mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
- Po co? To najlepszy straszak na niechcianych gości. Chwilę z nim pogadają i sami uciekają. - Rzucił od niechcenia, chociaż powoli tracił zainteresowanie rozmową o imionach, a zwłaszcza nie miał ochoty myśleć w tym momencie o Skrzącym Słowie. Niemniej był pewien, że nawet wściekły lis by uciekł, gdyby zamiast z nim walczyć, wojownik próbowałby rozmawiać z nim o Gwiezdnym Klanie.
Kimś kto nie uciekał był natomiast Orion.
Jak na kogoś tak niewielkiego wzrostu Kostek potrafił roztoczyć wokół siebie onieśmielającą aurę, zwłaszcza jak nie przerywając kontaktu wzrokowego, pakował się w czyjąś strefę osobistą. Powietrze wokół nich gęstniało odwrotnie proporcjonalnie do przestrzeni pomiędzy nimi i kocurek był pewien, że drugi oriental czuł to, ale podejmował rzucone mu wyzwanie. Pozostawał idealnie niewzruszony - godny przeciwnik. Liliowy uśmiechnął się szeroko, gdy w polu widzenia pojawił mu się rudawy pyszczek - w dużym powiększeniu - bo samotnik nachylił się, zrównując ich poziomami. Ich nosy dzieliła grubość wąsa.
- Skąd wiesz, że to nie właśnie od ziółek? - Kość zazwyczaj mówił powoli, ale w sferze prywatnej Oriona, jakby głos mu się dodatkowo rozleniwił. Bezlitośnie przeciągał każdą zgłoskę. - Mój brat jest medykiem, jak już wcześniej rozmawialiśmy, więc mam dostęp do takich najlepszych, co czynią mnie... hmm, nie mogę powiedzieć od razu jakim, ale wiedz, że wszystko co dobre ma skutki uboczne. - Zamilkł na chwilę, wpatrując się bez mrugnięcia w ślepia Oriona. Dla odmiany były idealnie niebieskie i Kostek mógł równie dobrze wgapiać się w wyjątkowo czyste źródło. Przemknęło mu przez myśl, że "Masz oczy jak Szepcząca Sadzawka" byłoby idealnym komplementem jakby przynajmniej jedno z nich maniakalnie wierzyło w Gwiezdny Klan i wielbiło wszystko, co ich dotyczyło.
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. Skubany, ich obecne położenie nie ruszało go w najmniejszym stopniu, a przynajmniej nie dawał po sobie tego poznać. Nie żeby cynamonowy point jakkolwiek mu ustępował w utrzymywaniu tej fasady obojętności, ale no właśnie – fasady. Musiał skupiać się nawet na tak prozaicznych czynnościach jak oddychanie, w obawie, że w innym wypadku nieintencjonalnie się udusi; ot, zapomni wziąć wdech czy wydech. Na tym by nie wzdrygać się ilekroć ciepłe powietrze owiewało jego pysk, sprawiając, że uderzenie serca później otaczający ich mróz stawał się jeszcze nieznośniejszy. Ogólnie jakby ktoś go pytał – średnia sytuacja. Czy zamierzał się z niej wycofać? Ha, po jego trupie. Nie, on zamierzał wygrać tę grę bez jasno nakreślonych zasad.
– Czemu nie możesz? – w przeciwieństwie do niektórych szanował naturalny upływ czasu i nie starał się go samodzielnie zakrzywić. – Czy to rzeczywiście aż tak wielka tajemnica? – ton Oriona, zestawiony z rozleniwionym Kostkowym, mógłby wręcz uchodzić za z lekka niecierpliwy. Mimo że na normalne standardy był całkiem zwyczajny. – A mógłbyś po prostu wspomnieć co za ziółka i jak działają. Niesympatycznie zatajać takie informacje. Może też bym chciał ich spróbować. – prychnął lekko, zupełnie ślepy na własną hipokryzję. Chronienie anonimowości Jaśniejącego to co innego. W oczekiwaniu na odpowiedź przesunął długą kitę, by w następnym ruchu zaczepić nią liliowego – czy to o bok, o udo, czy przednią łapę; zależnie od tego na co odległość pozwalała, nie był wybredny. Chciał go tylko musnąć samą końcówką, tak pod włos.
Oczywiście zupełnym przypadkiem.
mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
Przewaga Kości polegała na tym, że on nie musiał udawać rozleniwienia i obojętności, bowiem obecne położenie naprawdę nie ruszało go w najmniejszym stopniu. Przynajmniej nie w negatywnym sensie. Świadomość bliskości drugiego kocura zamieniała się w mrówki biegnące mu wzdłuż kręgosłupa, ale żaden niepokój nie odbierał mu oddechu. Miał poczucie kontroli, pomimo całkowitej przewagi wzrostu czy siły po stronie Oriona. W tym pojedynku fizyczna potęga nie dawała wygranej, liczyła się wyłącznie siła woli.
Nieznacznie drgnęły mu wargi, gdy ton orienta zabrzmiał mu niecierpliwie. Pytanie: dlaczego? Chciał jak najszybciej uwolnić się z układu, w którym znajdowali się stanowczo za blisko siebie jak na nieznajomych, czy może tak bardzo spieszno mu było to poznania tajemnic Kostka i jego ziołowych specjałów? - Oh? - Wyrwało się niewinnie z liliowego pyszczka, trudno ocenić, czy w reakcji na fizyczną zaczepkę puszystą kita, czy też skierowane ku niemu zarzuty. - Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek deklarował, że jestem inny niż niesympatyczny. - Mruknął i postąpił jeszcze krok do przodu, chociaż definitywnie nie było pomiędzy nimi miejsca na takie ruchy. W efekcie koścista kończyna znalazła się idealnie pośrodku pomiędzy dwoma przednimi łapami Oriona, a beżowy bark zatonął w białym futerku. Kostek musiał odrobinę niewygodnie wygiąć szyję, by nadal utrzymać nieruchomy kontakt wzrokowy. - Mógłbym. Tylko czemu miałbym zaryzykować, że spróbujesz ich beze mnie- Kontynuował tym samym niespiesznym tonem. - Mógłbym ci też od razu wymruczeć wszystkie swoje sekrety prosto do ucha, ale jaka byłaby w tym rozrywka? - Uśmiechnął się, trochę nieładnie. Jego oczy niemal całkiem poczerniały, gdy rozszerzone źrenice połknęły większość błękitu.
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Mroźniejsze podmuchy wiatru rozwiewały starannie ułożone kłaczki, ale bądźmy szczerzy – Orion nie zauważał teraz tego zamachu na starannie ułożoną szatę. Ani tym bardziej otaczającego chłodu, skoro liliowy oriental znalazł sposób by podejść jeszcze bliżej. Jeśli wierzyć w istnienie przestrzeni osobistej (a ewidentnie niektórzy tutaj nie słyszeli nigdy o takim koncepcie) to nie można by powiedzieć teraz choćby słowa o jej naruszaniu. Naruszanie to było parę uderzeń serca temu, obecnie najzwyczajniej w świecie obaj w pełni znajdowali się w bańce cynamonowego pointa. Żywił względem tej sytuacji całkiem ambiwalentne uczucia. I nie do końca chciał je rozkładać teraz na czynniki pierwsze, by samemu się nie złożyć w pół.
O ile spiął się w pierwszej chwili, tak już z najbliższym wydechem udało mu się rozluźnić zaalarmowane mięśnie i pozbyć widma sztywności ze swojej postawy. Chociaż daleko było mu do zrelaksowanego kota, nie oszukujmy się. – Widzisz, na to jest proste rozwiązanie akurat. Mógłbyś od razu zaoferować... – ...jak na sympatycznego kota przystało... – ... że podzielisz się ziółkami, a nie samą nazwą. Nie byłoby wtedy ryzyka. – no chyba, że cynamonowy point chwyciłby te chwasty w zęby i pognał gdzieś za linię horyzontu, zostawiając po sobie jedynie kilka jasnych włosów. Taka możliwość również istniała. Jej prawdopodobieństwo było jednak wątpliwe. – Wiesz, póki co nie podzieliłeś się żadnym. – zauważył z krzywym uśmiechem. – Sekretem. – dodał jeszcze, na wypadek gdyby nie było oczywiste do czego wracał.
Nie mógł powiedzieć by wygodnie mu się siedziało, jednak powstrzymywał się przed poprawieniem pozycji. Już nawet nie martwił się, że zostanie to odebrane jako odsunięcie równoznaczne z przegraniem nieokreślonej gry, a dlatego że – paradoksalnie – obawiał się, że w rezultacie liliowy się odsunie.
mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
Natomiast Kostek od drżenia z zimna głównie powstrzymywał się siłą woli. Bliskość Oriona nie była wystarczająca, ani tak zajmująca, by ogrzać go całkowicie, a terminator nie tylko nie nawykł do spędzania tak długiego czasu na chłodzie i wietrze, co nie miał długiego futra jak samotnik. Jego wątła szata nie dawała zbyt wiele ciepła w takich warunkach. Zdecydowanie najbardziej ogrzanymi częściami jego ciała był zanurzony w jasnej sierści bark oraz mordka, którą owiewał wyraźnie cieplejszy niż wiatr oddech drugiego kocura.
- Mmm... - Wymruczał, jakby rozważał zaproponowany scenariusz. Tak naprawdę zastanawiał się, czy jakby zrobił maślane oczy w stronę Cisa to udałoby się mu dostać dostać coś niekoniecznie cennego, czym mógłby potem nafaszerować orientala. Jakiś rumianek na uspokojenie dobrze by mu zrobił, bo nie wyglądał na całkowicie rozluźnionego. Trudno powiedzieć, czy w Królikarni kryła się jakaś kocimiętka lub coś równie rozweselającego - jeżeli tak, Barwna Woda nie łaziłby taki wiecznie smętny. - Tak jak i ty. - Zauważył głośno z lekkim uśmiechem. Obrócił nieznacznie pysk, smyrgając Oriona wąsami w nos. - Ale umówmy, że dopiero się poznaliśmy i sekrety, i poczęstunki zostawiamy na następne spotkanie. - Z tym stwierdzeniem Kostek zrobił dokładnie to, co obawiał się spowodować Orion - cofnął się o dwa kroki i odsunął ze strefy osobistej pointa. Momentalnie tego pożałował, bo zrobiło mu się jeszcze zimniej niż do tej pory, aż zachciało mu się zaszczękać zębami, ale i tak ewidentnie zamierzał kończyć spotkanie - chyba, że Orion byłby zdeterminowany go zatrzymać.
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Wieszczek trochę odważniej zapuszczał się na drugą stronę drogi.
Rządziła się ona swoim rytmem, który po poznaniu okazywał się dość powtarzalny. Dzięki temu kocurek wiedział, kiedy może bezpieczniej zapuścić się na przeciwny brzeg, lądując tym samym u samej granicy Klanu Rzeki. Czasami zastanawiał się, czy za którymś razem spotka tutaj swojego drugie ojca, ale to nie był cel jego wycieczek. Po prostu chciał poznać zwykłych Rzeczniaków. Dowiedzieć się jacy są, co robią na co dzień. Czy ich życie różni się od jego oraz innych Nowoświtowców.
Przystanął, przerywając na chwilę swój spacer wzdłuż jaru. Zmrużonymi oczami zapatrzył się w szereg szarawych brzóz. Drzewa rosły tutaj w przedziwnie równym rzędzie, co nieustannie go zadziwiało.
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
Nie był pewny jak długo biegł. Jedyne, na czym mu zależało, to znaleźć się jak najdalej od obozu, od wszystkich kotów, od martwego ciała Barwnej Wody. Ale teraz nie miał już siły robić tego dalej, musiał przystanąć, uspokoić oddech, uspokoić siebie całego, bo w takim stanie nie powinien się nikomu pokazywać. A później?
Jeśli to, co działo się teraz w obozie przypominało większość pogrzebów, w których zdążył uczestniczyć w swoim niezbyt długim życiu, zdecydowanie nie chciał tego widzieć. Niech wszyscy chociaż raz poradzą sobie sami, on najwyraźniej i tak nie mógł nikomu pomóc.
Dopiero teraz rozejrzał się po miejscu, do którego dotarł, uświadamiając sobie, że znalazł się już niedaleko granicy, za którą czekała tylko Grzmiąca Ścieżka i krainy, o których nie wiedział praktycznie nic. Prawdopodobnie zawróciłby stąd jak najszybciej, wracając do miejsc, które znał lepiej, gdyby jeden element krajobrazu nie przyciągnął jego uwagi.
Obcy kot stojący między drzewami. Pierwszy spoza Rzeki, jakiego Skała kiedykolwiek widział. Co on tu robił? Czemu podszedł tak blisko ich terenów? Może jednak jego klan potrzebował go również w tym momencie.
Wdech. Wydech. Musiał teraz wyglądać poważnie. Groźnie. Całkowicie spokojnie i pewnie, nie jak ktoś, kto przed chwilą uciekł z pogrzebu swojego wuja. Wyprostował się. Futro jednak dalej miał rozczochrane i każdy, kto przyjrzał by mu się bliżej mógłby stwierdzić, że coś było z nim nie tak. - Stój! - zaczął, zbliżając się do obcego kocura i już wypowiadając to słowo uświadomił sobie, że nie miało zbytnio sensu, skoro nieznajomy w tym momencie i tak się nie ruszał - Znajdujesz się przy terenach klanu Rzeki. - poinformował go, starając się zabrzmieć mocno i zdecydowanie, ale w rzeczywistości głos jeszcze trochę mu drżał. Zatrzymał się parę kroków od granicy, patrząc na napotkanego kota i oczekując jakichś wyjaśnień z jego strony.
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Drgnął gwałtownie, gdy czyjś głos wyrwał go z głębokiego zamyślenia. Jego zogniskowany na rzędach drzewa wzrok szarpnął się w bok i spoczął na nieznajomym kocie, który... oh, miał futerko podobne do jego własnego! Po raz pierwszy widział kogoś takiego. W związki z tym ostentacyjnie wlepił w przybysza ślepia i przez kilka uderzeń serca zapomniał, że powinien zareagować w jakiś sposób na jego słowa. Zamiast tego morskimi oczami śledził w jaki sposób barwy układają się potarganej kryzie, sunął spojrzeniem w górą szyi, aż spoczął na żółtych ślepiach i wyczekującym wyrazie pyszczka... - Ach tak. [i] - Westchnął Wieszczek głośno, uświadamiając sobie, że ciemny kot coś do niego mówił. Pewnie liczył na jakąś odpowiedź. - Wiem o granicy Klanu Rzeki, dziękuję. - Poinformował go. W końcu to rzeczona granica była powodem, dla którego znalazł się w tym miejscu. - Dopóki jej nie przekraczam to jest w porządku, prawda? - Dopytał jeszcze, bo chociaż tak mu mówiono... reakcja tamtego dawała mu poczucie, że już sam fakt pozostawania [i]obok stanowił problem. - Dobrze rozumiem, że ty jesteś kotem stamtąd? - Skoro już zadawał pytanie, rzucił jeszcze jednym. Ot tak by wszystko było jasne.
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
Na szczęście Skale całkiem nieźle wychodziło skupianie się na jednej rzeczy, a teraz sprawa stojącego przed nim kocura stała się przynajmniej chwilowo bardziej istotna od wszystkiego, co zostało w obozie. Spotkanie kogoś w tym momencie było dla niego prawdopodobnie lepsze od dalszego samotnego biegania po terenach. Nawet, jeśli był to ktoś, kogo uznawał za potencjalnego wroga.
Czyli wiedział o Rzece. Był tu już wcześniej? Czy może po prostu nawet każdy dziwny samotnik zdawał sobie sprawę z siły ich klanu, na pewno tak powinno być. Skinął głową w odpowiedzi na to, że póki trzyma się poza granicą, przynajmniej teoretycznie wszystko było w porządku.
Nie powinien mu podawać pewnie zbyt dużo osobistych informacji. Bo inaczej kocur będzie je mógł wykorzystać do... Skała nie miał pojęcia do czego mogłyby mu się przydać, ale był pewny, że nie należało mu ufać. Ale sam fakt, że należał do klanu, chyba i tak powinno być dość oczywiste, patrząc na jego dotychczasowe zachowanie. - Tak. - potwierdził krótko, również i to, nie spuszczając z kocura wzroku. Żeby móc szybko zareagować, gdyby jednak zdecydował się zrobić te kilka kroków do przodu. - A ty? Skąd się tu wziąłeś? - Po przyjrzeniu mu się uważniej, mógł stwierdzić, że mogli być w podobnym wieku, sam niedawno został terminatorem, więc wątpił, że nieznajomy znał się już bardzo dobrze na samodzielnym życiu. Musiał mieć gdzieś jakąś rodzinę, mistrza, kogokolwiek.
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Dla odmiany Wieszczek, chociaż miał z natury niezbyt przyjazny wyraz pyszczka, zamiary miał jak najbardziej koleżeńskie. Ani nie zamierzał niczego specjalnie ukrywać, czy udawać, ani przekraczać granicy, czy robić czegokolwiek innego co mogło go narazić na gniew i nieprzychylność drugiego kota. Przyglądał mu się ze szczerą ciekawością, jakby zupełnie ignorując... formalność, czy też spięcie w postawie i słowach. Nie każdy musi być od razu otwarty na nieznajomych, Wieszczek akceptował rezerwę, nieufność, czy nieśmiałość. Były to chyba całkiem normalne dla innych emocje.
Nawet jeżeli dla niego niekoniecznie.
- Przyszedłem z drugiej strony drogi. - Powiedział prosto, wskazując łbem w kierunku o którym mowa, jednak ślepia dalej miał wlepione w Rzeczniaka. - Nazywam się Wieszczek. A ty jakie nosisz imię? - Zapytał. W końcu przyszedł tu poznawać koty z Klanów, a chyba w ten sposób było najprościej zacząć. - Twoim zadaniem jest pilnowanie granicy?
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
Czyli zza Grzmiącej Ścieżki, bo o nic innego chyba nie mogło mu tu chodzić. Miało to sens. A jednocześnie było frustrująco mało konkretne, bo tyle to i Skała mógł domyślić się wcześniej. Z jakiego innego miejsca miałby się tu wziąć? Z klanu Wichru? Nie miał zapachu jak ich granice. - Dziwne imię. Co to w ogóle znaczy? - Czy naprawdę go to obchodziło? Niezbyt. Ale jednocześnie było to jakieś słowo, którego nie znał i to było dziwne. Co takiego mogło być po tej drugiej stronie drogi, że musiały na to istnieć określenia, których oni nie używali? Cokolwiek to było, powinno się trzymać z dala od Rzeki. O tym, że ktoś mógłby się nazywać jakimś bezsensownym zlepkiem liter w ogóle nie pomyślał, to przecież byłoby głupie. - Skalista Łapa. Mam wiele zadań. - A to, co to dokładnie oznaczało nie powinno już Wieszczka interesować. On mógł dawać jakieś niedokładne odpowiedzi, to czemu i Skała miałby od razu mówić mu wszystko? A poza tym co miałby powiedzieć... Że uznał za swój obowiązek pomóc swojemu wujowi, a teraz był on martwy? Spuścił na moment głowę i syknął cicho do siebie coś niezrozumiałego.
Nie. Teraz miał nową misję, przypilnować, by ten samotnik na pewno nie przekroczył ich granicy. I na tym musiał się skupić. Spojrzał z powrotem na Wieszczka, oczekując kolejnej odpowiedzi.
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be
Bardzo wysoka, choć nie masywna kotka. Posiada szczupłą, wręcz chudą sylwetkę. Futerko jej jest dość rzadkie i długie, jedynie na kryzie nabiera na objętości. Barwi się ono na czarno-biało, z wyjątkowymi plamami na grzbiecie i łapkach, wynikającymi z mutacji fińskiej. Biel pokrywa końcówkę ogona, łapki, większość mordki, oraz całą kryzę. Dodatkowo posiada czarny nosek i skośne oczka o pięknym niebieskim kolorze.
Księżniczka. Niecierpliwa, uważa, że jej się wszystko należy. Zwykle spokojna i oschła, jednak zdarza jej się czasem wybuchnąć. Ma obsesje na punkcie swojego wizerunku i chce być postrzegana za jak najlepszą wersję siebie. Wiecznie chodzi wyprostowana z uniesioną głową, patrząc na innych z góry. Mimo wielu planów i ambicji niechętnie podchodzi do pracy, jednak gdy podejmie się jakiegoś zadania musi być ono dopięte na ostatni guzik, czyli w skrócie ma jej to wyjść lepiej niż mogłoby innym.
Wędrowali przez dłuższą chwilę. W czasie podróży musieli też pokonać rzekę odcinającą chyba tereny dwóch różnych klanów, bo zapach, który teraz kotka odczuwała po swojej lewej stronie był inny niż ten wcześniej. Domyślała się, że to granice jakichś klanów, ale nie miała pojęcia, który jest który. Chociaż… Czuła w tej okolicy nutę znajomego zapachu, zapachu, który kojarzył się jej z Raniuszkiem. O dziwo było to dość niedaleko terenów Nowego Świtu, niemalże po drugiej strony ulicy. Choć zawsze mogła się mylić i to znajome uczucie było jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności.
Ostatecznie skręcili gdzieś wgłąb szarych brzóz, a odór granicy tylko się nasilał, aż nie znaleźli się nad jakimś wąwozem. Ciapata spojrzała w dół, a następnie na dolinę znajdującą się po drugiej stronie. Jeśli to nie był koniec klanowych terenów, to już nie wiedziała co może nim być. - Czy to tu? - zapytała trochę zdumiona. Bo w końcu, jeśli liliowy potwierdzi, to znaczy, że jej rzeczna rodzina znajdowała się tak blisko, a kotka nie zdawała sobie z tego sprawy...
‧₊˚❀༉‧₊˚. well,you're onlybothered'cause you'restaringx xxxxxxxxxxand you'llnevertalk meintocaring xxxxxxx'cause it's myown,and I'llkeep owning it xxx I'ma do just whatI wanton the regularxxxxxxxxxx and it'sreallynot my faultif you'rescaredof axx sweet,little,unforgettablething ♡
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Dojście tutaj nie było problemem... dla niego. Z każdym krokiem był bliżej Gromu, więc nie czuł się ani odrobinę dziwnie. Co innego można powiedzieć o młodszej koteczce, która była zupełnie nie z tych stron i zdecydowanie, z każdym krokiem była coraz dalej tych swoich. Nie był to jednak nazbyt jego problem - teraz był tylko przewodnikiem i miał doprowadzić ją do Klanu Rzeku. - Mhm, to już tam blisko. Jak poczujesz rybi smród, ale taki super intensywny, będziesz mogła być pewna, że jesteś na granicy Klanu. Wtedy czekasz aż pojawi się jakiś patrol i z nimi masz rozmawiać. Jak przekroczysz teren, to pamiętaj że mogą cię przegnać albo nawet skrzywdzić - wymruczał spokojnie, wzrok kierując przed siebie. Wątpił, by ją zabili... ale lepiej być ostrożnym i dać jej znać, że nie ma prawa iść zbyt daleko.
Bardzo wysoka, choć nie masywna kotka. Posiada szczupłą, wręcz chudą sylwetkę. Futerko jej jest dość rzadkie i długie, jedynie na kryzie nabiera na objętości. Barwi się ono na czarno-biało, z wyjątkowymi plamami na grzbiecie i łapkach, wynikającymi z mutacji fińskiej. Biel pokrywa końcówkę ogona, łapki, większość mordki, oraz całą kryzę. Dodatkowo posiada czarny nosek i skośne oczka o pięknym niebieskim kolorze.
Księżniczka. Niecierpliwa, uważa, że jej się wszystko należy. Zwykle spokojna i oschła, jednak zdarza jej się czasem wybuchnąć. Ma obsesje na punkcie swojego wizerunku i chce być postrzegana za jak najlepszą wersję siebie. Wiecznie chodzi wyprostowana z uniesioną głową, patrząc na innych z góry. Mimo wielu planów i ambicji niechętnie podchodzi do pracy, jednak gdy podejmie się jakiegoś zadania musi być ono dopięte na ostatni guzik, czyli w skrócie ma jej to wyjść lepiej niż mogłoby innym.
Mmm czyli jej przeczucie się nie myliło. Aż po grzbiecie ciapatej przeszły ciarki, na samą myśl, że cała jej rodzina znajduje się niemalże na wyciągnięcie łapy. Zostało tylko poczekać, aż ktoś łaskawie się zjawi… Choć musiała przyznać, że sam pan przewodnik również ją zaintrygował. Podczas podróży wyłapała u niego bliznę, nie wiedziała, czy wrodzoną, czy nie, ale wyraźnie brakowało mu palca. Wspomniał również o przegnaniu a nawet skrzywdzeniu… Ciekawe czy było to może jakoś powiązane - A co, przekonałeś się kiedyś na własnej skórze? Czy sam pochodzisz z jakiegoś klanu? - zapytała zaciekawiona, wracając wzrokiem wgłąb terenów.
‧₊˚❀༉‧₊˚. well,you're onlybothered'cause you'restaringx xxxxxxxxxxand you'llnevertalk meintocaring xxxxxxx'cause it's myown,and I'llkeep owning it xxx I'ma do just whatI wanton the regularxxxxxxxxxx and it'sreallynot my faultif you'rescaredof axx sweet,little,unforgettablething ♡
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
- Pshh, z wszystkich win akurat przekraczania granicy mi nie można zarzucić! - parsknął cichym śmiechem. Zdecydowanie, nigdy tego nie robił, na szczęście. Jego syn - zaginiony już - notorycznie przekraczał granice z Wichrem z kto wie jakiej idei, ale Wąż? Grzecznie czekał na patrole, nie ważne co się działo. - Ale jestem z Klanu. Nie tego, tylko sąsiedniego. No... i do nas właśnie dwójka z Rzeki kiedyś przyszła! Jeden był bardziej skory do walki niż ja, ale tylko odprowadziłem ich na granicę. Osobiście nie lubię się bić z innymi tak... na poważnie. Ale koty są różne.
Niestety. Oczywiście, świat pełen takich pokojowych kotów byłby terrorem, ale z drugiej strony, absolutne przeciwieństwo tego również nie było dobre. I niektórzy tylko czekali na to, żeby z kimś się pobić!