||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Pierwszy pomysł nie dość, że był chory, to w dodatku obrzydliwy. A Szczerb już czuł nadchodzący odruch wymiotny, z tego też powodu odwrócił ponownie łeb, by powdychać ciężko powietrze. - Jesteś chora - wymamrotał, stwierdzając jedynie fakt. Drugi pomysł natomiast był dobry. Brzmiał kusząco, brzmiał przede wszystkim łatwo. Pozwalał mu uniknąć nieprzyjemnej konfrontacji z rodziną, z klanem. Może faktycznie, ucieknie na tyle długo, aż zapomną że istniał. A wtedy dopiero będzie mógł zrobić wielki powrót, z czystą kartą, zacznie od nowa. Nowe imię, nowe usposobienie, większe doświadczenie.
- Tak, tak....To jest dobra myśl - cofnął się kolejny krok. - Tylko ja nie wiem dokąd...to znaczy... - ugryzł się w język. Zapewnianie kotki, że on doskonale wie co robi, chyba przestało mieć sens. Pokazał już wystarczającą ilość słabości, by teraz choćby udawać mądrego i doświadczonego. - Nie wiem, gdzie się podziać.
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– Chora? To ty tu zabiłeś kota, nie ja. – wypomina mu. Nie żeby bardzo ją obchodził ten komentarz, ale niech sobie nie wyobraża, że jest od niej lepszy, bo nie zaproponował zjedzenia orientala!!
A jej się bardzo podoba, że jak raz to ona może być mądra i doświadczona. No coś niespotykanego, umówmy się, Brzózka z reguły nie należy do najmądrzejszych i najsprytniejszych kotów w lesie, więc nikt nigdy od niej żadnych rad nie potrzebuje.
– Możesz na osiedlu, tam jest dużo dziwaków, jeden więcej nie zwróci niczyjej uwagi. Byłeś tam kiedyś? – zdaniem byłej Wichrzaczki ziomeczek morderca się tam idealnie wpasuje, nie ma co. Tylko może lepiej żeby na bruk tak nie rzygał, bo tam to zostaje na dłużej i potem śmierdzi w słońcu. – Ale najpierw musisz zrobić coś z tą raną, bo się zabrudzi i umrzesz.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
- To ty chcesz go zjadać... - odpowiedział, przełykając ciężko ślinę. Sama myśl była na tyle chora, że nie wierzył, że jakikolwiek normalny kot mógł na to wpaść. Jasne, kiedyś proponował Szponowi pożeranie kociąt, ale było to tylko i wyłącznie w formie żartu. A szara brzmiała niepokojąco szczerze.
- Na osiedlu? Tam są dwu-nieważne...Nie chcę iść na osiedle - fakt, że mógłby spotkać dwunogów i żyć jak tamten, świętej pamięci, pajac było dla niego nie do pomyślenia. Mimo poczucia winy, strachu i niewielu opcji wyjścia, nie potrafił przeklikać w swoim mózgu opcji, który pozwoliłby mu zniżyć się do poziomu pieszczocha, który potem zginie marnie pod łapami jakiegoś młodzika. Bo przecież tylko w taki sposób kończą pupilki.
- Nie mogę pójść do Rybołów. Nie znam żadnych chwastów ani innych medyków...
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– Nie? – unosi brwi w zdziwieniu. Skąd taki wniosek?? – Ty byś go zjadł, ja nie będę jeść kota, nie ma głupich, to twój problem co zrobić ze zwłokami, nie mój. Nie ma szans bym ci z tym pomogła. – krzywi się wyraźnie. Sam zabił to sam zje teraz, proste przecież, czego typ nie ogarnia. Przecież nie będą teraz szukać lisa i karmić jakimś kościstym dziadem siwym, bo jeszcze uzna, że wolałby już upolować to młodsze mięso niż pomóc z pozbyciem się tego żylastego.
– Czemu nie? – pyta z niezadowoleniem. Przecież to jest dobra opcja?? – Czego wybrzydzasz, koleś? Masz jakiś inny pomysł? – ona nie będzie wyciągać mu pomysłów jak pcheł z futra jeśli zamierza być taki niewdzięczny, nie ma głupich.
Ogólnie gdy okazuje się, że gość nie zna medyków to Brzózka jest gotowa stwierdzić, że no to lipa, miłego umierania, ale w porę przypomina sobie o spotkaniu pod Czterema Dębami. Prostuje się w ożywieniu.
– Aha, to masz szczęście, mam ziomeczkę, która się zna na tym i raczej nie będzie problemu!!
Jak przy tym będzie jęczeć i wybrzydzać to mu w pysk strzeli.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
- NIE BĘDĘ GO ZJADAĆ - wrzasnął, następując krzyk chronicznymi drgawkami powiek i uszu. Zamilkł następnie całkowicie, z obawy że jego głos mógł dotrzeć nie tylko do szarych uszu nieznajomej, co byłoby bardziej niż niepożądane. Nie panował nad sobą, wciąż nie był w stanie zniżyć wzroku na zakrwawione ciało, tym samym dalej ignorując przeszywający ból na własnym oku.
- Mam swoje powody - sapnął, odwracając oczy od samotniczki. Nie chciał się tłumaczyć i może faktycznie, wystarczyłoby że okazałby wdzięczność i ruszyłby zad na osiedle, znajdując tam dziwaków i wyrzutków, by podzielić z nimi swój tragiczny los.
- Masz? - światełko nadziei - zaprowadzisz mnie do niej? Albo chociaż powiesz, gdzie jest? - póki nie była to Rybołów bądź Cis, był skłonny udać się do każdego medyka. Byle nie zadawano mu pytań.
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– NIE DRZYJ SIĘ. – odpowiada wrzaskiem na wrzask. Odruch przekrzykiwania się jest w niej mocny, nie ma co. – Coś z nim chyba powinieneś wciąż zrobić, nie? Czy go chcesz tu zostawić? Ale to chyba słaba opcja.
W sumie dla niej bez różnicy, to nie jej trup, jak ziomek chce by go namierzył gang emerytów i dojechał to jego sprawa. Brzózka go nie zamierza wyręczać za frajer w sprzątaniu po tym nieszczęśliwym wypadku, już starczy, że w ogóle pomyślała o konsekwencjach zostawienia zwłok samych sobie. Nie dlatego że jakiś czas temu znalazła się w analogicznej sytuacji i schemat postępowania miała już obcykany. Wcale tak nie było.
– Ba, że mam! Bardzo fajna ziomeczka, dawno się nie widziałyśmy, więc mogę nawet ciebie zaprowadzić, bo chętnie się z nią spotkam. – w sumie Brzózka nie jest do końca pewna czy Nurt będzie chciała pomóc takiemu szemranemu typowi, ale jest ich najlepszą opcją. Jak nie ona to może Mięta coś zdziała, ale była Wichrzaczka nie chce zapuszczać się w rodzinne strony. Jak tylko rozwiąże się kwestia trupa to mogą ruszać. – Ty. A jak ty się w ogóle nazywasz?
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
- Można go zakryć w krzakach na przykład... - pomyślał. Ale nie było mowy, żeby w ogóle na niego spojrzał, a co dopiero dotknął. Ale szara koleżanka to co innego. - A może...ty to zrobisz? Wtedy zrobię dla ciebie co chcesz, ok? Jestem dobry w testach... - tak, wcale nie oszukał Kość, przy tym wkopując swojego wuja w głupią plotkę i pomówienia.
Najchętniej tak by zostawił i liczył, że zgnije tak szybko, że żaden współklanowicz na niego nie trafi albo nawet nie rozpozna, kto to. Albo żeby chociaż zdążył Szczerbatkowy zapach wywietrzeć na tyle, że nikt go nie powiąże z miejscem zbrodni.
Pokiwał głową na jej chęć zaprowadzenia go do medyczki. I nawet nie był pewien czy się cieszy czy raczej martwi obecnością szaraczki. Raczej wolałby dostać instrukcję dotarcia. W dodatku zapytała go o imię. A on już nawet nie wiedział jak się przedstawiać. Nie był Szczerbatkiem, zdecydowanie nie. Teoretycznie nie był też już Nocną Furią. Nawet nie z powodu degradacji, to dalej do niego nie docierało. Bardziej z powodu nie zasłużenia już na takie miano. Była z niego teraz przerażona galareta niż rzeczny wojownik. - Ja...ekhm...Niee mam imienia. To znaczy...Bez...Bezimienny, tak...
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Brzózka, dwa uderzenia serca temu: nie pomogę typowi, to nie mój problem.
Brzózka, teraz:
– No spoko. Ja to ogarnę i wisisz mi przysługę, może być. – zgadza się bez głębszego namysłu czy chociaż zastanowienia się jak odnajdzie kocura, gdy już ustali czego od niego chce. Tego, że może za parę księżyców się wykręcać ze swojej obietnicy nawet nie bierze pod uwagę. Od razu chwyta czekoladowy worek kości za skórę na karku i ciągnie w stronę okolicznych krzaków, tam go jeszcze przykrywa opadłymi liśćmi i odrobiną ziemi. Ot, ogólnie stara się go zakopać niskim nakładem pracy i niezbyt dokładnie, bo nie o to była proszona. Zresztą nie ma cierpliwości do tego.
– E, to głupie. Bez sensu tak. – stwierdza momentalnie. Nie ma imienia, ale się nazywa Bezimienny? Niepotrzebnie komplikuje sprawę. – Ale skoro nie masz imienia to będę ciebie nazywać Smrodek. Śmierdzisz rybą, pasuje. A teraz chodź, idziemy do mojej ziomki. – i z machnięciem ogona narzuca Smrodkowi kierunek marszu.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Odetchnął z ulgą. Za taką przysługę byłby w stanie przynieść jej mech i to od każdego przywódcy z czterech klanów. Nawet z Nowego Świtu by coś wytargał. Albo przynajmniej udawał, że są z czterech klanów, może samotniczka dałaby się nabrać jak Kostek i wszyscy byliby zadowoleni.
Odwrócił wzrok i czekał niecierpliwie, drgając ogonem, gdy szaraczka zajmowała się ukrywaniem ciała, co przyszło jej niepokojąco sprawnie.
- Ale ja nie... - nie dokończył, ba, nawet nie zapytał jej o imię, bo zdążyła już ruszyć przed siebie. Westchnął jedynie cicho, patrząc się tęsknie w stronę terenów swojego byłego klanu. I odszedł.
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Stare nawyki umierały hardo, a Okopconej Łapie najbardziej było brak długich spacerów. Patrole niekoniecznie je zastępowały - podczas nich należało się skupić, uważnie obserwować teren, a najlepiej jeszcze polować. Tymczasem kocur najbardziej lubił wystawić pysk do słońca i iść przed siebie, bezmyślnie, tam gdzie poniosły go łapy.
I tak znalazł się spory kawałek za terenami Rzeki i sam westchnął ciężko nad sobą. Miał nadzieję, że nikt nie zauważy jego zniknięcia na niemal cały dzień i nie zaniepokoi się tym. Nie chciał sprawiać problemów, a na pewno nie przyjacielowi, który wziął na siebie jego edukacje. Niemniej, dobrze było poodychać trochę innym powietrzem. Na przykład takim... miastowym???
Kora rozejrzał się gwałtownie, by napotkać spojrzeniem prawdziwe źródło tego zapachu, czarno-białego kocura. - Umm. Cześć. Mam nadzieję, że swoją obecnością nie przeszkodziłem ci w polowaniu. - Miauknął uprzejmie.
Sylwetkę Młody ma raczej niepozorną. Odrobinę niższy od przeciętnego kota, lekko zbudowany, ale nie chorobliwie kościsty. Ma gładkie, krótkie futerko, jednolicie czarne, poza białymi znaczeniami, których jest trochę za mało, żeby tworzyły harmonijną kompozycję - krawacik jakby za krótki, bródka za wąska, paluszki niekompletne. Nadrabia wyrazistą ekspresją - zarówno tą podświadomą, gdy ruchy łap i mimika pyszczka zdradzają jego samopoczucie, jak i tą wystudiowaną, kiedy celowo moduluje głosem i gestem, aby przekonać słuchacza do swojej narracji. Bez wątpienia pomocnym narzędziem są tu jego oczy - bardzo jasne, przejrzyste, szarobłękitne, nieco jakby wypłowiałe po brzegach i z intensywniejszą barwą przy źrenicy; piękne, wyjątkowe i pełne wyrazu.
Dużo bardziej złożona osobowość, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Jest śmiały, wygadany, może nawet nieco narcystyczny, gdy z nie przyjmującą sprzeciwu pewnością przekonuje o jakichś swoich racjach. Dzięki nieprzeciętnej charyzmie nawet ktoś prawdziwie inteligentny potrzebuje chwili, aby wyczuć, że Młody tak naprawdę nie jest najostrzejszym pazurem w łapie, a jedynie opanował sztukę marketingowej retoryki. Niemniej, ma w sobie pewną naturalną błyskotliwość, kreatywność i zdolność do adaptacji. Przy obcych niekiedy aż przytłaczający, przy przyjaciołach (przyjacielu?) luzuje, pokazuje swoją swobodniejszą, dowcipną stronę. Co kryje się za tą żywą i barwną fasadą? Sam woli o tym nie myśleć.
Chaotyczny Lot, Gęsiopióry i inni.
Na nieoczekiwany głos czarne ciało drgnęło, posyłając ostry impuls po mięśniach i ścięgnach. Najmocniejszy efekt wywarł na ogonie, który aż szarpnął się w szoku. Samotnik, przycupnięty na skale i dotychczas na coś zapatrzony, uniósł się i gwałtownym ruchem obejrzał za siebie.
Okopcona Łapa zobaczył czarne oblicze z białym podbródkiem, lekko rozchylonym, szeroko rozwartymi, szarobłękitnymi oczami i ewidentnym zaskoczeniem wciśniętym w zmarszczki na czole i napięte małżowiny uszne.
Młody rzucił okiem na wiotkie ciało przed sobą, które, jak lekarz medycyny sądowej, studiował już od dłuższej chwili. Skomplikowane rozważania, które nad nim wykonywał, nie miały jednak na celu jedynie rozpoznać przyczyny zgonu, bo ta była dość oczywista. Chodziło o coś więcej. Opracowanie najlepszego możliwego sposobu na marketingowe wykorzystanie tej sytuacji. Planował chwilę się temu znalezisku przypatrzeć, a potem pobiec z nim do Szpadla, ale niespodziewane najście zruinowało te zamiary. Musiał więc podjąć decyzję sam. Tu. Teraz.
Na szczęście, choć ogólnie nie był najostrzejszym pazurem w łapie, posiadał ponadprzeciętną umiejętność improwizacji. Gdyby nie był managerem płatnego mordercy, mógłby zostać stand-uperem. Jego charyzma i kreatywność, wsparte tupetem, zapewniały mu niezwykłą skuteczność w kłamaniu. A urok osobisty dodatkowo sprawiał, że okłamywany spijał fałsz jak najsłodszy nektar…
Cały ten proces myślowy zajął dosłownie moment. Gdy Kret ponownie odwrócił się do Terminatora, miał zdecydowanie spokojniejszą minę. Z nutką rozbawienia rzucił:
– Przestraszyłeś mnie, stary!
Szpadel wiedziałby już teraz, że kłamie. Kret nigdy nie użyłby w swoim kontekście słowa “strach”. Jednak w tej sytuacji uznał, że nada się doskonale. Uczyni go bardziej przystępnym i wzbudzi w słuchaczu empatię.
– Wiesz co, ten, kto miał być upolowany, już został – odpowiedział dość swobodnie – Zabierałem się właśnie za porządki…
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Tymczasem Kora przeniósł spojrzenie z czarnego oblicza na to, co znajdowało się obok nieznajomego kocura. Był to, nie dało się pomylić, trup. I to nie zwierzyny, a innego kota. Jak na takie odkrycie, terminator zareagował dość spokojnie - zamrugał tylko powoli i na chwile rozchylił wargi w subtelnym zdziwieniu. Jednak zaraz zamknął pyszczek i zaczął procesy myślowe. Żyli w lesie i co chwilę tu ktoś ginął - oriental nie po raz pierwszy widział martwe ciało. Poza tym, przy jego głębokiej wierze w istnienie po śmierci, sam ten proces nie wydawał się mu zbytnio straszny, ani warty rozpaczy. Jednak sposób w jaki ten osobnik mówił o ciele był dziwny.
Tak jakby on był łowcą, a martwy ofiarą.
- Co tu się stało? - Zapytał, trochę ostrożniej niż zazwyczaj. Nie zamierzał osądzać obcego, jednak mimowolnie poczuł się zaintrygowany.
Sylwetkę Młody ma raczej niepozorną. Odrobinę niższy od przeciętnego kota, lekko zbudowany, ale nie chorobliwie kościsty. Ma gładkie, krótkie futerko, jednolicie czarne, poza białymi znaczeniami, których jest trochę za mało, żeby tworzyły harmonijną kompozycję - krawacik jakby za krótki, bródka za wąska, paluszki niekompletne. Nadrabia wyrazistą ekspresją - zarówno tą podświadomą, gdy ruchy łap i mimika pyszczka zdradzają jego samopoczucie, jak i tą wystudiowaną, kiedy celowo moduluje głosem i gestem, aby przekonać słuchacza do swojej narracji. Bez wątpienia pomocnym narzędziem są tu jego oczy - bardzo jasne, przejrzyste, szarobłękitne, nieco jakby wypłowiałe po brzegach i z intensywniejszą barwą przy źrenicy; piękne, wyjątkowe i pełne wyrazu.
Dużo bardziej złożona osobowość, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Jest śmiały, wygadany, może nawet nieco narcystyczny, gdy z nie przyjmującą sprzeciwu pewnością przekonuje o jakichś swoich racjach. Dzięki nieprzeciętnej charyzmie nawet ktoś prawdziwie inteligentny potrzebuje chwili, aby wyczuć, że Młody tak naprawdę nie jest najostrzejszym pazurem w łapie, a jedynie opanował sztukę marketingowej retoryki. Niemniej, ma w sobie pewną naturalną błyskotliwość, kreatywność i zdolność do adaptacji. Przy obcych niekiedy aż przytłaczający, przy przyjaciołach (przyjacielu?) luzuje, pokazuje swoją swobodniejszą, dowcipną stronę. Co kryje się za tą żywą i barwną fasadą? Sam woli o tym nie myśleć.
Chaotyczny Lot, Gęsiopióry i inni.
Jak po trzecim dzwonku w teatrze, zgasły światła, a na Młodego skierowany został punktowy reflektor. Aktora przeszedł dreszcz, tym razem nie niekomfortowy spazm zaskoczenia, a ekstatyczna wibracja adrenaliny.
Jego ulubiona używka.
W każdej z takich chwil wiedział, że musi to zrobić doskonale. Nie miał jednak tremy. To wewnętrzna radocha była tym, co mogło go zdradzić i nad czym musiał panować.
– Zlecenie – zaczął obojętnym tonem i zrobił drobną pauzę na nabudowanie zainteresowania – Wiesz, robota. Głupio wyszło, że na mnie tu teraz wpadłeś, w sumie chętnie Ci wszystko opowiem, ale wiesz, jestem troszeczkę zajęty. Możesz mi pomóc go gdzieś skitrać, będzie szybciej. Hm? – i teraz najważniejsze! – Ej, nie myślisz chyba, że ja go skasowałem? No co Ty. W życiu. Ja tu tylko sprzątam. To co? Hop i do rzeki z nim?
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Kora obserwował aktorski występ Młodego z trudnym do odgadnięcia wyrazem pyszczka. Dla osoby postronnej mógł wyglądać jak ktoś niekoniecznie bystry, do którego nie dociera dziwność, albo powaga sytuacji. Jednak wbrew tej mało emocjonalnej powłoce, w środku kocurka toczyły się nadal dość intensywne dywagacje. Problem w tym, że wniosków nie było za wiele.
Tak, w pierwszej chwili rzeczywiście pomyślał, że to kocur mógł być mordercą. W drugiej, że jego gabaryty trochę na to nie wskazują. W trzeciej, że może niepotrzebnie się zastanawiał, bo nieznajomy naprawdę mu wszystko opowie. - Właśnie... nie wiem. - Ogłosił, bo chociaż koty w lesie parały się różnym rzemiosłem, robota uwzględniająca trupy niekoniecznie była mu znana. - I nie do rzeki. Pijemy z niej wodę, my i zwierzęta, niedobrze, żeby pływały w niej martwe ciała. - Zaoponował łagodnie. - Lepiej go zakopmy i przykryjmy kamieniami. - Jeżeli właśnie zaproponował udział w maskowaniu śladów zbrodni - trudno. Co jak co, ale Okopcona Łapa wierzył, że martwi i tak mają głos.
Sylwetkę Młody ma raczej niepozorną. Odrobinę niższy od przeciętnego kota, lekko zbudowany, ale nie chorobliwie kościsty. Ma gładkie, krótkie futerko, jednolicie czarne, poza białymi znaczeniami, których jest trochę za mało, żeby tworzyły harmonijną kompozycję - krawacik jakby za krótki, bródka za wąska, paluszki niekompletne. Nadrabia wyrazistą ekspresją - zarówno tą podświadomą, gdy ruchy łap i mimika pyszczka zdradzają jego samopoczucie, jak i tą wystudiowaną, kiedy celowo moduluje głosem i gestem, aby przekonać słuchacza do swojej narracji. Bez wątpienia pomocnym narzędziem są tu jego oczy - bardzo jasne, przejrzyste, szarobłękitne, nieco jakby wypłowiałe po brzegach i z intensywniejszą barwą przy źrenicy; piękne, wyjątkowe i pełne wyrazu.
Dużo bardziej złożona osobowość, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Jest śmiały, wygadany, może nawet nieco narcystyczny, gdy z nie przyjmującą sprzeciwu pewnością przekonuje o jakichś swoich racjach. Dzięki nieprzeciętnej charyzmie nawet ktoś prawdziwie inteligentny potrzebuje chwili, aby wyczuć, że Młody tak naprawdę nie jest najostrzejszym pazurem w łapie, a jedynie opanował sztukę marketingowej retoryki. Niemniej, ma w sobie pewną naturalną błyskotliwość, kreatywność i zdolność do adaptacji. Przy obcych niekiedy aż przytłaczający, przy przyjaciołach (przyjacielu?) luzuje, pokazuje swoją swobodniejszą, dowcipną stronę. Co kryje się za tą żywą i barwną fasadą? Sam woli o tym nie myśleć.
Chaotyczny Lot, Gęsiopióry i inni.
Młody wolał widzieć nieco więcej zaangażowania u odbiorców, ale przynajmniej ten tu kotek był responsywny i... o matko, serio chciał pomóc! Co za wspaniała okazja! Mieszczuch musiał powstrzymać się przed aprobującym uniesieniem brwi, by utrzymać wrażenie gościa, na którym to wszystko było zwykłym wtorkiem.
– Masz rację, słusznie! – potaknął żywo na komentarz o rzece. Co prawda oznaczało to więcej wysiłku, ale wolał się z tym dzieciakiem nie wykłócać, wręcz przeciwnie – uznał, że przyklaśnięcie jego opinii pozwoli mu poczuć się w tej sytuacji nieco pewniej – No dobra, to co my tu mamy...
Kret w paru sarenkowatych susach zeskoczył ze skałek na ziemię, by wybrać odpowiednie miejsce. Testowo pogrzebał łapą w glebie. Na szczęście nadrzeczny grunt był ciemny, miękki i podatny na tego typu operacje. Nie był największym fanem marnowania energii na takie eschatologiczne rytuały, ale dla dobra całego tego przedsięwzięcia był gotów chwilę popracować. Będzie miał przy tym czas, by dobrze zastanowić się nad tym, co i jak dalej powiedzieć.
Wskoczył znów na kamienie, złapał za kark nieboszczyka o patykowatych nogach i zwlókł go w dół. Ciało gładko ześlizgiwało się ku swojemu przyszłemu miejscu pochówku. Potem Młody energicznie zabrał się za kopanie i rzucił przez ramię ponaglające spojrzenie Okopconej Łapie.