Urokliwa koteczka, której chude, dość kościste ciałko osłania gruba warstwa długiego futra. Zapowiada się na dość wysoką, ale na pewno nie dorastającą do wichrowych standardów. Na pierwszy rzut oka jawi się jako biała kulka, jednak po pierwszym spojrzeniu można dostrzec, że oprócz ogromnych ilości bieli, jej ciało zdobią też srebrne niebieskie, cieniowane znaczenia. Przede wszystkim na głowie, rozlewając się z jej czubka na centralną część pyszczka (zasłonięte jedynie bielą lecącą od nosa na prawo i na górę, między ślepia), a także pod oczy; podobnie na przednich łapach (za wyjątkiem nierównych skarpetek) i ogonie, gdzie jawią się także delikatne, jasne pręgi. Jej nos jest jasnoróżowy (z ciemniejszą lewą połówką), a na opuszkach łap róż miesza się z czernią. Ślepia ma żółte z zielenią przy źrenicach. Na średniej wielkości uszach ma niewielkie pędzelki.
To ta biała smuga, która miga przez obóz. Energiczna, całkiem wesoła, nie bardzo przejmująca się kotami spoza własnej rodziny. Robi, co chce, co potrzebuje, a jeśli kot, który nie jest Lśniącą Sadzawką, zwróci jej uwagę... Wzruszy barkami, kontynuując to, co zaczęła. Ciekawa świata, zadająca dużo pytań, o wszystko - dosłownie. Widać, że Mak bardzo zależy na uznaniu starszych, ważnych kotów; głównie matki, jednak jednocześnie coś krzyczy w jej głowie, kiedy inni ograniczają ją, rozkazują.
Zima (nś)
Nie wiedziała już, co czuć.
Ekscytację, która rosła z każdym kolejnym krokiem, gdy zbliżali się ku wyjściu z obozu. Strach, który dławił ją, niewidzialnymi łapami ściskając gardło. Ogromny żal, bo powoli docierało do niej to, co się działo - traciła rodzinę, chociaż nie dosłownie. Radość - kierowali się po to, by poznać wreszcie ojca. Mieszanina uczuć, pozytywnych i negatywnych, raz po raz potrząsała nią. Obserwowała świat, tak ogromny, tak zadziwiający, kiedy podróżowali; raz po raz zerkała też w stronę rodzeństwa, z całych swoich sił próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy.
Nie chciała nikogo tracić, nawet jeśli Nagietek emanował wręcz radością, nawet jeśli zapewniali ją, że będą się widzieć. Że będą pamiętać.
Wciągnęła powietrze do płuc, kiedy wreszcie ujrzała... Tatów?
— Ceś... Taty? — wymamrotała na początku niby pewnie, jednak przy drugim słowie nieco gasnąc. Wszystko to było takie skomplikowane, takie dziwne, ale w sumie niektórzy z rodzeństwa przypominali odrobinę Sroczy Ogon... Więc może jakiś sens w tym był. — Mak — przedstawiła się już nieco głośniej, podchodząc nieco bliżej Barwnej Wody, wciągając powietrze. Zapach był dziwny, specyficzny. Spojrzała po mamie, po Nagietku, Gwiazdnicy, którzy mówili dużo, żegnali się; nagle uciekła spojrzeniem na podłoże. — Będę tęsknić... Alejaniecezebyścieśli — wypaliła cichutko, dosłownie jak nie ona, zaraz podchodząc do Lśniącej Sadzawki, by przytulić się do jej łapy.
Było jej ciężko, bardzo; nie potrafiła poradzić sobie z negatywnymi emocjami. Ze stanem, w którym nie mogła być taka, jak zawsze.
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Średniej postury, długowłosa biała kotka z jasnoniebieskimi oczami. Szczupła
Uparta, pyskata, butna. Nie sili się na miłe słówka, odbierana jako przeważnie nieprzyjemna i niemiła.
Błękitna Toń [KG] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
Siedzieliśmy, czekaliśmy, a każda kolejna chwila sprawiała, że kwestionowałam tę decyzją coraz bardziej. Nagietek... wyglądał trochę jak Iskra. Nie potrafiłam do końca na niego patrzeć, wzbudzał we mnie złość, więc nie miałam wątpliwości co do tego, że z Barwną Wodą będzie mu lepiej. Z Gwiazdnicą jednak tak nie było i po stokroć wolałam, by to Stokrotka poszedł do ojca. On jednak nie chciał. I nawet jego łzy nie wzbudzały we mnie aż takiej litości jak powinny. Przysunęłam go jednak do siebie wraz z resztą kociąt i polizałam po czole tak czule, jak tylko potrafiłam.
- Oczywiście, że będę. Będziemy. Gdy tylko będzie to możliwe. Wszyscy będziemy za wami tęsknić i będziemy pamiętać. O nic się nie martw, Gwiazdnico. - mruknęłam, zerkając najpierw na Nagietka, a potem na Gwiazdnicę. Gdy tylko osiągną wiek terminatorki, chętnie się z nimi spotkam, przynajmniej z córką. Za resztę nie mogłam ręczyć, bo to nie była decyzja zależna ode mnie, jednak powiedzenie o tym na głos mogło wywołać kolejną falę łez.
Na szczęście w porę zjawił się Barwna Woda ze swoim partnerem o jakże wdzięcznym imieniu Sroczy Ogon. Przywitałam się z nim kiwnięciem głowy.
- Nagietek i Gwiazdnica. Sami powiedzieli, że chcą iść. - powiedziałam, przytulając do siebie smutną Maczek. - To chyba czas się pożegnać, co? - mruknęłam, zachęcając maluchy do ostatniego przytulasa z rodzeństwem. Najszybciej zobaczą się za jakieś pięć księżyców. - Pajęczyno, Malino - zwróciłam się bezpośrednio do nich widząc, że najmniej przejęci ze wszystkich. To dobrze. Ale powinni się chociaż pożegnać.
Można śmiało powiedzieć, że Mięta przestał być nieporadnym, małym kociakiem. Kocur nabrał nieco masy dzięki opiece Mamy oraz Wujka. W końcu kazali mu ćwiczyć, spacerować oraz dużo jeść. Całe szczęście, że zbytnio nie utył przy bokach czy pupie. Po prostu nabrał kształtów prawdziwego samczyka. Jest o wiele wyższy i ma "solidniejsze" łapy. Obecnie śmiało można go zaliczyć do grupy średnich kotów. Syn Lśniącej chodzi zawsze z wysoko podniesionym łepkiem. Niestety to daje również złudne wrażenie, że dumnie prezentuje swoją klatkę piersiową. Zupełnie niczym kot, który wszem i wobec oznajmia pozostałym o swojej pewności siebie. Natomiast Mięta po prostu lubi obserwować otoczenie. Pewnie dlatego zawsze zachowuje wzmożoną czujność. Jego ciało jest gotowe do nagłego skoku, uniku czy nawet ucieczki. Przynajmniej na pyszczku kociaka już nie dominują emocje typu strach, zdziwienie. Obecnie bardziej można zauważyć zaciekawienie bądź powagę. Tęczówki samczyka przybrały barwę żółtego zmieszanego z zielenią. Wszystko zależy od światła bądź pogody. Całe szczęście jego futro nadal pokrywa biel. Oczywiście należy pamiętać o dymno-czarnych znaczeniach: symetrycznych plamkach na obu bokach, kresce pomiędzy uszami oraz 3/4 ogona. Dodatkowo sierść Mięty już nie jest taka długa i gęsta. Po prostu określiłby ją mianem przeciętnej, średniej. Za to przy uszach pojawiły się również dłuższe pasma. Przez co wyglądają tak, jakby należały do rysia niż kociaka. Generalnie Mięta jest zadowolony ze zmian, ponieważ zyskał ostre kły i dość niebezpieczne pazury.
Mięta miał dużo czasu, żeby wszystko sobie porządnie przemyśleć i uporządkować. Właściwie, to już nie przypomina wystraszonej kulki. Można śmiało powiedzieć, że nieco dorósł. Emanuje od niego przesadna powaga, a razem z nią pewne "zrozumienie". Chodzi o ogólne zależności np. pozyskiwanie wiedzy. Kotek już nie unika kontaktu z pozostałymi. Doskonale wie, że posiadają spore doświadczenie czy umiejętności. Dodatkowo mogą podzielić się teorią bądź praktyką. Chętniej również odwiedza nowe miejsca. Tam z ukrycia obserwuje zwyczaje starszych kotów, roślinność, zwierzęta, pogodę itp. Czasami próbuje przekuć pozyskane informacje w konkretne czyny. Bywają momenty, że sam rozpoczyna rozmowę z kimkolwiek. Oczywiście stara się wtedy nie zdradzać zbyt wiele odnośnie siebie. Woli słuchać co ciekawego ma do zaprezentowania rozmówca. Trzeba dodać że Mięta nadal jest bystry oraz spostrzegawczy. Tak samo nosi wewnątrz siebie paniczny strach. Tylko to uczucie urosło i zmieniło się wraz z nim. Zamiast ataków paniki czy prób ucieczek jest lęk przed przywiązaniem do kogokolwiek, czegokolwiek. Przecież koty mogą odejść, a nawet zdradzić! Dlatego kociak zachowuje swego rodzaju dystans emocjonalny. Mięta nie bawi się, nie biega, nie psoci. Natomiast umie wyciągać konkretne wnioski np. co jest bardziej opłacalne. Ma ambicję zostać najlepszym medykiem Klanu Wichru. Bardzo możliwe, że właśnie przez to pozostałe koty nieco go unikają bądź uważają za "niemowę".
W przeciwieństwie do Maliny i Pajęczyny, on się bał. Bał się, że nie zobaczy się więcej z bratem i siostrą, że coś się im stanie, że zapomną o Mięcie. Nie rozumiał, kim jest tata i po co jest. Nie był im potrzebny. Mięta nie chciał się z nim widzieć i gdyby nie to, że wszyscy wybierali się do Rzeki, zostałby w swoim kącie w Ziołowym Wzgórzu. Snuł się więc za białym ogonem swojej mamy. Nie rozglądał się. Obawiał się, że przestraszy się i w ogóle nie będzie w stanie pożegnać się z rodzeństwem. Wystarczyła myśl o tym i i tak przeraził się i nie myśląc, zbliżył się najpierw do Gwiazdnicy. Nie czuł się komfortowo przy tych wszystkich kotach, które były mu obce, a jednak patrzyły się na niego, na Miód, na Mak… Dlaczego? Nie byli rodziną. Rodzina… Rodzina to ktoś, przy kim Mięta czuje się dobrze. Przy Barwnej Wodzie i Sroczym Ogonie czuł się źle, bardzo źle, a w dodatku gdzieś z tyłu znajdowały się te dwa inne koty, ach… Mięta wtulił się w futro Gwiazdnicy, nie chcąc się z nią rozstawać. Na początku wydawała się być szczęśliwa z tego powodu, w tym jednak momencie widział w jej niebieskich oczach łzy, słyszał drżenie w jej przyjemnym dla ucha głosie. Tak samo jak on nie czuła się dobrze, a mimo to…
– Gastnica? – odezwał się cicho, by nikt poza nią go nie usłyszał. – Nie, nie… Sapomij o Mięcie.
Poczuł, że w jego oczach zbierają się łzy. To wszystko było takie nieprzyjemne. Mamo, dlaczego? – wydawał się pytać, wpatrując się w rozmytą Lśniącą Sadzawkę. To nie w porządku. W obozie Klanu Wichru były inne kocięta, więc czemu tych dwóch nie zajmie się nimi? Gdyby Mięta nie był Miętą – dzieckiem, które się wszystkiego boi – powiedziałby to prosto w pysk Barwnej Wodzie i jego partnerowi i dodałby, żeby więcej nie zbliżali się do nich, że to nie jest ich rodzina a rodzina Mięty. Tylko że był tym, kim był, więc nawet nie patrzył się w stronę dwóch kocurów. Co jeśli i jego by sobie zażyczyli? Czy zrezygnowaliby wtedy z Nagietka lub Gwiazdnicy? Kocię poczuło się źle w dobry sposób – z jednej strony oddając się w łapy tej pary nieznajomych pomógłby swojemu rodzeństwu, a z drugiej… To on byłby bezpieczny. Zostanie z mamą i choć nie będzie tych dwóch kociąt… Czy w takim razie to nie on był tym złym? Czy nie powinien poświęcić się dla Gwiazdnicy oraz Nagietka? Powinien?... Nie wiedział. Nie wiem, nie wiem nic, nie, nie chcę wiedzieć, dość!...
… i wyłączył się. Schował się przy Lśniącej Sadzawce. Nie pożegnał się z Nagietkiem, nie był w stanie. Wyciszył wszystko to, co się działo, i zanurzył się w Czerni. Tutaj było dobrze. Nie był sam, był z nią, bez kotów, które podawały się za jego rodzinę, by zaraz po tym ją zniszczyć.
Serce płoń niczym żywy ogień Nutko dzwoń, ułóż mi melodię Kwiatów woń niech do góry niesie mnie No dalej Serce płoń niczym żywy ogień Nutko dzwoń, ułóż mi melodię Kwiatów woń niech do góry niesie mnie
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
- Pajęczyna. - przedstawił się głośno, unosząc dumnie łebek, i patrząc na Barwną Wodę jakby próbował rzucić mu jakiegoś rodzaju wyzwanie. Co on sobie w ogóle myśli? I dlaczego mówi do nich jak do malutkich kociąt? Za kogo się uważa?! Nagietek i Gwiazdnica. Sami powiedzieli, że chcą iść. I na tym, według Pajęczyny, polegał problem! Byli przecież rodzeństwem i mieli, mimo wszystko, trzymać się razem! I choć sam nigdy nie powiedziałby tego na głos, to czuł do nich wielki żal, o to że postanowili odejść do obcego Klanu z obcymi kotami i zostawić za sobą wszystko, co dotychczas mieli. Na przykład swojego niezwykle ważnego brata Pajęczynę, który teraz nie wiedział co ze sobą zrobić. Gniewał się, bardzo, zresztą widać to było na mordce młodego kocurka - wykrzywionej w nieprzyjaznym grymasie, zwróconym w kierunku kotów z Klanu Rzeki. To, że jeden z nich jest ich tatą, nie oznacza że mogą od tak się tu pojawić i zabrać część jego rodzeństwa! Oh, jak bardzo Pajęczynka chciał powiedzieć im, co myśli o tym wszystkim i o nich samych! Ale potem spojrzał na mordkę mamy i rozmyślił się, stwierdziwszy że nie chce robić przy niej tak wielkiej sceny... Gwiazdnica i Nagietek sami to wybrali, więc niech idą! Skoro tak im nie odpowiada mieszkanie w Klanie Wichru...
W końcu królewicz odwrócił się od rzeczniaków by w końcu spojrzeć na swoje rodzeństwo, skupiając wzrok konkretnie na dwóch zdrajcach. Tupnął przednią łapką, strosząc lekko w emocjach futerko i wybałuszając swoje niebieskie oczęta. Wyglądał teraz jak mała, wściekła kulka bieli.
- Ićcie... jak tak badzo chcecie. My sobie pora-dzimy! Poradzimy bez was. - burknął w końcu, po czym odwrócił się unosząc dumnie głowę i odszedł kawałek, chcąc schować się za mamą przed wzrokiem Sroczego Ogona i Barwnej Wody. Po czym usiadł, obrażony, nadal wpatrując się pełnym wyrzutów spojrzeniem w Nagietka i Gwiazdnicę.
Pierworodne kocię. Musi więc być najlepsze, prawda? Taka, swoim skromnym zdaniem, jest Malina. Nazwana po poprzedniej przywódczyni Klanu Wichru kotka o bielutkim futrze z delikatną nutą żółci, gdyby ją postawić obok młodej babci, Zawilcowej Skórki, byłyby serio podobne, nie licząc rzecz jasna szarości pokrywającej część futra wcześniej wspomnianej babki. Duża jak na kocię, z długim futrem, prawdopodobnie dorówna matce w wielkości, o okrągłych uszkach, które w przyszłości przerodzą się w szpiczaste trójkąty. O skórze w intensywnej, można by powiedzieć malinowej barwie, najbardziej na nosie oraz z długimi, białymi wibrysami, lekko skręconymi na końcach. Jej wąski pyszczek zdobi para dużych oczu, przymrużonych, świecących świecących na kolor na ten moment niewybarwiony, szaro-niebieski. W przyszłości kolor ten zmieni się na dwa różne sposoby. Lewe oko (ze strony obserwatora) pozostanie niebieskie, ale będzie w bardziej lazurowym odcieniu, drugie zaś będzie mieć odcień przydymionej zieleni, z błękitnymi przebłyskami gdy spojrzy się z innego kąta. Przechodząc w dół mamy długie łapy z bialutkimi pazurami na paluszkach, których jest tyle, ile należy. Malina ma dość krótki ogon jak na kota, o równie długim, białym futrze jak reszta. Bez skaz, o cudownej urodzie, wręcz oślepiającej, strzeż więc swoje oczy!
Z charakteru jest... Mieszanką. Mieszanką pokoleń charakterów przed nią. Gdyby jeszcze żył ktoś, znający młodą Maślak, zauważyłby podobieństwo. Pewnie trochę też ma wspólnego z pierwszą wichrową Maliną, bo o, taka jest specjalna. Jest takim powrotem do tak zwanej Wichrowej Szlachty, teraz już mniej intensywnej niż kiedyś. Może i nawet przywróci jej dawny blask. Zaczynając od początku jednak, jest to istna córeczka mamusi. Jako, że jest młoda, nie wykształciła jeszcze w pełni charakteru, posiada jednak parę odróżniających ją cech. Dość sprytne kocię, lubiące towarzystwo, będące w stanie również siedzieć w samotności. Możliwe że ma trochę kompleksu wyższości, zwłaszcza że była pierworodną córką. Pewna siebie, odpowiada jej bycie w centrum uwagi. Lubi też być skryta, siedzieć w cieniu i po prostu obserwować, w większości nie są to koty, nie mają niczego w sobie aby zająć uwagę królewny. Preferuje naturę, jej zmiany i zjawiska, bo przynajmniej one, niektóre, zbliżają się do poziomu jej własnej urody. Jest spokojna i cicha, nie odzywa się często, chyba że specyficznie jest o to proszona. Oczywiście cechy te pewnie ujawnią się trochę później, może nie od razu, ale w tę stronę zmierzają.
Wydmowy Wiatr [KRz], Aura [NŚ], Ćma [KC]
Obserwowałam z zaciekawieniem co się działo. Pierwszy kot, który przyszedł z innej strony niż oni, o innym zapachu i innym odcieniu głosu, przedstawił się jako Sroczy Ogon. Chwila, ich tata to nie był ten no, Barwna Woda? Hm. Oh!!! Oh ohohhh, partner taty! To tak... Można? Można mieć kocięta z kimś innym niż że swoim [I]partnerem[i], ciekawa sprawa, bardzo, bardzo ciekawa. Wszystko to notowałam w małej główce, pytanie brzmi, czy to zapamiętam.
Potem zjawił się ten tata, o którym już zdążyliśmy już usłyszeć. Barwna Woda. Miał ładne futro, trochę jak Gwiazdnicy. Był ładnym kotem, może nie tak ładnym i nieskazitelnym jak mama, ale ich połączona uroda była w stanie wyprodukować kocię o takim cudownym futerku i kształtach jak ja, Malina. Brawo!
Gdy Barwna Woda zapytał się o ich imiona, podniosłam wzrok prosto na niego i z lekkim, minimalnym, uśmiechem odpowiedziałam. — Malina. Ja-ak Malinnofa Gwiassda. — tak jak ona, byłam gotowa na to, by zrobić wielkie rzeczy w swoim życiu. Jednak ja będę jeszcze lepsza niż ona. — Miiło mi was posnać, obu! — dodałam jeszcze, aby Sroczy Ogon nie poczuł się zignorowany. No i zauważyłam, że w ogóle ich nie przywitałam. Ups?
Przyszedł czas pożegnania, słysząc głos mamy wyrwałam się z obserwacji dwóch tatów. Nagietek i Gwiazdnica. Nie byłam pewna... Czemu akurat się zdecydowali na to zadanie, mnie to jednak zdecydowanie odpowiadało. Bowiem znaczyło to to, że będę mogła zostać wraz z mamą. Mimo, że Klan Rzeki wydawał się... Interesującą sprawą, nie było to jednak tak ważne, jak kroczenie krok w krok z Lśniącą Sadzawką.
— Hee-hej. Bęćiemy pamiętać oo fas... Pszyjdziemy się... Spo-otkać, prawta?! — odpowiedziałam, zwracając się ostatnim pytaniem do mamy. Potem odwróciłam wzrok, patrząc znowu na dwójkę "wybrańców". — Papa, Nakietek... Gfiasnica!! — zwróciłam się do rodzeństwa, mając jednak dość nautralną mimikę. Będę tęsknić, jasne. Jednak czekają na mnie rzeczy większe niż jakieś... Chwilowe pożegnania. Zobaczymy się przecież już niedługo, na pewno.
hehe ════⋆★⋆════ So nowyou'vedonea littlewrong And youswearyoudidn'tdo it Butvolition left youburdenedwith a curse hehe Andyouconjureupafictionnever gonna give you up never gonna let you downTogettheprettygirltolisten
Emocje go przytłoczyły. Nie był pewien, jakie konkretnie - najpierw była ekscytacja i radość z możliwości poznania swoich dzieci, swoich własnych, rodzonych kociąt... a potem Barwną Wodę zaczęły dusić wyrzuty sumienia. Gdy widział, jak część pociech jest smutna z rozłąki z dwójką rodzeństwa. Och, nie, nie powinien im tego robić. Nie powinien ich rozdzielać. Powinny być z matką i rodzeństwem. Serce mu pękło gdy widział, jak Maczek płacze, serce mu się ściskało od każdego ruchu, gestu i każdego słowa któregokolwiek z kociaków.
Nie wiedział, co czuć. Oczy mu się zaszkliły gdy zerknął ku Kapustce, potem Lśniącej Sadzawce a potem znowu zlustrował wzrokiem wszystkie osiem osesków. I westchnął głęboko, przełykając ślinę. Nagietka i Gwiazdnicę polizał czule po głowie, każde kolejne kocię bardzo delikatnie, niepewnie próbując chociaż trącić nosem - o ile te na to przyzwoliły. Nie zmuszałby ich do kontaktu. Był dla nich, jednak, na ten moment, wciąż obcy.
- Spokojnie, skarby. Nasze Klany graniczą ze sobą. Gdy podrośniecie i zaczniecie trening... będziecie mogli się widywać. Z rodzeństwem i z mamą, obiecuję. Nie zapomną o was - zapewnił Nagietka i Gwiazdnicę, uśmiechając się czule, chociaż było w tym uśmiechu nieco melancholii. Jakby smutku. - A Klan Rzeki, kochani, na pewno Wam się spodoba. Będziecie spać ze mną w Królikarni, dobrze? To miejsce podobne do tego, gdzie spędzaliście czas z mamą, pachnie tam podobnie... i macie już gotowe legowisko. Poznacie moich uczniów... na pewno znajdziecie też kolegów - nie był tego pewien, ale pewien był, że zadba o to, aby jego dzieci czuły się w Klanie Rzeki komfortowo.
Zwrócił się do pozostałych z kociąt. Och, były... idealne, wszystkie. Będzie chciał je poznać, gdy podrosną, tak. - Opiekujcie się mamą, i sobą nawzajem. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znowu się zobaczymy, kochani.
Barwinek otarł się bokiem o bok Sroczego Ogona i wdzięcznym, szklistym wzrokiem zerknął ku Lśniącej Sadzawce; i kiwnął jej głową. A potem pochylił się nad córką, nad Gwiazdnicą, chwytając ją po chwili ostrożnie, delikatnie za luźny płat skóry na karku. Ruchem ogona wskazał ku Nagietkowi, jakby chciał zasugerować swojemu partnerowi, aby on zajął się nim.
Stał tam jeszcze chwilę, wpatrzony w medyczkę Klanu Wichru i pozostałe sześć pociech, które z nią zostały. A potem, uśmiechając się delikatnie, ruszył w kierunku obozu. Nerwowy. Ale szczęśliwy. Chyba. Tak czuł.
zt <3
po tylu latach wiem już na pewno
że kiedy przyjdzie jasne będzie jedno
złe myśli nie były tego warte
Bury tygrysio pręgowany kociak z bielą na pyszczku, gardle, piersi i brzuchu oraz białymi skarpetkami. || pełny w kp.
Jednym słowem: zahukany. Dwoma: niepewny siebie. Wydaje się być cały czas zagubiony, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i co powinien zrobić, czego dokładnie się od niego oczekuje. Nawet w tak młodym wieku bez ustanku koryguje swoje ruchy i mowę ciała, bezskutecznie starając się nie wyglądać na tak wewnętrznie rozdygotanego jak faktycznie jest. Ciągle zestresowany, czasami wręcz na skraju płaczu, mimo wszystko stara się być tak silny i dzielny, jak rodzice chcą, żądają, aby był - z bardzo różnym skutkiem. Jaki będzie to miało na niego wpływ - okaże się pewnie w niedalekiej przyszłości, bo w tym momencie więcej zwyczajnie powiedzieć się nie da. Ot, mało pewny siebie kociak.
Formalnie, Drewniana Łapa nigdy jeszcze nie odwiedzał granic klanu - przynajmniej nie ze swoim mistrzem. Nie narzekał jednak; w końcu Jaśniejący Płomień nie miał tylko jego jednego na głowie, a trzech innych terminatorów, więc Drewno nawet nie oczekiwał, że dostanie od kocura niepodzielną uwagę. Czuł się jednak wyjątkowo źle siedząc całymi dniami w jednym miejscu, albo tylko wymieniając mech. Nie chciał prosić ojca czy matki o zabieranie go na patrole; czuł się wtedy niesamowicie przegrany, jakby zupełnie zawiódł ich nadzieje. Nie miał za to najmniejszych problemów z przyklejaniem się do innych wojowników, którzy akurat wychodzili na rutynowe obchody granic. Odkrył w pewnym momencie, że wystarczyło ładnie się uśmiechnąć do zmierzającego do wyjścia z obozu wojownika, aby większość z nich zgodziła się robić za niańkę dla terminatora.
A jego ulubionymi towarzyszami takich wypadów byli Klekoczący Bocian oraz Trawiasta Polana, którzy właściwie sami zajmowali w rozmowie tyle miejsca, że Drewno nie musiał się nawet odzywać. Gdy dzisiaj zauważył, że zmierzali właśnie oboje poza obóz, wystarczyły dwa spojrzenia i jeden uśmiech, aby wojownicy po prostu przystali na jego towarzystwo. Patrol zaczęli w okolicy Podmokłego Brzegu i skierowali się wzdłuż granicy z klanem Rzeki, zostawiając Szare Topole za sobą. Wojownicy szli przodem, jak zwykle rozmawiając ze sobą, natomiast Drewno podążał kilka kroków za nimi, skupiając się bardzo na tym, by zapamiętać, gdzie dokładnie idą. I tak był tym zaabsorbowany, że nie zauważył jak grząski stał się teren, po którym się poruszali.
Obie prawe łapy kocurka straciły oparcie, a on sam plasnął głośno brzuchem prosto w błoto, które skutecznie pokryło go prawie do połowy. Leżał tak, niezdarnie rozkraczony, przez dwa uderzenia serca, zanim wstał, cały skrzywiony, z pełną świadomością, że nieprzyjemnie zimne błoto nie zamierzało się odkleić od jego sierści samo, a wojownicy wesoło dreptali dalej, chyba niekoniecznie zorientowani, że właśnie zgubili towarzysza patrolu. Drewno stał, mentalnie po szyję w brązowej paćce, drżąc lekko i nie wiedząc, co teraz - czy powinien biec za Trawiastą Polaną oraz Klekoczącym Bocianem, czy też spróbować się chociaż odrobinę wyczyścić.
//Ziółko
x
I alwayssimplify thisall thetime somehowI thinkthatI'm alone I wake upevery dayandchangemy mind ✧*̥ ˚xgoodmorningx*̥ ˚✧ I'vebeen herebeforethe warning it opensupthe door and now I'm falling ﹉﹊﹉﹊﹉﹊﹉
czarny lynx point pręgowany klasycznie z białymi znaczeniami na pysku, piersi, brzuchu i łapach / Będąc córką przeciętnego wzrostu rodziców, nie wyróżnia się z tłumu swoimi gabarytami - jest nieduża i delikatnej budowy. Gładkie, krótkie futerko ciemnieje z każdym księżycem, przybierając coraz wyraźniejsze barwy szarości i beżu. Proces ten najmocniej widać na ogonie, już od jego nasady, uszach oraz mordce wkoło oczu, gdzie wyraźnie rysują się grafitowe, klasyczne pręgi. Nietykalna pozostaje natomiast biel na znaczeniach, które zabierają sporo przestrzeni na ciele Ziółka - biały jest jej pyszczek, wraz z szeroką strzałką między oczami, szyja, pierś oraz brzuch, a także wszystkie cztery łapki, przy czym lewa przednia skarpetka jest podciągnięta prawie po sam łokieć. Na tle jasnej mordki wyróżnia się czarny nosek, z ciemnoróżową plamką pośrodku, a podobnie nakrapiane są poduszeczki łap. Ciemne uszy kończą grafitowe pędzelki. Bystre oczy koteczki mają chłodny kolor błękitu.
Ziółko wcale nie chce sprawiać kłopotów, ale one jakoś nie pytają jej o zdanie. Jak to mówią - dobrymi chęciami są wyłożone ścieżki w Ciemnym Lesie. Dość poważnie traktuje nadzieje rodziców i zamierza zostać wspaniałą i silną wojowniczką, chociaż niekoniecznie urodziła się z wymarzonym do tego charakterem. Tak naprawdę jest wrażliwa i subtelna, a przepychanki wydają się jej przykrą koniecznością niż świetną zabawą. Zgrywa znacznie bardziej hardą niż czuje się w rzeczywistości, nierzadko maskując krzykiem swoje obawy. Potrzebuje trochę czasu, by poczuć się swobodnie w czyimś towarzystwie, chociaż stara się nie zdradzać ze swoją nieśmiałością. Generalnie trochę z niej taki ślimaczek - twarda skorupka, skrywa miękkie wnętrze.
Okazywało się, że chociaż Skrzące Słowo pozował na doskonałego wojownika, wcale nie był tak idealny i jak przychodziło do treningu zawodził tylko odrobinę mniej niż wcześniejsi mistrzowie Ziółko. Co prawda dało się go wytłumaczyć faktem, że miał więcej niż jednego terminatora, więc nie mógł poświęcać kotce całej swojej uwagi, jednak nie zmieniało to nic w rozczarowaniu, które czuła.
Był to jeden z powodów, dla którego kontynuowała swoje wycieczki po terenach, kierując się bardziej ku Wichrowej granicy. Spotkanie z Roziskrzonym Niebem przynajmniej czymś zaowocowało - Ziółko mogła poćwiczyć walkę w praktyce, coś czego nie udało się zrealizować pod okiem wojowników jej własnego Klanu. Dlatego patrzyła na sąsiadów łaskawym okiem, chociaż niby nie należało sądzić pory młodych liście po jednej jaskółce...
Tym razem idąc wzdłuż granicy minęła się z dwójką innych wojowników, którzy szli z przeciwnej strony. Byli zagadani, więc Ziółko tylko skinęła im bez słowa głową, nie próbując nawiązywać kontaktu. Natomiast kilkanaście kroków dalej napotkała kolejnego kota, który zwrócił jej uwagę głównie tym, że cały był umazany w błocie.
- Eeee. - Pierwsza próba przywitania się zakończyła się porażką, bo głos utknął Ziółku w gardle. Nie wiedziała, czy widok jest komiczny, żałosny czy straszny. Odchrząknęła. - Cześć? - Podjęła drugą próbę. - Chyba miałeś wypadek?
Bury tygrysio pręgowany kociak z bielą na pyszczku, gardle, piersi i brzuchu oraz białymi skarpetkami. || pełny w kp.
Jednym słowem: zahukany. Dwoma: niepewny siebie. Wydaje się być cały czas zagubiony, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i co powinien zrobić, czego dokładnie się od niego oczekuje. Nawet w tak młodym wieku bez ustanku koryguje swoje ruchy i mowę ciała, bezskutecznie starając się nie wyglądać na tak wewnętrznie rozdygotanego jak faktycznie jest. Ciągle zestresowany, czasami wręcz na skraju płaczu, mimo wszystko stara się być tak silny i dzielny, jak rodzice chcą, żądają, aby był - z bardzo różnym skutkiem. Jaki będzie to miało na niego wpływ - okaże się pewnie w niedalekiej przyszłości, bo w tym momencie więcej zwyczajnie powiedzieć się nie da. Ot, mało pewny siebie kociak.
Stał tak i wyglądał jak co najmniej cztery nieszczęścia. Błoto zaczynało już powoli z niego skapywać, ale dalekie było od wyschnięcia, a on sam był zbyt sparaliżowany samym uczuciem czegoś niespodziewanie lepkiego oraz mokrego, aby otrzepać się po prostu i iść dalej. W tym czasie wojownicy, którzy mieli go poniekąd pilnować, wesoło szli dalej, nieświadomi małej tragedii za ich plecami. A jakby tego wszystkiego było mało, ktoś się zbliżał po drugiej stronie rzeki. Drewno modlił się w duchu o to, by nieznajomy Rzeczniak po prostu przeszedł i nawet nie spojrzał na niego. Może przy odrobinie wysiłku po obu stronach Drewniana Łapa zostałby uznany za element krajobrazu? Oby?
Bez szans.
- Huh? - Podniósł wzrok, gdy tylko usłyszał czyjś głos. Gdyby mógł, spaliłby się ze wstydu, bo wyrąbać się prawie na pysk to jedno, ale zrobić to, gdy ktoś patrzy... Zupełnie inna sprawa. Wziął głęboki wdech. Kotka nie wyglądała na kogoś, kto miałby się zacząć natychmiast z niego śmiać, ale było to wyjątkowo nikłe pocieszenie. Co, jeśli był z nią ktoś jeszcze? Nawet cały klan Rzeki?
- N-nie, ja tylko... - Tylko co? Jestem fajtłapą i nie umiem nawet chodzić? - ...poślizgnąłem się na błocie - wymamrotał, godząc się z faktem, że zrobił z siebie kompletne pośmiewisko. Położył uszy po sobie. - Nic mi nie jest - wymamrotał, chociaż mijało się to z prawdą i było to widać na pierwszy rzut oka.
x
I alwayssimplify thisall thetime somehowI thinkthatI'm alone I wake upevery dayandchangemy mind ✧*̥ ˚xgoodmorningx*̥ ˚✧ I'vebeen herebeforethe warning it opensupthe door and now I'm falling ﹉﹊﹉﹊﹉﹊﹉
czarny lynx point pręgowany klasycznie z białymi znaczeniami na pysku, piersi, brzuchu i łapach / Będąc córką przeciętnego wzrostu rodziców, nie wyróżnia się z tłumu swoimi gabarytami - jest nieduża i delikatnej budowy. Gładkie, krótkie futerko ciemnieje z każdym księżycem, przybierając coraz wyraźniejsze barwy szarości i beżu. Proces ten najmocniej widać na ogonie, już od jego nasady, uszach oraz mordce wkoło oczu, gdzie wyraźnie rysują się grafitowe, klasyczne pręgi. Nietykalna pozostaje natomiast biel na znaczeniach, które zabierają sporo przestrzeni na ciele Ziółka - biały jest jej pyszczek, wraz z szeroką strzałką między oczami, szyja, pierś oraz brzuch, a także wszystkie cztery łapki, przy czym lewa przednia skarpetka jest podciągnięta prawie po sam łokieć. Na tle jasnej mordki wyróżnia się czarny nosek, z ciemnoróżową plamką pośrodku, a podobnie nakrapiane są poduszeczki łap. Ciemne uszy kończą grafitowe pędzelki. Bystre oczy koteczki mają chłodny kolor błękitu.
Ziółko wcale nie chce sprawiać kłopotów, ale one jakoś nie pytają jej o zdanie. Jak to mówią - dobrymi chęciami są wyłożone ścieżki w Ciemnym Lesie. Dość poważnie traktuje nadzieje rodziców i zamierza zostać wspaniałą i silną wojowniczką, chociaż niekoniecznie urodziła się z wymarzonym do tego charakterem. Tak naprawdę jest wrażliwa i subtelna, a przepychanki wydają się jej przykrą koniecznością niż świetną zabawą. Zgrywa znacznie bardziej hardą niż czuje się w rzeczywistości, nierzadko maskując krzykiem swoje obawy. Potrzebuje trochę czasu, by poczuć się swobodnie w czyimś towarzystwie, chociaż stara się nie zdradzać ze swoją nieśmiałością. Generalnie trochę z niej taki ślimaczek - twarda skorupka, skrywa miękkie wnętrze.
Z jednej strony zdawała sobie sprawę, że kiedy ktoś stoi przed tobą cały umazany błotem, najgorsze co można było dla niego zrobić to się gapić, ale nie mogła przestać. Wpatrywała się w kocurka nieco zadziwionym spojrzeniem, nie skupiając się na jednym punkcie, a przeskakując po całej jego sylwetce. Właściwie to w żadnym miejscu nie wyglądał lepiej, ale przynajmniej nie widać było, żeby miał jakieś groźne uszkodzenia. Tylko czy jakąkolwiek rana miała szansę wyjrzeć spoza tej panierki?
- Oh. Rozumiem. - Miauknęła elokwentnie na równie błyskotliwe wytłumaczenie Wichrzaka. - Zdarza się. - Dodała bez przesadnej empatii czy litości w głosie, za to raczej brzmiała rzeczowo, jakby takie wypadki oglądała co najmniej raz na pełnie księżyca. Poślizgnięcie w błocie nie było może czymś wartym pochwały, ale w sumie spodziewałaby się, że ze swoim szczęściem też mogłaby zaliczyć taką wątpliwą przyjemność. Nie czuła potrzeby oceniania kocura. - Nie jest stąd daleko do rzeki, może chciałbyś się opłukać? - Zaproponowała. Co prawda błoto spływało, ale pewnie poskleja futerko... Ona nie chciałaby tego potem zlizywać.
Bury tygrysio pręgowany kociak z bielą na pyszczku, gardle, piersi i brzuchu oraz białymi skarpetkami. || pełny w kp.
Jednym słowem: zahukany. Dwoma: niepewny siebie. Wydaje się być cały czas zagubiony, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i co powinien zrobić, czego dokładnie się od niego oczekuje. Nawet w tak młodym wieku bez ustanku koryguje swoje ruchy i mowę ciała, bezskutecznie starając się nie wyglądać na tak wewnętrznie rozdygotanego jak faktycznie jest. Ciągle zestresowany, czasami wręcz na skraju płaczu, mimo wszystko stara się być tak silny i dzielny, jak rodzice chcą, żądają, aby był - z bardzo różnym skutkiem. Jaki będzie to miało na niego wpływ - okaże się pewnie w niedalekiej przyszłości, bo w tym momencie więcej zwyczajnie powiedzieć się nie da. Ot, mało pewny siebie kociak.
Największa rana, jaką nabył przy tym upadku, znajdowała się na jego i tak już wątłej dumie oraz poczuciu własnej wartości. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że ciągły wzrok kotki na jego sylwetce jakoś pomagał, skoro było wręcz przeciwnie - czuł jak go świdruje spojrzeniem, choćby nawet nie miała tego w planach. Zdawał sobie sprawę, jak mało okazale wyglądał na co dzień, a oklejone błotem futro pewnie tylko zmniejszało jego ogólne rozmiary, ukazując, że jeszcze trochę mu brakowało do wyhodowania odpowiedniej ilości mięśni. Gdyby nie sierść na policzkach, pewnie byłby cały czerwony ze wstydu niczym mak w trawie.
Pokręcił gwaltownie głową w reakcji na propozycję.
- N-nie umiem pływać - wykrztusił w końcu. - A-ale dziękuję. Za pomysł. - Spróbował się uśmiechnąć, chociaż wyszedł mu raczej żałosny grymas, z odległości wyglądający pewnie jeszcze gorzej, niż gdyby kotka stała obok. Westchnął. Czuł, że powinien się ruszyć z miejsca, dogonić patrol, ale na samą myśl o tym robiło mu się skrajnie nieprzyjemnie.
- Chyba poczekam aż wyschnie... - zaczął, właściwie nie wiedząc, po co to mówi. Żeby nieznajoma się nie martwiła? Żeby jakoś sobie zracjonalizować kolejne kroki?
x
I alwayssimplify thisall thetime somehowI thinkthatI'm alone I wake upevery dayandchangemy mind ✧*̥ ˚xgoodmorningx*̥ ˚✧ I'vebeen herebeforethe warning it opensupthe door and now I'm falling ﹉﹊﹉﹊﹉﹊﹉
czarny lynx point pręgowany klasycznie z białymi znaczeniami na pysku, piersi, brzuchu i łapach / Będąc córką przeciętnego wzrostu rodziców, nie wyróżnia się z tłumu swoimi gabarytami - jest nieduża i delikatnej budowy. Gładkie, krótkie futerko ciemnieje z każdym księżycem, przybierając coraz wyraźniejsze barwy szarości i beżu. Proces ten najmocniej widać na ogonie, już od jego nasady, uszach oraz mordce wkoło oczu, gdzie wyraźnie rysują się grafitowe, klasyczne pręgi. Nietykalna pozostaje natomiast biel na znaczeniach, które zabierają sporo przestrzeni na ciele Ziółka - biały jest jej pyszczek, wraz z szeroką strzałką między oczami, szyja, pierś oraz brzuch, a także wszystkie cztery łapki, przy czym lewa przednia skarpetka jest podciągnięta prawie po sam łokieć. Na tle jasnej mordki wyróżnia się czarny nosek, z ciemnoróżową plamką pośrodku, a podobnie nakrapiane są poduszeczki łap. Ciemne uszy kończą grafitowe pędzelki. Bystre oczy koteczki mają chłodny kolor błękitu.
Ziółko wcale nie chce sprawiać kłopotów, ale one jakoś nie pytają jej o zdanie. Jak to mówią - dobrymi chęciami są wyłożone ścieżki w Ciemnym Lesie. Dość poważnie traktuje nadzieje rodziców i zamierza zostać wspaniałą i silną wojowniczką, chociaż niekoniecznie urodziła się z wymarzonym do tego charakterem. Tak naprawdę jest wrażliwa i subtelna, a przepychanki wydają się jej przykrą koniecznością niż świetną zabawą. Zgrywa znacznie bardziej hardą niż czuje się w rzeczywistości, nierzadko maskując krzykiem swoje obawy. Potrzebuje trochę czasu, by poczuć się swobodnie w czyimś towarzystwie, chociaż stara się nie zdradzać ze swoją nieśmiałością. Generalnie trochę z niej taki ślimaczek - twarda skorupka, skrywa miękkie wnętrze.
Cofnęła do tyłu uszy. No tak, zapomniała, że nie każdy jest tak zaznajomiony z wodą jak Rzeczniaki. Nawet przy jej miernej edukacji, akurat pływanie znajdowało się na szczycie listy rzeczy, których nauczyła się w życiu. Z jednej strony przynajmniej miała czym się pochwalić, z drugiej, w chwili załamania nie miałaby się nawet jak utopić ze smutku - nie żeby planowała, ale przy jej pikującym w dół światopoglądzie nie należało niczego wykluczać. - To nie jest specjalnie nic trudnego i mógłbyś opłukać się przy brzegu, ale nie będę cię namawiać. - Stwierdziła, nadal trzymając się myśli, że to naprawdę było najlepsze wyjście dla ubłoconego kocurka. Nie mniej, nie zamierzała specjalnie naciskać na ten pomysł, skoro zdecydował, że woli po prostu wyschnąć. - No, może się samo wykruszy. - Delikatnie wzruszyła barkami, bo skoro on poinformował ją o swoim pomyśle, pewnie oczekiwał, że jakoś go skomentuje. Niemniej, nie miała za wiele do dodania w tym temacie, więc zamilkła na kilka uderzeń serca, próbując nie gapić się w międzyczasie zbyt natarczywie. - Toooo... Skoro już rozmawiamy, nazywam się Zielna Łapa. - Oznajmiła finalnie.
Bury tygrysio pręgowany kociak z bielą na pyszczku, gardle, piersi i brzuchu oraz białymi skarpetkami. || pełny w kp.
Jednym słowem: zahukany. Dwoma: niepewny siebie. Wydaje się być cały czas zagubiony, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i co powinien zrobić, czego dokładnie się od niego oczekuje. Nawet w tak młodym wieku bez ustanku koryguje swoje ruchy i mowę ciała, bezskutecznie starając się nie wyglądać na tak wewnętrznie rozdygotanego jak faktycznie jest. Ciągle zestresowany, czasami wręcz na skraju płaczu, mimo wszystko stara się być tak silny i dzielny, jak rodzice chcą, żądają, aby był - z bardzo różnym skutkiem. Jaki będzie to miało na niego wpływ - okaże się pewnie w niedalekiej przyszłości, bo w tym momencie więcej zwyczajnie powiedzieć się nie da. Ot, mało pewny siebie kociak.
Doceniał jej troskę i pomysł - w końcu nawet się nie znali - ale to zwyczajnie nie było rozwiązanie dla niego. Pokręcił głową, może ponownie odrobinę zbyt gwałtownie.
- Trochę się boję. Prądy i w ogóle - słyszał o nich od kogoś ze starszych wojowników, ale nie był pewien, gdzie i kiedy, a nawet od kogo. Za to wizja przemoczonego kota kręcącego się wokół własnej osi w nurcie rzeki wyryła się w jego pamięci mocniej, niż by sobie tego życzył. Szanse, że z własnej woli wszedłby do rzeki bez żadnego ubezpieczenia w postaci faktycznie umiejącego pływać kota… Były niższe niż zero. Wolał poczekać, aż faktycznie błoto wyschnie i samo skruszeje, a potem będzie mógł się go pozbyć tak samo, jak pyłu czy innych nieprzyjemnych rzeczy. Tyle dobrego, że nie miał długiego futra.
Rozmawiali? No chyba tak, w sumie. Chyba rozmawiali. Bardzo niezręcznie i właściwie o niczym, ale była to jakaś rozmowa.
- D-drewniana Łapa - przedstawił się, jak na dobrze wychowanego kota przystało. Spróbował się nawet uśmiechnąć, chociaż domyślał się, że wyszedł mu raczej dziwaczny grymas, niż cokolwiek przyjaznego.
- Too… Jesteś z Klanu Rzeki, tak? - Prawie sam się skrzywił, słysząc swój głos. Niesamowite, co za konstruktywne pytanie, brawo, Drewniana Łapo, świetnie ci poszło. Miał nadzieję, że kotka nie uzna go za jakiegoś półgłówka, chociaż pewnie już tak o nim myślała. Sam by tak o sobie myślał na jej miejscu.
x
I alwayssimplify thisall thetime somehowI thinkthatI'm alone I wake upevery dayandchangemy mind ✧*̥ ˚xgoodmorningx*̥ ˚✧ I'vebeen herebeforethe warning it opensupthe door and now I'm falling ﹉﹊﹉﹊﹉﹊﹉
czarny lynx point pręgowany klasycznie z białymi znaczeniami na pysku, piersi, brzuchu i łapach / Będąc córką przeciętnego wzrostu rodziców, nie wyróżnia się z tłumu swoimi gabarytami - jest nieduża i delikatnej budowy. Gładkie, krótkie futerko ciemnieje z każdym księżycem, przybierając coraz wyraźniejsze barwy szarości i beżu. Proces ten najmocniej widać na ogonie, już od jego nasady, uszach oraz mordce wkoło oczu, gdzie wyraźnie rysują się grafitowe, klasyczne pręgi. Nietykalna pozostaje natomiast biel na znaczeniach, które zabierają sporo przestrzeni na ciele Ziółka - biały jest jej pyszczek, wraz z szeroką strzałką między oczami, szyja, pierś oraz brzuch, a także wszystkie cztery łapki, przy czym lewa przednia skarpetka jest podciągnięta prawie po sam łokieć. Na tle jasnej mordki wyróżnia się czarny nosek, z ciemnoróżową plamką pośrodku, a podobnie nakrapiane są poduszeczki łap. Ciemne uszy kończą grafitowe pędzelki. Bystre oczy koteczki mają chłodny kolor błękitu.
Ziółko wcale nie chce sprawiać kłopotów, ale one jakoś nie pytają jej o zdanie. Jak to mówią - dobrymi chęciami są wyłożone ścieżki w Ciemnym Lesie. Dość poważnie traktuje nadzieje rodziców i zamierza zostać wspaniałą i silną wojowniczką, chociaż niekoniecznie urodziła się z wymarzonym do tego charakterem. Tak naprawdę jest wrażliwa i subtelna, a przepychanki wydają się jej przykrą koniecznością niż świetną zabawą. Zgrywa znacznie bardziej hardą niż czuje się w rzeczywistości, nierzadko maskując krzykiem swoje obawy. Potrzebuje trochę czasu, by poczuć się swobodnie w czyimś towarzystwie, chociaż stara się nie zdradzać ze swoją nieśmiałością. Generalnie trochę z niej taki ślimaczek - twarda skorupka, skrywa miękkie wnętrze.
Pokiwała łbem, ostatecznie kończąc temat. Skoro kocurek przyznał wprost, że boi się rzeki, tym bardziej nie zamierzała dalej namawiać na pływanie. Z tego co wiedziała to strach bywał w wodzie gorszy i bardziej niebezpieczny niż same prądy czy wiry. Sama potrafiła pływać, ale nie chciałaby narażać innego kota - nie miała pojęcia, czy w trudnej sytuacji potrafiłaby go wyratować z opresji.
Uśmiechnęła się, kiedy Wichrzak się przedstawił. Był to bardziej uprzejmy niż wesoły uśmiech, ale poszło jej odrobinę lepiej niż nowemu koledze. Rozmowa rzeczywiście nie należała do najbardziej zręcznych, ale Ziółko przeżyła zdecydowanie gorsze i nie zamierzała się od razu zrażać.
- No tak. - Przyznała mu rację i ugryzła się w język zanim powiedziała "A ty z Wichru". Wtedy poziom konwersacji zapadłby się w błocie tak jak chwilę wcześniej Drewniana Łapa i nie byłoby już czego ratować.
- To w Klanie Wichru w ogóle nie uczycie się pływać? - Spróbowała.
Bury tygrysio pręgowany kociak z bielą na pyszczku, gardle, piersi i brzuchu oraz białymi skarpetkami. || pełny w kp.
Jednym słowem: zahukany. Dwoma: niepewny siebie. Wydaje się być cały czas zagubiony, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i co powinien zrobić, czego dokładnie się od niego oczekuje. Nawet w tak młodym wieku bez ustanku koryguje swoje ruchy i mowę ciała, bezskutecznie starając się nie wyglądać na tak wewnętrznie rozdygotanego jak faktycznie jest. Ciągle zestresowany, czasami wręcz na skraju płaczu, mimo wszystko stara się być tak silny i dzielny, jak rodzice chcą, żądają, aby był - z bardzo różnym skutkiem. Jaki będzie to miało na niego wpływ - okaże się pewnie w niedalekiej przyszłości, bo w tym momencie więcej zwyczajnie powiedzieć się nie da. Ot, mało pewny siebie kociak.
Bał się wielu rzeczy, nie tylko rzeki i prądów, ale tego nie musiał jej mówić. Nie musiał mówić nikomu, a przynajmniej nie teraz. Najlepiej nigdy. Cieszył się za to, że nie drążyła więcej tematu; zamiast na odrzucaniu uprzejmych propozycji skupił się teraz na modleniu się o odrobinę słońca, aby błoto wyschło szybciej.
Pokręcił głową w odpowiedzi na jej pytanie.
- Nie mamy od kogo. - Nie wydawało mu się, by chociaż jeden z jego klanowiczów miał przyjemność nauczyć się pływać, przynajmniej nie z tych obecnie żywych. Kto wie, może Czerwony Pazur miał jakieś ukryte talenty, którymi się nie podzielił? Drewniana Łapa odruchowo chciał usiąść i nawet już obniżał tylną część ciała, kiedy zorientował się, że właściwie to nie wyszedł jeszcze z tego błota, i poderwał się gwałtownie do góry. Odchrząknął, żeby ukryć zakłopotanie, a potem chwilę mu zajęło znalezienie pytania, które mógł zadać bezpiecznie, bez bycia posądzonym o marne akcje wywiadowcze.
- Czy to prawda, że jecie tylko ryby? - zagaił dla odmiany usłyszaną gdzieś kiedyś plotką.
x
I alwayssimplify thisall thetime somehowI thinkthatI'm alone I wake upevery dayandchangemy mind ✧*̥ ˚xgoodmorningx*̥ ˚✧ I'vebeen herebeforethe warning it opensupthe door and now I'm falling ﹉﹊﹉﹊﹉﹊﹉