Mistrz: Węglowe Gardło Płeć: kotka Matka: kto Ojciec: nie znam
Spora, jednolicie czarna, złotooka kotka. Przeważnie ma obojętny lub niezadowolony wyraz pyska, niemal zawsze jest w ruchu - jeżeli się nie przemieszcza, to na pewno będzie tłukła ogonem o podłoże albo przebierała łapami.
Kim ona właściwie jest? Czy tą pewną siebie kotką, żądną przygód i beztroską, nieprzyjemną w obyciu i gniewną, którą eksponuje na codzień... czy może raczej tym niekochanym kociakiem, który siedzi gdzieś w środku? Jedno jest pewne. Szerszeń jest spragniona uwagi innych, chce podziwu i akceptacji, życzy sobie, by ktoś ją doceniał i w nią wierzył, bowiem tego wszystkiego nie dostała nigdy od rodziców. Bywa w tym roszczeniowa. Nigdy nie miała żadnego autorytetu, jeżeli chodzi o inteligencję emocjonalną, więc łatwo wytrącić ją z równowagi, a okazywane przez nią emocje sprowadzają się do gniewu i frustracji. Nie jest zbyt bystra, zawsze szybciej zrobi, niż pomyśli, jest skora do bójek, co widać było już od pierwszych księżyców jej życia. Nieco burkliwa i szorstka. Powoli uświadamia sobie, jak ważny jest Klan i bycie dobrym wojownikiem, a jednocześnie oddala się od rodziny - więzy krwi to za mało, by uznać kogoś za godnego jej uwagi. Najczęściej myśli o sobie, tylko za Trzmiela gotowa by była oddać życie. Już teraz niechęcią darzy inne klany, mimo iż jej własny nie ma wiele do zaoferowania.
– Jesteś tu! – odparła szczekliwie, gwałtownie, a jej emocje wciąż nie stygły. Ona mogła tak przez całą wieczność. Trzmiel był jej bratem. Kochała go. Ale widziała jego błędy i prawdopodobnie była jego najsurowszym sędzią. Widziała też, jak paskudny klan ma pod swoimi rządami. Widziała słabość jego medyczki i jego zastępczyni, łagodzącej wszystko, a nie potrafiącej dociec do właściwych przyczyn zachowania klanowiczów. Jej słabość nie leżała wcale w tym, że faworyzowała swoją zapchloną córeczkę, jak twierdziła Rozerwane Ucho, a w tym, że wszystko chciała załatwiać polubownie, nie wyciągając prawdziwych konsekwencji wobec nikogo. A prawda była taka, że w tym klanie Gromu nie można było sobie na to pozwolić. Czarny ogon zamajtał na boki gwałtownie. – Wyszedłeś z ceremonii, zostawiając klan pogrążony w chaosie, zamiast doprowadzić sytuację do końca. Wiesz, co się tam teraz dzieje? Następna wariuje. Trup niepogrzebany, śmierdzi na cały obóz. Kociaki zostawione same sobie, bez słowa wyjaśnienia… chciałbyś być na ich miejscu? – spytała nagle, marszcząc gniewnie nos. Dalej, wyobraź to sobie. Masz sześć księżyców, czekasz na najbardziej ekscytującą chwilę w swoim życiu, a przez czyjąś śmierć, czyjeś odejście od zmysłów i czyjegoś foszka nawet NIE WIESZ, czemu właściwie twoje mianowanie się nie odbędzie. Dla Szerszeń takie rzeczy były ważne. Zarówno moment, jak została terminatorem, jak i wtedy, gdy była mianowana na wojownika – tylko że ona wyczekiwała tych dni z obawą, czy w ogóle zostanie mianowana.
– Zobaczyłeś swoją martwą córeczkę i już, leżysz, straciłeś życie. Jesteś PRZYWÓDCĄ. Powiedziałeś mi, że jesteś GOTOWY. Że klan jest dla ciebie najważniejszy. Że go słuchasz. Że NIE KIERUJESZ się uczuciami – wyliczyła bezlitośnie, wypomniała mu wszystko to, co SAM jej powiedział, gdy zostawał przywódcą. Nie kieruje się uczuciami, a wystarczyło, żeby jego córka wybiegła niczym rącza sarenka z obozu, żeby już za nią popędził na złamanie karku. Nie kieruje się uczuciami, a jednak tu jest, bo znalazł trupa, którego sam spłodził. Może Szerszeniowy Jad miała skrzywiony obraz i nie rozumiała, czemu tak na niego zadziałał ten widok. W pewnym sensie wciąż nie rozumiała, po co w ogóle mu były te kocięta… nie rozumiała też idei bezwarunkowej miłości do swojego dziecka. Po pierwsze nikt jej nie pokazał. Po drugie nigdy nie czuła potrzeby, by sobie takowe sprawić. A teraz, jak się okazuje… to i tak tylko kłopot.
– Powiedz mi. Nie widziałeś wcześniej, że zrobią to Ognistej? – spytała, zadzierając lekko łeb. Przecież Sasanka jej nienawidziła. A choć nie miała stałego grona zwolenników… było oczywiste, że przy najmniejszym błędzie nagle wszyscy okażą się znawcami sztuki medycznej i powiedzą, że mogła zrobić WIĘCEJ. – Prędzej czy później i tak by ją zjedli. Tylko czekali na jej potknięcie. Poza tym… ona BYŁA słaba. Mieli rację. Gdyby nie była, to by sobie na to nie pozwoliła. Nawet nie szkolił jej prawdziwy medyk – to zrobiłeś źle. Jeżeli pozwolisz, żeby ta kocica trenowała kolejnego medyka, nie zdziw się, jak ten medyk znowu się zabije – powiedziała chłodno, taksując brata ostrym spojrzeniem. – Ale nawet jeżeli była słaba, to oni ją zabili. Jeżeli sądzisz, że pozbyciem się tej żmii załatwisz wszystko, to bardzo się mylisz, Trzmiel. Żadne wygnanie nie załatwi problemu, który jest w większości klanu. Oni mają zatrute myśli. Sami z siebie, nie tylko przez nią. Nawet jak się nie odzywają, to każdy sobie źle życzy, jak banda dzikich lisów, a nie klan. Cieszą się, patrząc na chaos i cierpienie własnych klanowiczów, traktują to jak najlepszą zabawę. Są bezczelni, jadem do innych maskują własne słabości i zaspokajają tym swoją żądzę destrukcji, chaosu – syknęła. To właśnie robiła Sasanka. Karmiła się chaosem, sianym na granicach i w klanie. Nigdy nie pogodzona z tragiczną śmiercią tatusia, postanowiła przez całe życie wyżywać się na medykach, nawet jeżeli nie mieli oni nic wspólnego z czarnym kaszlem, który, galopując, wyniszczył organizm Wzburzonej Wody. Przeczyła sama sobie, obwiniając medyków za śmierci, ale w ich zwycięstwach nad ranami i chorobami widząc jedynie szczęście, a nie zasługę medyków. Ale ona nie była jedyna. Inni widzieli słabość Ognistego Żaru. Mogli też zobaczyć słabość w Trzmielej Gwieździe, a wtedy ten będzie skończony jako przywódca. – Oni nie wierzą w ten klan. Nie wierzą w ciebie. Plują na siebie nawzajem, są tacy, co uważają, że że pozjadali rozumy i są jedynymi wartościowymi kotami, wojownikami, a reszta to g*wno, przypadkowo znajdujące się w klanie. Ale powiem ci więcej. Kodeksu też nie szanują. Ani jednego, ani drugiego, chociaż z Kodeksem Medyka problem ci się rozwiązał sam – burknęła ironicznie. Oczywiście, to nigdy nie wyszło na jaw. Z pewnością potępiliby Ognisty Żar jeszcze bardziej… i słusznie. Ale mogli ją po prostu zdegradować albo wysłać do Szepczącej Sadzawki, by to Gwiezdni ją rozliczyli. Kto to widział, żeby jakaś przeklęta terminatorka rozkazywała medykowi? Głupota. Zarówno ze strony samej Sasankowej Łapy, jak i medyczki… i całego klanu, że na to pozwalał. – Przekraczają granice, większość prędzej by uciekła, by ratować swoje tyłki, niż walczyłaby z intruzem. Zobacz sobie, jak czasami wygląda zwierzyna na stosie. Trup z gwiazd ci nie powie, co masz zrobić, ale może teraz sobie uświadomisz pewne rzeczy. Zamiast najpierw karać, a potem pytać, zastanów się, czemu oni robią to, co robią. Czemu mówią to, co mówią. Bo może czasami w słowach wygnańców jest ziarno prawdy.
≡ ONLY THE GOOD DIE OLD ≡ that's what they told me but I don't know
Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
Przecież nie pomyślał, że tak, chce umrzeć i oddać jedno ze swoich żyć. Nie zrobił tego z rozmysłem, który mu chyba próbowała właśnie zasugerować. Nie on siebie tu doprowadził. Nawet nie wiedział, co do końca mu się przydarzyło, ale to dla Szerszeń chyba nie było ważne. Spojrzał na siostrę z niesmakiem, unosząc lewą brew. Rzadko kiedy nie skrywał emocji, jednak przed siostrą raczej nie przywdziewał kamiennej maski, która towarzyszyła mu na co dzień.
— Oczywiście, że nie, ale w klanie są wojownicy, którzy powinni się tym zająć. Naprawdę nie potrafią nawet pogrzebu przeprowadzić bez nadzoru? Kontynuowanie ceremonii w tej sytuacji byłoby absurdalne, a do mojego wyjścia nikt nie stracił zmysłów. Nie mogłem przypuszczać, że do tego dojdzie, siostro. — Mógł się tylko domyślać, kogo właściwie dotyczyła ta informacja. Rydzowe Futro? Nie, powiedziała, że kolejna, więc musiała to być jakaś kocica. Chyba nie chodziło o Śnieżną Zamieć, siostrę tragicznie zmarłej? Trzmiel zagryzł zęby i zastrzygł obgryzionym uchem. Kiedy kontynuowała... nabrał gwałtownie powietrza w płuca i miał ochotę wstać, ledwo się powstrzymując.
— Wybiegłem, bo czułem w kościach, że dojdzie do tragedii. Moja córka była również częścią klanu, moją zastępczynią, która wiele dla niego poświęciła. Wygląda jednak na to, że zbyt wiele zaufania pokładałem w moich wojownikach, skoro pozwolili na dalsze sceny — odparł szorstko, dusząc w sobie po raz kolejny emocje. Czy naprawdę w tamtej chwili kierował się uczuciami? Sądził, że od wielu księżyców wyzbył się tego problemu, prócz złości. Szerszeń widziała to wszystko z innej perspektywy, dlatego słuchał jej uważnie, bowiem z pewnością wiele wiedziała, patrząc na wszystko ze Srebrnej Skórki, co najwyraźniej robiła, skoro tyle wiedziała, a sądził, że im się nie przygląda.
— Nie, nie spodziewałem się, że to rozwinie się do takich rozmiarów. Sasankowa Łapa ucichła na wiele księżyców, a Łani Krok poświadczała za nią. Tu się zgodzę, była słaba. Źle wybrałem kota na tak trudne stanowisko i podjąłem niesłuszną decyzję odnośnie jej szkolenia. Więcej tego błędu nie popełnię — odrzekł pomiędzy jej słowami, lecz nie spodziewał się tego, co zaraz miało paść z jej pyska. Szerszeń mówiła, że problem tyczy się większości klanu? Że to oni ją zabili? Wiedziała o czymś, o czym on nie wiedział? Mówiła okropne rzeczy. Sam nienawidził chaosu i zgorzkniał przez niego wielce za rządów Błyska, a siostra mówiła, że nic się praktycznie nie zmieniło.
— Nie siedzę w ich głowach. Nie wiedziałem, że to większy problem. W takim razie co proponujesz na ten problem? Jak temu zaradzić? Nie mogę się ich wszystkich pozbyć, jeśli nawet nie wiem, o kim mówisz, Szerszeń. Łania zawsze mówiła mi, że pozbywanie się to nie jest dobre rozwiązanie, jednakże odniosłem wrażenie, że jej metody wcale w niczym nie pomogły. Odłożyły jedynie w czasie pozbycie się dwóch kotów stanowiących większy problem. — Milczał przez jakiś czas, próbując zebrać myśli i ułożyć je tak, aby pokazywało dokładnie to, co miał na myśli. Trzmiel lubił być precyzyjny w swoich wypowiedziach, szczególnie w takich dyskusjach. Wyraz pyska miał w tym momencie pozbawiony emocji, jednak w głosie było słychać, że zależy mu na tej rozmowie. Świadomość, że znów został sam na szczycie tej szklanej góry, sprawiała, że musiał się kogoś poradzić, by dalej to ciągnąć. A jego siostra? Była idealna. Miała zawsze ciężką łapę, nie certoliła się, kiedy on dawał kolejne szanse. Byłaby lepszym przywódcą niż on. Brakowało mu jej pomiędzy nimi. Co miał zrobić, żeby w niego uwierzyli? Kiedy wybrali go na przywódcę, nie mieli z tym problemu, a może po prostu był najlepszą opcją z nich wszystkich w tamtym czasie? Zapewne. W Gromie od dawna nie było szacunku do kotów wyższych rangą, czy starszych, bardziej doświadczonych i doskonale o tym wiedział. Jak mieli uwierzyć w klan i w niego?
— Wiem o Rozerwanym Uchu, ale co masz na myśli z Kodeksem Medyka? Ognisty Żar łamała go w jakiś sposób? Nie mów mi, że w słowach Sasankowej Łapy było choć ziarno prawdy, bo to nieprawda. W to ci nie uwierzę. Myślałem, czemu to robią, wielokrotnie, ale nadal nie wiem. Jeśli nie możesz mi pomóc, to po co do mnie przyszłaś? — Choćby w przypadku Niedźwiedzia, Sasanki, Barwnego, czy Rydza. Rydz z nich wszystkich był zagubiony, Barwny głupi, a pozostała dwójka zepsuta od środka, niczym niewidoczna zaraza, osiadająca na podatnych sercach. W każdym klanie rodzili się Przeklęci i nie można było temu w żaden sposób zapobiec.
Mistrz: Węglowe Gardło Płeć: kotka Matka: kto Ojciec: nie znam
Spora, jednolicie czarna, złotooka kotka. Przeważnie ma obojętny lub niezadowolony wyraz pyska, niemal zawsze jest w ruchu - jeżeli się nie przemieszcza, to na pewno będzie tłukła ogonem o podłoże albo przebierała łapami.
Kim ona właściwie jest? Czy tą pewną siebie kotką, żądną przygód i beztroską, nieprzyjemną w obyciu i gniewną, którą eksponuje na codzień... czy może raczej tym niekochanym kociakiem, który siedzi gdzieś w środku? Jedno jest pewne. Szerszeń jest spragniona uwagi innych, chce podziwu i akceptacji, życzy sobie, by ktoś ją doceniał i w nią wierzył, bowiem tego wszystkiego nie dostała nigdy od rodziców. Bywa w tym roszczeniowa. Nigdy nie miała żadnego autorytetu, jeżeli chodzi o inteligencję emocjonalną, więc łatwo wytrącić ją z równowagi, a okazywane przez nią emocje sprowadzają się do gniewu i frustracji. Nie jest zbyt bystra, zawsze szybciej zrobi, niż pomyśli, jest skora do bójek, co widać było już od pierwszych księżyców jej życia. Nieco burkliwa i szorstka. Powoli uświadamia sobie, jak ważny jest Klan i bycie dobrym wojownikiem, a jednocześnie oddala się od rodziny - więzy krwi to za mało, by uznać kogoś za godnego jej uwagi. Najczęściej myśli o sobie, tylko za Trzmiela gotowa by była oddać życie. Już teraz niechęcią darzy inne klany, mimo iż jej własny nie ma wiele do zaoferowania.
– NIE. ZOSTAWIA. SIĘ. KLANU – warknęła wściekle, bijąc ogonem o boki. – A już na pewno nie TEGO. I jak widać: NIE, nie potrafią. Pogrzeb Rumiankowej Jakjejtam to świetny przykład – spytała szorstko, wbijając pazury w gwiezdny grunt, po czym zaczęła obchodzić Trzmiela niczym polująca pantera. Rzadko kiedy za życia pozostawała w bezruchu, a teraz pozwalała sobie na jeszcze więcej nawet wobec własnego brata. W końcu była Gwiezdnym. Wojownicy zaś może i pochowali Rumianek, ale wcześniej pozwolili Sasankowej i wesołej ferajnie na zakłócanie jej pogrzebu, ba, sami do tego bardzo ochoczo przyłączyli. – Kota nie ma, myszy harcują. Ale w myślach harcują nawet wtedy, kiedy kot jest – sarknęła na koniec, nie spuszczając wzroku z brata.
– Twoja córcia zwariowała i już nie chciała być częścią tego, co sami stworzyliście – odparła prosto, wciąż ze złością w głosie, ale i z większą powagą. – UCIEKŁA. Tchórzliwie. Zdradziła klan. – Słaba. Szerszeniowy Jad wręcz wibrowała negatywną energią, mówiąc o tym. Pogardzała zdrajcami, uciekinierami, wygnańcami, tchórzami. – I NA PEWNO nie powinna być dla ciebie ważniejsza od klanu i zaprowadzenia w nim porządku. POKORA, Trzmiel. POKORA. Zdolność do poświęceń. Lojalność. Pamiętasz? Popełniłeś błąd. To uczucia sprawiły, że porzuciłeś ceremonię i wyszedłeś za Łanim Skokiem, Krokiem, nieważne. To UCZUCIA sprawiły, że tu jesteś – wytknęła mu z niezadowoleniem na pysku.
Rozmawiając z bratem, miała obecnie wrażenie, że jest ślepy i głuchy niczym nowonarodzone kocię. Jakby bycie przywódcą odarło go z trzeźwego osądu, krytycznego spojrzenia, zdolności znajdowania rozwiązań, zmysłów i rozumu. Nie dostrzegał zepsucia, krążącego w żyłach i umysłach kotów, którymi rządził od… ileż to będzie? Niedługo całego obiegu pór. To, że nie zauważył, że medyczka mu pod nosem łamie Kodeks Medyka… cóż, dobrze się kryła, to trzeba przyznać. Ale żeby nie zauważyć tej nienawiści? Braku poszanowania dla własnego klanu? Żeby nie reagować na przynoszenie na stos rozszarpanej zwierzyny? Żeby się powstrzymywać przed radykalnymi środkami, które są konieczne dla dobra klanu?
– Tak, łamała. W sposób, jakiego żadne z was się nie spodziewało. Nic ci więcej nie powiem, i tak zdechła – burknęła. Nie, nie dostaniesz tego na talerzu. Jak chcesz, to sobie poczekaj, aż Ognista sama do kogoś przyjdzie i się przyzna, kanalia. – Poza tym. A ty co, Ognisty Żar, żeby czekać na gotowe rozwiązania? Ona też tylko liczyła, że ktoś za nią rozwiąże problem, zamiast wziąć sprawę we własne łapy – fuknęła, urażona sugestią, że ma mu mówić, co ma robić. Może gdyby ŻYŁA i była zastępczynią, to by to robiła, albo lepiej: brała sprawy we własne łapy, nie pozwalając na takie rozpasanie klanu, ale rzeczywistość była całkiem inna. Rozum mu odjęło od tego przywódcowania? – Nie Gwiezdni kierują Gromem, tylko TY! – huknęła wręcz, wciąż krążąc wokół Trzmielej Gwiazdy. – A przyszłam po to, żeby tobą potrząsnąć. Masz tam wracać i zrobić porządek. Wybierz silnego zastępcę, tak DLA ODMIANY, a nie słabeuszy i zaślepionych fanatyków. Wybierz SILNEGO medyka i wyślij go na szkolenie do innego klanu, ale nie Rzeki. Odsuń emocje. Słuchaj. Patrz krytycznie. Przestań się cackać i nie dawaj przyzwolenia na to, co odp*****ają te KOCIAKI, bo twój klan to w większości zwykłe durne GÓWNIARZE. Jak jeden sposób nie działa, to spróbuj innego. Mam nadzieję, że prędko się NIE zobaczymy.
Po czym zniknęła, zaś Trzmielą Gwiazdę gwałtownie przywróciło do szarej rzeczywistości.
≡ ONLY THE GOOD DIE OLD ≡ that's what they told me but I don't know
Księżyce: 102 Mistrz: Łani Krok Płeć: kotka Matka: Łani Krok Partner: uciekł Trwałe urazy: Tylko na psychice
Drobna, czarno-biała kotka z białymi znaczeniami na pyszczku, piersi i ogonie. Ma również białe skarpetki na przednich łapach - tylko palce i na tylnych do połowy. Oczy ma błękitne.
Po śmierci ojca ciężko było jej się pozbierać, jednak teraz powoli wraca do życia. Radosna, sympatyczna kotka, uwielbiająca spędzać czas z najmłodszymi.
Lśniąca Sadzawka [KW] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
Plamka czuła się jakby spała. Liczyła na to, że wszystko było złym snem. Że cała ta ceremonia nie miała w ogóle miejsca i gdy tylko otworzy oczy, to okaże się, że znajduje się w swoim legowisku zalana łzami z powodu koszmaru, który właśnie jej się przyśnił, a obok leży Żółty, do którego może się przytulić. Tak niestety nie było. Gdy otworzyła oczy nie było obok jej ukochanego. Na przeciwko znajdowało się nieruchome, zimne ciało matki, a kawałek dalej... ciało dziadka. Tak samo nieruchome. Czarno-biała nie przypominała sobie, by częścią "złego snu" było ciało Trzmielej Gwiazdy, więc widząc go całego zaślinionego poczuła, jak ponownie robi jej się słabo. Tym razem jednak nie zemdlała i zdołała podejść do niebieskiego kocura, a nawet była w stanie tyrpnąć go parę razy łapą. Oczy szczypały ją od łez, a przez gardło nie chciały przejść prawie żadne słowa.
- Dz-dziadku - wymruczała prosto do ucha gromowego przywódcy, próbując jakoś go podnieść, choć sama chwiała się na swoich łapach. - Gdzie S-sasanka. C-co się s-stało? Wstań, p-proszę - łkała, w dalszym ciągu próbując podnieść tęgiego kocura. Po paru nieudanych próbach zdała sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie tego zrobić. Położyła się więc przy jego, jak przypuszczała, zwłokach i płakała gorzko, mając na sumieniu tak wiele rzeczy. - P-przepraszam że tyle ra-razy zawiodłam. Prze-przepraszam, że nie po-potrafiłam by-być dobrą wo-wojowniczką. Tal ba-ardzo przepraszam za wszy-wszystko - nawet jeśli dopiero na Srebrnej Skórce, chciała żeby dziadek wiedział, że żałuje tego, że go zawiodła. Że nie potrafiła być tak dobrą wojowniczką, jak kocur chciałby żeby była. Że nie potrafiła sobie poradzić z Mroźną Łapą, że zawiodła ze Srebrzystą Łuną. Za wszystko. Nie wiedziała, że Trzmiela Gwiazda stracił zaledwie jedno z dziewięciu żyć. Wydawało jej się, jakby wojownik odszedł na zawsze, tak jak Łani Krok. Jakby została sama na świecie, mając jedynie Sasanką przy swoim boku, jeśli ta nie została jeszcze wygnana z klanu.
<span class="plm3">jedna chwila wystarczy, by bez końca biec pod wiatr</span>
<div class="plm">
<div class="plm2">☆choćbylos sypałw oczy piach choćby czas nie chciał <span class="plm1">leczyć ran</span> nawet tęczyjest potrzebnydeszcz więc <span class="plm1">nie możesz</span> terazpoddać się</div></div>
Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
— Nie mów tak o mojej córce — powiedział ostrzej, niż zwykle. Szerszeń zawsze była krytyczna, a teraz na dodatek zrobiła się okropnie wulgarna i ostra. Zdecydowanie bardziej niż za życia. Trzmiel zastrzygł prawym uchem i obruszył wąsami. Z tej rozmowy wyniesie wiele prawd, jak i uwag, jednak nie we wszystko może uwierzyć. Nie twierdził, że Szerszeń kłamała, jednak jeszcze za życia nie zawsze widziała wszystkie sprawy takimi, jakimi rzeczywiście były w jego opinii. Miała rację natomiast z tym, że poniosły go emocje. Temu nie zamierzał zaprzeczać, a jedynie pokornie przyjął to jako fakt, kiwając głową.
— Zrobię co w mojej mocy — przyznał, a chwilę później Szerszeń zniknęła. Koniec taryfy ulgowej. Musiał nimi potrząsnąć i wziąć ich za skórę, skoro nie potrafili po dobroci. Musiał jakoś zapanować nad tym klanem. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób, bo jego siostra okazała się pod tym względem wyjątkowo nieprzydatna, ale może uda mu się coś wymyślić. Spadło na niego wiele problemów i doskonale to wiedział, lecz nie zamierzał uginać karku. Jeszcze walczył.
Dusza wróciła do ciała, choć jedno z żyć uleciało.
Życie wróciło. Jego klatka piersiowa zaczęła znowu się poruszać, a on zamrugał przesuszonymi oczami, zdając sobie sprawę z tego, że nie do końca domyka lewe oko. Czuł ciepło bijące od ciała obok. To była Plamka. Powrót od Gwiezdnych sprawił, że część ran została wyleczona, lecz nie wszystkie. Niektóre były zbyt głębokie i teraz lewa połowa pyska gromowego przywódcy niedomagała.
— Żyję, Błękitna Toni. Musimy iść. Twojej matce należy się pogrzeb. Wygląda na to, że Sasankowa Łapa doprowadziła nie tylko do śmierci Ognistego Żaru, ale również mojej córki i mnie samego — przyznał otwarcie, próbując się podnieść. Mięśnie miał nieco zastałe, jednak jakoś mu się to udało. Trzeba się cieszyć z małych rzeczy. Z tyłu głowy nadal miał Ognistą i Kodeks Medyka, który podobno łamała. Będzie musiał przeprowadzić małe śledztwo. Może Malinowe Chaszcze o czymś wie. Po wszystkim zbliżył się do Łani, oczyszczając rany językiem, a później zasypał ślady krwi. Zaciągnął się jeszcze zapachem samotnika, żeby go zapamiętać, a na koniec złapał ciało Łani i zaczął ją ciągnąć w stronę klanowego obozu, niezależnie od tego, czy Plamka mu pomoże, czy nie. Po rozmowie z siostrą wiedział, że polegać może jedynie na sobie na ten czas.
Księżyce: 102 Mistrz: Łani Krok Płeć: kotka Matka: Łani Krok Partner: uciekł Trwałe urazy: Tylko na psychice
Drobna, czarno-biała kotka z białymi znaczeniami na pyszczku, piersi i ogonie. Ma również białe skarpetki na przednich łapach - tylko palce i na tylnych do połowy. Oczy ma błękitne.
Po śmierci ojca ciężko było jej się pozbierać, jednak teraz powoli wraca do życia. Radosna, sympatyczna kotka, uwielbiająca spędzać czas z najmłodszymi.
Lśniąca Sadzawka [KW] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
Plamka mocno wtuliła się w ciało dziadka, czując jak odechciewa jej się wszystkiego, a w szczególności odechciało jej się żyć. W ciągu jednego dnia straciła wszystkich bliskich, straciła wszystko, a jej sercu pozostała jedna wielka dziura, której nawet Żółty i Lamparcica nie będą w stanie zapełnić. Wtem boki Trzmielej Gwiazdy zaczęły się poruszać, a kocur odzyskał przytomność. Serce czarno-białej zaczęło szybciej bić, gdy zmartwychwstały przemówił. Żył. Chociaż przed chwilą był martwy. I to... przez Sasankę? Nie chciała tego słuchać, nie chciała w to wierzyć. Do końca chciała wierzyć w to, że jej ukochana siostrzyczka nie zrobiła niczego celowo, że nie doprowadziła do niczyjej śmierci, że to wszystko było nieuniknione i to był przypadek. Nie odezwała się jednak ani słowem. Potrzebowała paru uderzeń serca by dojść do siebie po tym wszystkim i choć cieszyła się, że przynajmniej dziadek nie odszedł, to nadal czuła okropną pustkę wewnątrz. Słowa Trzmiela były wystarczającym potwierdzeniem jej przypuszczeń i wiedziała, że po dotarciu do obozu nie ujrzy już Sasanki. Nie będzie mogła wypłakać się w jej ramię, nie będzie mogła się jej już nigdy wyżalić. Możliwe że już nigdy się nie spotkają. Nawet nie zdążyły się pożegnać.
Pomogła tęgiemu kocurowi oczyścić ciało Łaniego Kroku i potem razem z nim ruszyła do obozu, pomagając nieść ciało jeśli była taka potrzeba. Przez cały czas nie przestała płakać. Łzy lały się z jej oczu strumieniami i co chwilę słychać było stłumiony szloch, który z całych sił starała się powstrzymać, ale nie była w stanie.
zt
<span class="plm3">jedna chwila wystarczy, by bez końca biec pod wiatr</span>
<div class="plm">
<div class="plm2">☆choćbylos sypałw oczy piach choćby czas nie chciał <span class="plm1">leczyć ran</span> nawet tęczyjest potrzebnydeszcz więc <span class="plm1">nie możesz</span> terazpoddać się</div></div>
Mistrz: miód malina [Malinowe Chaszcze] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] Ojciec: Wężowy Język [NPC] Partner: Nowa rodzina?
Biało-niebieski kocurek, z długim gęstym futrem. Szarawy odcień pręgowany jest klasycznie i pokrywa połowę pyszczka, grzbiet oraz cały długi i puszysty ogon. Podbrzusze, klatka piersiowa, łapki oraz drugą połowę pyska pokrywa biel. Jego jasnoróżowy nosek odznacza się na tle jasnego koloru pyska, a oczy mienią się barwą słonecznika. Jest wielki. Wysoki, a do tego puszysty. Naprawdę.[...-> KP]
Poważny, empatyczny, ciepły, uważny, lojalny, cierpliwy, rodzina oraz wiedza są dla niego najważniejsze. [...->KP]
Kłusująca Klacz [KW], Krecik [KW]
Ostowy Krzew chcąc zaznać trochę wiadomości o świecie poza terenami klanu, wyruszył kawałek dalej niźli by się go o to podejrzewało. Nigdy w sumie nie wybywał dalej niż granice, a kto go teraz niby trzymał surowo przy terenach Klanu? Cichy Strumyk? Wężowy Język? Malinowe Chaszcze? Nie, nie i nie. To już nie ten czas Oście. Zyskałeś to nowe imię oraz rangę to sobie trochę poużywaj chłopie!
Skierował w końcu swoje łapy gdzie same go tylko poniosą, aż wyminął granicę. Nie ukrywajmy, z lekką niepewnością. W końcu nadal był tak młody, a "Wojownik" to tylko nazwa, nawet jeśli jest już po treningu. W każdym razie nie ociągał się ani nie wahał, tylko poszedł przed siebie, póki nie dotarł do Wietrznych Wzniesień. Wątpił, że spotka jakiegoś kota kiedy akurat on tam będzie, ale nic nie wiadomo. Na pewno jednak nie spodziewał się kotów spoza swojego własnego klanu. Bo było to tak blisko koło Klanu Gromu, nieprawdaż? No więc kto by się tu szlajał. Biało-niebieski przysiadł gdzieś pośród całej tej trawy i pokradał kolejne promyki słońca, którego ciepły czas się powoli kończył, wraz z nadchodzącą zimną porą. Trawa oczywiście nie zakryła jego ogromnego ciała, więc widać było taką jasną, puchatą kulę na środku polany.
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
Och, określenie "wojownik" oznaczało znacznie więcej, niż jedynie słowo. Dzięki tej pozycji można było liczyć na swobodę, której nie miało się wcześniej, można było wysługiwać się terminatorami i, co najlepsze, nie słuchało się tyrad od nikogo poza zastępcą i przywódcą. Ach, życie wojownika było najlepsze - nie miało się odpowiedzialności wyższych rang i nikt nie patrzył jej na łapy tak, jak im, ale jednocześnie... nie musiała cały czas udawać, że w ogóle czymkolwiek się przejmuje. Jeśli nie chciała się przejmować, oczywiście.
Ostowy Krzew musiał jednak czekać na nią dość długo - na sam trening z Karmazynową Łapą wyszła dopiero, gdy ostatnie promienie słońca schowały się za horyzontem, a ona sama zdążyła coś zjeść. Po odstawieniu delikwenta do obozu, ruszyła przed siebie tłumiąc ziewnięcie i niespiesznym krokiem wyruszając w podróż. Jak więc można się było domyślić... na Wietrznych Wzniesieniach pojawiła się dopiero po pewnym czasie, odkrywając tam... kocura pachnącego gromem. Wstrzymała oddech, widząc, jak olbrzymi jest obserwowany przez nią osobnik i dopiero po chwili wyłoniła się zza kępy wysokiej trawy, niespiesznym, długim krokiem podchodząc do kocura i mrucząc na powitanie.
Mistrz: miód malina [Malinowe Chaszcze] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] Ojciec: Wężowy Język [NPC] Partner: Nowa rodzina?
Biało-niebieski kocurek, z długim gęstym futrem. Szarawy odcień pręgowany jest klasycznie i pokrywa połowę pyszczka, grzbiet oraz cały długi i puszysty ogon. Podbrzusze, klatka piersiowa, łapki oraz drugą połowę pyska pokrywa biel. Jego jasnoróżowy nosek odznacza się na tle jasnego koloru pyska, a oczy mienią się barwą słonecznika. Jest wielki. Wysoki, a do tego puszysty. Naprawdę.[...-> KP]
Poważny, empatyczny, ciepły, uważny, lojalny, cierpliwy, rodzina oraz wiedza są dla niego najważniejsze. [...->KP]
Kłusująca Klacz [KW], Krecik [KW]
Ostowy Krzew wyjątkowo spokojnie przyjął nowego gościa na polanie. Nie wzdrygnął się jakoś nadzwyczaj, nie stanął też do pozy obronnej, ani nie syknął na kotkę. Zamiast tego odkiwał jej głową, machając przy tym raz swoim puszystym ogonem, które włoski fruwały wraz z lekkim wiatrem. - No, no. - Zaczął spokojnie i z uśmiechem. - Nie spodziewałem się, że ktoś z innego Klanu tak chętnie do mnie podejdzie. - Słońce raziło go lekko w ślepia, więc schował pysk za, teraz już, uniesioną łapą i spoglądał dalej w stronę przybyszki. - Jestem Ostowy Krzew, zapewne już poczułaś, że z Klanu Gromu. - Powoli niuchnął powietrze i od razu stwierdził kolejną rzecz. - Rzeczniaczka. - Mruknął cicho, jakby do siebie, ale jednak na tyle, by ona zdołała to usłyszeć. W celu Ostowego nie było zapoznanie się z jakimś nowym kotem, jednak wcale nie miał zamiaru psuć takiej okazji. Za to z chęcią ją przyjął.
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
Doprawdy, co za spotkanie. Co do jednego nie było wątpliwości - miał zaszczyt, że zawitała na tych ziemiach! - Och, dlaczego mieliby nie podchodzić? - spytała, wpatrując się w tamtego bez większego zażenowania. Gdyby tylko miał inny kolor futra ( nie, nie rudy! ), chociażby czarny... byłby o wiele bardziej interesujący. Jasna sierść ją nudziła. Cóż. Szkoda. - Chyba nie myślisz, że wyglądasz na aż tak przerażającego? - spytała się go, poruszając końcówką ogona, zupełnie, jakby szykowała się do skoku. Jej wyprawy były swego rodzaju polowaniem - tyle tylko, że zwierzyna była zwykle nieco większa od zwyczajowej myszy. - Och, tak, śmierdzicie dość charakterystycznie - powiedziała, pozwalając, by kąciki jej pyska zadrżały w niemym śmiechu. Tak, zdecydowanie grom było czuć już z daleka, chociaż to rzeka pachniała rybą. Zapachem, który podobno innym klanom przeszkadzał... co było dużą zaletą - jeśli nie lubili tej woni, więcej jedzenia było dla nich, a co, jak co, ale ryby pływające w rzekach były bardzo łatwo dostępne. A żeby je upolować, nie trzeba się było nawet zbytnio namęczyć!
Mistrz: miód malina [Malinowe Chaszcze] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] Ojciec: Wężowy Język [NPC] Partner: Nowa rodzina?
Biało-niebieski kocurek, z długim gęstym futrem. Szarawy odcień pręgowany jest klasycznie i pokrywa połowę pyszczka, grzbiet oraz cały długi i puszysty ogon. Podbrzusze, klatka piersiowa, łapki oraz drugą połowę pyska pokrywa biel. Jego jasnoróżowy nosek odznacza się na tle jasnego koloru pyska, a oczy mienią się barwą słonecznika. Jest wielki. Wysoki, a do tego puszysty. Naprawdę.[...-> KP]
Poważny, empatyczny, ciepły, uważny, lojalny, cierpliwy, rodzina oraz wiedza są dla niego najważniejsze. [...->KP]
Kłusująca Klacz [KW], Krecik [KW]
Przymknął na chwilę oczy, odpowiadając na jej pytanie. - Cóż... Wydawało mi się, że podchodzenie do nieznanych kotów przychodzi raczej trochę ciężej. Jak widać nie Tobie. - Machnął ogonem i powrócił do patrzenia w jej zimne oczy. Jego umaszczenie bardzo mu odpowiadało. Nie przypominał matki, ojca ani nikogo ze swojego rodzeństwa, ale to nie stanowiło problemu. Według niego, jak i wielu innych kotów, był przystojnym kocurkiem wchodzącym w coraz to bardziej przystępny wiek. Mówiąc przystępny, mam na myśli coś w stylu dojrzałego i odpowiedniego do związków, rozumienia kolejnych rzeczy, dowiadywania się więcej, wchodzenia w politykę klanu itd. Nie wszystko to było dla niego problemem już teraz, ale na związki to jeszcze stanowczo nie pora. To trzeba przyznać. - Raczej nie jestem przerażający. Po prostu dość spory. - Odtaknął, słuchając co odpowie kotka.
- Śmierdzimy? - Odłożył łapę na ziemię, wzniósł się po czym usiadł i zignorował świecące słońce. Nie wydawało mu się, żeby tak było i brzmiało to dla niego jak typowy, cwaniakowy tekścik, ale nie jest typem do wyprowadzania z równowagi, toteż po prostu patrzył na nią tym razem z mniej entuzjastycznym wyrazem pyska co wcześniej. - Domyślam się, że zapach innego Klanu może Ci nie odpowiadać, ale żeby od razu tak to komunikować? - Po momencie uniósł swoje kąciki, pokazując, że czeka na dalszy ruch kotki. To może być ciekawa rozmowa, jeśli nie będzie przeprowadzona po arogancku. - Podzielisz się imieniem? - Dopytał, choć gdyby tylko nie był takim typem kota, to zapewne rzuciłby jakieś "rybciu". O ironio.
//Skoro to się tak przesunęło w czasie, to może chcesz, żeby to była obecna czaso?
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
Gdyby kocur stwierdził, że jest przystępny, zdecydowanie odebrałby to zupełnie inaczej. Na całe jednak szczęście on nie wypowiadał swoich myśli na głos. Nie, żeby twierdziła, że tamten mógłby się jej spodobać, och, nie, do jej ideału było mu dość daleko. Z drugiej jednak strony... nie można było nazwać jej wybredną. Chyba, jeśli wliczać by fakt, że na towarzyskie pogawędki udawała się wszędzie, tylko nie do członków własnego klanu.
Cóż, bywa i tak. - Chyba nie nazywasz się tchórzem? - była specyficzna, ale nie przesadzajmy! Na pewno nie chciała wzbudzić w tamtym strachu, choć z drugiej strony... mogłaby spróbować. Byłoby to dość ciekawym eksperymentem, chociaż na chwilę obecną wolała zostawić je na chwilę później. Czy długą, czy nie - tego jeszcze nie wiedziała. Na kolejne stwierdzenie kocura wzruszyła jedynie ramionami - była jedną z wyższych rzeczniaczek, więc mało który kot mógł zrobić na niej wrażenie swoim wzrostem. - Och, tak. Niesamowicie. Ale tutaj, na ziemiach niczyich, czuć to o wiele mniej - powiedziała. Nie zrozumiał jej żartu! Czuła się całkowicie zawiedziona i nie omieszkała tego po sobie pokazać. Owszem, śmiała się całkiem bezgłośnie, ale... śmiała się, a on wziął jej słowa zupełnie na poważnie. Ta rozmowa miała się chyba okazać zupełnie inną niż ta, na którą naprawdę liczyła.
/ Obojętne, bo nie brałam na Deszcz żadnych sesji wewnątrzklanowych
Mistrz: miód malina [Malinowe Chaszcze] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] Ojciec: Wężowy Język [NPC] Partner: Nowa rodzina?
Biało-niebieski kocurek, z długim gęstym futrem. Szarawy odcień pręgowany jest klasycznie i pokrywa połowę pyszczka, grzbiet oraz cały długi i puszysty ogon. Podbrzusze, klatka piersiowa, łapki oraz drugą połowę pyska pokrywa biel. Jego jasnoróżowy nosek odznacza się na tle jasnego koloru pyska, a oczy mienią się barwą słonecznika. Jest wielki. Wysoki, a do tego puszysty. Naprawdę.[...-> KP]
Poważny, empatyczny, ciepły, uważny, lojalny, cierpliwy, rodzina oraz wiedza są dla niego najważniejsze. [...->KP]
Kłusująca Klacz [KW], Krecik [KW]
- Tchórzem? - Uśmiechnął się szerzej. - A wyglądam, jakbym się bał? - Spojrzał na nią, z ciepłym wzrokiem i dość rozbawionym. Kotki go nie przerażały, choć wiedział, że potrafią dać popalić. Oj tak. Na szczęście do tej pory nie musiał tego sprawdzać na sobie, a po prostu to wiedział. Czy to z lepszych, czy gorszych momentów.
Reakcja Deszcz wyglądała dość... dwuznacznie. Przez ten cichy śmiech, którego nie wyłapał przy ich odległości niestety nie zarejestrował, że był to czysty żart. Gdyby tylko wiedział, to sam brnąłby w to dalej, chcąc śmiać się razem z nią. Jednakże po tym jak zareagował i jej odpowiedzi, Oset sam nie wiedział do końca jak teraz powinien się zachować. Nie chciał pokazywać, że zależy mu na opinii innego Klanu, bo było to i tak nieprawdą. Czy powinien był zmienić swoje nastawienie, które przez jego błąd stało się dość poważne, na luźniejsze? Jak najbardziej chciał! Czy to byłoby teraz dziwne? Niekoniecznie, patrząc na to, że kotka nie przeprosiła a teraz tym bardziej widać było, że żartuje, skoro dalej kontynuowała swoją "niemiłą" wypowiedź. Uśmiechnął się więc, nie chcąc robić z tego nieprzyjemnej atmosfery. - Skoro tak sądzisz, to będę musiał powiedzieć o tym Trzmielej Gwieździe. Dam znać, że jakaś Rzeczniaczka chodzi po terenach niczyich i omija nas szerokim łukiem, przez nasz zapach. - Ozwał się, mając na pysku udawany lament. - Kto wie? Może rozwiąże Klan? A może pójdzie całym klanem na wasze tereny, żebyście mogli czuć nasz zapach do woli i się przyzwyczaili? Kto wie, kto wie. - Machnął ogonem i położył się z powrotem. - Choć wątpię, że byłbym przy tym obecny. Ryby śmierdzą.
Znów nie zdradziła mu swojego imienia. I przez to Oset nie brnął w to dalej, a pozostawił ją sobie dość tajemniczą. Chyba, że nagle wypali ze swoim imieniem. Mógł też zgadywać! Trochę zabawy nikomu nie zaszkodzi.
Księżyce: 102 Mistrz: Łani Krok Płeć: kotka Matka: Łani Krok Partner: uciekł Trwałe urazy: Tylko na psychice
Drobna, czarno-biała kotka z białymi znaczeniami na pyszczku, piersi i ogonie. Ma również białe skarpetki na przednich łapach - tylko palce i na tylnych do połowy. Oczy ma błękitne.
Po śmierci ojca ciężko było jej się pozbierać, jednak teraz powoli wraca do życia. Radosna, sympatyczna kotka, uwielbiająca spędzać czas z najmłodszymi.
Lśniąca Sadzawka [KW] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
***
Powolutku wracała do siebie. Dopuściła do siebie myśl, że Żółty zniknął, oswoiła się już ze świadomością, że Łani Krok odeszła i mniej-więcej poukładała sobie to w głowie, choć wszystkie złe wydarzenia, który miały miejsce właściwie w tym samym czasie odcisnęły na niej swe piętno. Nie płakała już tak często jak kiedyś, była w stanie wykonywać swoje obowiązki tak, jak należy, a co najważniejsze - ponownie zaczęła o siebie dbać. Powoli zaczynała jeść normalnie, przez co zdołała odbudować nieco tkanki tłuszczowej i nie wyglądała już jak śmierć, a była jedynie wychudzona oraz jej futerko ponownie nabrało blasku. Zawsze dokładnie się myła i czesała, chcąc wrócić do formy sprzed załamania i śmiało można rzec, że szło jej coraz lepiej.
Wykonywała swoje obowiązki tak, jak na wojowniczkę przystało, tak więc wyruszyła na patrol, pomimo tego, że do żadnego nie została przydzielona. Ot, zwykły spacerek z babcią Olchą. Uwielbiała spędzać czas z szylkretową kocicą i cieszyła się, że z najbliższych przynajmniej ona jej pozostała. Szły sobie, rozmawiając o przeróżnych rzeczach, gdy do różowego nosa córki Łaniego Kroku dotarł zapach... który kojarzyła. Nie, który znała. Była pewna, kto jest jego właścicielem, choć wymieszany był z paroma innymi. Przez dłuższą chwilę go ignorowała, uznając że to tylko wytwór jej wyobraźni, że tak bardzo tęskni za Żółtym, że jej się to wszystko wydaje, ale kiedy Olchowy Listek potwierdziła przypuszczenia wnuczki, Plamka stanęła jak wryta i nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Serce momentalnie jej przyspieszyło, a w głowie aż roiło się od emocji, tak skrajnych i różnych od siebie. Niewiele myśląc, pobiegła w kierunku, z którego ów woń dobiegała, a z jej błękitnych oczu zaczęły cieknąc łzy szczęścia. Bała się, że może się pomyliła, że to może nie jej ukochany, ale zdecydowanie bardziej zajęta była radością, że nic mu nie jest i że jest cały. Chciała na niego skoczyć, przytulić się do niego, poczuć jego zapach, ale nie była w stanie zrobić żadnej z tych rzeczy, gdy stanęła na przeciwko kocurka. Owszem, cieszyła się, że miała rację, że dobrze rozpoznała zapach, że go widzi, ale... poczuła też jak coś ją rozrywa od środka gdy widzi w jak opłakanym stanie. Jego charakterystyczne sadełko zniknęło, a futerko stało się wypłowiałe, dokładnie takie jak jej jeszcze jakiś czas temu. Nie miała pojęcia, przez co musiał przechodzić, dlaczego zniknął, czy zostawił ją dobrowolnie, czy znalazł sobie kogoś innego, ale w tym momencie najważniejsze było to, że był. Że żył i nic mu nie było. Razem sobie poradzą ze wszystkim, na pewno.
- Dlaczego? - zapytała właściwie szeptem, nie będąc w stanie opanować łamiącego się głosu. Nie chciała się przy nim mazać, ale tliło się w niej tak wiele emocji, na język cisnęło jej się tak wiele pytań, że nie potrafiła nad tym zapanować. Dlaczego zniknął, kiedy najbardziej go potrzebowała? Co się stało? Czy to jej wina? Czy nic mu nie jest? Czy spotkał gdzieś Sasankę? Czy wie, co się wydarzyło w klanie zanim odszedł? Chciała się tego dowiedzieć już, teraz, natychmiast, a zarazem nie chciała znać odpowiedzi na niektóre z tych pytań, po prostu się ich obawiając.
Stała więc przy granicy między Bzyczącą Łączką a Wietrznym Wzniesieniem i wpatrywała się w swojego ukochanego, podczas gdy po jej policzkach powolutku spływała łza za łzą.
<span class="plm3">jedna chwila wystarczy, by bez końca biec pod wiatr</span>
<div class="plm">
<div class="plm2">☆choćbylos sypałw oczy piach choćby czas nie chciał <span class="plm1">leczyć ran</span> nawet tęczyjest potrzebnydeszcz więc <span class="plm1">nie możesz</span> terazpoddać się</div></div>
Samotna włóczęga i rozpaczliwe poszukiwanie drogi do domu miało dla niego dość opłakane skutki. Miękkie futerko, idealnie przylegające do ciała stało się zmierzwione, wypłowiałe i mocno zakurzone: brudna biel wyraźnie zszarzała, a rudawe przebarwienia na mordce, łapach, grzbiecie i ogonie zmatowiały. W żywych, błyszczących oczach zagościło zmartwienie, choć gdzieś w głębi przeplecione determinacją. Dość mocno schudł przez co pyzata mordka nieco się zapadła na policzkach, ale wciąż nie można by go nazwać chudym.
Włóczęga odcisnęła na nim piętno- stał się nieco bardziej skryty i jeszcze bardziej wypłoszony. Jego pewność siebie została mocno poturbowana- obwinia siebie i swoją głupotę za to co się wydarzyło. Jest zrozpaczony tym, że opuścił klan, swoją rodzinę, a przede wszystkim Plamkę bez słowa. Panicznie boi się, że nigdy nie zostanie mu to wybaczone, ale jest gotów ponieść konsekwencje swojej bezmyślności, dlatego jest zdeterminowany aby odnaleźć drogę do domu.
Mając zderzenie z często okrutną rzeczywistością, wyraźnie podupadł na zdrowiu psychicznym- choć ci, którzy go znają, gdzieś w głębi tych zbolałych oczu, wyraźnie mogą dostrzec cień dawnego Żółcia. Kto wie... może nie wszystko stracone?
Koścista Łapa [C]
Szedł. Sam nie wiedział ile, ani jak długo. Zatrzymywał się jedynie na krótkie postoje aby dać odpocząć zbolałym łapom. Był zmęczony i senny, ale nie mógł zasnąć- jedna okropna myśl kłębiła mu się w głowie... Co jeśli wszystko na nic? Co jeśli tamta trójbarwna kocica okrutnie sobie z niego zakpiła i wyprowadziła go w pole?
Czasem morzył go sen lecz na krótko- budził się gwałtownie z kolejnego koszmaru, przerażony, z bijącym jak młot sercem. Wiedząc, że z odpoczynku już nici, ruszał dalej. Okazji do zaspokojenia głodu miał niewiele- czasem czuł obecność zwierzyny, próbował nawet zapolować, ale jego nieudolne próby zawsze kończyły się fiaskiem. Raz udało mu się zdobyć trochę tych dziwnych grudek w siedlisku tych łysych istot. Innym razem znalazł dziwny, srebrny, wydrążony w środku kamień- w środku znajdowały się jakieś resztki, dziwnego w smaku, pokrytego czymś obślizgłym mięsa. Dla wygłodniałego Żółcia był to rarytas- wylizał do czysta nie zważając na to, że ostre krawędzie delikatnie ranią mu pyszczek, gdy wkładał nos do środka.
I szedł dalej. Słońce wschodziło, i zachodziło.
Widok tych potężnych, czworonożnych zwierząt, pasących się na resztkach wyschniętych traw, wydał mu się dziwnie znajomy. Wtedy na nowo pojawiła się iskra nadziei, że może jednak... zmierza w dobrym kierunku?
Opuściwszy pastwiska wdrapał się na jedno ze wzniesień, gdzie zatrzymał się, rozglądając dookoła i jakby szukając wskazówki, gdzie podążyć dalej. Silny podmuch wiatru omiótł jego ciało, wzbudzając w nim dreszcz. Było zimno. Zadrżał cały, unosząc głowę. Kolejny pęd powietrza przyniósł do jego nozdrzy znajomą woń. Klan? Dom? Grom? Kocurek zamarł, nie wierząc własnemu zmysłowi. To prawda czy jedynie mu się wydawało? Na trzęsących łapach zaczął złazić we wzgórza w stronę skąd poczuł zapach. Kolejny podmuch sprawił, że o mały włos, a by się wywrócił.
Plamka.
Obrócił się bezradnie jak fryga, dookoła własnej osi, wbijając spojrzenie w teren dookoła i próbując zlokalizować źródło. Przecież nie mógł pomylić jej woni z jakimkolwiek innym. Nie mógł. Chyba, że... to jego wyobraźnia płata mu figle. Zamarł, czując jak wzbiera się w nim poczucie beznadziejności. Chciało mu się płakać. Dolna szczęka lekko mu drżała, a on błądził spojrzeniem po ziemi.
Za sobą usłyszał szept. Dlaczego?
Strzepnął uchem i poderwał głowę, w błękitnych ślepiach zalśniło niedowierzanie. Zacisnął mocno zęby, zamknął oczy i bardzo powoli odwrócił się. Odliczył powoli do trzech i otworzył powieki, spodziewając się, że zobaczy jedynie pustkę.
Nie umiał opisać uczucia jakie wypełniło go, gdy zobaczył tę czarno-białą sylwetkę. To było coś jak wybuch. Ciepło gwałtownie rozlało się po całym jego ciele- to naprawdę była ona. Nie była zwidem, ni duchem. To ona. Realna. Nie sen, lecz jawa. Była cała... i zdrowa. Była tu, oh, naprawdę tu była, przy nim. Podupadła nieco, wyraźnie spadła z wagi, a w jej oczach dostrzegł coś czego nigdy wcześniej tam nie było- ból.
Kilka uderzeń serca później zalała go fala zimna. To wszystko przez niego. Przez jego głupotę, przez bezmyślność. Chciał dobrze, owszem, chciał dać jej prezent... ale był mysim bobkiem. Zawsze miał problemy z orientacją w terenie. Zawsze miał problemy z pamięcią... gdyby nie to wszystko byłoby dobrze. Cierpiała przez niego, zranił ją choć bardzo tego nie chciał. Błękitne oczy zaszkliły się, a on usilnie starał się powstrzymać szloch. Chciał przytulić ją do siebie, chciał wynagrodzić jej te wszystkie księżyce, chciał poczuć jej dotyk. Nie liczyło się teraz to, że był w słabym stanie. Że był głodny, że łapy pulsowały bólem, że opatrunek z barku odpadał, a rana nieprzyjemnie mrowiła. Liczyła się teraz Plamka.
Dłuższą chwilę mu zajęło nim znalazł w sobie głos. Kilkukrotnie otwierał pyszczek lecz nie wydobył z siebie żadnego głosu.
- Ja...- zaczął słabo, ledwo dosłyszalnie, spuszczając spojrzenie na własne łapy- Ja... zgubiłem się.- przyznał, czując jak palące uczucie wstydu rozpala mu policzki.- Chciałem... Ch-chciałem znaleźć dla... dla c-ciebie najpiękniejszy... k-kwiat j-jaki u-uda mi się z-z-znaleźć.- wyszeptał.- Nie... n-nie wiem j-jak to się s-stało, ale... n-niechcący o-opuściłem tereny Gromu, a p-potem... potem nie m-mogłem z-znaleźć drogi p-powrotnej. S-s-szukałem, k-krzyczałem... w-wołałem, ale... nic.
Brzmiało to źle, jak słaba wymówka... wiedział to i poczuł się jeszcze gorzej choć mówił najprawdziwszą prawdę. Plamka pewnie mu nie uwierzy. Uderzy go, przepędzi, wyśmieje. Pewnie znalazła już sobie kogoś innego... Kogoś lepszego, silniejszego, mężniejszego. Jakiegoś przystojnego, silnego Wojaka. A on kim był? Marnym, trzęsącym się mysim móżdżkiem. Dlaczego tak piękna kotka jak ona miałaby przyjąć na nowo taką fajtłapę jak on?