Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Nie spał. Nawet nie odpływał, za to czuwał, gotowy na reakcję na zagrożenie… ostatnio cały czas właśnie tak się czuł. Jakby na każdym kroku coś miało wyskoczyć na niego – albo innego wojownika czy terminatora – z krzaków i zaatakować, chociaż do tej pory unikał zagrożenia… i to nawet nie tak, że się bał czy niepokoił. Nie potrafił opisać tej dziwnej burzy, którą miał w sobie, a której starał się nie okazywać na zewnątrz, chyba że uderzając łapami w drzewa i zabijając zwierzynę…
Zacisnął lekko zęby, czując napływający do nozdrzy znajomy zapach, ale szybko się rozluźnił. Słonecznik. Z jednej strony cieszyła go perspektywa rozmowy z nią, z drugiej powracało do niego widmo chwili szczerości, która mogła być konieczna, z pewnością nie byłaby łatwa ani dla niego, ani dla niej. Przez zaskakująco krótki czas bowiem faktycznie darzył ją uczuciami, a teraz ta iskra w nim gasła… i nawet jeżeli czuł ekscytację na spotkanie z nią, to teraz już chyba tylko dlatego, że wciąż uważał ją za przyjaciółkę. Ale jak to wyglądało z jej strony?
Przełknął ślinę, nim jeszcze do niego podeszła, a na jej głos uchylił ślepia i podniósł na nią wzrok. Wyglądała na… niepewną?, podczas gdy on zachowywał spokój, przynajmniej na zewnątrz. Na jego pysku pojawił się uśmiech, ale lekki i krótkotrwały.
– Cześć – odezwał się schrypniętym głosem. Ostatnio mało go używał; za mało. – Nie, wręcz przeciwnie. Co tam? – rzucił prostym pytaniem, niezobowiązującym, dobrym na początek.
Niska (jedna z najniższych w klanie i pewnie też w lesie), drobna, krótkowłosa, rudo-biała, tygrysio pręgowana kotka o brązowo-złotych oczach. | KP
Zmieniła się. Może nie jakoś szczególnie mocno, może nie tak, żeby ci, którzy nie znają jej dobrze, to zauważyli, ale z pewnością jest zdecydowanie inna, niż była jeszcze jakiś czas temu. Przede wszystkim zrobiła się dojrzalsza emocjonalnie. Nauczyła się trochę lepiej kontrolować swoje uczucia i chociaż nadal bywa fatalną aktorką, jeśli sytuacja bardzo tego wymaga, potrafi spychać swoje troski gdzieś w głąb siebie, żeby nikogo nie martwić i nie sprawiać problemów. Do tego potrzebuje jednak skupienia, bo jeśli się na tym nie koncentruje, to można z niej czytać jak z otwartej książki! Na szczęście zazwyczaj, mimo swoich gorszych momentów, Słonecznik jest radosna i uśmiechnięta. Dla każdego jest miła i ma przyjazne nastawienie w stosunku do każdego, którego spotka. Dość szybko przywiązuje się do kotów i wielu traktuje jak przyjaciół, a każdy, kto jest dla niej w jakiś sposób ważny, szybko zajmuje specjalne miejsce w jej serduszku. W stosunku do swoich bliskich jest bardzo troskliwa, a doświadczenia z przeszłości dały jej nową siłę i motywację, żeby już nigdy od nikogo się nie odcinać i dbać zarówno o nich, jak i o samą siebie. | KP
Jak wyglądało to z jej strony? Ha... dobre pytanie. Sama nie wiedziała. Przez ostatnie dwa lub więcej księżyców była jak nie ona, uciekając od wszystkiego kiedy tylko była okazja i teraz właśnie zbierała tego żniwa. Nawet jeśli odzyskała kontakty z Irysowym Zmierzchem, to nie było już to samo co dawniej. Wszyscy jej bliżsi lub dalsi znajomi, jak Makowa Łapa, Barwna Ścieżka, Iglasty Pazur czy chociażby i nawet Racza Sadzawka, zdawali się tylko coraz bardziej oddalać. Wszyscy, których kochała, powoli znikali. A teraz nawet nie miała pojęcia, co właściwie czuła do Porywistego Wiatru; wspólne wypady, to całe przyspieszone bicie serca, radość, kiedy był blisko... To wszystko działo się tak stosunkowo jeszcze niedawno, a teraz? Czuła się niepewnie. Źle. Nawet ze strony Porywistego Wiatru z jakiegoś powodu czuła już, że to nie to samo. Chciała z nim rozmawiać, spotykać się i w ogóle wrócić do tego, co było wcześniej, nieważne kiedy dokładnie, ale tak dawno nie spędzali ze sobą czasu, że czuła się niemal tak, jakby powstała między nimi jakaś niewidzialna ściana, ale...
Byli przyjaciółmi. Czegokolwiek między nimi nie było, Kijanka wciąż był dla niej, no, bliski. Cieszyła się na jego widok, była szczęśliwa, że chciał z nią rozmawiać, bo tak dawno nie mieli właściwie czasu dla siebie, ale za nic nie potrafiła wyjaśnić tej dziwnej mieszaniny emocji, którą odczuwała w środku. Przecież to nie tak, że wszystko, co czuła wtedy, wyparowało, prawda? Z jednej strony wiedziała, że jest inaczej – bo było. I nie było sensu się oszukiwać, atmosfera była zupełnie inna niż chociażby na tym ich pikniku o zachodzie słońca, jakby się zdecydowanie oddalili. A z drugiej... na samą myśl o tym, że to wszystko w ogóle mogło przeminąć, robiło jej się jakoś tak przykro. Tylko że już dłużej nie wiedziała, jak w ogóle powinna określać swoje uczucia w stosunku do Porywistego Wiatru, bo zgubiła się w tym wszystkim tak bardzo, że nawet nie wiedziała, czego chce od samej siebie. Postanowiła się tym jednak chwilowo nie zadręczać. Chciała się dowiedzieć, jak się czuł, co u niego i w ogóle, ale zadał pytanie pierwszy, więc podeszła kilka kroków bliżej i usiadła obok, jednak w znacznie większym dystansie, niż by to zrobiła jakiś czas temu. I z jakiegoś powodu zrobiło jej się dziwnie ciężko, jakby coś przygniatało ją do ziemi. Co się z nią działo? Co właściwie czuła?
– Wszystko w porządku – powiedziała. Wiedziała jednak, że nie zabrzmiała przekonująco, bo w świetle nowych, dodatkowych zmartwień, czyli tego wszystkiego, co przeżywała wewnętrznie, zabrzmiała trochę jak taki flaczek. Tym to nie przekonałaby nawet siebie. Dlatego po chwili przerwy westchnęła cicho. Wiedziała, że "nie w porządku" ma wręcz wymalowane na pysku, więc chyba nie było sensu tego ukrywać. – Nie wiem... co z Goździk i Borówką, a Słońce... i martwię się o Sadzową Łapę, ale... jakoś chyba sobie radzę – mruknęła, a na koniec zdołała się nawet uśmiechnąć. Właściwie to wcale sobie nie radziła. Były chwile, kiedy czuła się lepiej, miała motywację do działania i w ogóle, kiedy miała coś do roboty, jak nauki Miodek, ale poza tym czuła się ostatnio jak taki smutny balonik, który lata sobie dookoła bez żadnego absolutnie celu. Zdołała jednak zabrzmieć nawet, jak na siebie, przekonująco, a więc miała nadzieję, że Porywisty Wiatr porzuci temat i nie będzie pytał o więcej. Nie lubiła rozmawiać o sobie i czuła, że jeśli dalej tak pójdzie, to niedługo się z tego wszystkiego rozpłacze, a tego już zdecydowanie nie chciała. Zresztą, ech, miała zamiar się upewnić, jak się czuł Kijanka, a nie gadać o swoich problemach. Żałośnie wyszło. Jak zwykle powiedziała za dużo, na osty i ciernie! Musiała się szybko zrehabilitować. – A co u ciebie? Mam nadzieję, że lepiej. Jak sobie radzi Krucha Łapa? – zadała pospiesznie dwa pytania, chcąc uciec od poprzedniego tematu.
<table><td><img src="https://imgur.com/JkojFdS.png" height="180px"></td><td><p align="center">willyourememberthe word <br> Ilovedwith everybit insideme? <br> <br> ❀ that happiness ❀ <br> <br> ah, howstrange itis, thefeeling <br> andastomorrowbreaks <br> I hopeyou loveit too</p></td></table>
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Dziwnie. Było… dziwnie. Sztywno. Słonecznik emanowała niepewnością, była… zachowawcza, utrzymywała dystans. I on robił to samo, chociaż minimalnie nadrabiał pozornym zewnętrznym spokojem.
I z jednej strony, patrząc na córkę Paproci, miał ochotę wstać, przytulić się do niej, popchnąć ją na ziemię, cokolwiek – tak, jak było… wcześniej. Przez jakiś czas. Choćby po to, żeby zniknęła ta sztywność, nieautentyczność, niepewność. Z drugiej jednak wiedział, że to by było oszukiwanie i siebie, i jej, bo jego uczucia nie były już… takie, jak przez chwilę. Choć przez jakiś czas nie potrafił tego sprecyzować, to teraz już był świadomy, że ta iskra, jaka się w nim zapaliła w stosunku do Słonecznikowej Pestki, była zauroczeniem i pożądaniem… i nie przeobraziła się ona w długotrwały płomień miłości i oddania. Od początku czuł jakąś kłującą wątpliwość w swoim wnętrzu i teraz… teraz żałował, że wpadł w pułapkę własnych, chwilowych uczuć, i że kiedykolwiek je pokazał.
Bo w tym momencie… mogło to kosztować go przyjaźń z kocicą, która wciąż była dla niego bardzo ważna, nawet jeżeli nie w tym sensie, co myślał.
Utrzymywał kontakt wzrokowy ze Słonecznik, jednak nie zachowywał takiego spokoju, jak mu się wydawało. Podniósł się do siadu, żeby nie musieć zadzierać głowy, i, choć było to nieświadome, miał lekko napięte mięśnie. Czekał na jej odpowiedź w dziwnym napięciu i, czując, że to nie koniec, to milczał.
– Nie brzmi, jakby było wszystko w porządku – wytknął jej po chwili namysłu. Zaginęła jej część rodziny, najwyraźniej nie rozwiązała swojej sytuacji z bratem, coś się działo z jej terminatorką, a głos miała taki, jakby chciała o tym wszystkim zapomnieć; nie wspominając o wyrazie pyska. Nie był ślepy. – Pijawki… nie ma – odparł, a gdy zdał sobie sprawę, jak pusto zabrzmiał jego głos i w ogóle te słowa, odchrząknął i dodał normalniejszym tonem: – Nieźle. Pojętny z niego chłopak, ciekawy wielu rzeczy. Miła odmiana – skupił się na faktach, na krótkich, suchych wręcz wypowiedziach… czemu nie był w stanie zachowywać się naturalnie? Odwrócił na chwilę wzrok i wziął głębszy oddech.
– Rzadko ostatnio rozmawiamy.
Thank you, Captain Obvious.
Niska (jedna z najniższych w klanie i pewnie też w lesie), drobna, krótkowłosa, rudo-biała, tygrysio pręgowana kotka o brązowo-złotych oczach. | KP
Zmieniła się. Może nie jakoś szczególnie mocno, może nie tak, żeby ci, którzy nie znają jej dobrze, to zauważyli, ale z pewnością jest zdecydowanie inna, niż była jeszcze jakiś czas temu. Przede wszystkim zrobiła się dojrzalsza emocjonalnie. Nauczyła się trochę lepiej kontrolować swoje uczucia i chociaż nadal bywa fatalną aktorką, jeśli sytuacja bardzo tego wymaga, potrafi spychać swoje troski gdzieś w głąb siebie, żeby nikogo nie martwić i nie sprawiać problemów. Do tego potrzebuje jednak skupienia, bo jeśli się na tym nie koncentruje, to można z niej czytać jak z otwartej książki! Na szczęście zazwyczaj, mimo swoich gorszych momentów, Słonecznik jest radosna i uśmiechnięta. Dla każdego jest miła i ma przyjazne nastawienie w stosunku do każdego, którego spotka. Dość szybko przywiązuje się do kotów i wielu traktuje jak przyjaciół, a każdy, kto jest dla niej w jakiś sposób ważny, szybko zajmuje specjalne miejsce w jej serduszku. W stosunku do swoich bliskich jest bardzo troskliwa, a doświadczenia z przeszłości dały jej nową siłę i motywację, żeby już nigdy od nikogo się nie odcinać i dbać zarówno o nich, jak i o samą siebie. | KP
Nie brzmi, bo tak nie jest, miała ochotę odpowiedzieć, ale nie była w stanie. Właściwie to... jak bardzo nie lubiła żalenia się, tak bardzo gdzieś podskórnie czuła, że chyba tego potrzebowała. Z tym że tego nie chciała, bo wolała nie zamartwiać wszystkich naokoło, a nawet jakby chciała – w obecnej sytuacji czułaby się zbyt głupio. Sama przyczyniała się do tego dystansu, do oddalania się od praktycznie wszystkich, więc głupio byłoby jej teraz zaczynać spotkanie od żalenia się, a już i tak to zrobiła. Marnie zacierając ślady stwierdzeniem, że jakoś sobie radzi. Ha, czyżby? Radziła sobie? Może i tak, ale żałośnie. Dlatego też z jednej strony ulżyło jej, kiedy Kijanka nie ciągnął tematu, a z drugiej miała ochotę mu po prostu wszystko powiedzieć, najlepiej jeszcze się do tego wypłakać i chociaż na chwilę wszystko z siebie wyrzucić i może poczuć się lepiej, jak ze dwadzieścia księżyców temu, po pogrzebie Miętowookiej. Ale nie potrafiła. Nie wiedziała, czy to było właściwie.
I im dłużej nad tym myślała, tym bardziej głupie i frustrujące jej się to wydawało. Czuła się źle, bo miała wrażenie, że się od niego oddaliła, ale nie robiła nic, żeby pozbyć się tej durnej granicy, która zresztą siedziała chyba tylko w jej głowie. Zamiast być szczera, kłamała w żywe oczy, a raczej próbowała kłamać, że jest w porządku i sobie radzi, kiedy doskonale wiedziała, że tak nie było, a i on zresztą też na pewno to zauważał. Doskonale wiedziała, że potrzebowała wsparcia i mogła na niego liczyć, ale od tego uciekała. Cóż za pokaz... hipokryzji. Brawo, Słonecznikowa Pestko. I to wszystko naprawdę przez to, że coś było trochę inaczej, że może wcale nie czuła do niego tego samego, co przedtem? Ale jeśli faktycznie nie czuła, to czemu nie potrafiła nawet tego przyznać przed samą sobą? Czemu tak bardzo jej tego brakowało? Gdyby nie to, że Kijanka był zaraz obok, to aż musiałaby się poważnie powstrzymywać, żeby samej siebie nie walnąć. To wszystko było dziwne, głupie i nie w porządku. Musiała coś zrobić... tylko co, skoro coś od wewnątrz blokowało jej przed robieniem następnego kroku? Czego się bała i jak to się miało do ich relacji?
– To... musi być okropne. Przykro mi – powiedziała, kiedy usłyszała o Pijawce. Wiedziała, że jej nie było, ale nie wiedziała, jak Porywisty Wiatr to wszystko przeżywał. Miała ochotę się upewnić, spróbować jakoś go pocieszyć, zrobić cokolwiek, ale znów nie potrafiła z siebie nic wykrztusić, więc została cicho. Zresztą, kocur zaraz odbiegł od tematu. Coś w jego sposobie mówienia było jednak nie w porządku, a kiedy tylko zamilkł, uszy Słonecznik cofnęły się mimowolnie i minimalnie, jakby była niezadowolona z takiego stanu rzeczy, chociaż przecież powinna się chyba z tego cieszyć, nie? W końcu Łupina był jej uczniem, no i ogólnie był całkiem fajny. – Och, no, ale to dobrze. Tylko, ee... to chyba znaczy, że z Bąkową Łapą niewiele się poprawiło? Skoro miła odmiana... – mruknęła, dalej jakby trochę niepewnie, ale starała się z całych sił, żeby brzmieć naturalnie i lekko. Czuła się żałośnie. Przecież to nie tak, że nie chciała z nim rozmawiać, prawda? To była tylko kwestia tego, że ostatnio była żywym trupkiem i atmosfera była taka nienaturalna... prawda? Tylko i wyłącznie to. Następne zdanie jednak całkowicie wybiło ją z rytmu.
– Tak. Ja... przepraszam – wydusiła po chwili milczenia. To była częściowo jej wina, bo ostatnio tak często się izolowała i unikała jakiegokolwiek kontaktu, że nic dziwnego, że tak się działo. Nim jednak zdążyła rozwinąć tę myśl, przytłoczyła ją następna. A może to była też jej wina, że to wszystko w ogóle tak się toczyło? Może to przez to właśnie... nie było już tego co wcześniej? Odwróciła wzrok na chwilę, żeby się pozbierać, bo ta nagła myśl całkiem ją zabolała. Skup się. – Ostatnio jakoś tak, no, nie ma mnie. Nie wiem, potrzebowałam przerwy i... głupio wyszło, nie? – spytała, chociaż szczerze powiedziawszy to bardziej siebie niż jego.
<table><td><img src="https://imgur.com/JkojFdS.png" height="180px"></td><td><p align="center">willyourememberthe word <br> Ilovedwith everybit insideme? <br> <br> ❀ that happiness ❀ <br> <br> ah, howstrange itis, thefeeling <br> andastomorrowbreaks <br> I hopeyou loveit too</p></td></table>
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Potrząsnął lekko pyskiem. Przecież przechodziła przez to samo, na dodatek podwójnie, bo nie straciła jednej siostry, a dwie.
– Poprawiło. Nie zostało nam wiele, ale po prostu… nie zmienię jej. Jest, jaka jest, mogę liczyć tylko na to, że dojrzała i jeszcze dojrzeje – odparł szczerze. O ile wciąż liczył na to, że doprowadzi Bąkową Łapę do dnia ceremonii, nauczy ją się bronić i zrobi z niej jak nie dobrą wojowniczkę, to chociaż… wystarczającą, to wiedział, że nie może od niej wymagać pewnych rzeczy. Bączek nie była ambitna. Bączek nie podchodziła tak entuzjastycznie do rozwoju, jak on. Bączek nie zadawała wielu pytań, wiele kwestii akceptowała bez szemrania, zazwyczaj nie interesowała się kwestiami, które były „ponadprogramowe”. Nauczył się to akceptować, nawet jeżeli czasami to budziło jego irytację i frustrację. W gruncie rzeczy… zdobył doświadczenie, zaczął patrzeć na treningi w nieco innym świetle, niż na początku – więc może dobrze, że na pierwszego terminatora nie dostał kogoś, kto nie stanowił żadnego wyzwania.
Ale teraz miał na głowie inne zmartwienia.
– Mhm. Ja też nawaliłem – mruknął niezbyt głośno w odpowiedzi. Nie lubił przyznawać się do porażek i błędów, ale był już na tyle dojrzały, że był w stanie to zrobić.
Ledwo powstrzymywał się od lekkiego zmarszczenia czoła, gdy tak zastanawiał się, czemu oboje zachowują się tak… nienaturalnie. Całkiem jakby nie mieli za sobą całych księżyców przyjaźni… i może właśnie z tego względu powinien coś powiedzieć. Jakoś… zaadresować to, co czuł do Słonecznik wcześniej, a co czuł teraz. Ale skąd miał wiedzieć, co ona czuła? Skąd miał wiedzieć, że jej nie zrani? Przecież tego nie chciał. Ale musiał coś zrobić. Musiał… być szczery, chociaż nie wiedział, czy powinien być także bezpośredni.
– Treningi, Pijawka… ostatnio też unikałem wszystkich, bo czuję jakąś niewyjaśnioną irytację – zaczął mówić dopiero po chwili milczenia. – Przez te śmierci, zaginięcia, rannych terminatorów. Ale… hej, może powinniśmy przestać nawalać i się ogarnąć? W końcu jesteśmy przyjaciółmi.
Starał się być tak subtelny, jak tylko potrafił – szkoda, że jego możliwości nie sięgały zbyt wysoko. Zorientował się, że bicie jego serca przyspieszyło, gdy wypowiedział ostatnie zdanie… stres? Tak. Zwyczajnie się denerwował tym, co mógł usłyszeć. Bo może Słonecznik chciała więcej, a nie tylko przyjaźni, a skoro on nie chciał… to mogłaby stwierdzić, że w takim razie nie mogą dłużej utrzymywać kontaktu? A może by nawet mu tego nie powiedziała, tylko udawała, że jest w porządku, a tak naprawdę wciąż byłoby tak, jak teraz? Ech. Nie powinien się z góry nastawiać na takie rzeczy, ale jednak w jego głowie – o dziwo – zaczęły się tworzyć czarne scenariusze. Czemu relacje nie mogły być tak proste, jak polowanie?
Niska (jedna z najniższych w klanie i pewnie też w lesie), drobna, krótkowłosa, rudo-biała, tygrysio pręgowana kotka o brązowo-złotych oczach. | KP
Zmieniła się. Może nie jakoś szczególnie mocno, może nie tak, żeby ci, którzy nie znają jej dobrze, to zauważyli, ale z pewnością jest zdecydowanie inna, niż była jeszcze jakiś czas temu. Przede wszystkim zrobiła się dojrzalsza emocjonalnie. Nauczyła się trochę lepiej kontrolować swoje uczucia i chociaż nadal bywa fatalną aktorką, jeśli sytuacja bardzo tego wymaga, potrafi spychać swoje troski gdzieś w głąb siebie, żeby nikogo nie martwić i nie sprawiać problemów. Do tego potrzebuje jednak skupienia, bo jeśli się na tym nie koncentruje, to można z niej czytać jak z otwartej książki! Na szczęście zazwyczaj, mimo swoich gorszych momentów, Słonecznik jest radosna i uśmiechnięta. Dla każdego jest miła i ma przyjazne nastawienie w stosunku do każdego, którego spotka. Dość szybko przywiązuje się do kotów i wielu traktuje jak przyjaciół, a każdy, kto jest dla niej w jakiś sposób ważny, szybko zajmuje specjalne miejsce w jej serduszku. W stosunku do swoich bliskich jest bardzo troskliwa, a doświadczenia z przeszłości dały jej nową siłę i motywację, żeby już nigdy od nikogo się nie odcinać i dbać zarówno o nich, jak i o samą siebie. | KP
Słysząc, że sytuacja z Bączek jednak nieco się poprawiła, Słonecznik uśmiechnęła się lekko. To dobrze, że terminatorka Porywistego Wiatru jednak robiła jakieś postępy, a Kijanka też się do niej przyzwyczajał. Jakby ich współpraca dalej szła w taki sposób jak przedtem, to nie byłoby raczej zbyt przyjemnie.
– To dobrze, że ją... no, bardziej akceptujesz chyba, nie? Może potrzebuje zwyczajnie więcej czasu, skoro jest jakaś poprawa – mruknęła. Może Bączek po prostu wcale nie spieszyło się do dojrzewania, ale kiedyś to chyba nastąpi, prawda? Tym bardziej, jeśli jakieś postępy jednak były. Słonecznik początkowo miała ochotę dodać coś o własnych terminatorkach, ale kiedy tylko przypomniała sobie, jak stoi sytuacja Sadzowej Łapy, którą, zdaje się, spotykały tylko coraz to większe i większe problemy, za to Larwia Łapa, choć zapowiadała się dobrze i ambitnie, nie pojawiała się tak często na treningach, cóż, zdecydowała, że to może jednak nie był zbyt dobry pomysł, skoro atmosfera zrobiła się ciut lżejsza. Albo raczej chociaż sam temat rozmowy. Kiedy to wszystko przestało się układać?
Nie skomentowała tego, że Kijanka nawalił, bo wcale go o to nie obwiniała. Ba, rzadko kiedy w ogóle o coś kogokolwiek obwiniała, przez co chociażby taka sytuacja ze Słoneczną Łapą ciągnęła się tyle księżyców. Cały czas miała wrażenie, że mogła się starać bardziej. Być sobą bardziej, radzić sobie z problemami bardziej, bo w końcu nie była już tylko kociakiem, a wojowniczką, zareagować jakoś wcześniej, kiedy zauważyła zmiany – zrobić cokolwiek. Naprawdę cokolwiek. Milczała więc, tak nietypowo dla samej siebie, a Porywisty Wiatr kontynuował. Treningi, Pijawka, śmierci, zaginięcia, ranni. Tak, irytacja była chyba w tym miejscu całkiem uzasadniona. Przestać nawalać i się ogarnąć? Tak, to też brzmiało dobrze. Bo w końcu byli... przyjaciółmi.
To sobie powtarzała cały ten czas. Byli przyjaciółmi, niezależnie od całej reszty, a więc powinna się w końcu ogarnąć, porozmawiać, upewnić się, co było u Porywistego Wiatru słychać i tak dalej. Więc dlaczego brzmienie tego słowa w tej chwili wcale jej się nie podobało? Jakby było kolejną granicą, ale... Ach, granicą czego właściwie? Przecież zawsze właśnie tym byli. Nigdy nie powiedzieli sobie nic więcej, nigdy nie byli niczym więcej – przyjaciółmi. Tyle. Więc na co w ogóle liczyła? Dlaczego na coś liczyła? Nie powinna liczyć na nic innego w tym miejscu. Przecież dobrze wiedziała, że tak było. Dlaczego wciąż miała wrażenie, że coś jej się nie zgadza, że nie było tak, jak być powinno?
Musiała przestać. Skończyć się łudzić co do... nie wiadomo nawet czego. Przyjaciele. Tak właśnie było cały ten czas. A przecież ona sama chciała wszystko odbudować, wrócić do... przyjaźni. Tego chciała i przy tym powinna zostać. Dlatego po dłuższej chwili uciekania wzrokiem i bitwy z własnymi myślami spojrzała na Porywisty Wiatr i uśmiechnęła się lekko.
– No jasne, że jesteśmy! Wiesz, brakowało mi c... Znaczy, rozmów z tobą i w ogóle spędzania czasu razem, nie? Może byśmy poszli kiedyś na jakieś polowanie albo coś? – zapytała znacznie lżejszym i weselszym tonem, a na końcu nawet zaśmiała się cicho; właściwie zachowywała się naturalnie. Bo, prawdę powiedziawszy, faktycznie czuła się lżej. Kiedy tylko się z nim zgodziła, powiedziała to na głos i spróbowała jakoś rozluźnić atmosferę, poczuła się tak, jakby przynajmniej jakaś część wracała na swoje miejsce. Zdecydowanie brakowało jej wspólnych wypadów i w ogóle wszystkiego, a teraz, kiedy chciała to naprawić, a Kijanka też chciał to naprawić, poczuła się trochę pewniej, lepiej. Jakby kamień spadł jej z serca. A mimo to... dlaczego gdzieś w głębi wciąż czuła, jakby mówiła coś wbrew sobie?
<table><td><img src="https://imgur.com/JkojFdS.png" height="180px"></td><td><p align="center">willyourememberthe word <br> Ilovedwith everybit insideme? <br> <br> ❀ that happiness ❀ <br> <br> ah, howstrange itis, thefeeling <br> andastomorrowbreaks <br> I hopeyou loveit too</p></td></table>
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Kiwnął lekko głową na komentarz Słonecznik odnośnie Bączek. Czas… faktycznie, czas zdawał się do tej pory pozytywnie wpływać na jego terminatorkę. Mimo wszystko żałował, że nie jest córką Czerwonego Pazura z krwi i kości, a raczej jego solą w oku i rozczarowaniem, podobnie jak Dyniowa Łapa, który ostatnio wylądował w lecznicy, Jesion, która umarła, czy Żbik, Kret i Pestka, którzy zniknęli. Uważał dymnego kocura za swój autorytet i można by powiedzieć, że się z nim przyjaźnił, i szczerze… współczuł mu, że żadne z jego kociąt nie było podobne do niego. Jedynie Barwna Ścieżka została wojowniczką, ostatnio nawet sporo pomagała w różnych walkach, nadrabiając za resztę rodzeństwa.
Nie mówił nic więcej, czekał jedynie na odpowiedź córki Paproci, a przeciągające się milczenie wgryzało się w niego, podjudzając wątpliwości. Czy to ten moment, w którym Słonecznik powie, że nie, wcale nie są przyjaciółmi? Że już nie chce? Podświadomie lekko się zgarbił, zaraz jednak zdał sobie sprawę, jak słabo kontroluje swoje ciało. Wyprostował się i rozluźnił mięśnie, chcąc wyglądać naturalnie, a nie jak zestresowany terminator, ale, na szczęście, odpowiedź w końcu nadeszła. Poczuł się, jakby kamień spadł mu z serca, chociaż z tyłu głowy wciąż miał tę myśl, że może rudo-biała wojowniczka tylko udawała… nawet jeśli nie mógł zauważyć w jej zachowaniu niczego, co by tę hipotezę potwierdzało.
– Możemy iść nawet teraz, jeśli chcesz? – zaproponował, ale nagle go uderzyła nieco bolesna świadomość, że mówi to głównie po to, żeby uciec od tego napięcia. – Ale tu też jest dobrze – dodał nieco ciszej, mniej pewnie. Już dawno nie miał tak podniesionej… czujności, a może raczej świadomości własnych słów, mowy ciała, mimiki. Mimo słów i zapewnień, które padły, wciąż czuł w środku napięcie i nie wiedział, co teraz zrobić.
Niska (jedna z najniższych w klanie i pewnie też w lesie), drobna, krótkowłosa, rudo-biała, tygrysio pręgowana kotka o brązowo-złotych oczach. | KP
Zmieniła się. Może nie jakoś szczególnie mocno, może nie tak, żeby ci, którzy nie znają jej dobrze, to zauważyli, ale z pewnością jest zdecydowanie inna, niż była jeszcze jakiś czas temu. Przede wszystkim zrobiła się dojrzalsza emocjonalnie. Nauczyła się trochę lepiej kontrolować swoje uczucia i chociaż nadal bywa fatalną aktorką, jeśli sytuacja bardzo tego wymaga, potrafi spychać swoje troski gdzieś w głąb siebie, żeby nikogo nie martwić i nie sprawiać problemów. Do tego potrzebuje jednak skupienia, bo jeśli się na tym nie koncentruje, to można z niej czytać jak z otwartej książki! Na szczęście zazwyczaj, mimo swoich gorszych momentów, Słonecznik jest radosna i uśmiechnięta. Dla każdego jest miła i ma przyjazne nastawienie w stosunku do każdego, którego spotka. Dość szybko przywiązuje się do kotów i wielu traktuje jak przyjaciół, a każdy, kto jest dla niej w jakiś sposób ważny, szybko zajmuje specjalne miejsce w jej serduszku. W stosunku do swoich bliskich jest bardzo troskliwa, a doświadczenia z przeszłości dały jej nową siłę i motywację, żeby już nigdy od nikogo się nie odcinać i dbać zarówno o nich, jak i o samą siebie. | KP
Słonecznikowa Pestka była bardzo dumna z Barwnej Ścieżki. Z pewnością znacząco różniła się od Czerwonego Pazura, ba, raczej nie przepadała za ojcem, jakby się go obawiała, ale mimo swojej niepewności została świetną wojowniczką i spisywała się bardzo dobrze. Szkoda, że tego samego nie mogła powiedzieć o Sadzowej Łapie... ale dawała z siebie wszystko, żeby jej pomóc. To jednak widocznie nie wystarczało i zapewne trochę czasu musiało jeszcze minąć, zanim, na przykład, wrócą do normalności z treningami. Martwiła się, ale nie mogła zrobić nic więcej ponadto, co już próbowała. Teraz wszystko zależało od Sadzy, która chyba też potrzebowała czasu.
Szkoda tylko, że relacje z innymi kotami nie były takie proste (ha, jakby to było!) i miała tylko wrażenie, że z czasem robi się coraz gorzej. Cieszyła się, że zdecydowała się podejść, zagadać, spróbować to naprawić, ale wciąż miała wrażenie, że coś jest nie tak. I nie chodziło tu wcale o to, że Porywisty Wiatr dalej zachowywał się jakoś inaczej, ale o nią samą. Była szczęśliwa, a jednocześnie miała wrażenie, jakby postępowała źle, chociaż przecież tak nie było. Jak mogła usprawiedliwić to, co czuła? Z pewnością brakowało jej w tym wszystkim pewnej naturalności. Braku tego dziwnego napięcia i niepewności. Wiedziała jednak, że to nie było wszystko – że im bardziej usilnie wmawiała sobie, że wszystko było w porządku, tym bardziej tak nie było. Tyle że nie miała pojęcia czemu coś w ogóle miało być nie w porządku, skoro szło po jej myśli... prawda? Przecież uzgodnili, że są przyjaciółmi, a więc to powinno starczyć. Pewnie, brakowało jej tej bliskości, którą mieli wcześniej, ale chciała porozmawiać z Porywistym Wiatrem głównie po to, żeby odzyskać przyjaciela, a nie jakieś pikniki na terenach. Postanowiła chwilowo spróbować o tym nie myśleć. Musiała się najpierw skupić na tym, żeby jakoś rozładować to napięcie, bo jak tak dalej pójdzie, to wrócą do niezręcznego milczenia.
– No, możemy, ale fajnie by było trochę pogadać i nadrobić zaległości, nie? Wiesz, dawno nie rozmawialiśmy, dużo się działo... Tylko może tym razem znajdzie się coś, ee, bardziej pozytywnego niż bałagany z treningami i w ogóle, co? Stało się u ciebie coś ciekawego ostatnio? Ja na przykład poznałam jedno z kociąt Splątanego Futerka, eeee, w sumie już jakiś czas temu, ale powiedzmy, że to było niedawno! – wyrzuciła z siebie cały potok słów, jak to zwykle robiła, a na koniec jeszcze się uśmiechnęła. I o dziwo... przez chwilę sama poczuła się tak, jakby tylko udawała, bo wcale nie czuła się taka zadowolona. Jak tylko narzuciła jakiś temat, po prawdzie gdzieś wewnętrznie miała ochotę się rozpłakać, bo dotarło do niej, że wciąż próbowała zatuszować to, jak się naprawdę czuła... ale tym razem bardziej przed samą sobą niż Porywistym Wiatrem.
<table><td><img src="https://imgur.com/JkojFdS.png" height="180px"></td><td><p align="center">willyourememberthe word <br> Ilovedwith everybit insideme? <br> <br> ❀ that happiness ❀ <br> <br> ah, howstrange itis, thefeeling <br> andastomorrowbreaks <br> I hopeyou loveit too</p></td></table>
Wysoki, masywny kocur o długim, miękkim futrze w rudym kolorze, na którym malują się ciemniejsze grube zawijasy, a na łapach - grube pasy. Ma białe znaczenia na wszystkich łapach (na tylnych trochę więcej), części brzucha, klatce piersiowej, szyi i brodzie. Jego oczy są barwy soczystej zieleni, a nos ciemnoróżowy.
Odważny, lojalny wobec klanu i swoich bliskich kocur. Jest spokojny i opanowany, chociaż nie sprawia wrażenia sztywności i jest w stanie żartować. Z głośnego, energicznego, impulsywnego i niecierpliwego kociaka z wygórowanym mniemaniem o sobie wyrósł rozważny wojownik, który jednak potrafi momentami zareagować ostro i się unieść, gdy ktoś powie lub zrobi coś niewłaściwego. Zależy mu na świetnym wywiązywaniu się w obowiązków, ma też w sobie spore ambicje i w przyszłości widzi siebie na stanowisku zastępcy, a potem przywódcy, jednak jest świadomy, że jest w stanie to osiągnąć tylko i wyłącznie ciężką pracą już teraz, jako wojownik. Nie stroni od towarzystwa, wręcz przeciwnie, podobnie lubi też mieć zajęcie, jednak wyraźnie nie wie, jak zachowywać się w towarzystwie kociąt.
Obserwował Słonecznikową Pestkę, w głębi zastanawiając się, co powinien zrobić, by było normalnie. Ciężko mu było ocenić, czemu to tak wygląda, ciężko mu było… przejrzeć rudo-białą kotkę. Owszem, byli przyjaciółmi, ale on zawsze miał problem z trafnym rozpoznawaniem emocji, zwłaszcza tych trudnych; w końcu rozpoznać złość czy radość jest łatwo, ale teraz, gdy wojowniczka wyrzucała z siebie potok słów i przykleiła do pyska uśmiech, a mimo to wciąż czuło się tę dziwną, napiętą atmosferę… był lekko zagubiony.
Ale robił dobrą minę do złej gry i tego nie pokazywał, nie chcąc jeszcze bardziej usztywniać atmosfery. Kiwnął więc lekko głową na słowa Słonecznik. Co prawda w jego życiu nie działo się zbyt wiele poza treningami i intensywnymi przemyśleniami nad jego relacją ze Słonecznik… był jednym z tych wojowników, którzy spędzali czas głównie na wypełnianiu obowiązków, samotnych patrolach i w otoczeniu rodziny czy kotów, z którymi się już wcześniej zaprzyjaźnił. Było to poniekąd zaskakujące, biorąc pod uwagę to, jak bardzo lubił zaczepiać przypadkowe koty jako kociak, ale w zasadzie mu to odpowiadało. No, i wciąż nawiązywał nowe znajomości, to też nie tak, że był całkowitym odludkiem.
– Mhm, które z nich? Do mnie jakiś czas temu przykleiła się… bodajże Miodek, ta kolorowa. Myślałem, że mi uszy pękną – parsknął śmiechem, wracając myślami do dość krótkiej rozmowy z koteczką, z której zresztą wymówił się bardzo pilnym polowaniem, bo nie był w stanie tego znieść. – Wydaje mi się, że Ślimaczek niedługo skończy trening… a, i nie zgadniesz, kto ze mną wygrał wyścig od obozu do Leśnej Sadzawki! – Gdy już zaczął mówić o głupotach, przychodziło mu to z coraz większą łatwością. Całe szczęście.
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Średniej postury, długowłosa biała kotka z jasnoniebieskimi oczami. Szczupła
Uparta, pyskata, butna. Nie sili się na miłe słówka, odbierana jako przeważnie nieprzyjemna i niemiła.
Błękitna Toń [KG] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
***
Doszły mnie słuchy, że Sokoli Cień chciał ze mną porozmawiać i prosił o zagospodarowanie trochę czasu. Oczywiście nie miałam z tym problemu, poinformowałam Olchową Łapę i Krwawnikową Łapę o tym, że wychodzę, poprosiłam ich by popilnowali przez ten czas lecznicy, a najbliższego napotkanego wojownika poprosiłam, by przekazali zastępcy, że powinien udać się w okolice lasu nieopodal Samotnych Jodeł i Leśnej Sadzawki. Nie wiedział, o czym takim chciał porozmawiać, ale jeśli miało to jakikolwiek związek z wyborem Krwawnikowej Łapy na mojego terminatora, to pod żadnym pozorem nie mogliśmy debatować o tym w obozie. Należało udać się w miejsce, gdzie będziemy sami i nikt nie usłyszy o czym rozmawiamy. Nie mogłam pozwolić na to, by ktokolwiek usłyszał rozmowę na temat tego, dlaczego wybrałam na terminatora swojego syna, bo przecież oficjalnie kociąt nie miałam.
Usiadłam więc na skraju lasu i oczekiwałam nadejścia smoliście czarnego kocura. Ciekawe, o czym takim chciał pomówić.
Mistrz: Malinowy Nos Płeć: kocur Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*) Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*) Partner: Zajęczy Sus
Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
Zapraszam do KP
Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
Słusznie. Sokół faktycznie miał do Lśniącej pewne pytania dotyczące jej wyborów, bo było nie było, naruszały one nieco zasady, jakich podjęła się przestrzegać, ale obecnie miał dla niej wiadomość o wiele istotniejszą, jeśli się nad tym na spokojnie zastanowić. Trzeba było zdecydować, kto dokładnie wybierze się w drogę, chciał również, żeby kocica sama określiła, czy nadal chce ścigać swojego brata, czy jednak woli zdać się na doświadczonych wojowników, którzy pomówią z nim przy pomocy odpowiednich środków, jakimi w tym wypadku były niewątpliwie kły i szpony, nic już tutaj nie dało się dodać, ani ująć, sprawy wyglądały, jak wyglądały, a Sokół nie zamierzał tym razem odpuszczać. Nie dość, że Iskra wyrządził wiele krzywd w Klanie, nie dość, że dopuścił się gwałtu na kocicy z Klanu Rzeki, to teraz manipulował kolejną i z nią również spłodził kocięta. Wojownik starał się wierzyć, że jego bratanica zdoła wychować swoje pociechy bez tego nacisku na charakter ojca, który niestety odbił się na Iskrze. Dość.
- Lśniąca - powiedział, kiedy też zobaczył już kocicę, a następnie rozejrzał się uważnie. Nie chciał, mimo wszystko, by inni słuchali o tym, o czym będą tutaj dyskutować. Ściganie Iskry mogło wydawać się nieco kontrowersyjne, dla niektórych zbyteczne, ale Sokół czuł się w obowiązku, by go odnaleźć i po prostu zakończyć ten rozdział, by nie pozwolić już więcej na żadne problemy, miał tego bowiem dość. Usiadł wygodnie, a następnie spojrzał wprost w oczy medyczki. - Znalazłem Iskrę - powiedział prosto, bez owijania w bawełnę. Nie należał do kotów, które lubiły tak naprawdę jakieś kwieciste przemowy, więc przechodził z miejsca do konkretów.
neversaydie............... ...............neversayno you got tolook themin theeye a n d.d o n ' t .l e t.g o when it'syourownbloodyou'll bleed and yourownt e a r syou'llc r y when you'rebought upto believe that it's thestrong whosurvive ✫ NEVER SAY DIE ✫
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Średniej postury, długowłosa biała kotka z jasnoniebieskimi oczami. Szczupła
Uparta, pyskata, butna. Nie sili się na miłe słówka, odbierana jako przeważnie nieprzyjemna i niemiła.
Błękitna Toń [KG] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
— Sokół — mruknęłam, momentalnie odwracając głowę w stronę, z której dobiegał głos zastępcy. Na szczęście nie musiałam czekać na niego dość długo, ale po jego zachowaniu widziałam, że on także wolał, by rozmowie nikt się nie przysłuchiwał. Tym bardziej ciekawiło mnie, cóż takiego miał mi do przekazania.
— Specjalnie wybrałam to miejsce, żeby nikt nie podsłuchiwał — mruknęłam spokojnie, zerkając na kocura. Nim jednak zdążyłam zapytać o co chodzi, ten już przeszedł do rzeczy, a jego słowa... wzbudziły we mnie mieszane emocje. Skrajnie mieszane. Nie potrafiłam ukryć zdziwienia i otworzyłam szerzej oczy, nie odrywając wzroku od Sokolego Cienia, licząc na dalsze wyjaśnienia, ale się ich nie doczekałam.
— Jak? Zabiłeś go? Malina wie? — zapytałam, chcąc dowiedzieć się wszystkiego. Chciałam wiedzieć w jaki sposób mój brat został namierzony i... zabity, bo skoro już został znaleziony, to zapewne Sokół już go sprzątnął.
Mistrz: Malinowy Nos Płeć: kocur Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*) Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*) Partner: Zajęczy Sus
Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
Zapraszam do KP
Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
Prawie. Iskra nie miał pojęcia, że oni już wiedzą, a Sokół chciał to dobrze przemyśleć, żeby podejście do niego nie skończyło się irracjonalnym pościgiem po całym Siedlisku Dwunogów, co na pewno nie skończyłoby się dobrze. Musieli rozegrać to z głową, potrzebowali planu, a przede wszystkim — spokojnych głów, nie zaś szalonych, zburzonych serc, które dyktowałyby im rzucenie się od razu z miejsca w wir walki, jaka być może do niczego by nie prowadziła. Na słowa medyczki, skinął lekko łbem, zgadzając się z nią, co do wyboru tego miejsca, a później spojrzał w stronę granicy z Klanem Cienia, gdzie znajdowała się odpowiedź na wątpliwości dotyczące osoby wygnańca.
- Historia. Moja bratanica opowiedziała mi o pewnym kocie z Siedliska Dwunogów, dwukolorowym, z charakterystyczną łatą na pysku, który twierdzi, że przez ciebie umarła jego partnerka. O kocie tak pięknie mówiącym, że ją oczarował i... w akcie uniesienia został ojcem jej kociąt. Czy to nie brzmi nazbyt znajomo? - powiedział cicho i spojrzał na medyczkę, uważnie wypatrując jakichś reakcji z jej strony. - Przedstawia się jako Lis i właściwie to dobre imię, chytre i oddające jego charakter. Wiem, gdzie jest, teraz muszę tylko wiedzieć, jak do niego podejść, by przegryźć mu gardło. Powiadomiłem już Malinę - dodał i mimo wszystko brzmiał raczej dość beznamiętnie, wyraźnie bowiem szykował się do tego dnia od dawna i wiedział już, że nie odpuści. Nie, teraz kiedy miał taką szansę.
neversaydie............... ...............neversayno you got tolook themin theeye a n d.d o n ' t .l e t.g o when it'syourownbloodyou'll bleed and yourownt e a r syou'llc r y when you'rebought upto believe that it's thestrong whosurvive ✫ NEVER SAY DIE ✫
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Średniej postury, długowłosa biała kotka z jasnoniebieskimi oczami. Szczupła
Uparta, pyskata, butna. Nie sili się na miłe słówka, odbierana jako przeważnie nieprzyjemna i niemiła.
Błękitna Toń [KG] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
Parsknęłam kpiąca śmiechem na wzmiankę o tym, że braciszek opowiadał innym historie o tym, że przeze mnie umarła jego partnerka. Było to... cóż, całkiem urocze. Próbował podburzyć mój wizerunek w innych klanach, nawet nie wiedząc, że w ten sposób sam postawi nad sobą krzyż i wyda na siebie wyrok. Rozbawienie jednakże szybko minęło, gdy usłyszałam, że spłodził kolejne bękarty i, szczerze mówiąc, zrobiło mi się gorzej.
— Skoro ci o tym powiedziała, zakładam, że tego uniesienia wcale sobie nie życzyła? — zapytałam dla pewności, choć raczej oczywistym było, że mój brat dopuścił się kolejnego gwałtu. W przeciwnym razie, cienista kocica raczej nie trajkotałaby o tym na prawo i lewo bo po co.
— Mógłbyś mi zdradzić jej imię? Chciałabym móc z nią pomówić — poprosiłam, mając nadzieję, że to nie problem. Chciałam jakoś poznać tę kocicę, być może w przyszłości poznać swoich bratanków i... może kiedyś wybiorę się w tym celu także na granicę z klanem Rzeki. Wypadałoby sprawdzić, co takiego spłodziła ta mysia strawa.
— Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo chciałabym ci towarzyszyć. Niestety nie mogę. Mam na głowie nie dwa, a trzy treningi, bo doszedł do tego Szczypiąca Łapa i nie mogę sobie pozwolić na taką wyprawę. Byłabym jednak wdzięczna, gdybyś zdołał mi coś przynieść. Żebym miała pewność że nie żyje. Ogon, na przykład. Służyłoby mi za trofeum — poinformowałam zastępcę i poprosiłam o... dość nietypową rzecz. Chciałam mieć jednak pewną pamiątkę. Trofeum, które pokazywałabym każdemu, kto wykazywałby zapędy podobne do mojego brata. Żeby wiedzieli, jak kończą tacy jak on.
Mistrz: Malinowy Nos Płeć: kocur Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*) Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*) Partner: Zajęczy Sus
Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
Zapraszam do KP
Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
- Tak. Choć myślę, że w tym wypadku dała mu się oczarować, wydaje mi się jednak, że to wcale nie było takie piękne i cudowne, jak w miłosnym uniesieniu, jeśli rozumiesz. Im dłużej jej słuchałem, tym bardziej chciało mi się wymiotować od kłamstw i manipulacji, jakie zastosował. Jak bardzo chciał pokazać, jaki jest biedny, jak go skrzywdzono, w tym również... jaka ty jesteś zła - powiedział cicho i uśmiechnął się krzywo, bo faktycznie, opowiadaniem o Lśniącej Iskra niewątpliwie wydał na siebie wyrok śmierci, bo w końcu tylko głupiec nie połączyłby wszystkich faktów w jedną, zgrabną całość, z której byłby w stanie stworzyć coś więcej. Kiedy zapytała go imię kocicy, zawahał się przez chwilę.
- Popielna. Wojowniczka Klanu Cienia. Proszę cię jednak, byś była uważna, jeśli zechcesz z nią porozmawiać, nie chciałbym budzić w niej większego dyskomfortu, niż jest to konieczne. Teraz gdy wie, kto jest ojcem jej kociąt, z pewnością przeżywa trudne chwile - powiedział jeszcze, dochodząc do wniosku, że Lśniąca powinna móc spotkać się z kocicą i dowiedzieć, co ta usłyszała od Iskry, co zostało jej przekazane, co zostało wtłoczone do jej łba. Nie mógł tego ukrywać przed medyczką, tak samo jak nie zamierzał kryć się ze zdziwieniem, jakie niewątpliwie pojawiło się po jej słowach o przyniesieniu ogona. Uniósł brwi, przyglądając się Lśniącej z wielką uwagą.
- Doprawdy... Czy zapewnienie moje i tych, którzy się ze mną udadzą, nie będzie wystarczające? Nie wiem, czy taki dowód, to naprawdę dobry pomysł - rzucił jeszcze cicho, aczkolwiek w jego głosie wybrzmiało coś na kształt nuty rozbawienia, bo czegoś takiego, to na pewno się nie spodziewał.
neversaydie............... ...............neversayno you got tolook themin theeye a n d.d o n ' t .l e t.g o when it'syourownbloodyou'll bleed and yourownt e a r syou'llc r y when you'rebought upto believe that it's thestrong whosurvive ✫ NEVER SAY DIE ✫