Czosnek to wszystko, czego można się spodziewać po doświadczonej samotniczce i córce miejskiego gangstera. Choć trochę jej brakuje do zakwalifikowania się do grupy najwyższych kotów, wciąż jest imponującego wzrostu. Długie, kudłate i splątane futro jest szaro-bure z czarnymi pręgami na głowie i łapach, a także ciemnym płatem pokrywającym grzbiet i ogon; barwy kocicy o zanikającym pręgowaniu są dość ciemne na całej powierzchni ciała, tylko na pysku, szyi i brzuchu widać jaśniejsze przebłyski. Jej bokobrody nie są najdłuższe, lecz wokół szyi posiada długą i gęstą kryzę. Sylwetkę ma masywną, pod grubą warstwą brudnej i zakurzonej sierści zarysowane są mocne mięśnie. Wąsy, którymi ozdobiony jest pysk, wywijają się do góry, nos jest barwy wątrobianej, a wyżej znajdują się lodowate, szaro-błękitne oczy. Blizny: parę szram na głowie, ślad po oderwanym płacie skóry na lewej przedniej łapie, postrzępione krawędzie uszu.
Niezależna, pewna siebie, arogancka egoistka, którą nietrudno zirytować.
Wrzeszczący Pysk[GK]; Mały Liść, Dryfujący Kwiat[Nkt]; Księżycowy Pył[KRz]; Pluskający Potok[KC]
Czosnek nie miała specyficznego powodu, dla którego znajdowała się w okolicy Klanu Cienia. Była tak skupiona na polowaniu, że zauważyła to dopiero po złapaniu myszy, na którą chwilę temu się czaiła. Zastrzygła poszarpanymi uszamo, rozglądając się po okolicy. Ostatecznie zdecydowała się nie przejmować bliskością Cienia, bo ani nie przekroczyła granic, ani nie miała tam żadnego interesu. Ot, korzystała z chłodniejszej pory, póki wciąż trwała. Wolała się teraz nachodzić, by nie musieć tego robić latem, kiedy temperatury były nieznośne. Przeciągnęła się krótko, decydując, że miała chwilowo dość poruszania się w pozycji łowieckiej. Wyprostowała się i ruszyła dalej w spacerowym tempie, nawet nie patrząc na granicę. Jeszcze tego brakowało, by ktoś pomyślał, że chciała tam wrócić. Nie miała po co, ani do kogo. Może do matki, ale ta jej nie potrzebowała. Och, miała się spotkać z młodszym rodzeństwem. Ciekawe czy Ciernista przekazała wiadomość. Prawdę mówiąc, sama Czosnek o tym zapomniała jakiś czas po wizycie. Była zainteresowana młodszym rodzeństwem, ale jeśli miały to być ofermy pokroju Skrzydła, to wolała ich na oczy nie widzieć.
//cierń. :wilcza:
<table><tr><td></td><td><br>we've gonewaytoofastforwaytoolong<br> andwewereneversupposedto makeithalfthisfar<br> andIlivedsomuchlife,livedso muchlife<br> I thinkthatGodis gonnahavetokillmetwice
</td></tr></table>
po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
Nie tylko Czosnek w końcu zapomniała o obietnicy przekazania inforacji jej rodzeństwu. Co prawda przekazała to Splątanemu Futerku, ale co się stało z tym dalej? Nikt nie mógł wiedzieć. Z czasem wyleciało jej to z głowy ze względu na natłok innych spraw, które jakby nie patrzeć miały większy priorytet.
Czemu Ciernisty Kwiat opuściła granice swojego klanu? Z dość prostego powodu. Była zmęczona obozem, ale odmawiała snu, ponieważ ciągle było coś do zrobienia. Wreszcie Łasica do niej podeszła i namówiła na daleki spacer pod przykrywką "zbierania ziół", które nie rosły na ich terenach. W rzeczywistości dziwnooka zgodziła się tylko dlatego że tęskniła za oglądaniem czegoś poza obozem - spędzała w nim zbyt wiele czasu. Ciotka trzymała się dość blisko niej, dobrze wiedząc w jakim jest stanie. Lepiej nie ryzykować, że jej siostrzenica zemdleje gdzieś daleko od obozu, racja? Na pewno nie spodziewała się zobaczyć na tej wycieczce córki Iwana. W pierwszym momencie, kiedy Łasica szturchnęła i wskazała na jakiegoś kota nieco dalej, Ciernisty Kwiat nie wiedziała, o co jej chodzi. Dłuższą chwilę zajęło jej zrozumienie, że zna tego kota i że to Czosnek, a jej ciotka doskonale wiedziała, że soę znają.
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Czosnek to wszystko, czego można się spodziewać po doświadczonej samotniczce i córce miejskiego gangstera. Choć trochę jej brakuje do zakwalifikowania się do grupy najwyższych kotów, wciąż jest imponującego wzrostu. Długie, kudłate i splątane futro jest szaro-bure z czarnymi pręgami na głowie i łapach, a także ciemnym płatem pokrywającym grzbiet i ogon; barwy kocicy o zanikającym pręgowaniu są dość ciemne na całej powierzchni ciała, tylko na pysku, szyi i brzuchu widać jaśniejsze przebłyski. Jej bokobrody nie są najdłuższe, lecz wokół szyi posiada długą i gęstą kryzę. Sylwetkę ma masywną, pod grubą warstwą brudnej i zakurzonej sierści zarysowane są mocne mięśnie. Wąsy, którymi ozdobiony jest pysk, wywijają się do góry, nos jest barwy wątrobianej, a wyżej znajdują się lodowate, szaro-błękitne oczy. Blizny: parę szram na głowie, ślad po oderwanym płacie skóry na lewej przedniej łapie, postrzępione krawędzie uszu.
Niezależna, pewna siebie, arogancka egoistka, którą nietrudno zirytować.
Wrzeszczący Pysk[GK]; Mały Liść, Dryfujący Kwiat[Nkt]; Księżycowy Pył[KRz]; Pluskający Potok[KC]
W pewnym momencie uwagę Czosnku przykuły dwie znajome sylwetki, które nadchodziły z naprzeciwka. Kocica zmrużyła oczy, nie przyspieszając kroku, nawet gdy w jednej z nich rozpoznała Ciernisty Kwiat. Druga Cienista również nie była jej obca, ale nie pamiętała imienia. Z resztą, nie miało ono znaczenia. Pysk samotniczki wykrzywił typowy dla niej, nieprzyjemny uśmiech. Wyprostowała się, unosząc ogon ku górze.
- Cierń - mruknęła, zawieszając spojrzenie na białej kocicy, i przyjrzała się jej uważniej. - Wyglądasz, jakbyś była jedną łapą w grobie. Czyżby nie pozwalali ci wychodzić z lecznicy? - parsknęła.
Nie spodziewała się tu zobaczyć Ciernistej, tym bardziej Ciernistej w towarzystwie. Wyglądała dość mizernie, gorzej niż ostatnim razem, gdy ją widziała. Może naprawdę nie wypuszczali jej z tamtej śmierdzącej chwastami dziury? Im dłużej Czosnek przyglądała się kocicy, tym bardziej miała wrażenie, że nie była daleka od prawdy. Może jeszcze wydzielali jej racje żywnościowe, ha. Kto wie, co tam się działo w Cieniu, gdy jej nie było. Mimo wszystko była zainteresowana stanem swojej starej znajomej, w końcu nie była pierwszym lepszym losowym kotem, w przeciwieństwie do jej towarzyszki, którą obdarzyła zaledwie obojętnym spojrzeniem.
<table><tr><td></td><td><br>we've gonewaytoofastforwaytoolong<br> andwewereneversupposedto makeithalfthisfar<br> andIlivedsomuchlife,livedso muchlife<br> I thinkthatGodis gonnahavetokillmetwice
</td></tr></table>
Bogatka o ile kiedy się urodziła to była przeciętna to teraz jest ciut mała. Nie odbiega jakoś strasznie dużo wzrostem, ale jednak. Jej łapy są wiotkie i chude, a z sylwetki jest po prostu szczupła i zgrabna. Ma normalnej długość uszy, które są stożkowate i szpiczaste. Pyszczek ma sliczniutki i malutki, który podkreśloby jest noskiem niczym różowy guziczek. Oczy ma raczej zwyczajne, ani duże, ani małe. Koloru nie zmieniły. Nadal są niebieskie, tylko trochę bardziej intensywne. Jej futro jest jedwabne i dobrze zadbane, krótkiej długości. Jej matka ma wspaniałe geny, które przekazała swoim pociechą. Bogatka jest Seal Lynx Pointem lub inaczej Snow Lynx Pointem. Oznacza to, że jest wspaniałym kotem bengalskim. Jest cała wręcz biała z typowymi rozetami w kolorze szarym, lekko brązowym. Ma też typowe dla pointów cieniowania, na pyszczku, uszach, łapach i ogonie. Jak już o ogonku mowa to jest on lekko długi. Pazurki ma drobne, ale za to ostre jak ciernie. Ma bliznę na grzbiecie.
Oj. Bogatka się bardzo zmieniła. Od kiedy się zgubiła na całe dwa księżyce już nie jest taka sama. Już nie jest taka odważna i pewna siebie. Czuła się zagubiona i stracona. Teraz trzyma się niczym kleszcz strasznego matki i rodzeństwa. Już zaczęła bać się świata. Nadal będzie się starać trzymać swojego zdania, ale wystarczy jedno zaprzeczenie. Jedno słowo, a ona już jest potulna jak baranek. W końcu sama wpakowała się w kłopoty i tyle bładziła. Gdyby się słuchała tak by nie było. Właśnie dla tego teraz jest takim lepem. Czuję się z każdej strony otoczona i zagrożona. Może kiedyś, ale na pewno nie w niedalekiej przyszłości, ale wróci do siebie. Ale są na to małe szanse.
Mijał kolejny księżyc dla dzieci Jaskółki, a one były już coraz bardziej sprawne, łapki nie bolały już od byle krótkiego spacerku, a oczka nie zamykały się pięć razy w ciągu jednego jasnego dnia! No i nie potrzebowały już jeść AŻ tak często - co dla Bogatki oznaczało tylko jedno. Wyprawy dłuższe, śmielsze - dalsze.
Tym razem wraz z nią, na przygodę, dał się o dziwo wyciągnąć jej mniej śmiały braciszek, Mech, który jednocześnie był najbliższy jej pod względem wyglądu. Dreptali tak pomiędzy źdźbłami traw - dalej niż kiedykolwiek zapuścili się bez matki. Bogatka szła beztrosko, niepomna na jakąkolwiek ewentualność że gdzieś mogło czaić się niebezpieczeństwo. A technicznie mogło. Nie mieli komfortu dorastania w klanowym obozie, strzeżeni przez kilkunastu wyszkolonych wojowników w dowolnym momencie dnia. Tu mógł pałętać się każdy, od cienistych wojowników po jakiegoś obcego samotnika, nie wspominawszy już o nie-kotach.
Coś jednak w końcu onieśmieliło małą poszukiwaczkę przygód. Pamiętacie te wielkie, wysookie rzeczy z zieloni kulkami na górze, drzewa? Mała zatrzymała się właśnie przed całą linią takich. Były ogroooomne i było ich ogrooomnie dużo, a za nimi jeszcze więcej innych. W życiu czegoś takiego nie widziała!
-Meech! Paaac co znalaz-am! - Zawołała żywo do braciszka który pewnie szedł gdzieś za nią, bo mech to by raczej nie chciał zostać sam w tyle. Niech przyjdzie i zobaczy ten cud natury, dla wszystkich dorosłych kotów pospolicie zwany lasem!
Płeć: Kocur Matka: Jaskółka Ojciec: Nie istnieje (Amor)
Mech jest kotem dość niskim, posiadającym nieproporcjonalnie długie łapy, które są teraz chude jak patyki. Ma trójkątne uszy z których wystaje niesfornie garstka śnieżnobiałych włosków. Ma długi, smukły pyszczek i duże, cyjanowo-błękitne oczy. Ma krótkie futerko, gładkie futerko, które jest na całym ciele takiej samej długości. Jest prawie cały w kolorze jasnokremowym, wyjątkiem jest pyszczek, łapki, ogon oraz na części grzbietu. W tych miejscach można zauważyć ciemniejsze futerko upstrzone pręgami oraz rozetami. Nos Meszka jest prawie czarny, nie licząc środka nosa, w którym znajduje się mały, różowy punkt. Nad nosem i wokół pyszczka ma bardziej rdzawo-brązowe futerko. Posiada białe, liczne i krótkie wibrysy sterczące w różne strony oraz jasno różowy język. Obroża kocura jest w kolorze cyjanowo-fioletowym.
Syn Jaskółki jest dość... specyficzny. Od czasu gdy mieszka z ludzmi, młodzik trochę się odstresował, nadal jednak czasami są bezsenne noce w trakcie których leży z wbitymi pazurkami z materiał, który jest na jego legowisku. Boi się. Jest lepiej niż w zimnej dziurze w której żył przez trochę czasu. Jednakże... Nadal. Nadal dręczy go poczucie winy i boi się spotkać kiedyś członka swojej rodziny. Jest nieufny i małomówny - nie żeby któryś z ludzi z nim rozmawiał. Byłoby mu lepiej, gdyby był tu z mamą i siostrami... Boi się powrotu.
Zgodziłem się na wycieczkę, a powodem było to, że nie chciałem zostawić siostry samej. Wiedziałem, że to właśnie Bogatka oddała się najbardziej od mamy, a on miał dość dobrą orientację w terenie i jeśli by się zgubiła, to on by może odnalazł drogę powrotną do Jaskółki i rodzeństwa.
Rozglądałem się po terenie, starając się zapamiętać szczegóły, gdyby kotka się zgubiła. Po jakimś czasie, niepewnego podążania za siostrą zatrzymała się, czego kocur nie zauważył i dobił do siostry. Otrząsnął się i wstał mozolnie. Jeśli była taka potrzeba - pomógł siostrze wstać.
- Idze! Ae dauego jusz chyba steśmy... - podzieliłem się swoim spostrzeżeniem z siostrą, patrząc niepewnie na rząd drzew przed młodymi kociakiami.
<center>maybe.. I'ma... get... a..little..anxious maybe.... I'ma.... get... a ....little ....shy
cause everybody's. trying .to be famous
and I'm just trying to find a place to hide
</center>
Bogatka o ile kiedy się urodziła to była przeciętna to teraz jest ciut mała. Nie odbiega jakoś strasznie dużo wzrostem, ale jednak. Jej łapy są wiotkie i chude, a z sylwetki jest po prostu szczupła i zgrabna. Ma normalnej długość uszy, które są stożkowate i szpiczaste. Pyszczek ma sliczniutki i malutki, który podkreśloby jest noskiem niczym różowy guziczek. Oczy ma raczej zwyczajne, ani duże, ani małe. Koloru nie zmieniły. Nadal są niebieskie, tylko trochę bardziej intensywne. Jej futro jest jedwabne i dobrze zadbane, krótkiej długości. Jej matka ma wspaniałe geny, które przekazała swoim pociechą. Bogatka jest Seal Lynx Pointem lub inaczej Snow Lynx Pointem. Oznacza to, że jest wspaniałym kotem bengalskim. Jest cała wręcz biała z typowymi rozetami w kolorze szarym, lekko brązowym. Ma też typowe dla pointów cieniowania, na pyszczku, uszach, łapach i ogonie. Jak już o ogonku mowa to jest on lekko długi. Pazurki ma drobne, ale za to ostre jak ciernie. Ma bliznę na grzbiecie.
Oj. Bogatka się bardzo zmieniła. Od kiedy się zgubiła na całe dwa księżyce już nie jest taka sama. Już nie jest taka odważna i pewna siebie. Czuła się zagubiona i stracona. Teraz trzyma się niczym kleszcz strasznego matki i rodzeństwa. Już zaczęła bać się świata. Nadal będzie się starać trzymać swojego zdania, ale wystarczy jedno zaprzeczenie. Jedno słowo, a ona już jest potulna jak baranek. W końcu sama wpakowała się w kłopoty i tyle bładziła. Gdyby się słuchała tak by nie było. Właśnie dla tego teraz jest takim lepem. Czuję się z każdej strony otoczona i zagrożona. Może kiedyś, ale na pewno nie w niedalekiej przyszłości, ale wróci do siebie. Ale są na to małe szanse.
Bogatka mogła się cieszyć że ma takiego zapobiegawczego braciszka, ponieważ faktycznie nie wiadomo czy po takiej długiej jak na ich młode łapki drodze pamiętałaby którędy do maminego gniazdka. W końcu niektóre trawy po drodze były większe od nich, a mała jeśli rozglądała się, to tylko za nowym i nieznanym, nie za punktami orientacyjnymi
Teraz również kontynuowała wpatrywanie się w piękne nowe, kiedy to braciszek, może zamyślony, nie zauważając jej zatrzymania, władował się w nią od tyłu. Pisnęła z zaskoczenia, ale odwracając się i widząc jego minę i otrząsanie się po upadku zaśmiała się wesoło. Braciszek wyglądał zabawnie w tej zdezorientowanej pozycji!
-No asnie! Mama niie po-azywala nam te-o! - Potwierdziła podejrzenia brata, lecz jej głos nie był niepewny, lecz wręcz entuzjastyczny. Bo co to znaczyło, że znalazła miejsce jakiego mama nie pokazała? Może to że nawet mama tu nie była? A co jeśli znaleźli coś o czym mama nie wie? Toż to wielkie odkrycie
-Moze niie wiie ze to tu est! - Pisnęła radośnie do brata po czym podreptała żwawym krokiem na swych małych łapkach dalej w kierunku ściany drzew, oglądając się co jakiś czas na braciszka.
-Odz zobacymy co est daleei! - Wołała. Jakaś ziemia była dziwna jak wyszła z traw między drzewa. Taka miększa! i gdzieniegdzie szeleściła! A co to tam? Czyżby się ruszało? Bogatka podbiegła do powiewającego na wietrze liścia, trochę plątały jej się łapki, ale cóż, ważne że próbowała... i zaczęła za nim ganiać, by kiedy ten opadł na ziemię złapać go, tak jak dorosły kot przykryłby łapkami myszkę.
-Z-apalam! - Miauknęła głośno wesolutkim głosikiem po czym wzięła szeleszczący listek w pyszczek i podreptała do braciszka żeby pokazać mu zdobycz!
<table>
<tr>
<td>
»E v e r y o n e' spushing« Everyone'sfighting STORMSareapproaching
There'sn o w h e r etohide
IfIs a ytheWRONGthing ORIwearthewrongoutfit They'llt h r o wmerightovertheside
Płeć: Kocur Matka: Jaskółka Ojciec: Nie istnieje (Amor)
Mech jest kotem dość niskim, posiadającym nieproporcjonalnie długie łapy, które są teraz chude jak patyki. Ma trójkątne uszy z których wystaje niesfornie garstka śnieżnobiałych włosków. Ma długi, smukły pyszczek i duże, cyjanowo-błękitne oczy. Ma krótkie futerko, gładkie futerko, które jest na całym ciele takiej samej długości. Jest prawie cały w kolorze jasnokremowym, wyjątkiem jest pyszczek, łapki, ogon oraz na części grzbietu. W tych miejscach można zauważyć ciemniejsze futerko upstrzone pręgami oraz rozetami. Nos Meszka jest prawie czarny, nie licząc środka nosa, w którym znajduje się mały, różowy punkt. Nad nosem i wokół pyszczka ma bardziej rdzawo-brązowe futerko. Posiada białe, liczne i krótkie wibrysy sterczące w różne strony oraz jasno różowy język. Obroża kocura jest w kolorze cyjanowo-fioletowym.
Syn Jaskółki jest dość... specyficzny. Od czasu gdy mieszka z ludzmi, młodzik trochę się odstresował, nadal jednak czasami są bezsenne noce w trakcie których leży z wbitymi pazurkami z materiał, który jest na jego legowisku. Boi się. Jest lepiej niż w zimnej dziurze w której żył przez trochę czasu. Jednakże... Nadal. Nadal dręczy go poczucie winy i boi się spotkać kiedyś członka swojej rodziny. Jest nieufny i małomówny - nie żeby któryś z ludzi z nim rozmawiał. Byłoby mu lepiej, gdyby był tu z mamą i siostrami... Boi się powrotu.
A ja, że mam siostrę, która pomaga mi odkrywać i stać się pewniejszym! Dopełniamy się w całości! No może prawie, bo mnie jest dość trudno Bogatkę przekonać, że dalej może być niebezpiecznie. Oby tylko się nie zgubili...
- Ose se ałua? - rzuciłem niepewnie. Może było tu coś niebezpiecznego? Obawiałem się o siostrę. I o siebie. - A ose we i we se u nesespijecne? - krzyknąłem przestraszony swoim pomysłem. Oby tak nie było i to miejsce jest bardzo bezpieczne!
- no ne em... A f ulą słonem amy iś oem do mamy? - zapytałem siostry patrząc w stronę rzędu drzew.
Poszedłem niepewnie za siostrą. Zetknąłem akurat wtedy, jak łapami rzuciła się na liścia. Postanowilem chwilę poobserwować teren i widząc kolejnego opadającego liścia... Też postanowiłem go złapać! Obilem się od tylnych patykowatych łapek i... Chybylilem. Padłem na ziemię jak placek. A listek opadł kawałek dalej.
<center>maybe.. I'ma... get... a..little..anxious maybe.... I'ma.... get... a ....little ....shy
cause everybody's. trying .to be famous
and I'm just trying to find a place to hide
</center>
Bogatka o ile kiedy się urodziła to była przeciętna to teraz jest ciut mała. Nie odbiega jakoś strasznie dużo wzrostem, ale jednak. Jej łapy są wiotkie i chude, a z sylwetki jest po prostu szczupła i zgrabna. Ma normalnej długość uszy, które są stożkowate i szpiczaste. Pyszczek ma sliczniutki i malutki, który podkreśloby jest noskiem niczym różowy guziczek. Oczy ma raczej zwyczajne, ani duże, ani małe. Koloru nie zmieniły. Nadal są niebieskie, tylko trochę bardziej intensywne. Jej futro jest jedwabne i dobrze zadbane, krótkiej długości. Jej matka ma wspaniałe geny, które przekazała swoim pociechą. Bogatka jest Seal Lynx Pointem lub inaczej Snow Lynx Pointem. Oznacza to, że jest wspaniałym kotem bengalskim. Jest cała wręcz biała z typowymi rozetami w kolorze szarym, lekko brązowym. Ma też typowe dla pointów cieniowania, na pyszczku, uszach, łapach i ogonie. Jak już o ogonku mowa to jest on lekko długi. Pazurki ma drobne, ale za to ostre jak ciernie. Ma bliznę na grzbiecie.
Oj. Bogatka się bardzo zmieniła. Od kiedy się zgubiła na całe dwa księżyce już nie jest taka sama. Już nie jest taka odważna i pewna siebie. Czuła się zagubiona i stracona. Teraz trzyma się niczym kleszcz strasznego matki i rodzeństwa. Już zaczęła bać się świata. Nadal będzie się starać trzymać swojego zdania, ale wystarczy jedno zaprzeczenie. Jedno słowo, a ona już jest potulna jak baranek. W końcu sama wpakowała się w kłopoty i tyle bładziła. Gdyby się słuchała tak by nie było. Właśnie dla tego teraz jest takim lepem. Czuję się z każdej strony otoczona i zagrożona. Może kiedyś, ale na pewno nie w niedalekiej przyszłości, ale wróci do siebie. Ale są na to małe szanse.
Mama się bała? Ale dlaczego miałaby? Bogatka wiedziała już że te, no, drapieżniki mogą być w norach, ale czemu miałaby się bać drzew? Mama nigdy nie mówiła że drzewa są niebezpieczne, przecież.
-Dzeewa niic nie lobio pzecie! - Miauknęła głośno za krzyczącym braciszkiem, oglądając się w jego stronę. Oj za bardzo się jej braciszek przejmował, tak myślała, a tu było tak fajnie. Kolejne jego miauknięcia jednak na chwilę zmusiły ją do zastanowienia. Odwróciła się i rozejrzała... nie widziała już nic charakterystycznego z miejsca wokół ich gniazdka... ale to chyba nie problem, nie, wrócą tak jak przyszli tylko w drugą stronę!
-No do tylu, ak? - Miauknęła wesoło do braciszka kiedy do niej podszedł, ocierając się o niego przyjaźnie, niech się nie boi, nie zgubili się... prawda?
Po tym jednak jak pobawiła się z liściem i przyszła pokazać go braciszkowi, zastała go rozplaskanego na ziemi. Przekręciła łebek z listkiem w pyszczku. No co jest, Mech, będziesz tak leżał? Czemu? bieganie jest fajniejsze! Trąciła brata delikatnie łapką w bark po czym odskoczyła w tył
-Oć pobaaw ie! Ja jestee wlona co ukladla jezonko, muiis mie zlapać! - Miauknęła głośno i wesoło, przy okazji gubiąc z pyszczka listek, który jednak zaraz podniosła i ugięła łapki, oczekując aż braciszek się podniesie i zacznie ją gonić - wtedy zaczęłaby uciekać tak szybko jak jej łapki ją poniosą, choć po tak bardzo miękkim mchu nie biegało się łatwo, przy okazji chichrając się radośnie! A jeśli by się nie podniósł, to cóż, patrzyłaby się wyczekująco dalej!
<table>
<tr>
<td>
»E v e r y o n e' spushing« Everyone'sfighting STORMSareapproaching
There'sn o w h e r etohide
IfIs a ytheWRONGthing ORIwearthewrongoutfit They'llt h r o wmerightovertheside
Płeć: Kocur Matka: Jaskółka Ojciec: Nie istnieje (Amor)
Mech jest kotem dość niskim, posiadającym nieproporcjonalnie długie łapy, które są teraz chude jak patyki. Ma trójkątne uszy z których wystaje niesfornie garstka śnieżnobiałych włosków. Ma długi, smukły pyszczek i duże, cyjanowo-błękitne oczy. Ma krótkie futerko, gładkie futerko, które jest na całym ciele takiej samej długości. Jest prawie cały w kolorze jasnokremowym, wyjątkiem jest pyszczek, łapki, ogon oraz na części grzbietu. W tych miejscach można zauważyć ciemniejsze futerko upstrzone pręgami oraz rozetami. Nos Meszka jest prawie czarny, nie licząc środka nosa, w którym znajduje się mały, różowy punkt. Nad nosem i wokół pyszczka ma bardziej rdzawo-brązowe futerko. Posiada białe, liczne i krótkie wibrysy sterczące w różne strony oraz jasno różowy język. Obroża kocura jest w kolorze cyjanowo-fioletowym.
Syn Jaskółki jest dość... specyficzny. Od czasu gdy mieszka z ludzmi, młodzik trochę się odstresował, nadal jednak czasami są bezsenne noce w trakcie których leży z wbitymi pazurkami z materiał, który jest na jego legowisku. Boi się. Jest lepiej niż w zimnej dziurze w której żył przez trochę czasu. Jednakże... Nadal. Nadal dręczy go poczucie winy i boi się spotkać kiedyś członka swojej rodziny. Jest nieufny i małomówny - nie żeby któryś z ludzi z nim rozmawiał. Byłoby mu lepiej, gdyby był tu z mamą i siostrami... Boi się powrotu.
Możliwe, że nie bała się samych drzew... Tylko ich mieszkańców? Co strasznego mogło tu się kryć?
- A aj ćoś am ies? - rzuciłem niepewnie, patrząc na drzewa przede mną. Byłem strasznie zdziwiony tą pewnością Bogatki. Ale z drugiej strony... Była moją siostrą i znałem ją od poszewki, mogłem się spodziewać, że pójście z nią skończy się właśnie w ten sposób. Ale znajdę siłę, by iść za nią!
- No obla - mruknąłem trochę pewniej, decydując się na kontynuowanie wyprawy. Potknąłem się, ale nauczę się na moich błędach i następnym razem złapię tego liścia!
- Fiaem złapać fiścia i se psefuciem... - mruknąłem, wyjaśniając kotce co się stało. - No obla! - miałknąłem, wstając. Taka zabawa może być bardzo fajna! Oby tylko nie zgubili "tyłu".
<center>maybe.. I'ma... get... a..little..anxious maybe.... I'ma.... get... a ....little ....shy
cause everybody's. trying .to be famous
and I'm just trying to find a place to hide
</center>
Bogatka o ile kiedy się urodziła to była przeciętna to teraz jest ciut mała. Nie odbiega jakoś strasznie dużo wzrostem, ale jednak. Jej łapy są wiotkie i chude, a z sylwetki jest po prostu szczupła i zgrabna. Ma normalnej długość uszy, które są stożkowate i szpiczaste. Pyszczek ma sliczniutki i malutki, który podkreśloby jest noskiem niczym różowy guziczek. Oczy ma raczej zwyczajne, ani duże, ani małe. Koloru nie zmieniły. Nadal są niebieskie, tylko trochę bardziej intensywne. Jej futro jest jedwabne i dobrze zadbane, krótkiej długości. Jej matka ma wspaniałe geny, które przekazała swoim pociechą. Bogatka jest Seal Lynx Pointem lub inaczej Snow Lynx Pointem. Oznacza to, że jest wspaniałym kotem bengalskim. Jest cała wręcz biała z typowymi rozetami w kolorze szarym, lekko brązowym. Ma też typowe dla pointów cieniowania, na pyszczku, uszach, łapach i ogonie. Jak już o ogonku mowa to jest on lekko długi. Pazurki ma drobne, ale za to ostre jak ciernie. Ma bliznę na grzbiecie.
Oj. Bogatka się bardzo zmieniła. Od kiedy się zgubiła na całe dwa księżyce już nie jest taka sama. Już nie jest taka odważna i pewna siebie. Czuła się zagubiona i stracona. Teraz trzyma się niczym kleszcz strasznego matki i rodzeństwa. Już zaczęła bać się świata. Nadal będzie się starać trzymać swojego zdania, ale wystarczy jedno zaprzeczenie. Jedno słowo, a ona już jest potulna jak baranek. W końcu sama wpakowała się w kłopoty i tyle bładziła. Gdyby się słuchała tak by nie było. Właśnie dla tego teraz jest takim lepem. Czuję się z każdej strony otoczona i zagrożona. Może kiedyś, ale na pewno nie w niedalekiej przyszłości, ale wróci do siebie. Ale są na to małe szanse.
A jak coś tam jest to ona chce zobaczyć to coś, bo to coś pewnie jest ciekawe!
Brat jednak wreszcie się ruszył do zabawy zamiast im tu zasiewać wątpliwości co do bezpieczeństwa ich wycieczki. Bogatka wesoło chichocząc odskoczyła od niego, kiedy ruszył do pogoni, po czym ciągle trzymając liść w pyszczku zaczęła biec gdzieś na bok, starając się nie dać dogonić. Brat wydawał się jednak biegać szybciej, więc by go zgubić ostro skręciła, o mało nie przewracając się na mchu. Ze śmiechem pobiegła dalej w zupełnie inną stronę, oglądając się na brata... aż tu nagle...
BAMM!!
Ledwo zdążyła odwrócić wzrok ponownie przed siebie, a zorientowała się że ułamek sekundy dzielił ją od nieuchronnego wbiegnięcia na pień drzewa. Impet uderzenia sprawił że lekko odbiła się od drzewa i usiadła na tylne łapki, początkowo kompletnie nie wiedząc co się dzieje, z jakimś takim dziwnie lekkim uczuciem w głowie jakby ważyła mniej niż dotychczas. Rozejrzała się zdezorientowana.
-Meeech? - Miauknęła słabiutko pytająco, szok jej przechodził ale zastępował go mocny ból czoła. Położyła się i założyła sobie łapkę na pyszczek by pomasować nią miejsce gdzie bolało, popiskując cicho...
<table>
<tr>
<td>
»E v e r y o n e' spushing« Everyone'sfighting STORMSareapproaching
There'sn o w h e r etohide
IfIs a ytheWRONGthing ORIwearthewrongoutfit They'llt h r o wmerightovertheside
Płeć: Kocur Matka: Jaskółka Ojciec: Nie istnieje (Amor)
Mech jest kotem dość niskim, posiadającym nieproporcjonalnie długie łapy, które są teraz chude jak patyki. Ma trójkątne uszy z których wystaje niesfornie garstka śnieżnobiałych włosków. Ma długi, smukły pyszczek i duże, cyjanowo-błękitne oczy. Ma krótkie futerko, gładkie futerko, które jest na całym ciele takiej samej długości. Jest prawie cały w kolorze jasnokremowym, wyjątkiem jest pyszczek, łapki, ogon oraz na części grzbietu. W tych miejscach można zauważyć ciemniejsze futerko upstrzone pręgami oraz rozetami. Nos Meszka jest prawie czarny, nie licząc środka nosa, w którym znajduje się mały, różowy punkt. Nad nosem i wokół pyszczka ma bardziej rdzawo-brązowe futerko. Posiada białe, liczne i krótkie wibrysy sterczące w różne strony oraz jasno różowy język. Obroża kocura jest w kolorze cyjanowo-fioletowym.
Syn Jaskółki jest dość... specyficzny. Od czasu gdy mieszka z ludzmi, młodzik trochę się odstresował, nadal jednak czasami są bezsenne noce w trakcie których leży z wbitymi pazurkami z materiał, który jest na jego legowisku. Boi się. Jest lepiej niż w zimnej dziurze w której żył przez trochę czasu. Jednakże... Nadal. Nadal dręczy go poczucie winy i boi się spotkać kiedyś członka swojej rodziny. Jest nieufny i małomówny - nie żeby któryś z ludzi z nim rozmawiał. Byłoby mu lepiej, gdyby był tu z mamą i siostrami... Boi się powrotu.
Ciekawe może być, ale czy bezpieczne? Może straszne?
Ale dla Bogatki przełknąłem ślinę i postanowiłem przestać się przejmować. Biegłem przed siebie, błagając swoje patykowate łapki, aby się nie poplątały i by kociak się nie przewrócił. Skakałem z jednej strony na drugą. Gdy siostra zakręciła, ja zrobił to samo, parę uderzeń serca później byłem już na dobrej drodze do dogonienia Bogatki, aż...
BUM!!
Byłem zaraz za siostrą, więc nie zauważyłem, nie zdążyłem zakręcić, ominąć uderzenia. Gdyż... siostra dobiła do pnia i odbiła się od niego i upadła na mnie. Poturlałem się kawałek za Bogatkę i spojrzałem zszokowany w jej strony.
- Z-zapauem će...? - zapytałem, trzęsąc łebkiem w obie strony, próbując się otrząsnąć z uderzenia. Oh, już drugi raz dziś spadłem na ziemię. Wstałem z plecków, pierwsze przeturlałem się na bok, dopiero potem usiadłem zdezorientowany i spojrzałem na siostrę.
<center>maybe.. I'ma... get... a..little..anxious maybe.... I'ma.... get... a ....little ....shy
cause everybody's. trying .to be famous
and I'm just trying to find a place to hide
</center>
Bogatka o ile kiedy się urodziła to była przeciętna to teraz jest ciut mała. Nie odbiega jakoś strasznie dużo wzrostem, ale jednak. Jej łapy są wiotkie i chude, a z sylwetki jest po prostu szczupła i zgrabna. Ma normalnej długość uszy, które są stożkowate i szpiczaste. Pyszczek ma sliczniutki i malutki, który podkreśloby jest noskiem niczym różowy guziczek. Oczy ma raczej zwyczajne, ani duże, ani małe. Koloru nie zmieniły. Nadal są niebieskie, tylko trochę bardziej intensywne. Jej futro jest jedwabne i dobrze zadbane, krótkiej długości. Jej matka ma wspaniałe geny, które przekazała swoim pociechą. Bogatka jest Seal Lynx Pointem lub inaczej Snow Lynx Pointem. Oznacza to, że jest wspaniałym kotem bengalskim. Jest cała wręcz biała z typowymi rozetami w kolorze szarym, lekko brązowym. Ma też typowe dla pointów cieniowania, na pyszczku, uszach, łapach i ogonie. Jak już o ogonku mowa to jest on lekko długi. Pazurki ma drobne, ale za to ostre jak ciernie. Ma bliznę na grzbiecie.
Oj. Bogatka się bardzo zmieniła. Od kiedy się zgubiła na całe dwa księżyce już nie jest taka sama. Już nie jest taka odważna i pewna siebie. Czuła się zagubiona i stracona. Teraz trzyma się niczym kleszcz strasznego matki i rodzeństwa. Już zaczęła bać się świata. Nadal będzie się starać trzymać swojego zdania, ale wystarczy jedno zaprzeczenie. Jedno słowo, a ona już jest potulna jak baranek. W końcu sama wpakowała się w kłopoty i tyle bładziła. Gdyby się słuchała tak by nie było. Właśnie dla tego teraz jest takim lepem. Czuję się z każdej strony otoczona i zagrożona. Może kiedyś, ale na pewno nie w niedalekiej przyszłości, ale wróci do siebie. Ale są na to małe szanse.
Widać drzewa jednak mogły boleć! Chociaż koteczka jakoś mgliście zdawała sobie sprawę że to jej wina że boli, tak samo jak kiedy się potykała, bo to drzewo tylko tam stało. Ale ciągle, ałaaa!
Jeszcze trochę osłupiała po uderzeniu, obróciła się do braciszka kiedy coś powiedział. Złapał ją? Chyba? A nie ona złapała jego? A może drzewo ich złapało? Czy oni złapali drzewo?
-Chyyba taa - Miauknęła, jakby śpiąco, ale też uśmiechnęła się wesoło do braciszka
Już trochę mniej bolało więc Bogatka wstała na łapki, nieco niepewnie.
-Dzeewo cii pomogo! - Miauknęła rozbawiona. Chciała podejść do niego i pacnąć je łapką ale jakoś tak niepewnie układało jej się łapki. Co było nie tak?
-Wlacamy do mamusi? - Zapytała, przekrzywiając nieco główkę po zwróceniu wzroku na braciszka.
-To chyybaaa... taa! - Podniosła jedną łapkę wskazując na kierunek gdzie za drzewami była jakaś duża plama trawy bez większej ilości drzew. Czuła się śpiąca, chciała się, wyjątkowo, tylko wtulić w futerko mamusi i zdrzemnąć...
<table>
<tr>
<td>
»E v e r y o n e' spushing« Everyone'sfighting STORMSareapproaching
There'sn o w h e r etohide
IfIs a ytheWRONGthing ORIwearthewrongoutfit They'llt h r o wmerightovertheside
Płeć: Kocur Matka: Jaskółka Ojciec: Nie istnieje (Amor)
Mech jest kotem dość niskim, posiadającym nieproporcjonalnie długie łapy, które są teraz chude jak patyki. Ma trójkątne uszy z których wystaje niesfornie garstka śnieżnobiałych włosków. Ma długi, smukły pyszczek i duże, cyjanowo-błękitne oczy. Ma krótkie futerko, gładkie futerko, które jest na całym ciele takiej samej długości. Jest prawie cały w kolorze jasnokremowym, wyjątkiem jest pyszczek, łapki, ogon oraz na części grzbietu. W tych miejscach można zauważyć ciemniejsze futerko upstrzone pręgami oraz rozetami. Nos Meszka jest prawie czarny, nie licząc środka nosa, w którym znajduje się mały, różowy punkt. Nad nosem i wokół pyszczka ma bardziej rdzawo-brązowe futerko. Posiada białe, liczne i krótkie wibrysy sterczące w różne strony oraz jasno różowy język. Obroża kocura jest w kolorze cyjanowo-fioletowym.
Syn Jaskółki jest dość... specyficzny. Od czasu gdy mieszka z ludzmi, młodzik trochę się odstresował, nadal jednak czasami są bezsenne noce w trakcie których leży z wbitymi pazurkami z materiał, który jest na jego legowisku. Boi się. Jest lepiej niż w zimnej dziurze w której żył przez trochę czasu. Jednakże... Nadal. Nadal dręczy go poczucie winy i boi się spotkać kiedyś członka swojej rodziny. Jest nieufny i małomówny - nie żeby któryś z ludzi z nim rozmawiał. Byłoby mu lepiej, gdyby był tu z mamą i siostrami... Boi się powrotu.
To wina drzew, bo one tu były! Jakby ich nie było, to nie byłoby tego przykrego wypadku, prawda? Ja i Bogatka chcieliśmy pobiegać, a te drzewa urosły i nam przeszkodziły!
Kto już złapał kogo nie wiedziałem, dlatego zadałem to ważne pytanie. I Bogatka oznajmiła, że byłem to ja. Miło! W końcu więc zrobiłem coś, co mi wyszło! Podobnie jak siostrę, również mnie bolały łapki. To jest czas by wrócić do mamy, pobiegaliśmy już dość dużo!
- Taa... choćy! - mruknęłem do siostry po czym wstałem i podeszłem bliżej siostry. Oparłem się o jej futro i postawiłem pierwszy kroczek w stronę z której chyba przyszli. Przez to bieganie kompletnie nie wiedziałem już, w którą stronę mamy iść. Zdecydowałem się poczekać, aż siostra zacznie prowadzić, bo ja niestety nie byłem w stanie tego zrobić!
<center>maybe.. I'ma... get... a..little..anxious maybe.... I'ma.... get... a ....little ....shy
cause everybody's. trying .to be famous
and I'm just trying to find a place to hide
</center>
Bogatka o ile kiedy się urodziła to była przeciętna to teraz jest ciut mała. Nie odbiega jakoś strasznie dużo wzrostem, ale jednak. Jej łapy są wiotkie i chude, a z sylwetki jest po prostu szczupła i zgrabna. Ma normalnej długość uszy, które są stożkowate i szpiczaste. Pyszczek ma sliczniutki i malutki, który podkreśloby jest noskiem niczym różowy guziczek. Oczy ma raczej zwyczajne, ani duże, ani małe. Koloru nie zmieniły. Nadal są niebieskie, tylko trochę bardziej intensywne. Jej futro jest jedwabne i dobrze zadbane, krótkiej długości. Jej matka ma wspaniałe geny, które przekazała swoim pociechą. Bogatka jest Seal Lynx Pointem lub inaczej Snow Lynx Pointem. Oznacza to, że jest wspaniałym kotem bengalskim. Jest cała wręcz biała z typowymi rozetami w kolorze szarym, lekko brązowym. Ma też typowe dla pointów cieniowania, na pyszczku, uszach, łapach i ogonie. Jak już o ogonku mowa to jest on lekko długi. Pazurki ma drobne, ale za to ostre jak ciernie. Ma bliznę na grzbiecie.
Oj. Bogatka się bardzo zmieniła. Od kiedy się zgubiła na całe dwa księżyce już nie jest taka sama. Już nie jest taka odważna i pewna siebie. Czuła się zagubiona i stracona. Teraz trzyma się niczym kleszcz strasznego matki i rodzeństwa. Już zaczęła bać się świata. Nadal będzie się starać trzymać swojego zdania, ale wystarczy jedno zaprzeczenie. Jedno słowo, a ona już jest potulna jak baranek. W końcu sama wpakowała się w kłopoty i tyle bładziła. Gdyby się słuchała tak by nie było. Właśnie dla tego teraz jest takim lepem. Czuję się z każdej strony otoczona i zagrożona. Może kiedyś, ale na pewno nie w niedalekiej przyszłości, ale wróci do siebie. Ale są na to małe szanse.
Kiedy braciszek oparł się o jej futerko jakoś lżej jej się stało, stabilniej. Skinęła mu łebkiem i podpierana nim zaczęła dreptać w stronę którą wcześniej zasugerowała. Ziewała nieco od czasu do czasu, podczas tego marszu i tym razem nie oddalała się od boku Mcha. Trochę czasu minęło, bo na pewno szli wolniej niż poprzednio, ale w końcu, kiedy już mogło się wydawać, że mooże się zgubili, przed nimi spomiędzy traw dał się dostrzec znajomy widok ogrodzenia siedliska koni
-Uz Bisko! - Miauknęła nieco zaspanym głosikiem do braciszka, acz jej uśmiech skierowany w jego stronę był wyraźnie radosny. Postarała się przyspieszyć kroku. Jeszcze trochę, a dojdą do miejsca gdzie czekała mama, na pewno, stąd już znała drogę! A wtedy sobie pooośpią...
// zt, dziękuję za sesję c:
<table>
<tr>
<td>
»E v e r y o n e' spushing« Everyone'sfighting STORMSareapproaching
There'sn o w h e r etohide
IfIs a ytheWRONGthing ORIwearthewrongoutfit They'llt h r o wmerightovertheside
Długowłosy, tygrysio pręgowany rudy kocur o żółtych oczach. Ma bliznę idącą od lewego oka, pod nos i do prawego oka oraz na szyi, z prawej strony, po wyrwanym płacie skóry. Oprócz tego, na karku, z lewej strony, posiada również ślad po ugryzieniu przez lisa.
Nadszedł ten czas. Wiewiórczy Ogon nigdy nie przypuszczał, że w jego życiu nadejdzie taki moment, w którym zdecyduje się odejść. Że w ogóle przejdzie mu coś takiego przez myśl, że będzie do tego zdolny. W klanie miał niegdyś wszystko - przyjaciół, rodzinę. Z czasem jednak przyjaciele poznikali, a rodzina powoli zaczęła się odwracać. Najpierw odeszli rodzice, potem zaczęły odchodzić dzieci, a z czasem została mu już tylko Krogulec i może garstka potomstwa, która była w stanie raz na jakiś czas się przemóc i zamienić z nim parę słów.
Od dawna próbował polepszyć swoją pozycję w klanie, jednak nie wiedział od której strony to ugryźć. Błądził po omacku, nie zdając sobie sprawy z tego, że idzie w zupełnie przeciwnym kierunku. Że w ten sposób nie zyska szacunku, że jedynie go straci. Nie spytał o pomoc Wężowej Gwiazdy. Nie potrafił przyznać się do tego, że wykonywanie obowiązków ma w małym paluszku, ale jeśli chodzi o relacje z innymi kotami, to potrzebuje pomocy. Nie potrafił w pełni się do tego przyznać przed samym sobą, ani przed swoim własnym przywódcą, któremu powinien ufać, ani przed nikim innym. Doskonale wiedział, że zostałby wyśmiany, zdegradowany. Nigdy nie potrafił prosić o pomoc, otwarcie przyznać się do tego, że sobie nie radzi. Sprawiało mu to ogromną trudność. Przeprosić potrafił jedynie wtedy, gdy nie miał innego wyjścia, gdy faktycznie wydawało mu się to jedynym wyjściem, albo gdy chciał mieć święty spokój. Czy uważał, że w jakiś sposób przyczynił się do śmierci Barszczowej Łapy? W dalszym ciągu uważał, że wina nie leży w całości po jego stronie. Wziął jednak do serca słowa klanu, mówiące o tym, że się nie nadawał.
Od zawsze dawał plamę. Dał plamę jako ojciec - część jego dzieci zniknęła z klanu, spora część go nienawidzi, jedynie garstka jest w stanie na niego spojrzeć bez wykrzywiania pyska w grymasie obrzydzenia. Nie potrafił odpowiednio ich wychować, służyć za wzór, wzbudzać w nich szacunku. Dał plamę jako partner - nie potrafił uchronić Krogulec przed degradacją, na która nie zasłużyła. Wolał się nie sprzeciwiać woli przywódcy, wierząc, że doskonale wiedział, co robi. Nie potrafił jej uchronić przed utratą ogona, przed wszelkim złem, a przede wszystkim - nie potrafił jej uchronić przed samym sobą. Zasługiwała na kogoś lepszego, niż ktoś, kto niszczy wszystko, czego tylko się dotknie. Powinna była go unikać, zająć się Porannym Szronem, który zapewne okazałby się lepszym kandydatem na kogoś, z kim można spędzić resztę życia. Zapewne nie skrzywdziłby jej tak, jak Wiewiór. Nie zrobiłby takiego wstydu jej i ich dzieciom. Zawiódł jako mistrz. Nie potrafił okiełznać głupiej, upartej terminatorki, przez którą przysłowiowe szambo wylało. Nie potrafił także okiełznać Ryk, nie potrafił okiełznać Żądło. Był beznadziejny także jako wojownik, a przede wszystkim, jako zastępca. Był także beznadziejny jako syn, jako brat. Kompletnie nie przejmował się rodziną, miał ich głęboko pod ogonem. Przez pierwsze księżyce życia liczył się tylko on, a potem Krogulec. Nie potrafił skupić się na niczym innym. Nie znał swojego rodzeństwa, z rodzicami zaczął rozmawiać niedługo przed ich zniknięciem. Zawodził na każdym kroku.
To wszystko uderzyło go tego dnia, kiedy cały klan zwrócił się przeciwko niemu. Nie potrafił się z tym pogodzić, poradzić sobie. Zawsze uważał się za jednego z najlepszych, uważał, że nie ma sobie równych i zmiecie w proch każdego, kto tylko stanie mu na drodze, a okazało się, że największym przeciwnikiem był on sam. Był silny fizycznie, zapewne zagrożenie dla niego stanowił jedynie Wężowa Gwiazda, ale psychicznie... nie był taki. Był upośledzony społecznie, nie potrafił nawiązać normalnej relacji z nikim, począwszy od obcych sobie kotów, na rodzinie kończąc. Czy ktoś taki poradziłby sobie na tak ważnym stanowisku, jakim było stanowisko przywódcy? Na ten moment nie. I pewnie w najbliższej przyszłości również nie. Potrzebował pomocy, czegoś w rodzaju terapii. Ktoś musiał mu wytłumaczyć, jak porozumiewać się z innymi, jak nie działać pod wpływem emocji, bo tak zawsze robił syn Świerkowej Igły, a potem wszystkiego żałował. Teraz jednak było już za późno. Został pozbawiony niemalże wszystkiego, na czym mu zależało, a ostatniej rzeczy, jaką była rodzina, postanowił pozbawić się sam.
Była późna noc. Nikt o tej porze nie chodził po obozie, ani po terenach. Każdy smacznie spał. To był odpowiedni moment, by uciec. Jeżeli po tym wszystkim Krogulec nadal spała u boku rudzielca, ten ostatni raz polizał ja delikatnie, acz czule po czole i wyszedł, szepcząc jedynie: "przepraszam". Chciał przeprosić za wszystko. Za to, jaki był w stosunku do niej, za wszystkie krzywdy, które jej wyrządził, za to, że narobił wstydu jej i dzieciom, że zhańbił całą ich rodzinę. Nie miał jednak na to czasu oraz nie chciał obudzić śpiąco twardej kocicy. Chciał, by na koniec go znienawidziła, by nienawiść wyparła smutek i poczucie zdrady. Liczył na to, że ukochana będzie w stanie ułożyć sobie życie z kimś lepszym, bardziej wartościowym, nawet jeżeli sama myśl, że czekoladowo-ruda mogłaby chociażby spojrzeć na innego kocura przyprawiała Wiewióra o niewyobrażalny ból serca, to chciał jej szczęścia. Zasłużyła na to po tylu księżycach.
Sam nie wiedział, gdzie zmierza. Z dala od klanu cienia, to na pewno, nie miał jednak żadnego planu, żadnego obranego celu. Chciał po prostu zniknąć, wyparować. Zupełnie jakby nigdy nie istniał. Może po drodze natrafi na Kolca? Albo Tchórza lub Igłę? Kto wie. Po cichu na to liczył. Ich również chciał za wszystko przeprosić. Chciał przeprosić za bycie porażką.
Bezpiecznie dotarł do granicy ziem Cienia z ziemiami niczyimi. Nawet nie przyszłoby mu do głowy, że mogłoby go spotkać niebezpieczeństwo. Był zamyślony. "Co będzie dalej?". "Co potem?". Pytanie rozbrzmiewały w jego głowie. Nie zauważył więc zbliżającego się dzika. Poczuł dopiero, jak przeszywa go rozdzierający ból, gdy odyniec wbiegł z impetem, wzbijając jego ciało w powietrze. Rudzielec wylądował parę lisich długości dalej, cały poobijany z najpewniej połamanymi żebrami. Nie potrafił jednak się poddać i zacząć uciekać, nawet w takiej chwili. Zawsze walczył do końca. Jeśli Gwiezdni stwierdzili, że pokutą za wszystkie jego dotychczasowe przewinienia będzie śmierć w męczarniach - niech tak będzie.
Obolały rudzielec, mocno ranny, rzucił się w kierunku dzika, chcąc zadrapać jego oczy, tak jak to miał w zwyczaju i udało mu się, jednak nie zdołał go oślepić. Walka była od początku przesądzona, jednak były zastępca nie poddawał się i walczył do ostatniego tchu, by skończyć z przebitym przez ogromne zębiska przeciwnika gardłem. Zaczął dławić się krwią, walczyć o każdy oddech, jednak bezskutecznie. Liczne rany także nie ułatwiały sprawy. Odyniec najwidoczniej się znudził i poszedł gdzieś indziej, zostawiając umierającego, wijącego się z bólu kocura na pastwę losu. To nie był jeden błąd. To była seria błędów.
W głowie rudzielca rozbrzmiały słowa przywódcy. To prawda. Całe jego życie składało się z błędów. Jakimś cudem udało mu się dotrwać do tego etapu w życiu, zostać zastępcą. Zawsze miał więcej szczęścia niż rozumu i tego dnia limit się wyczerpał. Trafił na przeciwnika, z którym nie miał szans i skończył jak ci wszyscy terminatorzy, którymi gardził za młodu. Dla nich nie do pokonania było stado szczurów, lis, a dla niego dzik. Skończył tak, tak jak powinien. Jak nieudacznik.
Wiedział, że jego czas nadszedł, jednak instynkt nadal nakazywał mu walczyć o każdy oddech, a każdą kolejną próbą, coraz bardziej krztusił się krwią. Całe życie przeleciało mu przed oczami, a do żółtych, przekrwionych oczu napłynęły łzy. Wiedział, że na to zasługuje, ale mimo to nie chciał zostawiać Krogulec, Puchacza, Żądło, Pustułki Szopa. Chciał dowiedzieć się, o co chodziło czarno-rudej córce, dlaczego zaczęła się tak dziwnie zachowywać. Chciał jakoś jej pomóc. Chciał skończyć trening Żądła. Chciał obserwować, jak jego synowie stają się dorośli, jak stają się jednymi z lepszych wojowników. A przede wszystkim, nie chciał zostawiać Krogulec. Nie teraz, kiedy wszystko zaczęło się między nimi układać, kiedy mogli być naprawdę szczęśliwi. Kiedy zaczynało być... normalnie. Chciał ją mieć cały czas przy sobie, chciałby ją teraz zobaczyć, jeszcze raz przeprosić, przytulić. Czuć jej dotyk, jej zapach. Nie mógł jednak. Na pewno nie po tym wszystkim, co miało tego dnia miejsca. Musiał zdechnąć sam, a jego ciało powinno zostać zjedzone przez wrony, nim ktokolwiek je znajdzie. Nie zasłużył na pogrzeb. Był... karykaturą wojownika, za jakiego zawsze się uważał. Już dawno powinien to zrobić. Szkoda tylko, że nie wiedział.
Umieranie trwało zdecydowanie dłużej, niż rudzielec mógłby się tego spodziewać, jednak w końcu upragniona śmierć nadeszła. Była niczym zbawienie. Kocur przestał się ruszać, a jego ciało zaczęło powoli stygnąć. Poczuł dziwne uczucie, a krajobraz całkowicie się zmienił. Mógł swobodnie oddychać, wszystkie jego blizny zniknęły. Wyglądał teraz tak nago. Nie wiedział jak ma się zachować. Nie był pewien, czy zesłany został do Miejsca Gdzie Brak Gwiazd, czy do Gwiezdnego Klanu, dopóki nie zjawiła się przed nim Świerkowa Igła i Pies. Oznajmiły mu, co się stało i gdzie się znajduje, a następnie zaprowadziły na Srebrną Skórkę. Jedyne co wojownik potrafił zrobić, to przeprosić obie kocice i przytulić się mocno, a następnie udać się za nimi tam, gdzie już nie będzie w stanie niczego więcej zepsuć, nikogo więcej skrzywdzić, nikogo więcej zabić.
Jedynie pojedyncza, ostatnia łza spłynęła po zimnym policzku Wiewiórczego Ogona, upadając na ziemię. Całe jego życia sprowadzało się do tego jednego momentu. Na to wszystko sobie zapracował, zasłużył.