Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
Najwyraźniej był na tyle zamyślony, lub rozkojarzony, że nie zauważył ciemnego kocura, który się do niego zbliżał.
Na widok nieznajomego ucieszył się, zawsze fajnie było kogoś poznać! Jego pozytywne nastawienie potęgował fakt, że obcy sam do niego zagadał.
— Hejka, można tak powiedzieć. — Uśmiechnął się. — Jestem Chabrowa Dróżka i pochodzę z Klanu Rzeki, chociaż zniknąłem na jakiś czas i oficjalnie nie jestem już częścią klanu. W sumie to nie wiem czy nie powinienem się po prostu przedstawić Chaber? W końcu tamto imię należy do wojownika, a no, ja już nim nie jestem. Przynajmniej na razie.
Usiadł i przyjrzał się rozmówcy. — A ty? Nie pachniesz żadnym Klanem, ale też nie kojarzę cię jako samotnika z tych okolic. No i jak masz na imię? — Pytał przyjaźnie, z widocznym zainteresowaniem.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
Można tak powiedzieć. Najwyraźniej byli w podobnej sytuacji, skoro Chabrowa Dróżka również zniknął ze swojego klanu i nie był aktualnie jego częścią.
Co prawda wyglądał, jakby żył krócej niż Gniewosz znajdował się poza klanem, ale to nic. Mentalnie Gniewek i tak czuł się dużo młodszy, niż faktycznie był, więc mu ten fakt nie przeszkadzał. — ja jesstem Gniewossz. Kiedyśś byłem w Wichrze, ale to było dawno temu. Dlatego nie pachnę Klanem, ani mnie nie kojarzyssz. — wyjaśnił i usiadł przed znajomym-nieznajomym kocurem. — moje sstare imię to Gniewosszowa Łapa, ale minęło tyle czassu, że Gniewossz passuje... bardziej — dodał. Nie był już terminatorem, tylko samotnikiem. Ba, nie pamiętał nawet dnia, kiedy ostatnio przedstawił się komukolwiek jako Gniewoszowa Łapa. Prawdopodobnie... bardzo dawno temu. Z drugiej strony, przecież szukał domu. A to, ile czasu mu to zajęło, nie było już całkowicie zależne od niego. — ciebie też zabrali dwunożni? — zapytał, przyglądając mu się badawczo. Na oko Gniewosza, Chaber był od niego zdecydowanie dużo młodszy. A skoro był już wojownikiem to nie mógł zniknąć na... bardzo długo. Tak przynajmniej podpowiadała mu logika. Może więc zgubił się? Odszedł dobrowolnie? Zdarzyło się coś innego i stała za tym jakaś porywająca historia?
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Nie wiem czemu, ale Gniewosz ci pasuje, w sensie, patrzę na ciebie i to jest to.— Zaśmiał się delikatnie, trochę zażenowany swoim własnym stwierdzeniem. Chyba powinien być to komplement, ale z jakiegoś powodu miał wrażenie, że nie powinien mówić takich rzeczy. Czasem mógłby się zastanowić nad tym co mówi, już dawno nie był kociakiem. A jak o Gniewosza chodzi, to nawet kiedy mówił s to przypominało to trochę syczenie, ewidentnie pasuje mu bycie wężem.
Chaber potrząsnął głową, aby powrócić do rzeczywistości. — A właśnie, jeśli o Wicher chodzi, teraz jest chyba jednym z większych klanów, ale przyjaciel mi mówił, że jest strasznie dużo kotek w porównaniu z kocurami. Jeśli chciałbyś wrócić pewnie zostałbyś przyjęty z otwartymi łapami. — Pewnie jakby poprosił Liska, to pomógłby w poinformowaniu Roziskrzonej Gwiazdy o chęci powrotu kocura.
— A jak o mnie chodzi, to trochę głupia historia — uśmiechnął się niezręcznie. — Nie umiem usiedzieć długo w jednym miejscu, więc kiedy zwiedziłem całe tereny klanu zacząłem wychodzić na ziemie niczyje. Pewnego dnia poszedłem trochę za daleko. Okazało się, że moja orientacja w terenie nie jest wybitna i zniknąłem na cztery księzyce, hah.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
Stosowny czy nie, Gniewosz nie miał takich przemyśleń nad komplementem, który dostał. Zamiast tego, wyszczerzył się przy tym trochę głupkowato na wspomnienie, które pojawiło się w jego głowie. — dzięki. Wiessz, gdy Lawendowa Gwiazda nadawała mi terminatorsskie imię, na początku miałem zosstać Wężową Łapą, ale ja posstanowiłem zakomunikować wtedy na całą ceremonię, że wolałbym być jednak Gniewosszową Łapą, a nie jakimśśtam Wężem. Zgodziła ssię i zmieniła mi to imię od razu, ale... no, przez chwilę byłem Wężem — wyjaśnił, bo uznał, że po takich słowach jego głupkowaty wyraz pyska mógłby być opacznie odebrany, zwłaszcza bez wyjaśnień z jego strony.
Wiadomość o dużej ilości kotek w Wichrze trochę go zdziwiła, bo w sumie... gdy był jeszcze w klanie, jakoś nigdy nie zastanawiał się kogo było więcej. — no, może i tak. A może i nie. Po takim czassie to nie wiem czy ktośś by mnie w ogóle pamiętał jako Wichrzaka, a nie... ssamotnika — odpowiedział, a jego rozbawienie sprzed chwili zmalało. To, o czym mówił, rzeczywiście było jednym z powodów... ale wszystko i tak sprowadzało się do podejrzeń, że jego miejsce w klanie dawno przepadło. — hej, nie przejmuj ssię, to wcale nie jesst głupia hisstoria. Jakby dwunodzy mnie nie złapali to pewnie sskończyłbym podobnie, bo też lubię zwiedzać — przyznał. Było w tym oczywiście dużo prawdy, ale nie chciał też, by jego nowy znajomy-kolega czuł się głupio z takiego powodu.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
Spojrzał na niego z uznaniem, sam nigdy nie poprosiłby o zmianę swojego imienia, nawet gdyby Łabędź obdarował go jakimś obraźliwym. Jednak, doceniał koty, które stawiały na swoim. Z pewnością było to wygodniejsze, niż poprawianie wszystkich jak to robił Poeta. — Lawendowa Gwiazda? — Nie znał za dobrze historii własnego klanu, a co dopiero pozostałych i to imię niewiele mu mówiło. — Och, czyli naprawdę długo byłeś poza klanem, przynajmniej 24 księżyce, tyle mam. Aktualnie w Wichrze przywódcą jest Roziskrzona Gwiazda. — W jego wzroku dało się zauważyć cień smutku. Podczas jego krótkiego życia wiele kotów zniknęło bez śladu, co dopiero za życia Gniewosza. Może ledwo kto w klanie go rozpozna? To musiałoby być bolesne.
Jeśli on zniknąłby na tyle czasu, czy odważyłby się wrócić? Pewnie nie. Nie chciałby wiedzieć ile bliskich umarło, bez jego przy boku.
— Spróbować zawsze warto, oczywiście jeśli chcesz. Życie samotnika jest dla niektórych lepsze niż klanowe. Tak samo, nie wiem jak było kiedyś, ale teraz sporo kotów przechodzi z jednego klanu do drugiego. Jeśli nie Wicher to może gdzieś indziej znajdziesz swoje miejsce. — Powiedział radośniej, starając się rozchmurzyć. — A jeśli nie, to szukanie to też potrafi być fajne, przynajmniej tak mi się wydaje.
Uśmiechnął się łagodnie, usłyszenie czegoś takiego trochę go ukoiło. Może nie był na aż tak straconej pozycji?
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
No tak... Chaber był przecież młodszy, a od śmierci Lawendowej Gwiazdy minęło mnóstwo czasu. Nie powinno go zdziwić, że imię to było młodszemu nieznane. — ah... no tak. Rozisskrzona Gwiazda. Pamiętam. Lawendowa Gwiazda była wcześśniej, w ssumie to przez więksszośść mojego życia w klanie... pamiętam jak Rozisskrzona została Gwiazdą, ale niedługo po tym dwunożni mnie zabrali, więc więksszośść jej przywództwa mussiało mnie ominąć. Nie było mnie w klanie... dłużej niż 24 księżyce. Dużo dłużej. Nie pamiętam już nawet przy ilu przesstałem liczyć — przyznał. Tym razem to jemu zrobiło się trochę głupio. Był tak długo poza klanem, chciał wrócić... a gdy w końcu miał okazję, nie potrafił podjąć decyzji. Jakie było prawdopodobieństwo, że uda mu się trafić na te tereny po tak długim czasie, w dodatku spędzonym na ciągłym wędrowaniu? Pewnie niskie. Bardzo niskie. Miał wręcz niepowtarzalną okazję, a i tak... z niej nie korzystał. — ja chyba... nie wiem które życie jesst dla mnie lepssze. Lubiłem przynależnośść do klanu, ale od dawna jesstem ssam — wyznał, krzywiąc się przy tym delikatnie. Wciąż lubił towarzystwo, ale... był bardziej niezależny. Przyzwyczajony do tego, że na dłuższy czas nie trzymał się z nikim od dawna. Nie wiedział czy potrafił stać się na nowo częścią większej grupy. — chyba ssobie nie przypominam, by wtedy tak było, a przynajmniej raczej nie częssto, o ile mnie pamięć nie myli... w ssumie to wcześśniej nawet nie pomyśślałem o sspróbowaniu w innym klanie... ale ssam nie wiem. Możessz mieć rację... może powinienem tak zrobić… Mussiałbym ssię zastanowić. Chyba ssam już nie wiem czego dla ssiebie chcę.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Rozumiem — skinął głową. — Jeśli o obecnych medyków, to raczej nikogo nie kojarzysz. Dopiero się szkolą, ale Donośny Krzyk jest zastępcą. Może ją znasz? — Ona raczej była starsza. Inne koty z Wichru, które znał, miały z pewnością bliżej do jego wieku niż Gniewosza.
— Iskra przyjaźni się z Łabędziem, naszym przywódcą. Łabędź podchodzi raczej na spokojnie do zmiany klanu, Iskra pewnie też. Chodzi mi o to, że zawsze możesz przyjść do Wichru, a jak to nie będzie to, to wrócić do życia na własną łapę. Nikt cię za to nie zabije. — Niektórzy mogą się krzywo patrzyć, ale najpierw trzeba by ponownie pokazać im się na oczy.
— Nie ważne ile zajmie ci pojęcie decyzji i jaka ona będzie, ważne, abyś końcowo czuł się dobrze.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
W głowie miał, by wspomnieć, że nie odwiedzał za często medyków, więc nawet nie pamiętał kto dokładnie zajmował to stanowisko za jego czasów, jednak... imię Donośnego Krzyku wytrąciło go z tej myśli. Znał Krzyk. Nawet bardzo dobrze znał. — Donośśny Krzyk? Znam ją bardzo dobrze. To ona mnie uczyła, gdy byłem w klanie. A znam ją jesszcze dłużej, w ssumie to od kociaka... całkiem nieźle, sskoro zosstała zasstępcą — przyznał, z trochę większą ekscytacją w głosie niż chwilę wcześniej. Nie dość, że dobrze było usłyszeć znajome mu imię... to jeszcze Krzyk dostała taka rangę! Może i nie widzieli się od dawna, ale i tak uważał to za dobrą wiadomość. — dzięki, że mnie... no, rozumiessz i nie oceniassz. No i mówissz to wsszysstko. Czuję ssię dzięki temu trochę bardziej doinformowany w bieżących ssprawach klanów. Gdyby nie to, pewnie dalej bym ssię nic nie dowiedział. No i wcześśniej jakośś nie wpadłem na to, by rozważyć ewentualnie inny klan... chyba nie umiem tak od razu podjąć decyzji, ale na pewno nassza rozmowa mi w tym pomoże — przyznał szczerze. Naprawdę miło mu się rozmawiało z Chabrem i rzeczywiście czuł, jakby przynajmniej część spraw w jego głowie się odrobinę rozjaśniła. No i przede wszystkim... Chaber nie traktował powrotu do klanu jako wyrok na amen, co również podniosło trochę Gniewka na duchu. W końcu rzeczywiście mógł... odejść albo zmienić klan, gdyby w Wichrze miało mu nie wyjść. Może rzeczywiście nie był to taki zły pomysł?
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— O! Skoro się znacie to może z nią spróbujesz porozmawiać? Pewnie ciężko ją znaleźć przypadkiem na granicach, ale jakbyś poprosił patrol? — Rozmowa z kimś kogo znał, z kimś kto go trenował, brzmiała jak dobry sposób na powrót. W końcu znali ten sam Klan Wichru z przeszłości. Krzyk, znająca Wicher w momencie klanowego życia Gniewosza, z pewnością byłaby w stanie pomóc mu zrozumieć co i jak. — Oczywiście jeśli czujesz się na siłach, wiem, że powroty bywają cóż... trudne. — On nie umiał się zebrać do rozmowy ze znanymi sobie kotami, to że wpadł na Lisa było przypadkiem, sam pewnie jeszcze trochę by tego unikał.
— Cieszę się, że mogłem ci pomóc — uśmiechnął się promiennie. — Jeszcze coś cię interesuje? Nie obiecuje, że mam najnowszą wiedzę, ale to zawsze coś.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
— no, to brzmi całkiem niegłupio. Zawssze byłoby łatwiej pogadać z nią niż z kimśś całkowicie obcym... o ile Krzyk nie sskopie mi najpierw tyłka za takie głupie zniknięcie — przyznał, szczerząc się przez chwilę w trochę głupkowatym uśmiechu. Wspomnienie było co prawda trochę niewyraźne, ale pamiętał, jak przy pierwszym (drugim, tak właściwie) spotkaniu ze starszą kotką całkiem skutecznie (jak na niewyrośniętego kociaka) pobił ją za... jedzenie ślimaków. A przynajmniej o to ją wtedy oskarżył. — no, z tymi ssiłami może być trochę ciężko... ale ważne, że mam jakiśś pomyssł. To dobry sstart — dodał, a jego uśmiech złagodniał. Wciąż czekało go przemyślenie całej sprawy, ale... przynajmniej dzięki rozmowie z Chabrem miał potencjalny plan. A nawet dwa, gdyby brać pod uwagę jeszcze pomysł na zmianę klanu, jakby w Wichrze mu nie wyszło. — w ssumie… nie ssamymi klanami kot żyje, a ty i tak mi w tej kwesstii bardzo pomogłeśś. Miałeśś jakieśś ciekawe przygody pod sswoją nieobecnośść tutaj?
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Zostałeś porwany, więc nie było głupie! — Starał się wykłócać. W końcu to nie wina Gniewosza, że go złapano. — No i, nawet jeśli ci się oberwie, to raczej z tęsknoty i troski. — Jakby tata i wujek wrócili, to pewnie by ich przytulił, ale jakby to Lis wziął i zniknął to skopałby mu tyłek, oczywiście tak po przyjacielsku.
— Jeśli będziesz jeszcze o czymś porozmawiać, to przez najbliższy czas będę w okolicy, a potem pewnie wrócę do Rzeki, więc w ogóle będzie łatwo mnie znaleźć. A jeśli potrzebujesz pomyśleć w spokoju to polecam Topiołki, jest tam dość spokojnie i można popatrzeć na wodę, ryby i ptaki. — Obecność Grzmiącej Ścieżki w pobliżu nie była istotna.
— Ano trochę się działo. — Zaśmiał się cicho. — Nieświadomie wszedłem na pastwisko krów, to takie czarno białe zwierzęta, mają rogi, kopyta, są wysokie i dość kościste. A potem kotka, która mieszkała w pobliżu kazała mi z tamtą uciekać, bo mogłyby zrobić mi krzywdę. — Robienie nierozważnych rzeczy to jego pasja. — Poznałem też byłego Pieszczocha, który wchodził do środka Auta, czyli potwora — Gniewosz raczej to wiedział, ale trudno — i się nim przemieszczał razem ze swoim człowiekiem. Była też Samotniczka, która opowiadała mi o tym, jak razem z rodziną uczyła się medycyny. — Nauka tego wszystkiego od wyszkolonego Medyka musiała być niezwykle czasochłonna, a co dopiero na własną łapę. — Na szczęście dwunożni się mną nie zainteresowali, ale też starałem się ich unikać.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
Po słowach Chabra zrobiło mu się... całkiem miło. Fakt, został porwany i kolejny fakt, nie było to... aż tak głupie. A już na pewno nie wtedy, choć z perspektywy czasu wiedział, że mógł bardziej uważać albo pilnować się, by nie wyjść poza granice. Co się jednak stało, nie dało się cofnąć. Gdyby to naprawdę przeżywał, przez tyle czasu zdążyłby prawdopodobnie cały wysiwieć z nerwów. Musiał zamiast tego dostosować się do nowej sytuacji... i dostosował. Nie zakładał w końcu, że zbiegiem naprawdę ogromnego szczęścia trafi ponownie na tereny Klanów. Na początku trochę na to co prawda liczył, ale... w pewnym momencie przestał się łudzić, za to los dokładnie wtedy postanowił spłatać mu figla. — wiem, wiem... przynajmniej myśślę, że tak by było. Jakbym wytłumaczył dla Krzyk, że nie zniknąłem z włassnej woli, może i faktycznie nie byłaby na mnie bardzo, bardzo zła. — o ile o nim przez tyle czasu nie zapomniała. Gniewek uważał, że byli sobie całkiem bliscy, w końcu znali się trochę i nieźle dogadywali, a treningi dodatkowo sprzyjały... ale czy był aż tak istotnym elementem w jej życiu? Chyba wolał nie odpowiadać sobie na to pytanie. — oh, czyli trochę przeżyłeśś! Twoje hisstorie brzmią interessująco — przyznał, gdy już Chaber skończył opowiadać. Zawsze lubił słuchać co inni mieli do powiedzenia. Czasami okazywało się, że miał za sobą podobne przeżycia, za to innym razem wychodziło, że było wręcz przeciwnie i dowiadywał się czegoś kompletnie nowego. Zawsze jednak miło było usłyszeć czyjeś przygody. — wiem czym ssą krowy, widziałem je. Zressztą nie tylko. Były też kozy, owce, konie... dowiedziałem ssię, że niektórzy mają nawet sswoje psszczoły. Tak jakby. No i różne inne dziwactwa. Koty też je mają. Na przykład niektóre przyjaźnią się z pssami. Jak o tym pierwsszy raz ussłysszałem to myśślałem, że jesst sszalony.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
Chaber również z przyjemnością wsłuchiwał się w opowieści Gniewosza. Wolał poznawać na własną łapę, ale był jednym małym kotem i sam z pewnością nigdy nie pozna wszystkiego, a na pewno nie przeżyje tego w taki sposób jak inni, dlatego słuchanie czyiś historii również lubił. — Konie są też tu niedaleko! Znaczy się, no, po drugiej stronie klanów. — Niby nie aż tak blisko, ale nie było co przesadzać i twierdzić, że była to jakaś wielka wędrówka do przebycia. — Hmmm, nie kojarzę nazw ale widziałem jeszcze takie puchate obłoczki, to któreś z tych?
— Własne pszczoły? Jak-jak to działa?! I po co? — Zapytał z podekscytowaniem i niedowierzaniem. Kojarzył je głównie z nie do końca przyjemnymi spotkaniami, podczas oglądania kwiatków.
— Och, to może tłumaczyć dlaczego niektóre tak dziwnie pachniały. — Nie rozmawiał chyba z nikim, kto przyjaźnił się z psem, ale to by trochę tłumaczyło
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
— Oh, sserio? To chyba tam jesszcze nie byłem, bo ich nie kojarzę, ale dobrze wiedzieć. — konie były... interesującymi stworzeniami do oglądania, ale z daleka. Gniewek próbował kiedyś podejść bliżej, ale przekonał się, że jak na tak wielkie stworzenia, były też... wyjątkowo strachliwe. A przynajmniej takie odniósł wrażenie, gdy jeden z nich zaczął uciekać, prawie go przy tym kopiąc. Od tamtego momentu uznał, że podchodzenie nie należało do... zbyt dobrych pomysłów. — Oh, no tak! Faktycznie możessz nie wiedzieć. Owce wyglądają jak takie obłoczki przez ich sspecyficznie wyglądające futro. Tak właśściwie... to nawet nie jesst tak dokładnie futro. Przynajmniej nie takie jak u nas... ale obłoczki pasują do opisu. — o ile nie były ogolone, ale... Gniewek uznał, że tłumaczenie tego mogłoby być skomplikowane. W końcu... sam nie wiedział po co tak się działo. Osobiście wolałby, by nikt go nie pozbawił jego sierści. — Tak właśściwie... Nie do końca wiem jak to działa. Nigdy tego nie rozgryzłem. Nie widziałem, by dwunożni je jakośś sspecjalnie łapali, ale wiem, że trzymają je w takich sspecjalnych... nie wiem nawet do czego to porównać, ale nazywają to chyba passiekami. Tak powiedział mi kot, którego właśściciele ssię tym zajmowali. Co prawda te psszczoły mogą ssobie normalnie latać i robić jakieśś... psszczele rzeczy... ale chyba zawssze tam osstatecznie wracają. No i dzięki nim dwunożni mają miód, więc... zgaduję, że dlatego je trzymają. — wyjaśnił, na tyle precyzyjnie, na ile potrafił. Dla niego to wszystko też wydawało się dość skomplikowaną kwestią, ale... tak już się działo. Jak wiele innych rzeczy związanych z dwunożnymi, które często uważał za dziwne i niezrozumiałe. — no, możliwe. Ssą na przykład tacy, którzy z nimi miesszkają. W ssenssie z pssami. Jeden taki, którego sspotkałem, leżał na grzbiecie pssa, rozumiessz to? Jakbym nie zobaczył to ssam bym chyba nie uwierzył, że takie cośś da ssię zrobić. Zwłasszcza, że pssu to chyba nie przesszkadzało.
Drobny i smukły, niebieski dymny kocur, trochę podrósł i z pewnością nie przypomina kulki. Pysk i budowę ma typowo Europejską, wzrostu również jest przeciętnego. Prawe oko ma niebieskie, jak matka, a lewe żółte, jak ojciec. Nosek ma różowy nakrapiany trzema ciemno brązowymi plamkami.
Mimo braku pręg, przy odpowiednim świetle, da się zauważyć lekko rozmyte wzory na futrze. Uroku dodaje mu duża ilość białych znaczeń, czynią go nietypowym. Znajdują się one na całym ciele, zaczynając od prawej strony pyszczka, ciągnąc się przez białą brodę i brzuch oraz ciapki na plecach, na końcówce ogona kończąc. Plamy są poszarpane i nieregularne. Również łapki ma pokryte bielą, wyglądają jakby przed chwilą biegał po śniegu. Skarpetki ma nie do pary, prawy przód zaczyna się robić biały, trochę poniżej łokcia, a prawy tył poniżej okolic stawu skokowego, lewy przód i tył chociaż podobnie w oko nadgarstka i stępu, to od tej ostatniej, wychodzi plama pokrywająca połowę długości łapy.
Długie futro ma wiecznie w nieładzie, często da się w nim znaleźć wplątane liście, gałęzie, pióra i wszystko inne co było po drodze.
— Oh! Rozumiem, dzięki — uśmiechnął się. Miło było dowiedzieć się czegoś nowego, obłoczki i owieczki nawet zaczynały się podobnie! Ciekawe co by było jakby takiej dotknął? Drzemka na takim puchatym stworzonku pewnie byłaby bardzo przyjemna.
Siedział i słuchał o pasiekach, co jakiś czas przytakując głową. To wszystko było takie ciekawe! Będzie musiał o tym opowiedzieć innym,
— Na grzbiecie? — Albo był głupi, albo przyjaźnił się z psem, albo był wyjątkowo pewny swojej siły. — Trochę mi się to w głowie nie mieści, a myślałem, że i tak sporo zobaczyłem. Chyba będę musiał jeszcze kiedyś pójść i poszukać takich przypadków. — Następnym razem usłyszy o czym? O kocie mieszkającym z lisem lub borsukiem? Podobno trzeba spodziewać się niespodziewanego, czy jakoś tak, ale jego umysł był mimo wszystko trochę ograniczony.