet z najgłębszego dołu. Oczywiście po szczeblach swoich wymysłów. Odrzuca frustracje z powodu braku kontroli nad niektórymi rzeczami, przyjmując je jako coś naturalnego. Nieodwracalnego. Każdą niedoskonałość, odmienność. Nie widzi najmniejszego sensu w przejmowaniu się nimi, chwytając tym samym wszystkie kłody rzucane mu pod nogi.
Czy ja cię skądś znam, Barwna Historio?
Uciekał wzrokiem. Przyjazne spojrzenie po raz kolejny opuściło kocura, wraz ze sobą zabierając ciepło drugiej osoby. Pozostawiając go na łaskę śniegu, opadającego na jego futro. Niepokój ponownie wrócił, tak szybko, jak został odgoniony. Niczym ptak, wydziobujący mu wątrobę. A czym zawinił? Swoją podróżą? Tym, że natknął się na... Nieodpowiednią osobę? Albo i może odpowiednią i to jego wątpliwości, wszelkie niepewności były tutaj powodem męki. Uśmiechnął się, zamykając oczy.
— Z marzeń, mój drogi. Ze snów. Może pojawiłem się w twojej imaginacji? Stąpałem ci po głowie niczym po śniegu. Zapadałem się w niej. Bo sam muszę się skromnie przed tobą przyznać, że również mi kogoś przypominasz. Jesteś... Znajomym nieznajomym. Jednakże za każdym razem gdy patrzę wstecz, nie widzę nikogo na twój kształt. Nic, chociaż w połowie nie odzwierciedla ciebie. Żaden liść, żaden płatek, żaden dźwięk. Od zawsze byłem barwą, nikim więcej. Może kojarzysz kogoś innego? Zbliżonego do mnie, lecz nie będącego mną. Czyżbym przypominał ci o jakiejś zagubionej myśli? Niezamkniętym wątku z rozmyślań o naturze, albo i o ciekawych opowieściach — wyszczerzył się bardziej, próbując się wplątać w jego żartowanie. Namieszał, pokręcił, ale co najważniejsze - spróbował go jakoś odwieść od jego wątpliwości. Złapać za nos z delikatnym uśmiechem, jednocześnie w pewnym stopniu akceptując to, co powiedział, ale i też sprawnie odrzucając swoim tokiem myślenia. Prezentując, że wszystko jest możliwe, ale często mało realistyczne. Zwykłe gdybanie, infantylne zagłębianie się w chmurach, w poszukiwaniu odpowiedzi wyssanej z palca.
— A za mianem "Barwnej Historii" kryje się... Moja osoba. Ja jestem własną opowieścią, własnym śladem, ścieżką. Sam ją wydeptałem, sam sobie ją wyznaczyłem i co najważniejsze - sam sobie ją nadałem. Sam wykształciłem swoją osobę. Urodziłem się samotnie. Sam będąc swoim mentorem, swoim rodzicem, swoją nauką. I swoim imieniem. Od zawsze byłem Barwną Historią, bo mimo tego, że nie miałem żadnej przeszłości - nie miałem nikogo, postanowiłem sam ją stworzyć. Sam, stając na najwyższym szczycie, przysięgłem przed sobą, że wraz z tym imieniem nie pozwolę pochłonąć się szarości. Smutkom na mojej drodze. Samotności, największej trwodze szczęścia — uderzył delikatnie ogonem o ziemię, opisując genezę swojego imienia. Nie dopytywał się o detale odnośnie nieznajomego, nie chcąc ciągnąć go za język. Jeżeli woli posłuchać opowieści Barwnego, to ten jest w pełni do jego usług. I dyspozycji, bo i tak nie miał nic ciekawszego do roboty.
Nieduży, piękny kocur o atletycznej sylwetce, smukłym, zgrabnym ciele i przystojnym pysku. Ma długie kremowe futro, oznaczone gdzieniegdzie ciemniejszymi plamami. Jego futro ściemniało z wiekiem i owe plamy nie rzucają się już aż tak w oczy. Przy chwili przyglądania się można dostrzec przyciemnienie na lewej stronie pyska, na prawym udzie, prawym nadgarstku i na zadzie, przy nasadzie ogona. Na jego sierści widnieją również białe znaczenia. Na nosie, piersi i tylnych łapach poniżej stawów skokowych. Ma pasujące do koloru futra, miodowe oczy. Nieduże, szeroko ustawione uszy zakończone małymi pędzelkami.
Wyrósł na spokojnego i rozsądnego kota. Można nazwać go cichym, z pewnością nie jest typem gaduły. Ma szlachetne ideały i wielkie marzenia. Wierzy w prawdę, przyjaźń i lojalność. Stara się by każdy jego czyn i każde wypowiadane słowo miało przynieść jakąś korzyść dla jego rodziny, jego samego lub całego Nowego Świtu. Jest towarzyski, łatwo nawiązuje kontakty, a z interakcji z kotami czerpie dużo przyjemności i energii. Ambitny, odpowiedzialny, uczciwy, uparty.
Tundra (NŚ), Płocha (KR)
Był nieco zaskoczony pyszną postawą swojego nieznajomego-znajomego, z którego opowieści mogło wynikać, że ten przeżył dziesiątki księżyców, przemierzył cały świat, spał we wszystkich możliwych norach, poznał wszystkie możliwe koty. Tymczasem zgodnie z tym, co obserwował Pęd, szylkret był sporo młodszy od niego samego, a sam kremowy nie przeżył na tym świecie nawet trzydziestu księżyców. Czy było możliwym przeżycie życia o wiele krótszego, a o wiele barwniejszego? Zapewne tak. Inna sprawa, że nie miał pewności, czy w tym przypadku mogła być to prawda. Zmrużył na chwilę oczy, wciąż rozważając wątpliwości co do tego, czy aby na pewno Barwnej Historii nigdy wcześniej nie widział. Tematu rzecz jasna drążyć nie zamierzał, widząc że z jakiegoś powodu sprawia on młodszemu kotu dyskomfort.
Jednocześnie, wraz z kolejną barwną wypowiedzią kocura, Pęd zorientował się, że ma do czynienia z kimś podobnym do Raniuszka. Z kocurem pachnącym jak kotka. Nie miało to większego znaczenia - ot, wiedział teraz przynajmniej jak powinien się do szylkretowego zwracać bez sprawiania mu przykrości.
- Zgodnie z tym, co mówisz, jesteś kotem z moich snów - zagadnął kremowy, mówiąc teraz odrobinę ciszej, niż wcześniej. Jednocześnie zrobił drobny krok w stronę kudłatego kocura, by subtelnie zmniejszyć dystans między nimi. Uśmiechnął się, pokazując zęby, a uśmiech ten był szczery i rozświetlił na chwilę również jego miodowe oczy. - Twoja matka musi być równie ciekawą personą, co ty, skoro nadała noworodkowi takie imię. Masz rodzeństwo? - zapytał, tym razem powstrzymując się od zrobienia kolejnego kroku w jego stronę. Powoli, powiedział sobie. Młodzieniec zachowywał się swobodnie bo tak też się czuł. Dobrze. Ze sobą i dobrze z Barwną Historią, z którym wciąż czuł, że ma coś wspólnego, a co dokładnie, to zamierzał się jeszcze przekonać.
Broken down and hungry for yourlove Withno wayto feedit
Whereare you tonight? Child, ya know how much I need it
It's neverover All my blood for the sweetness of his laughter
It's neverover He'sthetearthathangsinsidemysoulforever.
Średniej wielkości kocur o długim, puszystym futrze. Białe bokobrody łączą się z jego kryzą, tworząc kręg włosów, przypominający lwią grzywę. Rysy pyska ma delikatne, niemalże okrągłe. Uszy są dosyć małe, niezakończone frędzelkami. Jego ładne, duże oczy są w wyjątkowo specyficznym kolorze. Najbliżej im do określenia mianem oliwkowych. W zależności od światła albo przyjmują barwę zieleni, albo mienią się na żółto. Może pochwalić się urodą i wrodzoną elegancją. Ostrożny krok, niepozbawiony gracji. Zadbany ogon podobny do tego pawiego trzyma przy ziemi, okazjonalnie ruszając nim na boki. Nos ma różowy, podobnie jak opuszki. Jego umaszczenie jest mieszanką rudego - z ledwie przebijającymi się ciemniejszymi tygrysimi pręgami - i czarnego; jest szylkretem. Jednak i to nie odbiera mu powabności, bo jego łaty rozłożone są wyjątkowo uporządkowanie. Tak, jakby ich mieszanka była efektem zupełnie zamierzonym. Starannym i dobrze wymierzonym. Biel zajmuje połowę jego ciała, ustępując miejsca tylko na czubku głowy, torsie i ogonie.
Jeżeli tylko szukasz dobrej zabawy, możesz mieć pewność, że Barwny zdecydowanie ci ją zapewni. Język ma miękki niczym puch, a słowa jeszcze bardziej. O co go nie zapytasz - chętnie uraczy cię anegdotką z własnego życia, przytaczając kolorowe porównania i własne przemyślenia. Wiedzę. Bardzo pewny siebie, ale na całe szczęście nie zahacza o arogancję. Wierzy we własne rację i osobę, sam też uważając swoje historyjki za źródło największej prawdy. Szkoda tylko, że znacząca część z nich jest wymyślona. Jest bardzo nieszkodliwym mitomanem. Nie kłamie dla jakiegoś określonego celu, a bardziej dla akceptacji ze strony innych. Stworzenia z siebie zupełnie innej osoby, będącej jego największym źródłem komfortu. Uprzejmy, nie denerwuje się i trudno go zmieszać. Ze wszystkiego potrafi wyjść z twarzą, często chroniąc się od wstydu spokojnym żartem. Optymista uważający, że wszystko da się osiągnąć. Tylko czasami niektóre ścieżki do celu są wyjątkowo kręte. Impulsywny, szybko myśli. Empatyczny, pozytywnie nastawiony do każdego i pełen zrozumienia. Nie naciska i często woli sam przejąć inicjatywę w dyskusji, przytaczając przyjemne tematy do rozmowy dla obydwóch stron, aby nikt nie był urażony. Inteligentny, nie potrzebuje konkretów i kieruje się swoim "widzi mi się" czy też przypuszczeniami. Pasywny, momentami nawet uchodzący za rozleniwionego. Woli rozmowę od działania i potrafi spędzić na niej nawet całe dnie, wymyślając coraz to nowsze opowieści. Czy też koty, które spotkał na swojej wyimaginowanej drodze, już jako Barwna Historia. Bo jego własna osoba właśnie taką historią jest, opowiastką. Nie przejmuje się tym, że może plątać swoje dzieje, każdemu przestawiając ich inną wersję. Nie zwraca na to żadnej uwagi, najbardziej skupiając się na tym, aby jego myśli w pełni opuściły jego pysk. Aby pełen pewności siebie mógł powiedzieć to, czego przez tyle księżyców nie mógł. Dalej kształtował siebie, nawet na niezbyt trwałej ułudzie. Bo najlepiej go ogrzewa. Obejmuje go, twardo trzymając. Nie pozwalając na to, aby w jego ciele tliła się choćby jedna mała iskiereczka wcześniejszego smutku, zmieszania. Braku tożsamości. Spokojny, ale i wyjątkowo bezwstydny robiący to, co żywnie mu się podoba. Nie bojący się mówiąc "a" powiedzieć i "b", a nawet cały alfabet. Maskuje swoje wszelkie pomyłki, sprawnie wygrzebując się nawet z najgłębszego dołu. Oczywiście po szczeblach swoich wymysłów. Odrzuca frustracje z powodu braku kontroli nad niektórymi rzeczami, przyjmując je jako coś naturalnego. Nieodwracalnego. Każdą niedoskonałość, odmienność. Nie widzi najmniejszego sensu w przejmowaniu się nimi, chwytając tym samym wszystkie kłody rzucane mu pod nogi.
Młodszy, ale łgarstwem potrafił dodać sobie parę księżyców na kark. Tak lśniących i... Nierealistycznych. Będących jedynie odbiciem w tafli, i to nie samego księżyca a iskier kreatywności kocura.
Zamruczał, gdy ten się do niego zbliżył, jednak sam wciąż nie podjął żadnych ruchów... Przynajmniej do tej pory. Przymrużył oczy, patrząc na niego przez małe szparki. Nie ukrywał, że takie słowa sprawiły mu sporą przyjemność i... Z pewnością nieco bardziej otworzyły na kocura. Podniósł się, przybliżając do jego ucha, próbując w intensywniejszy sposób zimitować jego ściszony ton. Niech Pęd sam oceni, czy robił to w ramach jakiegoś okrutnego żartu, czy też po prostu postanowił przyłączyć się do zabawy.
— W takim razie może i ty zostaniesz tym z moich? Chcesz znaleźć dom w snach wędrowca? Nie przeszkadzałaby ci ciągła podróż? Ciągły wicher, rozwiewający wątłą woń bliskości, zastępując ją nieznanym? — mruknął do niego półszeptem, chłodnym oddechem delikatnie muskając jego skórę. W jego tonie dało się wyczuć rozbawienie. Ciężko znaleźć miejsce u boku włóczęgi, a najtrudniej zdobyć u niego jakąś wzajemność uczuć. Miejsce w snach o nowych miejscach, o wędrówce. Odsunął głowę, w pełni zamykając zielone oczy.
— Nigdy nie miałem przy sobie kogoś, kogo mógłbym nazywać matką. Byłem wiele czasu bezimienny. Byłem nikim, byłem kociakiem. "Barwna Historia" jest moim personalnym pomysłem. Moim wyrazem artystycznej wizji, nie tylko pod względem imienia, ale też przyszłości. Jej znaczenia dla mnie. Co do rodzeństwa... Nie, nie mam żadnego z krwi i kości. Moim bratem jest tułaczka, a siostrą przemijający czas. Ich świadomość, nietrwałość. Oni byli dla mnie ukojeniem przez całe życie i dzięki nim w końcu zacząłem doceniać rzeczy, nawet te ponure — kiedyś miał matkę. Kiedyś miał ojca. Kiedyś miał rodzinę. Ale nie miał siebie. Miał wszystko, nie mając nic. Dopiero gdy to odrzucił udało mu się wzbogacić. Wzbogacić o swój komfort, szczęście.
Nieduży, piękny kocur o atletycznej sylwetce, smukłym, zgrabnym ciele i przystojnym pysku. Ma długie kremowe futro, oznaczone gdzieniegdzie ciemniejszymi plamami. Jego futro ściemniało z wiekiem i owe plamy nie rzucają się już aż tak w oczy. Przy chwili przyglądania się można dostrzec przyciemnienie na lewej stronie pyska, na prawym udzie, prawym nadgarstku i na zadzie, przy nasadzie ogona. Na jego sierści widnieją również białe znaczenia. Na nosie, piersi i tylnych łapach poniżej stawów skokowych. Ma pasujące do koloru futra, miodowe oczy. Nieduże, szeroko ustawione uszy zakończone małymi pędzelkami.
Wyrósł na spokojnego i rozsądnego kota. Można nazwać go cichym, z pewnością nie jest typem gaduły. Ma szlachetne ideały i wielkie marzenia. Wierzy w prawdę, przyjaźń i lojalność. Stara się by każdy jego czyn i każde wypowiadane słowo miało przynieść jakąś korzyść dla jego rodziny, jego samego lub całego Nowego Świtu. Jest towarzyski, łatwo nawiązuje kontakty, a z interakcji z kotami czerpie dużo przyjemności i energii. Ambitny, odpowiedzialny, uczciwy, uparty.
Tundra (NŚ), Płocha (KR)
Słuchał Barwnej Historii z coraz większym rozbawieniem. W swoim nie szczególnie kolorowym życiu nie spotkał jeszcze nikogo tak odklejonego od rzeczywistości. Do pewnego momentu to wszystko było jeszcze w granicy akceptowalnej - rozumiał jego artystyczną duszę, rozumiał ciekawe, pozytywne usposobienie. Teraz, kiedy szylkret zaczął rozprawiać o tym, że nie ma matki, a jego rodzeństwem są abstrakcyjne koncepty, nowoświtowiec zaczął zastanawiać się, czy aby na pewno nieznajomy na równo pod sufitem. Albo ma wyjątkowo dziwaczne poczucie humoru i cała ta szopka to nietrafiony żart, albo samotnicze życie naprawdę mocno mu zaszkodziło.
To wszystko nie miało jednak znaczenia, Barwna Historia nadrabiał wyglądem. Wszelkie mankamenty jego specyficznej osobowości znikały wraz z powiewem wiatru rozwiewającym jego kolorową sierść. Nie znał wielu kotów o tak pięknej, pstrokatej sierści. Coś w tej jego oderwanej od rzeczywistości gadce było dla Pędu pociągającego. To, czego zapragnął nie wymagało zgodności charakterów, wyłącznie chwilowego porozumienia ich cielesnych powłok. Wspaniałego tańca, czy jakkolwiek inaczej można poetycko nazwać to, co mogło między nimi zajść.
- Jeżeli tego zapragniesz, będziesz mógł doświadczyć nie wichru, a burzy - zapowiedział nie odrywając lekko zmrużonych oczu od oblicza kocura. Poruszył się lekko, a jego ogon przepłynął w powietrzu kawałek, by ziołowy zapach starszego z kotów dotarł do nosa młodszego z nich. Był to przyjemny zapach, choć dość intensywny, jako że zaraz przed opuszczeniem obozu segregował zebrane w składziku zioła. Jeszcze jeden krok w jego stronę, jeszcze bliżej Barwnej Historii, został tylko jeden krok lub dwa i będzie mógł dotknąć go ogonem. Zadrżał, a z jego oczach zapłonął ogień, kiedy wpatrywał się w swojego nowego znajomego.
Broken down and hungry for yourlove Withno wayto feedit
Whereare you tonight? Child, ya know how much I need it
It's neverover All my blood for the sweetness of his laughter
It's neverover He'sthetearthathangsinsidemysoulforever.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Na plażę przybył niedługo przed zachodem słońca. Po dwunogach już dawno nie było śladu, spłoszeni kończącym się dniem i komarami uciekli do potworów i odjechali w swoją stronę. Lepiej dla Bezimiennego, który wymęczony długim czasem nagrzewania się pod prażącym słońcem, mógł w końcu odetchnąć dzięki delikatnemu wiatrowi. Chociaż tyle. Na plażę przybył, żeby ugasić również pragnienie, które go męczyło praktycznie od wschodu, a wcześniej jakoś nie zdarzyło mu się być w pobliżu Grzmiącej Rzeki czy jakiegokolwiek innego zbiornika.
Nachylił łeb, chłeptając trochę wody, a następnie, korzystając z samotności, położył się na ziemi, przednimi łapami krążąc po namokniętym piachu pod płytką wodą na brzegu.
Praktycznie, nic specjalnie go to nie przyciągało. Może szukanie Sadzawki na własną łapkę, może nuda, a może dziwny miks obu tych rzeczy lub w ogóle co innego? Nie ważne co by to nie miało być, Szpon najpewniej sam nie wiedział czemu w końcu znalazł się aż tutaj. Ostatecznie chyba stawiałby na ciekawość co jest za Grzmiącą Ścieżką? Bo nie był tu ani razu!! Ani chyba nikt kogo znał się tu nie wybierał. Poza chyba Artemem?... Ach, nie ważne - grunt że myknął przez nią i był w jednym kawałku. Nie widział ani dwunogów, ani potworów, ani niczego innego co by miało mu zagrażać.
Wilgotny smród przypominał ten rzeczny, ale przez bywalność tu dwunogów, w pewien sposób się różnił. Nieznacznie, ale odczuwalnie! W powietrzu było czuć zapach jedzenia, smród potu i spalin... o samotnika! Tego dawno nie grali, ostatniego widział... chyba jak nawet mianowany jeszcze nie był? Nie pamiętał! Wieki temu.
Ten samotnik, jednak, z każdym krokiem zaczynał się wydawać dziwnie... znajomy i nie do końca samotniczy! Chuderlawy, niski, czarny - to byle cechy jakie mógłby mieć każdy. Blizna przechodząca przez oko nieco myląca. Ale zębiska?? Nie widywał takich kotów nigdzie. Pozostając w nieznacznej odległości, którą ciągle zawężał, coraz bardziej utwierdzał się w fakcie, że to nie byle samotnik, tylko... Szczerbatek. Czemu tutaj?? Faktycznie zniknął z Klanu? SERIO nie miał tylu obowiązków? Od kiedy go nie ma? CZEMU go nie ma? Po co uciekł? Kazał mu ktoś uciec? Czemu akurat wtedy? Dlaczego nic nie powiedział Szponowi? Przecież sobie ufali...! Już sobie nie ufają?!
Kotłujące się w jego łbie myśli sprawiały, że tylko czuł jak narasta w nim frustracja. Złość, pomieszana ze smutkiem i żalem, nie była zdecydowanie niczym w porządku w wypadku Szpona. Szczególnie wobec Szczarba, w końcu...!!!! Oni się na siebie nie gniewali nigdy! - Gdzie ty żeś był!! - ryknął w jego stronę. Bez cześć, bez nara, bez gróźb - chociaż ton głosu wskazywał na to, że był co najmniej poirytowany - Szpon jedynie oczekiwał wyjaśnień. Jakichkolwiek, ale logicznych.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Napuszył się tak, że można by pomyśleć, że czarny, wielki jak na swój rozmiar, jeż wyszedł z lasu, by postraszyć Gwiezdnym ducha winne koty czy dwunogów przejeżdżających obok Topiołków. Zestresował się na tyle, że zamarł w bezruchu na dłuższy moment, podwijając ogon przy łapach. To był już jego koniec. Jak nie Szpon zamorduje go za ucieczkę, to sam zaraz wyzionie ducha, poprzedzając to potężnym zawałem serca.
Odwrócił powolnie głowę w stronę rzeczniaka, a następnie, równie ostrożnie, podniósł się z kucek, by móc swobodniej usiąść, przyglądając się białemu. Co miał mu odpowiedzieć? Że przeprasza? Że go porwano? Przyjaciel, choć nie wyglądał, wcale głupi nie był. Nie uwierzyłby w byle bajeczkę, co by go uspokoić. A czy mógł powiedzieć mu prawdę? Ufał mu, wiedział, że nie poleci rozpowiedzieć wszystkim, nie nakabluje Łabędziowi, jeśli tylko poprosi. Chyba, że jego frustracja była obecnie na tyle duża, że uzna, że to dla jego dobra. Kto wie, co wtedy zrobią. Co pomyśli sobie Ciemna Mordka, Siniak, wuj. Osądzą i wyrzucą? Już sam to zrobił, nie ma co się fatygować. Wybaczą i pozwolą zostać? Będzie do końca życia czuł potępiający wzrok wszystkich współklanowiczów.
- ja... - zaczął. Nie skończył, bo nawet nie wiedział jak. Stał tak chwilę z otwartą mordką, a ostatecznie z pyska wymksnął mu się co najwyżej dziwny jęk. I tyle z rozmowy.
Choć w sumie. Pytał, gdzie był. Nie dlaczego, nie po co. Tylko gdzie. Na to mógł odpowiedzieć.
- Tu...I tam...Byłem przy zagrodzie...z końmi - przełknął ciężko ślinę. - I ten...przy granicy...z gromem. I cieniem...i Wichrem też w sumie...to chyba wszystko... - jąkał się, gubił słowa, zmieszany. Nie utrzymywał nawet kontaktu wzrokowego ze Szponem, patrząc mu się co najwyżej na łapy albo gdzieś w dal, obok pyska. Nie mógł znieść jego wzroku.
Właściwie, czego się spodziewał po tym pytaniu!! Skrzywił się pod nosem, obserwując go uważnie, czekając na dalsze wyjaśnienia, ale… ale nie, nic, milczał. Spoko!!!! JASNE!!! Sam sobie je wyprosi. - No i czemu nie wróciłeś?? Przecież już nie ma cię od paru księżyców, na pewno znalazłbyś drogę do Rzeki! Jak nie to ja mogę teraz cię zaprowadzić, weź, nawet Łabędź ci imię odda i luz będzie. Gadałem z nim ostatnio - i poszło dość nijak, będąc szczerym, więc nie ma chyba co tego rozgadywać. - No i z Siniak też!! Martwi się o ciebie, ja się o ciebie martwiłem. Byłem pewien, że masz tyle roboty i nie masz czasu gadać, albo że się obraziłeś! Dopiero niedawno poszedłem powiedzieć Łabędziowi żeby zluzował z tą robotą do ciebie i… no! Wracamy? Wracaj, stary, ile czasu cię nie było! Nawet… nawet nie wiem co powiedzieć, myślałem że mnie ciągle unikasz!
Co było najlepszą z opcji, jakie chodziły po głowie Szpona. Przynajmniej nie umierał! Obrażony Szczerbatek mógł być udobruchany w najgorszym wypadku i… no, tyle. Ucieknięty i żywy był też opcją do przyjęcia. Ale… dziwną. - Po co w ogóle uciekałeś? Przecież… no, wiem, że się wkurzyłeś, ale znasz Łabędzia, niedługo by zwrócił imiona. A Rybołów i tak nic nie robi! Siedzi cicho gdzieś w lecznicy i nie widać jej nigdzie. Łapę mi nawet w Gromie ostatecznie składali. A ta twoja blizna to tak dla efektu bycia groźnym??? Żeby nikt cię nie zaczepiał? - idealnie, setka tematów. Teraz to sobie mogli pogadać! O ile Szczerbatek się odezwie.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Położył uszy płasko po głowie, ponieważ wszystko, co mówił Szpon było takie odrealnione. Tak bardzo już się nie przejmował swoim imieniem, obowiązkami, klanem, odwrócił się od tego wszystkiego i, choć noce były nieprzespane, żyło mu się znośnie. Oprócz tego, że tęsknił niesamowicie mocno, w sumie głównie za przyjacielem, tak mógłby zostać samotnikiem bez historii, bez imienia. Chyba, że trafialiby się tacy, co będą go nazywać szczerbatym, jak ten mały gówniarz jakiś czas temu. Wtedy imię było faktycznie przydatne.
- Ja nie... - zamilknął, słysząc dalszy ciąg wywodu Szpona. Nie chciał mu przerywać, ponieważ wciąż nie wiedział co powiedzieć. Najchętniej to by się po prostu rozpłakał. Nawet faktycznie mu się zbierało, bo gapił się w przestrzeń zeszklonymi oczami. - Nie mogę... - powiedział cicho, zerkając w końcu na pysk przyjaciela. Warga mu drżała, kąciki powoli puszczały łzy, a w głowie szumiało tylko błaganie, by się ogarnął. Nie tak powinno było wyglądać ich pierwsze spotkanie po czasie.
- Nie wkurzyłem się na Łabędzia...Ani na ciebie...Ja...Ja byłem głupi. Tak bardzo, bardzo głupi - wyjęczał w końcu, pociągając nosem. A jak tylko wspomniał o bliźnie, odwrócił głowę, by biały mógł dostrzec jedynie jego prawą, zapłakaną stronę, ukrywając pocięty policzek i brew.
Brak wyjaśnień nadal?? Twardy zawodnik!!! Nie za twardy na Szpona, który zrobił krok jedną łapą w przód, znów zabierając głos. Ba, praktycznie w ostatnie pół słowa się mu wciął. - OBOJE byliśmy głupi!! Nikogo to już nie obchodzi, a jak się ktoś nawet odezwie, to przecież mu przez pysk strzelę, żeby się opamiętał i wiedział, że ma z nami nie zaczynać! No, jak zawsze, wiesz, ty i ja?! Najsilniejsza dwójka?!? - czyżby płakał? Zdawało się, że tak. Szpon zrobił kolejny krok w jego stronę, teraz będąc być może jeden sus od niego. - Przecież nikt ci nie zabroni wrócić! Możesz do nas wrócić! To twój dom!