Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Zadrżała, kiedy Płomyk przysunął ją bliżej siebie. Biło od niego gorąco, nieposkramiające ilości ciepła, bardzo przyjemnego ciepła. Chyba tego jej brakowało w życiu. Takiego rodzaju ciepła, stale przy boku. Jednak byli z różnych klanów, stad, nie mogli sobie pozwolić na coś takiego codziennie. A Płomyk oferował jej całego siebie, dosłownie całego siebie i mogli się trochę zabawić, tak raz, pewnie już ostatni w życiu.
Więc skoro dzisiaj oboje mieli dużo czasu, powinni go wykorzystać jak najbardziej się da.
- Już chyba wiem, skąd imię Płomyk - wymruczała. - A ty co chciałbyś dzisiaj robić...? - spytała. Może miał wobec nich jakieś szczególne plany. - Jesteśmy starzy i... Może chcesz się rozerwać? Tak wiesz, ostatni raz, na całego? - zagadnęła. Kto wie, przy odrobinie szczęścia może uda jej się zajść w ciążę i trochę odpocznie. Nawet jeśli urodzi, kocięta nie muszą wiedzieć, kto jest ich ojcem. A Płomyk raczej by się nie zgodził zostać ojcem kociąt, więc... Niech myśli, że jest za stara. Ona sama z resztą nie wie, czy jeszcze to wszystko się uda. Nie wiedziała, czy robi dobrze, czy źle. Wiedziała, że potrzebuje odpoczynku i kogoś, komu mogłaby przekazać ogromne pokłady miłości, których aż nadmiar ma w swoim sercu.
- Wiesz, chyba zasługujesz na skrawek naszych tajemnic. Nazywam się Nowy Świt, żyjemy niedaleko Topiołek, po drugiej stronie Grzmiącej Ścieżki. Tylko nikomu tego nie mów, i nie przekraczaj naszych terenów. O ile chciałbyś mnie kiedyś odwiedzić, lepiej zaczekaj na patrol i powiedz, że to mnie poszukujesz - wymruczała. Przecież na granicy mógł spotkać różne koty. Miłego Raniuszka, który pewnie by go jeszcze na herbatkę do obozu zaprosił, albo Sekwoję, która na miejscu rozszarpałaby go pazurami.
Niech się dzieje co się ma dziać. Ale Kos potrzebuje czegokolwiek, co odsunęłoby jej głowę od nadmiaru obowiązków.
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Płomyk jak zwykle potrafił pięknie mówić i oczarowywać swoją charyzmą. Skąd można to zauważyć? Choćby po samej reakcji Kos. Jej ciało zawsze reagowało pozytywnie na jego dotyk. Dygotało z ekscytacji i przeszywał ją dreszcz. Ten widok, same te reakcje dawało Płomykowi wiele satysfakcji. To mu mówiło, że pomimo lat dalej miał jakiś urok w sobie.
To wszystko było dowodem tego, że Płonący Las nie jest jeszcze suchą śliwką. A przynajmniej ktoś jeszcze darzył go sympatią.
Uśmiechnęła się figlarnie po czym zapytał. - Czyżby? Zdradź mi. - był ciekawy jej zdania czemu miał właśnie tak na imię.
Nagle Kos powiedziała coś co nigdy nie przypuszczał, że powie. Szylkretka chciała z nim przeżyć jakieś szaleństwo. No i chyba trafiła na dobrego kota. Jego uszy się postawiły wysoko a kocur spojrzał na kocice z błyskiem w oku. - Kusząca propozycja. Źle by było odmówić. - powiedziała a następnie przybliżył jej pyszczek bliżej swojego. - Chce się nacieszyć twoją obecnością. - mruknął zmysłowo po czym polizał jej pyszczek swoim językiem. - A ty? Na co masz ochotę? - zapytał po czym powolnym ruchem skierował swoją głowę do szyi kocicy. Zaciągnął się jej zapachem, rozluźniając przy tym swoje ciało. Tak dawno nie czuł takiej bliskości. Nie czuł tego samego co kiedyś ale to byłoby również przyjemne. Czuł pewne mrowienie na swoim grzbiecie.
Pozostawił na jej szyi kolejny pocałunek przy czym zaczął lekko podgryzać jej skórę. Zaprzestał czynności gdy ta zdradziła mu parę tajemnic. Nowy Świt...skądś to kojarzył ale nie pamiętał dokładnie. - Wiesz co? Chyba odgadłem jeszcze inną twoją tajemnice. - zamruczał gardłowo. - Znam teraz już prawdziwy powód twojego przybycia. - delikatnie naparł ciałem na jej pierś. Byli teraz bardzo blisko siebie. Kocica mogła poczuć spokojne ale nieco przyśpieszone bicie jego serca. Mogła z nim zrobić co tylko chciała. Płomyk mógł spełnić jej każdą zachciankę.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
- Bo... - zachichotała uroczo, jakby nie dobijała setki księżyców - Jesteś bardzo, bardzo gorący - wymruczała prosto w jego kryzę i lekko przylizała mu futerko na szyi. Ledwo co podniosła głowę, a już natrafiła na jego błyszczące oczęta. Były śliczne. I pełne chęci, siły do działania. Chyba to ten czas w życiu, żeby się rozerwała. Kiedyś musi. Przynajmniej w tę dzisiejszą noc. Oddała mu liźnięcie, które przeciągnęła aż na ucho.
- Bardzo źle byłoby odmówić, czyż nie? - zagadnęła z oddechem. Przybliżyła się o krok do kocura. Końcówki ich nosków dosłownie zderzały się jeden o drugi, albo dzieliło je ćwierć milimetra. Przycisnęła swój. Płomyk chyba takim drobnym całusem nie pogardzi. - A ja twoją, Płomyku. Chcę cię mieć dzisiaj bardzo, bardzo blisko siebie - podkreśliła z drganiem wąsów. Mruknęła, rozluźniła się, napawała się cienistym zapachem kocura. Potrzebowała jego bliskości. Nie uświadomiła sobie, jak bardzo. Oddychała głęboko, choć jej ciało i tak poddrygiwało pod dotykiem kocura.
Wstrzymała oddech, kiedy ten zamarł na dźwięk nazwy jej stada. Czyżby on już stracił cały zapał...? Nie. Wcisnęła się w niego mocniej, chcąc poczuć drżenie jego gardła. Wciąż jej chciał. Ona wciąż chciała go.
- Czyżby? - szepnęła w jego miękkie futerko. - Więc udowodnij - zażądała i ugięła się pod jego naporem. Pozwalała mu na wszystko. Ufała mu, a szczęście rysowało się wyraźnym blaskiem w jej oczach. Potrzebowała go, jego ciepła, jego bliskości. Raz na setkę księżyców mogła sobie pozwolić na odłożenie poważnej Kos na bok, prawda...?
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
- Imię zobowiązuje. - skomentował po czym mruknęła przeciągle gdy ta polizała go wzdłuż szyii aż do jego ucha. Poczuł jak wybiera się w nim coraz to wieksza ekscytacja. Zapragnął dziś mieć blisko siebie Kos. Chciał czuć jej ciepło i zapach. Napawać się jej ciałem jak i ją samą. Była taka czysta i niewinna. Mimo iż na swoim ciele posiadała wiele blizn. Niezależnie co przeżyła, dalej wydawała się być uśmiechnięta i pełna życia. Była przeciwieństwem Płomyka. On powoli gasnął. Nie miał celu w życiu. Prawie nic nie dawało mu radości. Czuł się samotnie mimo iż nie był sam. Tęsknił za starymi czasami. Nie potrafił przestać żyć przeszłością. Był zardzewiałym starociem.
Więc teraz gdy Kos zapragnęła jego towarzystwa...Płomyk poczuł się trochę młodszy i żywszy. Dawno nie towarzyszył nikomu. Dawno nikt nie zechciał spędzić z nim nocy. Było to coś zaskakującego i pobudzającego wszystkie jego zmysły. Chciał w pełni wykorzystać tą chwilę i zbadać każdą część ciała szylkretki. Podziwiać smukłą sylwetkę kobiecego ciała.
Gdy ta zaszeptał a mu do ucha, przeszły po jego ciele delikatnie ciarki. - Zwłaszcza Tobie. - dorzuciłem do jej słów. Kos nie zamierzał kończyć na szeptach i słodkim mruganiu w jego stronę. Przejęła na chwilę pałeczke i złączyła ich pyszczki w drobnym pocałunku. Gdy ta zakończył, Płomyk przycisnął jeszcze raz swój pysk do jej pyska. Przymknął przy tym oczy i mruknął gardłowo. Jej następne słowa tylko go jeszcze bardziej nakręcały. Czuł się teraz jak jakiś terminator.
Przybliżył się do jej ucha a następnie delikatnie zaczął podgryzać jej małżowinę. Co jakiś czas muskając jej ucho nosem. - W takim razie dziś jestem twój. - szepnął jej do ucha.
Nagle usłyszał rozkaz przez co Płonący Las cicho się zaśmiał. Ktoś tutaj był lekko niecierpliwy. - Jak sobie życzysz. - mruknął uwodzicielsko a następnie przywarł do jej ciała.
Przygniótł ją do ziemi, nie dając jej czasu na chwilę odpoczynku lub na oddech. Gdyż cieniutkie kocur ponownie przywarł swój pysk do pyszczka kocicy. Splótł ich ogony że sobą a on wisiał nad nią. Mogła poczuć ciepło jego ciała. Bez problemu mogłaby dosięgnąć łapą jego karku. Był blisko i nie zamierzał teraz jej puszczać.
Po długim pocałunku, zniżył się do jej szyi. Polizał ją tam a następnie chwycił jej skórę, delikatne ją ciągnąc. Należała teraz do niego. - Po to właśnie przyszłaś, prawda? - gdy to powiedział zniżył się jeszcze bardziej I przejechał językiem po jej klatce piersiowej.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Ciepło Płomyka było uzależniające. Jego lekki dotyk, cichy głos także. Życie miała jedno i było ono teraz niewyobrażalnie krótkie. Dotyk Płomyka, nocna sceneria i zostawiony za sobą daleko swój mały Klan - lepszej okazji nie będzie. Jeśli Raniuszek jej powiedział, że ma być szczęśliwa, to tak będzie. Spojrzała jeszcze raz krótko na Płomyka i skinęła głową. Była gotowa, on też. Nie zrani jej. Był kochanym, dobrym kocurem, który jak ona potrzebował chwili bliskości i był spragniony czyjegoś ciepła. Uległa jego pieszczotom i zaryzykowała. Raz się żyje, czyż nie?
(...)
Potrzebowała tego. Wiedziała, że potrzebowała. I, wnioskując po mimice Płomyka, on również. Wtuliła się w niego i pozwoliła, żeby ich serca nabrały równego tempa.
- Dziękuję - wymruczała. Liznęła go po brodzie. - Możemy tak jeszcze chwilkę poleżeć, czy musisz już iść...? - zagadnęła. Potrzebowała go, chociaż jeszcze chwilkę dłużej. Niech nie odchodzi. Jest za cudnie, za spokojnie, żeby teraz wracać do chaosu patroli i polowań. Jeśli już zdecydowała się spowolnić życie, chciała to robić jak najdłużej. Na razie się nie odzywała. Miała do niego setki pytań, ale nie chciała się narzucać. Potrzebowała go na dłużej, nawet tam, w Nowym Świcie. Chciała go w swoim stadzie. Chciała mieć z kim wychodzić na długie spacery i zwiedzać granice. Ale czy on chciał? Czy wciąż pozostanie lojalny okropnemu Klanowi Cienia, nawet po dzisiejszej nocy? Czy czuje coś wobec niej, jak ona wobec niego, czy po prostu potrzebował się rozerwać?
Teraz nie chce się tym martwić. Teraz chce leżeć w jego ciepłym futerku i patrzeć w gwiazdy.
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Każdy zakamarek ciała Kos musiał być dokładnie sprawdzony przez Płomyka. Nie chciał przeoczyć nawet malutkiej części. Gdy muskał jej szyje, czuł jak serce pompuje jej krew do głowy. A gdy był blisko jej pyszczka, czuł na swoim języku szorstką skórę tam gdzie miała blizny. Mógł z zamkniętymi oczyma zrekonstruować jej całe ciało. Poznał je w całości od a do z. Dotykał ją jak ulubiony instrument. Płynnie robił swoje następne ruchy. Robił wszystko by kocica chociaż przez ułamek sekundy nie poczuła się źle bądź nie przestraszyła się. Chciał sprawić by ta noc była dla niej czystą przyjemnością. Poczuciem satysfakcji, spełnienia. Szanował ją. Była piękną istotą mimo swoich szram. Zawsze była dla niego dobra. Dlatego Płomyk chciał to wynagrodzić. Spełnić jej najskrytsze pragnienia. Rozbudzić jej każdy zmysł. Tylko tak mógł się do czegoś przydać. Tylko w tym miał doświadczenie.
Pewnie gdyby był młodszy to wszystko mogłoby inaczej wyglądać. Swoim młodzieńczym zapałem rozkochałby do szaleństwa i nie puściłby jej do następnego poranka. Mówiłby jej jak bardzo jej pragnie i chciałby zawsze ją kochać.
Teraz jednak nie było słów. Nie było obietnic ani dzikiego głodu, który odbierałby mu rozum. Było czyste pożądanie. Drugiego kota i jego ciepła. Bliskości. Pragnienie zaciśnięcia się jak najmocniej z drugim ciałem by poczuć, że jeszcze się czuje – żyje.
Teraz to czyny zastąpiły słowa. Każde muśniecie i pocałunek były cichym szeptem wojownika.
Jego uścisk zacieśnił się na jego brzuchu i przez chwilę tulił ją do siebie. Oddał jej całą swoją uwagę i ciepło. Dał jej wszystko co mógł jej teraz dać. Czystą przyjemność bez konsekwencji…
(…)
Położył się na trawie a tuż obok niego leżała zmęczona kocica. Czuł zadowolenie jak i też cieszył się, ze tym razem jego kochance nic nie będzie. Zachował zdrowy rozsądek jednocześnie pozyskał z tego przyjemność.
Sam czuł zmęczenie więc tylko mruknął ciepło gdy usłyszał podziękowania. To nie było nic takiego.
Odezwał się dopiero gdy ta zadała mu pytanie. – A no tak… Mogą mnie niedługo szukać… – powiedział sam do siebie. Było to mało prawdopodobne ale mogłoby się tak zdarzyć. A nie chciał by ktoś z klanu Cienia zobaczył go w takim stanie z kocicą z Nowego Świtu. Do tego jedną z wielkich głów tej całej zgrai. Chyba by wtedy go wykastrowali czy coś. Ale teraz… Było mu już wszystko jedno. – Zostanę jeszcze chwilę… – dodał po chwili. Nie chciał by Kos pomyślała, że nie ma serca. Po czymś takim… Nie mógł jej od razu zostawić.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Przez chwilę nie mówiła nic. Po prostu leżała wtulona w futro Płomyka i delektowała się chwilą, jakich było żałośnie mało w jej życiu. Minęło już tyle księżyców, setka na karku, a ona... Nawet nie miała partnera. Nawet nikt się w niej nie zakochał, jak ona kochała się w kimś. Wiecznie sama. Wiecznie samotna. I nie twierdziła, że teraz to się poprawi. Wręcz przeciwnie - drastycznie bała się, że lada chwila kocur ucieknie i ją zostawi, jak niechcianą zabawkę. Ale tak nie będzie, prawda? Tak to się nie skończy?
- Płomyku... - zaczęła mrukliwie - Wiem, już przeprowadzaliśmy tą rozmowę, ale... Nie chciałbyś wstąpić do Nowego Świtu? Bylibyśmy bliżej i... Moglibyśmy codziennie chodzić na wyprawy, skorzystać z resztek naszego życia... - westchnęła. Rozumiała, że kocur mógł czuć się przywiązany do Cienia, ale co w nim było wyjątkowego? Skoro już byli ze sobą tak blisko, raczej nie znalazł sobie tam partnerki. Może jedno z jego dzieci się odnalazło? Ale nawet jeśli: to czy nie jest na tyle duże, że Płomyk bez obaw może odejść i przyłączyć się do Nowego Świtu?
Nie wiedziała, co powiedzieć dalej. Po prostu czekała na odpowiedź kocura i liczyła, że ten się zgodzi.
Jest dość małym kociakiem o drobnej budowie. Charakteryzuje go jego, zawsze czyste i zadbane, kręcone biało-rude futro. Na razie niebieskie oczy, już w krótce wybarwią się na bursztynowy kolor.
jego ego mogłoby być dorównywać rozmiarem trzem niedźwiedziom, ma wręcz obsesję na swoim punkcie. Według niego wszyscy inni istnieją tylko dla niego lub dzięki niemu i powinni być mu wdzięczni, że w ogóle pozwala im oddychać tym samym powietrzem co on. Wypełniony arogancją i zarozumiałością zdaje się nie dostrzegać tego, że potrzebuje innych. Wręcz żyje dzięki ich atencji. Jedynymi kotami, do których ma jakikolwiek szacunek jest jego własna rodzina, której z resztą jest zbyt oddany. Łatwo i szybko potrafi wpaść w furię. Nie trzyma się żadnych granic, w imię teorii, że każda zasada musi być złamana. Nie potrafi się zamknąć.
Kunie Gardło [KG]
Te senne koty jednak mnie musiały nienawidzić. Senne? Niebieskie? Coś takiego, nie żeby mnie to jakoś obchodziło bardziej. Obchodziło mnie w sumie tylko dlatego, że to one podobnie mnie tymi choróbskami karały. A przynajmniej tak słyszałem w lecznicy. Nie przejąłem się tym jednak zbytnio i te domniemane "kary" tylko sprawiły, że kiedy znowu stanąłem na łapy, od razu, jeszcze tej samej nocy, zagłębiłem się w tereny klanu Wichru. A noc była piękna. W końcu to wkurzające zimno odeszło, a nawet kiedy na srebrnej skórze pojawiał się księżyc, nadal było nawet ciepło. Na moim pysku pojawił się w tamtym momencie, tak rzadko ostatnio dostrzegalny, uśmiech. Pięknie było być wolnym. Nawet jeśli był to stan jedynie chwilowy. Nie wiedziałem jakim cudem nikt z tych klanowych kotów jeszcze nie podążył moją ścieżką. Jasne, może raczej średnio się wysypiałem, ale nie miałem żadnych obowiązków, a w dodatku jeszcze mogłem cieszyć się taką wolnością. Zaśmiałem się cicho, kiedy zorientowałem się jak ironiczne jest moje imię. Słonecznik, który woli księżyc a nie słońce. No cóż, przynajmniej promieniałem jak jeden.
Czując, że znajomy zapach zaczyna powoli zanikać nieco zwolniłem kroku, rozglądając się coraz to uważniej ażeby na pewno zapamiętać swoją trasę i móc później wrócić. Chociaż tej nocy czułem się jakoś tak bardziej odważnie. Pewnie była to kwestia tego jak bardzo łaknąłem tego wyjścia przez ostatnie kilka księżycy. Nie przeszkadzało mi to jednak. Jeśli miałem być wolny musiałem być odważny i zapuszczać się jeszcze dalej. A kto wie co mnie dzięki temu spotka?
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Próbował zasnąć. Miał wrażenie, jakby nie spał od wieków, choć błąkał się zaledwie kilka wschodów słońca. A może kilkanaście? Czas wydawał się być dziwny w ostatnim czasie. Od, cóż, feralnego zdarzenia z czekoladowym pieszczochem, od poznania Brzózki i całej ferajny, z którą się znajomiła, nie był w stanie zmrużyć oka. Chodził zmęczony, poddenerwowany, gburowaty. Nie wiedział, co zrobić ze sobą, ze swoim życiem. Koszmary mu nie pomagały, a trajkotanie dziwnych rzeczy ze strony nowej znajomej wpędzały go w dziwny stan. Czuł, jakby nie był do końca świadomy, dni przelatywały mu między palcami, czuł się dziwnie.
Tym razem spróbował zasnąć na dziwacznej budowli dwunogów, niestety skutek był taki sam jak ostatnio. Powiercił się trochę w miejscu, ale jak tylko zamknął oczy na dłużej, podskakiwał niemalże ze strachu, gdy umysł przyprowadzał mu na myśl najgorsze obrazy, jakie tylko mógł sobie wyobrazić. Czasami migały mu widoki martwego orientala, czasami zakrwawione łapy, czasami czuł jak spada w przepaść. A nie, spaść to spadł w rzeczyiwstości. Próbował zejść z drewnianego punktu, nieostrożnie stawiając łapy na drabince. Źle wymierzył, źle popatrzył i zleciał, uderzając bokiem mocno o ziemię. Wtedy dopiero dojrzał biało-rudego, niewiele młodszego kocura, mocno zalatującego Wichrem.
- Nie komentuj... - zaharczał, podnosząc się z trudem. - Tylko spróbuj a poharatam ci mordę - ugryzł się w język. Obiecał sobie, że się zmieni. W końcu to jego działania doprowadziły go do miejsca, w którym jest teraz.
Jest dość małym kociakiem o drobnej budowie. Charakteryzuje go jego, zawsze czyste i zadbane, kręcone biało-rude futro. Na razie niebieskie oczy, już w krótce wybarwią się na bursztynowy kolor.
jego ego mogłoby być dorównywać rozmiarem trzem niedźwiedziom, ma wręcz obsesję na swoim punkcie. Według niego wszyscy inni istnieją tylko dla niego lub dzięki niemu i powinni być mu wdzięczni, że w ogóle pozwala im oddychać tym samym powietrzem co on. Wypełniony arogancją i zarozumiałością zdaje się nie dostrzegać tego, że potrzebuje innych. Wręcz żyje dzięki ich atencji. Jedynymi kotami, do których ma jakikolwiek szacunek jest jego własna rodzina, której z resztą jest zbyt oddany. Łatwo i szybko potrafi wpaść w furię. Nie trzyma się żadnych granic, w imię teorii, że każda zasada musi być złamana. Nie potrafi się zamknąć.
Kunie Gardło [KG]
Będąc całkowicie szczerym, początkowo nawet nie zauważyłem nieznajomego. Nie żebym był ślepy, w końcu nawet nieźle widziałem w ciemności, aczkolwiek jego czarne futro nieco zbyt dobrze zlewało się z dziwną konstrukcją, na której aktualnie odpoczywało. Dopiero gdy kształt przypominający kota upadł na ziemię, zwróciłem na niego uwagę. A jeszcze kiedy się odezwał, ho ho to będzie ciekawe. - Nawet nie zdążyłem się odezwać. Po za tym trochę przeceniasz to ile uwagi na ciebie zwracam, nie sądzisz? Gdyby nie to, że się odezwałeś pewnie nawet nie spojrzałbym w twoim kierunku. - mimo, że moje słowa podchodziły pod niejakie wyzwiska, ton głosu nijak na to nie wskazywał, wręcz brzmiał jakbym był do kocura przyjaźnie nastawiony. Czy byłem? Sam nie wiedziałem. Może po prostu szukałem czegoś nowego. A nieznajoma ciemna sylwetka zdecydowanie była nowością. - Ale skoro już zawiesiłem na tobie swój wzrok nie sądzisz, że powinieneś być jakiś... No nie wiem, milszy? Mógłbyś się chociaż przedstawić czy coś. Nie wiem, bo chyba nie jesteś z klanu nie? Nie śmierdzisz jak żaden, który znam. - nie wiedziałem do czego z tym wszystkim zmierzam. Kocur jednak nie brzmiał jak rozmowny typ, więc ktoś rozmowę musiał ciągnąć. Bo w sumie to jednak trochę samotnie mi było ostatnio. Ciężko jest być najlepszym w całym klanie. Nie ma nigdy z kim gadać ani nic. A tak to może przynajmniej kogoś na poziomie spotkam.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
- Z której strony powiedziałem, że zwracasz na mnie uwagę? Uprzedziłem tylko w razie czego, durniu - splunął. Jakby się nie odezwał, wszystko byłoby w porządku, Bezimienny zakończyłby swoje odzywki na drobnej groźbie poharatania pyska, może syknąłby z raz i odszedł w swoją stronę. Może odprowadziłby tylko rudzielca wzrokiem, co by zniknął mu z pola widzenia. Zdecydowanie nie planował wpędzać się w jakikolwiek konflikt z nieznajomym, szczególnie że waliło od niego Wichrem, a to mogłoby mieć dużo większe konsekwencje niż morderstwo pieszczocha.
- Z jakiej racji mam być milszy? Czy ty się słyszysz? Kretyn - charknął pod nosem. - Nie jestem z klanu. I nie mam imienia.
Jest dość małym kociakiem o drobnej budowie. Charakteryzuje go jego, zawsze czyste i zadbane, kręcone biało-rude futro. Na razie niebieskie oczy, już w krótce wybarwią się na bursztynowy kolor.
jego ego mogłoby być dorównywać rozmiarem trzem niedźwiedziom, ma wręcz obsesję na swoim punkcie. Według niego wszyscy inni istnieją tylko dla niego lub dzięki niemu i powinni być mu wdzięczni, że w ogóle pozwala im oddychać tym samym powietrzem co on. Wypełniony arogancją i zarozumiałością zdaje się nie dostrzegać tego, że potrzebuje innych. Wręcz żyje dzięki ich atencji. Jedynymi kotami, do których ma jakikolwiek szacunek jest jego własna rodzina, której z resztą jest zbyt oddany. Łatwo i szybko potrafi wpaść w furię. Nie trzyma się żadnych granic, w imię teorii, że każda zasada musi być złamana. Nie potrafi się zamknąć.
Kunie Gardło [KG]
Oho. Przechodziliśmy do obrażania. Cudownie. Wywróciłem dość teatralnie oczami aby pokazać jak bardzo obchodzą mnie słowa nieznajomego. - A z jakiej racji masz być nie miły? To może działać w obie strony. - wytłumaczyłem jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. - Ja na twoim miejscu cieszyłbym się, że masz szansę pogadać z takim kimś jak ja. Widać, że jakiś taki wyobcowany jesteś. - zauważyłem, chociaż nie zamierzałem rozwijać tej myśli. Niech sam się domyśla dlaczego wydaje się być samotnym. Może będzie dzięki temu milszy albo jakoś lepiej zadba o swoją kulturę osobistą. - NIE MASZ???? Czy ty normalny jesteś??? Znaczy pewnie nie, ale słuchaj stary co ty sobie w ogóle wyobrażasz. Imię to dosłownie- No najważniejsze jest. Ja mam trzy, bo siebie szanuje, a ty??? Słuchaj lepiej wymyśl sobie jedno albo sam to zrobię, a wtedy żadnych skarg nie przyjmuję. - no tak mocno to dawno się nie zdziwiłem. Gdybym mógł pewnie aż padłbym na ziemię z wrażenia, ale nie chciałem sobie brudzić futra. - Po za tym kim w takim razie byli twoi rodzice? Przecież ktoś kto tobą się zajmował musiał mówić na ciebie jakoś, co nie? - czym dłużej nad tym myślałem tym bardziej coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Finalnie doszedłem do wniosku, że kocur albo ściemnia albo po prostu nie lubi swojego imienia. W sumie skoro tak było mógłby przynajmniej wymyślić sobie jakieś inne. Dziwny jakiś był.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
- Z kimś takim jak ty - prychnął z krótkim śmiechem pod nosem. - A kim ty niby jesteś? Mały, brzydki kot z Wichru, byle jaki terminator na tle równie byle jakich wojowników - wzruszył barkami. Rudy nie imponował mu gadką, wizualnie wyglądał niezwykle żałośnie, przez co Szczerbatek czuł niewielką przewagę nad towarzyszem. Co prawda, targały nim całkiem różne uczucia, z jednej strony miał ochotę wyśmiewać nieznajomego co kilka uderzeń serca, z drugiej strony co chwila gryzło go poczucie winy i stres, które kazały mu się opamiętać.
- Nie mam, tyle, nie interesuj się tym zbytnio. Mów sobie jak chcesz. Już mnie to nie obchodzi - westchnął, nieco smutno, nieco zmęczenie. Już nawet pogodził się z nazywaniem go Smrodkiem przez Brzózkę. Imiona przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
- Nie spoufalasz się za bardzo? Nie twój interes, jak mnie nazywano. Jestem potworem, nie zasługuję na imię - przełknął ciężko ślinę, ledwo wyduszając z siebie te słowa. Nie potrafił powiedzieć sobie, że na coś nie zasługiwał, jednak z drugiej strony, zżerająca go wewnętrznie skrucha kazała się karcić bezsennością i wyzwiskami.
Jest dość małym kociakiem o drobnej budowie. Charakteryzuje go jego, zawsze czyste i zadbane, kręcone biało-rude futro. Na razie niebieskie oczy, już w krótce wybarwią się na bursztynowy kolor.
jego ego mogłoby być dorównywać rozmiarem trzem niedźwiedziom, ma wręcz obsesję na swoim punkcie. Według niego wszyscy inni istnieją tylko dla niego lub dzięki niemu i powinni być mu wdzięczni, że w ogóle pozwala im oddychać tym samym powietrzem co on. Wypełniony arogancją i zarozumiałością zdaje się nie dostrzegać tego, że potrzebuje innych. Wręcz żyje dzięki ich atencji. Jedynymi kotami, do których ma jakikolwiek szacunek jest jego własna rodzina, której z resztą jest zbyt oddany. Łatwo i szybko potrafi wpaść w furię. Nie trzyma się żadnych granic, w imię teorii, że każda zasada musi być złamana. Nie potrafi się zamknąć.
Kunie Gardło [KG]
Może kocur trochę mnie poobrażał ale nie zdawał sobie sprawy jaką przewagę nad nim mam, gdyż w ani jednej kwestii nie miał racji. Z mojego pyska wydobył się więc cichy śmiech, kiedy w głowie już układałem sobie odpowiedź na te domniemane „obelgi”. - No i tu się mylisz. Niektórzy potrafią się nieco lepiej ustawić w własnych klanach. Nie wiem co ty tam wiesz o naszym systemie, chociaż wnioskując z twojej wypowiedzi nawet sporo, ale wyobraź sobie że ja nie mam żadnej rangi. - miauknąłem dumnie, mimowolnie nieco prostując pierś. - Nie mam jakichkolwiek obowiązków, a jedzenie i tak dostaję. Co prawda wychodzić mogę tylko po zmroku, ale coś za coś, prawda? Trzeba po prostu wiedzieć jak się dobrze ustawić i nagle jesteś nieco więcej niż tylko „brzydkim kotem z klanu Wichru” - posłałem mu dumny uśmiech. Może i normalnie wybuchłbym kiedy ktoś nazwałby mnie brzydkim, ale na razie nie chciałem kocura od siebie odstraszać. Zbyt przyjemnie się rozmawiało.
A może nie tyle przyjemnie co ciekawie, gdyż odpowiedź nieznajomego na temat imienia nieco zbiła mnie z tropu. Chwilę milczałem zanim zdecydowałem się odezwać, jednak teraz, mimo żartobliwego wydźwięku, mój ton opadł na nieco spokojniejsze tory. - Oho, znalazł się pan „kiedyś zrobiłem coś głupiego o czym pewnie nikt już nie myśli, ale ja muszę się tym zamęczać do końca życia”. Wyluzuj trochę. Każdy ma jakieś słabe momenty w życiu, nikt nie jest idealny. - oczywiście wiedziałem, że ja jestem idealny, ale w tamtym momencie nie chciałem kocura dobijać. - Ale skoro mogę to z okazji skorzystam. Ostrokrzew ci pasuje. Ostatnio usłyszałem o tym ziele w lecznicy i jakoś tak pasuje do ciebie. Normalnie pewnie powiedziałbym coś w stylu „noc” czy inne ciemne zjawisko ale wtedy nie byłbyś wyjątkowy. -
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Odpowiedź zaskoczyła Bezimiennego na tyle, że uniósł brwi. Może i kocur był mały i brzydki, ale trzeba przyznać, że miał co nieco pod kopułą. Albo tylko taki się wydawał albo był tak niesamowicie leniwy, że nie zjawił się na żadnej ceremonii.
- W porządku, jesteś brzydkim nikim z klanu Wichru, jeśli tak ci na tym zależy - poprawił się, zawierając odpowiednią rangę w wypowiedzi tym razem. - Ale nie przeczę, system niezły. Szkoda tylko, że jest się wtedy ograniczonym do obozu...Czy to znaczy, że ktoś po ciebie zaraz przyjdzie czy raczej nikt cię nie lubi na tyle żeby się pofatygować? - dopytał, ale ton się zmienił. Z kpiącego, na raczej współczujący. Może, gdyby Łabędź poszedł na całość i go zdegradował do rangi kocięcia, to wcale by go tu teraz nie było. Chociaż, wyszedł z terenów Rzeki jeszcze podczas ceremonii, nie tak łatwo było wtedy go upilnować, gdy wszyscy mieli inne rzeczy na głowie.
- Mhm. Nie znasz mnie. Może i lepiej dla ciebie. Nie wiem, jakie dla ciebie są 'słabe momenty w życiu', ale uwierz że to nie było splunięcie w pysk medykowi czy obraza przywódcy - nie chciał się przyznawać do tego jedynego błędu przeszłości. A może...a może to wcale nie był jedyny błąd? Może, gdyby nie zrealizował tej głupoty ze Szponem, oboje teraz siedzieliby na łące, snując plany jak przekabacić pszczoły do legowisk. Nie czuł się jednak winny, gdy chciał po prostu wesprzeć przyjaciela, może odrobinę winny za zepsucie kolejnej ceremonii. Może na Lilię wcześniej też nie musiał się wydzierać?
- Nie, żadna noc. Nigdy więcej - tak zajadle walczył o imię, tak szybko i głupio je stracił. Do tego, mimo prób i starań, przydomek wciąż kojarzył mu się z Nocnym Szkwałem. I gdyby nie to, że planem jest wieczna tułaczka, aż Gwiezdni nie zlitują się nad jego losem, z pewnością myślałby o innym imieniu. - Ostrokrzew brzmi nieźle, przyznaję... - uniósł brwi, pochylając łeb w stronę rozmówcy, gestem chcąc zachęcić go do przedstawienia się.