- No!! W końcu to mój pomysł, oczywiście że jest dobry - odparł wesoło, unosząc kąciki ust do góry w uśmiechu, być może aż takim zbyt pewnym siebie. Nie każdy jego pomysł bywał dobry, owszem… ale czy teraz to było w sumie ważne? Nie, zdecydowanie nie było. To on tu był tym pozytywnym i wesołym, nie miał zamiaru się rozdrabniać na to, że czasem zrobił coś głupiego. Ten pomysł nie będzie głupi, nie miał prawa nie wyjść.
Na kolejne tylko się skrzywił. Może i się nudziło, ale… taka jego rola - Szpona. Żyć tam i w sumie, jedynie dbać o to, by inni mogli w miarę spokojnie spać, bo żaden pies czy kuna nie wpadnie zaraz do Klanu. I owszem, było pełno innych kotów, które mogły o to zadbać… ale on był najlepszy, co nie? Więc nie chciał, żeby czasem ktoś ucierpiał, bo jemu “znudziło się życie w Klanie”. Tak nie można, po prostu. - Liczę, że szybciej niż później - mruknął, nie kryjąc tego że faktycznie… no, chciał, by wrócił pewnego dnia, jeszcze tego obiegu pór, a nie za jakieś trzy! Szpon był bezpośredni w tym czego chce. Zawsze był i zawsze pewnie będzie. Tutaj też nie miał zamiaru owijać w bawełnę, szczególnie że chyba Szczerbatek sam wiedział, że Szponowi zależy na jego powrocie. Mógł zauważyć po jakichś pięciu, jeśli nie pięćdziesięciu, próbach przekonania go do powrotu do obozu.
Na wspomnienie o tym co ma zrobić z Siniak… po prostu odetchnął. Coś wymyśli. Coś, żeby nie było problemu, żeby nie okłamał… zbyt bardzo. Cokolwiek, co będzie miało wszystkie łapy i nawet ogon. I żeby przy okazji zbyt nie utrudniało życia czarnemu, gdyby przedwcześnie zobaczył się z siostrą.
Potem zaś, wymierzył ze swojego czoła o to przyjaciela, z cichym hukiem o nie uderzając. Przyjacielski baranek, skoro już sobie wyznawali jak bardzo chcieli, żeby byli. - Wiesz, że ci nie wierzę, co nie? - mruknął, z tej śmieszno bliskiej pozycji gapiąc się mu w oczy. Wiedział. Na pewno wiedział. Nawet Szczerbatek nie był tak głupi.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Uśmiechnął się krótko pod nosem. Tak, faktycznie, każdy jego pomysł był dobry. A nawet jeśli nie był, to nie było mowy, żeby ta dwójka nie bawiła się dobrze przy realizacji go. Nieważne konsekwencje, nieważne połamane kości, póki mogli się trochę rozerwać i dodać odrobinę urozmaicenia do monotonnego klanowego życia. Nie mógł wtedy narzekać na nudę, to fakt. Zawsze gdzieś w pobliżu kręcił się biały wielkolud z niewyparzoną gębą, gotów na skoczenie w przepaść, byle pokazać, że jest lepszym. A Szczerbatek z wielką chęcią szedł w jego ślady. Nawet nie dlatego, że chciał coś udowodnić, choć często taki był motyw, ale dlatego by być blisko niego. Bo tak naprawdę, prócz Szpona nie było nikogo innego.
- Postaram się - powiedział cicho, kiwnął łbem gdzieś po drodze i odwrócił wzrok. Nie chciał dawać mu złudnej nadziei, że faktycznie wróci. Ani że się namyśli. Ale może się starać, może pozwalać umysłowi na przelotne analizowanie faktów, zrobienie listy za i przeciw, pochopną decyzję, której nie podejmie póki się z tym nie prześpi. Wcześniej by tak zrobił, żadna akcja z jego strony nie była przemyślana, nadawało to życiu nieco smaku. Ostatnimi czasy coraz częściej się zastanawiał, zapalała mu się w głowie lampka, mówiąca czy aby dobrze robi, czy się po drodze nie zabije. Mimo wszystko, mogło mu to uratować życie już kilka razy.
- Wiem - naparł na czoło przyjaciela, opierając się o niego. - Ale powinieneś - westchnął cicho, również gapiąc mu się w oczy z tak bliskiej pozycji. A potem po prostu odsunął łeb, by wtulić go w puchatą szyję rzeczniaka. Dawno nie miał nawet odrobiny bliskości, choćby przyjacielskiej. Może to i lepiej, bo Brzózka prawdopodobnie odgryzłaby mu łapy.
Postara się…. zawsze coś, nie mógł narzekać. Lepsze to, niż jakby uznał, że nie chce w ogóle wracać i właściwie to hatfu na Szpona i całą Rzekę. No, może i tak myślał… ale póki tego nie mówił, biały nie śmiałby nawet pisnąć czegokolwiek na ten temat. - Dobrze wiesz, że nie będę - odpowiedział w zaparte, kładąc ostrożnie łeb na ten jego. Nie miał nic przeciwko czułościom… jedynie potem pozbyć się zapachu, żeby nie było dziesięciu teorii czemu śmierdzi tak, a nie inaczej. - To… co, zaraz pa? Kręć się gdzieś tu, przed samą podróżą przyjdę powiedzieć, że idziemy i mniej więcej jaką trasą. Spróbuję przez to miejsce tu.
Dorzucił zaraz. Skoro… chciał iść z nimi, chyba wypadało mieć jakiś plan? Jakikolwiek który trzymałby się ładu i składu? - A jakby się przedłużało, to wiesz, wpadnę tu tak po prostu, nie!
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Nie wiedział, czy ma w duchu dziękować Gwiezdnym, że Szpon nie zamierzał mu w jakikolwiek sposób uwierzyć, czy jednak przeklinać los, że trafił mu się taki przyjaciel, który byłby w stanie wybielać wszystkie jego grzeszki, bo przecież co złego to nie on. Obie te wersje miały swoje wady, jasne, ale w tej chwili to już w sumie nie miało znaczenia. Najważniejsze, że był blisko.
- Mhm, za moment - powiedział cicho, ocierając się delikatnie o szyję przyjaciela. Może faktycznie nie powinien, może faktycznie Szpon przesiąknie jego samotniczym zapachem i tyle będzie z całej akcji konspiracji. - Jasne, będę się tu kręcił - kiwnął łbem, odsuwając go, by móc się spojrzeć na rzeczniaka. Jakkolwiek źle by się to całe spotkanie nie zaczęło, był zadowolony, że zmierzało ku końcowi w taki sposób. Czuł się lżej, i na duchu i na umyśle, szczególnie że w końcu mógł powiedzieć komuś co go boli.
- Dobra. A ten...Ale jakbym nie wracał w najbliższym czasie. Odwiedziłbyś mnie jeszcze?
Nie przeszkadzało mu to... szczerze, jakkolwiek, że miałby nim przesiąknąć. Owszem, potem musiałby dłużej się tarzać w zielsku, ale na dobrą sprawę, czy go to obchodziło? Tęsknił za Szczerbatkiem z całego serca. Ostatnim czego chciał, to żeby teraz ten przedwcześnie się od niego oddalał. Głową opierał się o tę przyjaciela, wciskając go nieco bardziej w swoją szyję. Z przymkniętymi oczętami siedział bez słowa (szok!), aż ten się odsunął. - Pytanie!! Będę próbował. Jak będę znikać z obozu co dzień, to na pewno ktoś się połapie, że coś jest na rzeczy... ale tak, co pół księżyca to mógłbym przychodzić bez problemu, nie?? - uśmiechnął się lekko. Owszem, chciałby częściej. Dla niego mógłby nawet odpuścić sobie dzień czy dwa pracy! Ale skoro mieli być tajemnicą, to trudno byłoby tak... no, widywać się ciągle. - Posiedzę jeszcze moment. Co ty na to? Potem możesz pomóc mi znaleźć jakiegoś zdechłego wiewióra i się w nim wytarzam. A potem jakieś zioła, to w nich też, żeby mnie czasem nie wygnali za smród. To byłby wstyd!
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Nie spodziewał się tak naprawdę innej odpowiedzi po Szponie, a i tak zacisnął szczękę, gdy tylko zapytał i była króciutka cisza przed słowami przyjaciela. Nie musieli się spotykać codziennie, to jasne, choć byłaby to zdecydowanie miła perspektywa. Tak czy inaczej, dobrze że sobie wszystko wyjaśnili, porozmawiali. Gorzej, że Szpon dalej mu nie wierzył, ale to może kwestia czasu. Bo Szczerbatek sam sobie tego ani nie zapomni ani nie wybaczy.
- Byłoby super. Ja to się kręcę tu i tam, ale możemy sobie wyznaczyć jakieś miejsce, gdzie będziemy się widywać co te pół księżyca. Może być nawet tutaj jak dla mnie - miejsce było miłe, choć we wcześniejszych godzinach było zagrożenie ze strony dwunogów. Popołudniami jednak nie brzmiało jak taka zła opcja.
- Ej, nie śmierdzę aż tak - powąchał są po boku, by spojrzeć na przyjaciele udawanie obrażonym wzrokiem. - Ale skoro wolisz śmierdzieć zdechłą wiewiórką to nie będę cię powstrzymywał.
- Tu... niech będzie!!! - nie było to złe miejsce. Zdecydowanie dość prywatne, Klanów tu nie widywał. A jak się coś zmieni, znajdą coś innego i się tam przeniosą. Proste, co nie? Nie będzie tego złego, zawsze się coś wymyśli. To oni. Nie było innej opcji niż taka, w której ostatecznie będą razem. Muszą być. Tak po prostu jest. - Owszem... bo śmierdzisz dużo gorzej! - odpowiedział zaczepnie, wykrzywiając pysk w wesołym uśmiechu. Będąc szczerym, to w ogóle nie miał żadnego zapachu... może trochę ziołowy? Trochę wodny??? Nic specjalnego, ot, zwykły samotniczy. Mógłby powiedzieć, że ma jakąś tajną kochankę i nikt by go nie mógł posądzić o to, że ma schadzki z przyjacielem. Co za czasy, nie? Żeby udawać, że ma się kochankę, byleby móc zobaczyć kumpla. - Chodź, pomożesz mi coś znaleźć... albo, zaraz. Teraz możemy jeszcze sobie moment pogadać, nie?
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
- Chyba ty! - przekomarzanka na najwyższym poziomie, jak zawsze w ich przypadku. Brakowało mu tego, więc był bardziej niż pewny, że chce i musi spotykać się ze Szponem. A skoro to miejsce mu pasowało, to prawdopodobnie będzie często się kręcił w okolicy, a nuż spotka białego gdzieś przypadkiem, po drodze. Będzie mógł zaczepić albo poczeka aż skończy swoje sprawunki i rzuci w niego czymś.
- Mhm. Zawsze możesz się wytarzać na Grzmiącej Ścieżce. Będziesz chwilę śmierdział jak Minogowy....ee...ten łaciaty
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
czekoladowy srebrny szylkret (pręgowany klasycznie) z niewielką ilością bieli. Krótkowłosa, złotooka, z wywiniętymi uszami.
Zdawałoby się, że przeżyte wydarzenia wyssą z niej całą pozytywną energię oraz radość z życia… Ale na szczęście nie! Pomimo napotkanych trudności Ślimaczek wciąż jest tym dużym, pięknym słonecznikiem, którym była za młodu. Po świecie chodzi z szerokim na twarzy uśmiechem, a jej głowa zawsze jest pełna kreatywnych pomysłów i wesołych myśli. Koteczka, pomimo groźnego wyglądu, zaraża otoczenie szczęściem i zdaje się, że w tym małym ciałku nie ma ani krzty negatywnych emocji. Buźka nigdy jej się nie zamyka, bo nawet, gdy nie ma o czym gadać to gada, by po prostu gadać! Wszystko tak jak dawniej… No ale z małymi różnicami. Zmieniło się chociażby to, że pod wpływem ciężkich warunków przyzwyczaiła się do samotności, której kiedyś nie potrafiła znieść. Nie można co prawda powiedzieć, że znajduje w niej totalne ukojenie, ale w pewnym sensie ją nawet polubiła. Osiedle nauczyło ją również ostrożności i całkowicie zabiło naiwność, która kiełkowała w niej niemalże od dziecka. Dawne przekonanie o cząsteczce dobra znajdującej się w każdej żywej duszy wyparowało, robiąc miejsce myśli, że po świecie chodzą również potwory, których umysły są pełne demonów. Nie ma już idei świata idealnego, pozbawionego wszelkiego zła. Zaufanie, którym wcześniej obdarzała każdą napotkaną istotę, ograniczyło się tylko do najbliższych jej kotów. To znaczy do rodziny, która, pomimo długiej rozłąki, wciąż zdaje się być ważnym fundamentem jej życia. Ale czy krewni w ogóle jeszcze o niej pamiętają?
Poza negatywnymi zmianami są, rzecz jasna, również te pozytywne, jak chociażby to, że znacznie wzrosła jej pewność siebie, a nieprzyjemne komentarze rzucane przez inne koty przestały robić na niej jakiekolwiek wrażenie. Nauczyła się dbać o własny zadek, sama, bez konieczności sięgania po pomoc. Podsumowując to wszystko, zdaje się, że w końcu dorosła.
Kornikowy Żer [KG], Tygrys [GK]
Gdyby ktoś zapytał, bez wahania mogłaby przyznać, że osiedliła się przy jeziorze na stałe. Topiołki, ku jej zaskoczeniu, okazały się wyjątkowo spokojnym i w dodatku dość urodziwym terenem. Czuła się w tych okolicach bezpiecznie, z dala od klanów i dwunożnych. Zamierzała spędzić tutaj całą Porę Nagich Drzew. A co dalej? To się zobaczy. Czas pokaże, los zadecyduje. Może na wiosnę zdecyduje się na powrót do Cienia, bo do tego czasu sytuacja klanu na pewno się ustabilizuje. Albo może wręcz przeciwnie. Może porzuci pomysł powrotu do domu, tym razem już permanentnie i do końca swoich dnia skazana będzie na samą siebie? To odległy czas. Za daleko, by móc cokolwiek stwierdzić.
Zabawne, bo spędzała przy wodzie całkiem sporo czasu, ale nigdy nie nauczyła się ani pływać, ani łowić. Do tej pory chyba... Nie było jej to potrzebne. Albo wcale nie lubiła smaku oślizgłych, mokrych ryb? Powód nieokreślony. W każdym razie, dziś nic w tej kwestii nie miało się zmieniać. Wciąż codzienność, wciąż rutyna. Stanęła na brzegu jeziora i wlepiła spojrzenie w jego taflę, gdzieś bliżej horyzontu, a dalej siebie. Taki rytuał. Lubiła obserwować taflę wody i zastanawiać się, co będzie danego dnia robić.
Nie wiedziałam, gdzie idę. Miałam wrażenie, że od tamtej nocy, od kiedy zdecydowałam się opuścić Klan Rzeki… błądziłam non-stop. Chodziłam w kółko, nieprzyzwyczajona do wielkiego świata na zewnątrz. Cudem unikałam granic klanu, przyzwyczajona do tego zapachu, doskonale wiedząc, jak pachnie większość moich… byłych członków tej wielkiej, popapranej rodziny. Teraz już nie miałam rodziny. Żadnej. Miałam nadzieję, że Perkoz o mnie zapomni. Tak będzie dla niej lepiej – pozbyć się jakichkolwiek myśli o głupiej, przerażonej Cyrance. O siostrze, która zostawiła ją bez słowa, tylko z jakimś żałosnym bukietem. Ja byłam żałosna.
Z każdym kolejnym uderzeniem serca nie tyle co żałowałam mojej ucieczki, ale obawiałam się, co będzie dalej. Nie potrafiłam polować, nie chciałam polować, a nie miałam więcej pożywienia. Jak ostatni głupek pożarłam te ptaki tak szybko, nie zostawiając ich w razie kryzysowej sytuacji, na czarną godzinę. Prędzej czy później umrę, wiedziałam to… a jednocześnie okropnie się tego bałam. Coraz bardziej.
Nawet nie wiem, kiedy przekroczyłam tę dziwną, czarną linię. W oddali zauważyłam wodę, mój jedyny ratunek. Gdy zbliżyłam się jednak bliżej i zauważyłam obcą kocicę… instynktownie spróbowałam szybko schować się w jakichś krzewach, nagich krzewach. Idealną porę sobie wybrałam na odejście z klanu. Ależ ja byłam głupia. Ale przynajmniej mogłam ocalić moich bliskich. Przynajmniej oni przestaną cierpieć.
Przez przypadek nadepnęłam na gałązkę, która zrobiła głośne trzask. Skuliłam się cała, jeszcze bardziej pokazując moje wystające kości. Co robić…? Nie chciałam, żeby mnie zobaczyła.
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
czekoladowy srebrny szylkret (pręgowany klasycznie) z niewielką ilością bieli. Krótkowłosa, złotooka, z wywiniętymi uszami.
Zdawałoby się, że przeżyte wydarzenia wyssą z niej całą pozytywną energię oraz radość z życia… Ale na szczęście nie! Pomimo napotkanych trudności Ślimaczek wciąż jest tym dużym, pięknym słonecznikiem, którym była za młodu. Po świecie chodzi z szerokim na twarzy uśmiechem, a jej głowa zawsze jest pełna kreatywnych pomysłów i wesołych myśli. Koteczka, pomimo groźnego wyglądu, zaraża otoczenie szczęściem i zdaje się, że w tym małym ciałku nie ma ani krzty negatywnych emocji. Buźka nigdy jej się nie zamyka, bo nawet, gdy nie ma o czym gadać to gada, by po prostu gadać! Wszystko tak jak dawniej… No ale z małymi różnicami. Zmieniło się chociażby to, że pod wpływem ciężkich warunków przyzwyczaiła się do samotności, której kiedyś nie potrafiła znieść. Nie można co prawda powiedzieć, że znajduje w niej totalne ukojenie, ale w pewnym sensie ją nawet polubiła. Osiedle nauczyło ją również ostrożności i całkowicie zabiło naiwność, która kiełkowała w niej niemalże od dziecka. Dawne przekonanie o cząsteczce dobra znajdującej się w każdej żywej duszy wyparowało, robiąc miejsce myśli, że po świecie chodzą również potwory, których umysły są pełne demonów. Nie ma już idei świata idealnego, pozbawionego wszelkiego zła. Zaufanie, którym wcześniej obdarzała każdą napotkaną istotę, ograniczyło się tylko do najbliższych jej kotów. To znaczy do rodziny, która, pomimo długiej rozłąki, wciąż zdaje się być ważnym fundamentem jej życia. Ale czy krewni w ogóle jeszcze o niej pamiętają?
Poza negatywnymi zmianami są, rzecz jasna, również te pozytywne, jak chociażby to, że znacznie wzrosła jej pewność siebie, a nieprzyjemne komentarze rzucane przez inne koty przestały robić na niej jakiekolwiek wrażenie. Nauczyła się dbać o własny zadek, sama, bez konieczności sięgania po pomoc. Podsumowując to wszystko, zdaje się, że w końcu dorosła.
Kornikowy Żer [KG], Tygrys [GK]
Choć Ślimaczek była bardzo skoncentrowana na swoim planowaniu, nie umknęły jej dźwięki, które nagle zakłóciły niemalże głuchą ciszę. Nie sądziła, że spowodowało jej jakieś zagrożenie, to znaczy drapieżnik, bo w takim wypadku na pewno zorientowałaby się wcześniej... Ale warto to było sprawdzić, mimo wszystko. Od razu wstała (być może podświadomie szykując się do ucieczki) i odwróciła się w kierunku źródła dźwięku... Albo raczej po prostu tyłem do tafli wody, bo nie była pewna skąd konkretnie dochodził hałas. W każdym razie, szybko przejechała wzrokiem po otoczeniu, ale jej uwagi nie zwróciło nic konkretnego... Tak właściwie widziała to samo co wtedy, gdy tutaj przyszła. Żadnych nowości. Nic, co mogłoby ją zaniepokoić... No, może poza tym, że czuła się obserwowana.
- Hej, słyszałam cię! Wyskakuj z kryjówki! - Rzuciła pewnym tonem głosu, choć nie do końca była taka pewna siebie. Chyba to nieprzyjemne wrażenie czyjegoś spojrzenia na swoim ciele powodowało te obawy i dyskomfort. Ale życie nauczyło ją, że trzeba być twardym, nie ważne co by się działo. Postąpiła więc krok do przodu, ustawiając się w bojowej pozycji. Wpuściła na twarz groźny grymas, a następnie z jej gardła wydobyło się głośne... Szczekanie i powarkiwanie. Cudownie.
Cudownie. Wiedziałam, że trzask gałązki nie mógł umknąć jej uwadze. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, co robić. Wolałam nie wychodzić z krzaka, a zarazem czułam, że jeśli tego nie zrobię, to ta kocica prędzej czy później mnie znajdzie, podejdzie i coś mi zrobi. Może jeśli zacznę współpracować szybciej, to uniknę większych konsekwencji. Zawsze mogłam próbować też uciekać, ale… czułam, że moje całe ciało jest sparaliżowane, a łapy sztywne, niczym ugrzęzłe w ruchomych piaskach. Nie miałam innego wyboru. Może właśnie tak miałam skończyć.
– Nn-nie z-z-z-a-za-bijaj m-m-mnie. P-pr-proszę – wydukałam, kuląc się, kładąc po sobie uszy, drżąc – sama nie wiem, czy ze stresu, czy z zimna… już wyobrażając sobie jej pazury przebijające moją skórę. Dlaczego ona warczała i szczekała…?
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
czekoladowy srebrny szylkret (pręgowany klasycznie) z niewielką ilością bieli. Krótkowłosa, złotooka, z wywiniętymi uszami.
Zdawałoby się, że przeżyte wydarzenia wyssą z niej całą pozytywną energię oraz radość z życia… Ale na szczęście nie! Pomimo napotkanych trudności Ślimaczek wciąż jest tym dużym, pięknym słonecznikiem, którym była za młodu. Po świecie chodzi z szerokim na twarzy uśmiechem, a jej głowa zawsze jest pełna kreatywnych pomysłów i wesołych myśli. Koteczka, pomimo groźnego wyglądu, zaraża otoczenie szczęściem i zdaje się, że w tym małym ciałku nie ma ani krzty negatywnych emocji. Buźka nigdy jej się nie zamyka, bo nawet, gdy nie ma o czym gadać to gada, by po prostu gadać! Wszystko tak jak dawniej… No ale z małymi różnicami. Zmieniło się chociażby to, że pod wpływem ciężkich warunków przyzwyczaiła się do samotności, której kiedyś nie potrafiła znieść. Nie można co prawda powiedzieć, że znajduje w niej totalne ukojenie, ale w pewnym sensie ją nawet polubiła. Osiedle nauczyło ją również ostrożności i całkowicie zabiło naiwność, która kiełkowała w niej niemalże od dziecka. Dawne przekonanie o cząsteczce dobra znajdującej się w każdej żywej duszy wyparowało, robiąc miejsce myśli, że po świecie chodzą również potwory, których umysły są pełne demonów. Nie ma już idei świata idealnego, pozbawionego wszelkiego zła. Zaufanie, którym wcześniej obdarzała każdą napotkaną istotę, ograniczyło się tylko do najbliższych jej kotów. To znaczy do rodziny, która, pomimo długiej rozłąki, wciąż zdaje się być ważnym fundamentem jej życia. Ale czy krewni w ogóle jeszcze o niej pamiętają?
Poza negatywnymi zmianami są, rzecz jasna, również te pozytywne, jak chociażby to, że znacznie wzrosła jej pewność siebie, a nieprzyjemne komentarze rzucane przez inne koty przestały robić na niej jakiekolwiek wrażenie. Nauczyła się dbać o własny zadek, sama, bez konieczności sięgania po pomoc. Podsumowując to wszystko, zdaje się, że w końcu dorosła.
Kornikowy Żer [KG], Tygrys [GK]
Momentalnie się zamknęła, gdy do jej uszu doszedł cichutki, przestraszony głosik. Jejku! Racja, pewnie z tym szczekaniem i bojową postawą wyglądała całkiem groźnie... Ale że aż tak?! Nie spodziewała się. Od razu zalała ją fala ogromnego wstydu. Policzki płonęły, czuła się tak głupio! Strach ulotnił się, a na jego miejsce wkroczyło poczucie winy. Twarz szylkretki złagodniała, pojawiło się na niej przejęcie. Zastanawiała się skąd u nieznajomej istotki taka postawa. Początkowo pomyślała sobie, że może mieć do czynienia po prostu z dzieckiem, ale... Chyba poznałaby wtedy po głosie. Z naciskiem na chyba.
- Co? Nie zamierzam cię przecież zabijać, no co ty dajesz! - Zrobiła krok do przodu, w stronę zarośli, z których dobiegał obcy głos. Ani na moment nie pomyślała, że to może być podpucha! W jej opinii reakcja była szczera, to wszystko wyglądało i brzmiało bardzo prawdziwie. Ale chyba i tak powinna być ostrożna. Dlatego nie podeszła bliżej. Z drugiej strony, dystans chciała zachować po to, by nie przestraszyć bardziej tajemniczej postaci. - Wystraszyłam cię, przepraszam! Z góry założyłam, że jesteś jakimś groźnym psiurem, a z tymi to już miałam wystarczająco do czynienia! Możesz wyjść, zapewniam, że z mojej strony nic ci nie grozi. - Posłała w przestrzeń szeroki, przyjazny uśmiech. Liczyła, że zostanie on dostrzeżony i w jakimś stopniu zachęci nieznajomą do opuszczenia swojej marnej kryjówki. Gdzieś pomiędzy tymi krzakami Ślimaczek widziała jakieś ciało, ale to było praktycznie nic. Zdecydowanie bardziej wolałaby porozmawiać twarzą w twarz. Wtedy przynajmniej nie czułaby się, jakby rozmawiała z niewidzialnym duchem.
Kocica zdawała się rozluźnić, przestała warczeć i szczekać, sprawiając teraz sympatyczniejsze wrażenie… ale nadal się bałam. Tak okropecznie. Nawet jeżeli obca samotniczka zdawała się być łagodna, pozytywnie nastawiona do mnie, to nie potrafiłam jej zaufać, nie potrafiłam zmienić wszelkich mechanizmów w mojej głowie, które mówiły mi, że powinnam trzymać dystans, nie zbliżać się zbyt blisko do nieznajomych. Czułam, że wszyscy byli od teraz moimi wrogami, moimi potencjalnymi przeciwnikami – bo dlaczego ktoś zupełnie mi obcy miałby się przejąć moim losem? Żyłam od teraz na własną łapę, musiałam martwić się o swoją skórę, nikogo nie obchodziłam. I to była straszna myśl do przełknięcia, bo ja… ja mimo wszystko byłam kotem, który potrzebował innych do przetrwania. Nie tylko w sensie utrzymania się przy życiu, ale w utrzymaniu się przy zdrowych zmysłach. Łaknęłam towarzystwa innych, a teraz byłam zdana jedynie na siebie. Na tę żałosną istotę, którą w istocie byłam.
Nie potrafiłam się ruszyć. Strach sparaliżował mnie do tego stopnia, że nie potrafiłam choćby skierować w jej stronę pyszczka, wyjąć go z plątaniny gałązek. Czułam się tutaj bezpiecznie, schowana przed światem, przed całym złem. Choć wcale bezpieczna nie byłam.
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
Księżyce: 87 Mistrz: Ćmi Pyłek, Niedźwiedzi Ryk Płeć: kotka Matka: Astrowy Płatek [*] [Macaroni] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [*] Trwałe urazy: blizna na prawej części twarzy, niesprawne prawe oko (-2zm), częściowy brak lewego ucha, blizny na: prawej łopatce, prawym stawie skokowym, lewym udzie oraz plecach; brak sporej części ogona (łysy kikut, -2zr), łysy kawałek zadu.
czekoladowy srebrny szylkret (pręgowany klasycznie) z niewielką ilością bieli. Krótkowłosa, złotooka, z wywiniętymi uszami.
Zdawałoby się, że przeżyte wydarzenia wyssą z niej całą pozytywną energię oraz radość z życia… Ale na szczęście nie! Pomimo napotkanych trudności Ślimaczek wciąż jest tym dużym, pięknym słonecznikiem, którym była za młodu. Po świecie chodzi z szerokim na twarzy uśmiechem, a jej głowa zawsze jest pełna kreatywnych pomysłów i wesołych myśli. Koteczka, pomimo groźnego wyglądu, zaraża otoczenie szczęściem i zdaje się, że w tym małym ciałku nie ma ani krzty negatywnych emocji. Buźka nigdy jej się nie zamyka, bo nawet, gdy nie ma o czym gadać to gada, by po prostu gadać! Wszystko tak jak dawniej… No ale z małymi różnicami. Zmieniło się chociażby to, że pod wpływem ciężkich warunków przyzwyczaiła się do samotności, której kiedyś nie potrafiła znieść. Nie można co prawda powiedzieć, że znajduje w niej totalne ukojenie, ale w pewnym sensie ją nawet polubiła. Osiedle nauczyło ją również ostrożności i całkowicie zabiło naiwność, która kiełkowała w niej niemalże od dziecka. Dawne przekonanie o cząsteczce dobra znajdującej się w każdej żywej duszy wyparowało, robiąc miejsce myśli, że po świecie chodzą również potwory, których umysły są pełne demonów. Nie ma już idei świata idealnego, pozbawionego wszelkiego zła. Zaufanie, którym wcześniej obdarzała każdą napotkaną istotę, ograniczyło się tylko do najbliższych jej kotów. To znaczy do rodziny, która, pomimo długiej rozłąki, wciąż zdaje się być ważnym fundamentem jej życia. Ale czy krewni w ogóle jeszcze o niej pamiętają?
Poza negatywnymi zmianami są, rzecz jasna, również te pozytywne, jak chociażby to, że znacznie wzrosła jej pewność siebie, a nieprzyjemne komentarze rzucane przez inne koty przestały robić na niej jakiekolwiek wrażenie. Nauczyła się dbać o własny zadek, sama, bez konieczności sięgania po pomoc. Podsumowując to wszystko, zdaje się, że w końcu dorosła.
Kornikowy Żer [KG], Tygrys [GK]
Cóż. Wygląda na to, że wcale nie zabrzmiała tak przekonująco, jak jej się wydawało. Odczekała chwilę, jednak tajemnicza nieznajoma nie opuściła swej kryjówki. Czas wydłużał się coraz bardziej, a nadzieje Ślimaczek słabły. No, chyba będzie musiała się trochę bardziej wysilić, jeśli tak bardzo zależy jej na rozeznaniu się w sytuacji.
- Może... Czy potrzebujesz jakiejś pomocy? - Zapytała łagodnie, wciąż stojąc na swoim miejscu. Tak jak poprzednio, nie zamierzała podchodzić ani kroku bliżej. Nic się nie zmieniło w tej kwestii, nie chciała straszyć młodszej kotki. Wolałaby ją do siebie przekonać, jednak nie miała pomysłu jak mogłaby to zrobić. Będąc szczerym, najchętniej po prostu wdarłaby się do jej głowy i zbiła tą palącą się czerwonym światłem lampkę. Tak byłoby najłatwiej, ale niestety, musiałaby mieć naprawdę cudowne umiejętności, by móc tego dokonać.