Wibrys wcale nie czuł się gorszy z powodu tego, że był teraz samotnikiem. Miał więcej rozumu i nie oceniał innych przez pryzmat tego, skąd pochodzą, kim są lub kim byli. Było mu to obojętne, kot, jak kot. Ot co. Widział już wypachnione pieszczoszki, chudych włóczęgów i dzikie bezlitosne koty. I dopóki owe indywidua nie rzucają się na niego z kłami i pazurami mogą sobie żyć w spokoju. – Wibrys – przywitał się krotko i szorstko. Nie uważał, by ta informacja, cokolwiek zmieniła, zapewne widzieli się pierwszy i ostatni raz, sam nie zapytał obcego kocura o imię, nie chciał zaśmiecać swego łebka jakimiś zbędnymi informacjami, takimi jak imię białasa – No walisz stęchłym bagnem i zgniłą rybą – Połącz kropki Wibrys, począł kropki. Mamusia przecież opowiedziała o czterech klanach. Wicher, Grom, Cień i… Rzeka? Aż mu delikatnie zadrżał ogon, był bliżej celu niż, kiedykolwiek wcześniej. Tylko szkoda, że młody jakiś taki zjeżony. Niestety wibrys nie był mistrzem w robieniu dobrego pierwszego wrażenia. Musi jeszcze popracować nieco nad zdolnościami interpersonalnymi albo ostatecznie każdy będzie go miał za wrednego gbura – Klan Rzeki? – dodał, delikatnie, przechylając łeb.
And whenI'm backin Chicago,[I feel it] •Another version ofm e• 》》I was in it《《 I wavegoodbyeto the endof beginning •• ━━━━━━━━━━━ ••●•• ━━━━━━━━━━━ •• Youtakethemanoutofthecity,notthecityouttheman •• ━━━━━━━━━━━ ••●•• ━━━━━━━━━━━ ••
Księżyce: 100 Mistrz: 29 mędrców + Łabędzia Gwiazda Płeć: Kotka Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Głosy w głowie Trwałe urazy: mądrość
Przytulia to kotka średniego wzrostu, z dużą ilością długiego oraz zazwyczaj niezadbanego włosia, które faluje przy każdym ruchu. Jej futro jest w większości pokryte bielą, lecz czasami występują na niej niebiesko-kremowe srebrne plamy, które są dumą Przytulii. Ciało szylkretki jest dosyć umięśnione, czego (niestety) nie widać pod wielką ilością futra. Ślepia Przytulii różnią się od siebie, ponieważ lewe ma kolor intensywnej żółci, a prawe zimnego błękitu.
Eksperci rzadko kiedy się z czymś zgadzają, nie ważne, czy mowa o paście do zębów, czy o drzewie genealogicznym mieszkańców Klanu Rzeki. Jest jednak jedno pytanie, na które wszyscy odpowiedzieliby jak jeden mąż "Tak!": Czy Przytulia - teraz Dyskrecja - straciła umysł?
Gdzieś, podczas jej długich podróży po tych znanych jak i nieodkrytych przez leśne koty terenach podziały się resztki zdrowego rozsądku i przewidywalności kotki. Ona sama zarzeka się, że zostawiła je gdzieś w pustej lisiej norze, lecz ich faktyczne miejsce pobytu nie jest nikomu znane. W każdym razie, ten ubytek zmienia rozmowy z Dyskrecją na jedyne w swoim rodzaju przeżycia, podczas których można spodziewać się wszystkiego. Tok myślenia kotki często podąża niezbadanymi ścieżkami, a miejsce w umyśle, która powinna zajmować logika szylkretki, już od dłuższego czasu pozostaje puste. Pomimo tego, jej słowa i czyny emanują pewną tajemniczą, pozaziemską mądrość, która czyni ją niezmiernie pewną siebie istotą.
Słońce witało nowy dzień, zalewając nieboskłon bursztynowym objęciem, gdy Dyskrecja wyruszyła w poszukiwaniu straconego czasu. Owe poszukiwania były jej długą tradycją, powtarzaną na tyle często, by można było ją nazwać nawykiem. Zapoczątkowana została przez jednego z mistrzów, który zgodził się wziąć szylkretkę pod swoje skrzydła podczas jej wielkiej wyprawy, oraz którego imienia nie zamierzała wspominać ponieważ sama myśl o tragicznej śmierci jaka go spotkała, wywoływała niekontrolowany napływ łez do oczu.
Mistrz ten był kocurem godnym podziwu. Tak samo jak córka Skrzącego Słowa, w młodości spędził długą chwilę zamknięty w gnieździe dwunogów, gdzie jego zdaniem zmarnował zbyt wiele cennego życia. Czas był dla niego bezcenny, na tyle, że wartość przedmiotów określał w sekundach, minutach, godzinach i dniach. Zdeterminowany, by nie zmarnować ani jednego uderzenia serca, bez przerwy pracował nad poszerzaniem swojej wiedzy, traktując własne potrzeby fizjologiczne jako opcjonalne. Takie podejście do nieustannego przemijania spowodowała u niego wybitnie żywą nienawiść do nieróbstwa, natomiast nudę uważał za jeden z grzechów głównych. Zawsze gdy tylko kotka kończyła wszystkie powierzone jej zadania, nakazywał Dyskrecji wyjść i szukać nadal zagubionego straconego czasu.
Wilcza zaciekłość mędrca jednak doprowadziła go aż do boku ponurego kosiarza. Pewnego razu wpadł na trop niezwykłej idei, która miała potencjał na zmianę całego kociego świata - remedium na czarny kaszel. Doszczętnie poświęcony eksplorowaniu owej teorii, dniami i nocami siedział zgarbiony nad wszelkiego rodzaju próbkami roślin, zwierząt, czy niepokojąco wyglądających mazi. Nie spał i nie jadł, a płyny pobierał jedynie z nasiąkniętego wodą mchu, który kotka, jako zmartwiona uczennica przynosiła mu i podkładała aż pod sam pysk.
Ta szaleńcza pogoń za cudownym lekiem trwała gdzieś koło tygodnia. Pewnego ranka, krzyk wybudził szylkretkę ze snu. "UDAŁO SIĘ!" - Krzyczał jej mistrz, wypełniony euforią. - "ZNALAZŁEM LEK! TO DZIAŁA, DYSKRECJO, TO DZIAŁA!" - Zmęczone, wyglądające niemal na obłąkane oczy kocura wypełnione były dumą. Świętowanie nie trwało jednak długo, ponieważ nagle wyraz radości zmienił się w grymas cierpienia, a skrajnie wykończone ciało badacza upadło na ziemię bez życia. Na jego stanowisku pracy Dyskrecja znalazła jedynie makabrycznie zmasakrowane ciało ryjówki. Nie wiedząc co z tym fantem zrobić (nie została wtajemniczona w szczegóły dotyczące badań, czy jak obchodzić się z ich rezultatem), postanowiła wyruszyć dalej, lecz jako upamiętnienie wybitnego mędrca (oraz w pewnej części dla zaspokojenia własnej ciekawości) od czasu do czasu kontynuowała poszukiwania tak intensywnie pożądanego straconego czasu.
Tego dnia przeszukiwała wzdłuż i wszerz tereny Klanu Rzeki. Słońce ciekawsko przyglądało się ze swojego podniebnego tronu, z biegiem czasu zmieniając swoje położenie na drugą stronę nieba, zapewne by lepiej przyglądać się znojom terminatorki, sumiennie sprawdzającej każdy kamień, krzew i dołek. Dzień chylił się już ku końcowi, gdy przez nieuważność znalazła się na terenach niczyich, przed ogromnym polem pozłacanym żółtymi łebkami kwitnącego rzepaku. Z racji na swoją ekstensywność i gęstość roślin, posadzonych jedna obok drugiej w równych rządkach, wyglądało jak dobre miejsce na kryjówkę dla tropionego czasu. Wypełniona nadzieją, ruszyła do przodu i pozwoliła lśniącym żółcią kwiatom pochłonąć śnieżnobiałe włosie.
- Hop hop? - Zawołała, brnąc przez oleiste łodygi. - Jesteś tutaj czasie?
Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Kukułka, jako samotnik, uważała że czas, jaki miała, był wystarczający. Nie musiała go tracić na zbędne obowiązki, polowała przy okazji, a większość dnia spędzała na zwiedzaniu, poznawaniu nowych kotów, czy czasami zwyczajów dwnunożnych. Uwielbiała spędzać dni na Siedlisku Koni, gdzie obserwowała, jak ci skaczą dookoła tych zwierząt, czasami na nich siadają, co było dla niej niezwykle dziwne i podejrzane, a czasami ładują do potworów i odbiegają w siną dal. Było to... ciekawe zjawisko.
Teraz jednak miała tajną misję do wypełnienia, którą dostała zupełnym przypadkiem i w sumie mogłaby ją totalnie olać, bo jaka była szansa na spotkanie znów Skały, nim ten na przykład sam nie znajdzie brata, albo nie odejdzie stąd nie wiadomo gdzie? Przekonała się już o tym, że większość samotników spotyka się raz w życiu, bo na wielu nigdy nie wpadła więcej aniżeli tylko raz. No, Onyks była wyjątkiem, z nią spotykała się w miarę często, choć nie spędzały ze sobą nie wiadomo jak dużo czasu. No i nauczyły się metody komunikacji przez spotykanych samotników na swojej drodze, a to działało zaskakująco dobrze!
W każdym razie, zbliżała się do rzecznych terenów, idąc dość naokoło, bo nadal nie lubiła przebywać w pobliżu klanów. Jasne, mieszkała niedaleko, nigdy nie odeszła dalej, niżeli na drugą stronę drogi, czy na osiedle, natomiast nie lubiła znajdować się blisko granic, tak blisko, by móc je wyczuć, czy by jakiś klanowy kot mógł ją z łatwością wypatrzyć. Nie, nie bała się już rozpoznania, ani nie bała się, że przypadkiem przekroczy granicę, bo po pierwsze odeszła z klanu tak dawno, że pewnie żadne z jej znajomych spoza klanu Cienia nie pamiętało o niej, no i nie była głupia, by zignorować znaczniki na granicy, które sama wielokrotnie zostawiała jako terminatorka.
Nagle ciszę przerwał okrzyk jakiegoś kota, na co nastawiła uszy i zaczęła się rozglądać. Krzyk widocznie rozpościerał się z rzepakowych pól, na co z rozbawieniem poruszyła wąsami. Czyżby jakieś dwa koty tam weszły, a następnie się zgubiły i teraz szukały się nawzajem? Wszak tyle dziwnych imion już słyszała jako samotniczka, że "Czas" mogło spokojnie być kolejnym takim dziwnym imieniem!
- Hej hoo! Nie potrzebujesz pomocy w szukaniu?! - zawołała więc w stronę roślin i nadstawiła znów uszu. Mogła na chwilę przerwać swoją misję, by poznać nowego kota, a co!
Księżyce: 100 Mistrz: 29 mędrców + Łabędzia Gwiazda Płeć: Kotka Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Głosy w głowie Trwałe urazy: mądrość
Przytulia to kotka średniego wzrostu, z dużą ilością długiego oraz zazwyczaj niezadbanego włosia, które faluje przy każdym ruchu. Jej futro jest w większości pokryte bielą, lecz czasami występują na niej niebiesko-kremowe srebrne plamy, które są dumą Przytulii. Ciało szylkretki jest dosyć umięśnione, czego (niestety) nie widać pod wielką ilością futra. Ślepia Przytulii różnią się od siebie, ponieważ lewe ma kolor intensywnej żółci, a prawe zimnego błękitu.
Eksperci rzadko kiedy się z czymś zgadzają, nie ważne, czy mowa o paście do zębów, czy o drzewie genealogicznym mieszkańców Klanu Rzeki. Jest jednak jedno pytanie, na które wszyscy odpowiedzieliby jak jeden mąż "Tak!": Czy Przytulia - teraz Dyskrecja - straciła umysł?
Gdzieś, podczas jej długich podróży po tych znanych jak i nieodkrytych przez leśne koty terenach podziały się resztki zdrowego rozsądku i przewidywalności kotki. Ona sama zarzeka się, że zostawiła je gdzieś w pustej lisiej norze, lecz ich faktyczne miejsce pobytu nie jest nikomu znane. W każdym razie, ten ubytek zmienia rozmowy z Dyskrecją na jedyne w swoim rodzaju przeżycia, podczas których można spodziewać się wszystkiego. Tok myślenia kotki często podąża niezbadanymi ścieżkami, a miejsce w umyśle, która powinna zajmować logika szylkretki, już od dłuższego czasu pozostaje puste. Pomimo tego, jej słowa i czyny emanują pewną tajemniczą, pozaziemską mądrość, która czyni ją niezmiernie pewną siebie istotą.
Zaskoczony dech wyrwał się z piersi kotki, gdy do jej uszu dotarła odpowiedź. Czy po tak długich i ekstensywnych poszukiwaniach wreszcie znalazła swój cel? Czy stracony czas, ze wszystkich możliwych miejsc na tym okrągłym, płaskim, wklęsłym czy jakiegokolwiek innego kształtu świecie zaszył się tu, w szczerym polu niedaleko terenów klanu Rzeki? Może jej świętej pamięci biedny mistrz posyłał ją na poszukiwania, ponieważ chciał, by powróciła do domu, którego sam nigdy nie miał? Ta teoria tylko podkreślała jego czysty geniusz oraz rozległą wiedzę geograficzną.
Niepokoił jednak szylkretkę znak zapytania postawiony na końcu zdania wypowiedzianego przez nieznany głos. Gdyby faktycznie był to cel jej poszukiwań, to nie miałby żadnego powodu, by nie przyznawać się do swojej tożsamości, w zamian maskując się woalem kompletnie losowego, niezwiązanego z pojęciem czasu zdania.
Wyraz zastanowienia, skropionego strudzeniem zalał pysk córki Księżycowego Jeziora. Jedyne wytłumaczenie, jakie wydało się jej w najmniejszym stopniu prawdopodobne brzmiało, że stracony czas był zgoła pewnego rodzaju sfinksem, oddającym się jedynie w łapy istot, które rozwiążą jego zagadkę, lecz głębszy namysł nad tą ewentualnością zrodził więcej pytań, niż odpowiedzi. Jak brzmiało rozwiązanie? Jeśli owy sfinks nie był jakąś rzadką pacyfistyczną odmianą swojego gatunku, to miała tylko jedną szansę na prawidłowe rozwikłanie zgadywanki, a za błąd zapłaci rychłą śmiercią. Co miała zrobić? Czas mijał. Musiała wydać z siebie dźwięk, wrzask, cokolwiek, byleby nie stracić szansy na schwytanie tak upragnionego straconego czasu.
- Ho haa! - Kontynuowała zabawę - Gdzie jesteś, sfinksie!? - Odpowiedziała krzykiem, a następnie nadstawiła uszu, próbując zlokalizować drugą istotę po dźwięku, który, jak liczyła, wróci z innych ust. Miała już plan.
Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Sfinksem zdecydowanie nie była; nie wiedziała też czym jest to dziwne słowo, którego użyła kotka, którą słyszała spomiędzy rzepaku, natomiast nauczyła się już, że dziwne słowa, których nie rozumie, najczęściej były słowami odnoszącymi się do wymysłów dwunogów, często imionami kotów, dla których te były całkowicie normalne, ale Kukułkę nadal zaskakiwało jakie dziwne słowa powstawały czasami, jeśli o takie imiona chodzi, nawet, jeśli samotniczką była już od naprawdę dłuższego czasu; nawet już nie pamiętała ile to dokładnie, ale z dwa obiegi pór chyba na pewno!
- Umm, sama nie wiem! - odpowiedziała na pytanie, by trochę się podroczyć. Nie była pewna, za kogo wzięła ją kotka, która widocznie kogoś szukała, a teraz dosłownie zmieniła imię, które wołała, co trochę wytrąciło Kukułkę z równowagi, ale zdecydowała się grać w tę grę; nauczyła się już, że z innymi samotnikami spotyka się bardzo rzadko więcej razy niżeli ten pierwszy, więc nie obawiała się wielkiego gniewu z jej strony, w razie co. - Chyba musisz mnie sama znaleźć! - odpowiedziała, a następnie sama dała nura w rzepak, żeby nie było za łatwo!
Księżyce: 100 Mistrz: 29 mędrców + Łabędzia Gwiazda Płeć: Kotka Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Głosy w głowie Trwałe urazy: mądrość
Przytulia to kotka średniego wzrostu, z dużą ilością długiego oraz zazwyczaj niezadbanego włosia, które faluje przy każdym ruchu. Jej futro jest w większości pokryte bielą, lecz czasami występują na niej niebiesko-kremowe srebrne plamy, które są dumą Przytulii. Ciało szylkretki jest dosyć umięśnione, czego (niestety) nie widać pod wielką ilością futra. Ślepia Przytulii różnią się od siebie, ponieważ lewe ma kolor intensywnej żółci, a prawe zimnego błękitu.
Eksperci rzadko kiedy się z czymś zgadzają, nie ważne, czy mowa o paście do zębów, czy o drzewie genealogicznym mieszkańców Klanu Rzeki. Jest jednak jedno pytanie, na które wszyscy odpowiedzieliby jak jeden mąż "Tak!": Czy Przytulia - teraz Dyskrecja - straciła umysł?
Gdzieś, podczas jej długich podróży po tych znanych jak i nieodkrytych przez leśne koty terenach podziały się resztki zdrowego rozsądku i przewidywalności kotki. Ona sama zarzeka się, że zostawiła je gdzieś w pustej lisiej norze, lecz ich faktyczne miejsce pobytu nie jest nikomu znane. W każdym razie, ten ubytek zmienia rozmowy z Dyskrecją na jedyne w swoim rodzaju przeżycia, podczas których można spodziewać się wszystkiego. Tok myślenia kotki często podąża niezbadanymi ścieżkami, a miejsce w umyśle, która powinna zajmować logika szylkretki, już od dłuższego czasu pozostaje puste. Pomimo tego, jej słowa i czyny emanują pewną tajemniczą, pozaziemską mądrość, która czyni ją niezmiernie pewną siebie istotą.
Słowo. Potrzebowała tylko jedno słowo zdanie, odgłos, cokolwiek, a wygrana byłaby w jej łapach. Na szczęście była ulubienicą fatum, które przędły nici losu na jej korzyść. Dostała to, czego potrzebowała.
Dyskrecja rzuciła się w szaleńczy bieg w pogoni za odgłosem. Dodatkowo, sfinks, który właśnie dał nura w łan rzepaku, sam ułatwił jej zadanie - gdy się poruszał, cienkie, sztywne łodyżki zdradzały każdy wykonywany obok nich ruch, wydając lokalizację powodu owego ruchu.
Dyskrecja goniła sfinksa, a czas gonił Dyskrecję. Biegła, dyszała, dyszała biegnąc i biegła dysząc. Łapa goniła łapę, nos gonił zapach, a oczy próbowały uchronić się od małych, zdradzieckich listków usytuowanych na zielonych odroślach, które z uporem maniaka starały się dotknąć gałek kotki. Była blisko, tak euforycznie blisko!
Czuła, że sfinks jest tuż przed nią. Czuła, że rozwiązała arcyważną dla niej zagadkę, mimo tego, że ta znajdywała się tuż przed nią i czekała ją w niedalekiej przyszłości. Dzieliły ją jedynie metry, centymetry...
Szylkretka spięła mięśnie tylnych kończyn, wyciągnęła przed siebie łapy i skoczyła na sfinksa, próbującego swoich sił w bezowocnej ucieczce od dyskretnej tropicielki.
Miękkie, długie włosie, piach i uginany rzepak, próbujący dostać się do jej uszu. Przeturlała się po ziemi razem z zagadkową istotą, swoją drogą dziwnie miękką jak na swój ludzko-lwio-gadzi gatunek, a gdy tylko owa kula futra złożona z córki Skrzącego Słowa i nieznajomej istoty przestała się toczyć, szylkretka skoczyła na nogi i rozwarła oczy tak szeroko, że gałki wyglądały jakby miały za chwilę wypaść jej z czaszki.
- Mam cię! Wreszcie cię...
Och.
- Chwila... - Zmrużyła oczy, a podejrzliwość zalała całą mimikę kotki. - W żadnym stopniu nie wyglądasz mi na sfinksa! Gdzie twój gadzi ogon? Gdzie twoja zagadka? - Nie kryła oburzenia zmieszanego z zawiedzeniem. Była święcie przekonana, że wreszcie znalazła to, co szukała przez tak wiele księżycy! Czy to ma być jakiś podły żart!?
Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Spodziewała się, że kluczenie dookoła łodyg będzie sprawiać drugiemu kotu sporo problemu, bo ona sama nie potrafiła dosłyszeć nic między łodygami, kiedy irytowały ją odgłosy dookoła niej, gdy sama ocierała się o łodygi i łamała jakieś, nie mogła się też skupić wzrokowo na otoczeniu, no i miała tylko mgliste poczucie skąd dobiega głos kotki, gdy stała poza nim, ale tamta widocznie była lepsza w podchody, może miała bardziej wyczulone zmysły, może po prostu była mądrzejsza, kto wie, w każdym razie już po chwili została niechlubnie znokautowana. Potoczyła się kawałek po ziemi, nie do końca przetrawiając jeszcze co się stało, a gdy tylko przestały się toczyć sama zerwała się gwałtownie na równe nogi, a cała jej sierść na grzbiecie zjeżyła się z równoczesnego przerażenia i zdziwienia przez to, co właśnie miało miejsce. Ale, gdy już się nieco uspokoiła, zdecydowała się grać w grę kotki, mimo że kompletnie nie wiedziała czym jest sfinks, dlaczego miałaby mieć gadzi ogon, no i przede wszystkim; zagadkę.
- No wiesz! Zero szacunku, zero kultury! Najpierw się rzuca z łapami, a potem wymaga zagadki, jeszcze czego! Twoją zagadką powinno być nauczenie się, jak się obchodzi ze sfinksami, ot co! - parsknęła, udając gniew w swoim tonie.
Czarna srebrna szylkretka z bielą z prawą łapą białą, a lewą rudą, z białymi skarpetkami. Futro krótkie, karbowane. Bardzo wątła, chuda i mizerna, o płaskiej głowie i miodowo-złotych oczach
w trakcie aktualizacji!
Krucza Łapa [Cień], Paszcza [Samotnicy]
Przemierzała pola w poszukiwaniu czegoś, czego nawet sama nie potrafiła nazwać. Była już późna pora zielonych liści, a słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na ciepłe odcienie pomarańczu i różu. Powietrze było ciężkie i wilgotne, zwiastujące nadciągający deszcz, ale jak na razie nie spadła jeszcze ani kropla. Do momentu wkroczenia na pole w zasadzie włóczyła się bez celu, obserwując przemykające w oddali piszczki, lecz żadna z nich nie wzbudziła w niej chęci do polowania.
Zwinna przystanęła na chwilę, jej uszy poruszyły się lekko, wyłapując w oddali dźwięk drobnych łapek. Z daleka dochodził odgłos burzy, cichy pomruk grzmotu, który jeszcze nie dotarł do jej okolicy, ale już teraz przynosił ze sobą poczucie pewnego niepokoju. Kotka usiadła na krawędzi pola, zamyślona. Córka Owcy westchnęła, zerkając na niebo. Gdzie schowa się przed deszczem? Był to niezaprzeczalny minus nieposiadania miejsca, które dałoby się nazwać domem. Za każdym razem trzeba było główkować, gdzie spędzić noc albo uniknąć zmoknięcia.
Urodziła się jako kocię dość małe i szczupłe, a wszystko wskazuje na to, by i w przyszłości miała osiągnąć rozmiary kota mniejszego niż przeciętny. Jak na razie objętości dodaje jej tylko dość puchate futerko, które jednak w przyszłości, nawet jeśli wyrośnie całkiem długie, zacznie bardziej przylegać do ciała, nie nadając już sylwetce Gąszcz dodatkowej wielkości. Za to zarówno teraz, jak i w przyszłości będzie można podziwiać na nim kilka łączących się ze sobą kolorów. Biel obecna jest na szyi, pyszczku, nad którym biegnie długim, wąskim paskiem między oczami i każdej z czterech łap – na przednich tworząc skarpetki sięgające nad stopę, z kolei na tylnych trochę dalej, obejmujące około dolną połowę każdej nogi. Drugą składową w tej mieszance jest kremowa barwa, którą można dostrzec na prawym policzku, nad lewym okiem, plamce na czole oraz rozrzuconą w niewielkich ilościach na tułowiu i kończynach. Pozostała, największa część kotki jest pokryta futerkiem w niebieskawym odcieniu, poprzecinanym również ciemniejszymi pręgami układającymi się w klasyczne wzory. Między tym wszystkim widoczne też oczy – póki co typowe dla kociąt i szaroniebieskie, a w przyszłości jasnozielone.
Pierwszym, na co można zwrócić uwagę w charakterze Gąszcz jest fakt, że jest zdecydowanie spokojniejsza od przeciętnego kociaka. Trudno zainteresować ją większością zabaw, nie mówi zbyt dużo, a gdy to robi, wydaje się uważać na swoje słowa. Można by przez to pomyśleć, że jest nieśmiała, ale to szybko okazałoby się być nieprawdą – jednocześnie bowiem sprawia wrażenie pewnej siebie, jeśli na czymś jej zależy, nie boi się bronić swojego zdania, a także jest gotowa iść w stronę niebezpieczeństw, gdy tylko widzi w tym jakiś cel. Poza tym istotną cechą jest duża ambicja, pchająca ją w stronę zastania w przyszłości najlepszą wojowniczką, a być może nawet kimś więcej. Zależy jej również na opinii innych kotów, przed którymi stara się prezentować w sposób jak najbardziej dostojny i poważny, niezależnie od rzeczywiście odczuwanych emocji. Zależy jej na trzymaniu się zasad, jednak tylko tych, w których sama widzi sens, a zanim dojdzie do wniosku, czy którąś za taką uważa – musi ją dokładnie przeanalizować. Zresztą ogólnie dużo myśli i zastanawia się nad sensem wszystkiego, co ją otacza, przy czym sceptycznie podchodzi do wszystkiego, co nieznane, w szczególności spraw nadprzyrodzonych, takich jak Gwiezdny Klan.
Przykładne terminatorki medyka nie powinny wychodzić zbyt daleko poza tereny swojego klanu. I Ciernista Łapa przez całkiem długi czas również tego nie robiła, ani nawet nie planowała robić. Jednak okazywało się, że gdy zrobi się to przynajmniej raz i odkryje, że jakieś życie poza klanami rzeczywiście również istniało, zaczynała wzrastać ciekawość. Szczególnie w chwilach, gdy Rwąca Zawieja znów nie miała czasu poprowadzić jej treningu, a wśród reszty kotów w Obozie nie widziało się nikogo, z kim akurat chciałoby się spędzić czas.
Nie planowała też iść aż tak daleko, jednak co teraz miała na to poradzić? Jakoś tak wyszło, a skoro już tu była, to równie dobrze mogła się nieco rozejrzeć. Czy w Cieniu ktokolwiek zwróci uwagę na jej dłuższą nieobecność? Nie spodziewała się tego. Co najwyżej powie, że znowu poszła zbierać zioła, ale trafiła jedynie na czynniki, które zdecydowanie jej w tym przeszkadzały. Wszystko szło dobrze do momentu, w którym i do jej uszu nie dotarł dźwięk zbliżającej się powoli burzy. Mogła pomyśleć wcześniej o tym, że coś takiego mogło się zdarzyć. Kiedy w ogóle zaczęła robić rzeczy, bez dokładnego analizowania każdego kroku? Chyba w tym samym momencie, w którym uznała, że może chodzić na tak dalekie spacery.
Aż wtedy przed jej oczami znalazł się jeszcze jeden, nowy element krajobrazu – inny kot, do tego ktoś pewnie w całkiem podobnym wieku do niej samej. - Cześć. Ty też nie znasz żadnych miejsc, żeby ukryć się tu przed deszczem?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion nigdy nie wątpił w swoją orientację w terenie – nawet znajdując się na środku bezkresnego pola, ze słońcem schowanym za chmurami. Oczywiście, że wszystko miał pod kontrolą. Nawet jeśli horyzont ze wszystkich stron zdawał się wyglądać identycznie, ten skrót o niskich walorach estetycznych z pewnością nie był złą decyzją. Przynajmniej trzymając się udeptanych kolein nie ryzykował aż tak kontaktu z błotem – to na plus. Teraz jeszcze tylko wybrać, w którą stronę chciał skręcić. Wydawało mu się, że w prawą, ale z pewnością miły byłby w tym momencie znak od losu, że dobrze myślał.
Żeby nie nadwyrężał łapek niepotrzebnie.
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
orientalny krótkowłosy; czarno-rudy szylkret z przewagą czarnego, pomarańczowe oczy
ten współpasażer który zabawia pięciolatka siedzącego za tobą w samolocie żeby przez całą drogę nie kopał w twoje siedzenie
Babie Lato [S], Orzechowa Łapa [KW], Pies. [GK]
Drep drep drep. Puste pole porośnięte uschniętymi o tej porze roku chwastami, nielicznymi w dodatku, było miłą odmianą od poprzednich dwóch tygodni spędzonych między drzewami. Albo trzech. Albo tygodnia? Straciła rachubę już po pierwszych trzech dniach. Przynajmniej tutaj drobne gałązki nie uderzały jej w pyszczek kiedy próbowała przedzerać się przez krzaki, i nie wlazła jeszcze prosto w wielkie pajęczyny zawieszone miedzy drzewami, więc. Niewiątpliwy postęp w tym zakresie.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Prosił o znak od losu i go otrzymał. Jeśli podążyć spojrzeniem po udeptanej ścieżce prowadzącej w lewo, dało się dostrzec utytłanego błotem wypłosza. Orion dalej zastanawiać się nie musiał, obrócił się ze świstem cynamonowej kity w prawą stronę i już miał ruszać w dalszą drogę, by uniknąć spotkania z brudnym stworkiem, ale w porę się zreflektował. Nie mógł pozwolić by brzydkie zwyczaje niektórych zaczęły przenikać i do jego zachowań. Miał przed sobą jednolity krajobraz i monotonny marsz, zasługiwał na przerwę.
Obrócił się w stronę patyczaka.
– Hop, hop, stworku, nie mam całego dnia by czekać tu na twoje zagadki. Przebieraj tymi łapami. – ponaglił głośno, a końcówka długiej kitu podrygiwała niecierpliwie.
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
orientalny krótkowłosy; czarno-rudy szylkret z przewagą czarnego, pomarańczowe oczy
ten współpasażer który zabawia pięciolatka siedzącego za tobą w samolocie żeby przez całą drogę nie kopał w twoje siedzenie
Babie Lato [S], Orzechowa Łapa [KW], Pies. [GK]
O! O tak. Pierwszy raz od.. dawna nie tylko ktoś się do niej odezwał, ale nawet chciał prowadzić z nią rozmowę. Obróciła głowę i zmrużyła oczy żeby lepiej ocenić skąd dobiegał głos. Trochę zawiodło ją, że nie był to jeden z tych dużych ptaków, które próbowała zaprzyjaźnić od tygodnia. Tym razem trafił jej się kot i to w dodatku taki spory. Takich tu jeszcze nie widziała. Nie wiedziała, że tu dają takie rzeczy.
Pogalopowała w stronę przybysza z największą gracją, na jaką było ją stać. Hop, hop, hop, między uschniętymi kępkami trawy, z pewnością wyobrażała sobie, że wygląda znacznie majestatyczniej, niż w rzeczywistości wyglądała. Królowa tych ziem nadciąga, klękajcie obce koty. To pole to jej rewir teraz.
- A co ty tu robisz? - zatrzymała się trochę ponad pół metra od niego, a przez nagłą zmianę prędkości obsypała się z niej kupka piasku. - Nie widziałam tu nikogo innego, kto chciałby ze mną rozmawiać.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Mały syfiarz przyspieszył do galopu – to się ceniło, wiadomo. Pędzący szczurek wyhamował gwałtownie przed Orionem, tracąc imponujące ilości brudu, jak na tak krótką sierść. Kocur skrzywił się tylko odrobinę.
Może powinno go zastanowić co tak młoda kotka robiła tutaj zupełnie sama – a przynajmniej bez opiekuna w zasięgu wzroku –ale definicja odpowiedzialnego dorosłego była mu obca.
– Jak to co? Czekam. – wyjaśnił z nieco bardziej zamaszystym niż dotychczas ruchem kity. – Jakbyś nie opuszczała swojego stanowiska to byś nie narzekała na brak towarzystwa chętnego do rozmów. A tak, ile kotów musiało tędy przejść pod twoją nieobecność, hm? Tragedia. Zupełny brak profesjonalizmu. – pokręcił z niezadowoleniem głową.
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
orientalny krótkowłosy; czarno-rudy szylkret z przewagą czarnego, pomarańczowe oczy
ten współpasażer który zabawia pięciolatka siedzącego za tobą w samolocie żeby przez całą drogę nie kopał w twoje siedzenie
Babie Lato [S], Orzechowa Łapa [KW], Pies. [GK]
On macha ogonem. Nie. też pomachała, tak dla towarzystwa. Z ogona obsypało się jeszcze więcej brudu.
- Na co? - pomachała ogonem jeszcze raz, tak jakby od niechcenia. Kurczę, miała za krótkie futerko żeby wyglądało tak cool jak kiedy on to robił. Niekorzystne. - To moje stanowisko i nikt inny tędy nie przechodził! - odpowiedziała z zaangażowaniem i wyprostowała się trochę, żeby wyglądać na większą. Niedoczekanie, tak zarzucać jej nieuwagę. Ona sprawdzała las i potem to pole przez trzy tygodne, może cztery, i dotychczas żadnego innego kota nie widziała. To on tu jest pierwszym obcym i w dodatku od razu zarzuca jej nieprofesjonalizm.
- Nikogo innego tu nie ma. Tylko ptaki, ale one nie chcą rozmawiać. Są też robaki, ale one nie chcą rozmawiać jeszcze bardziej.