Sylwetkę Młody ma raczej niepozorną. Odrobinę niższy od przeciętnego kota, lekko zbudowany, ale nie chorobliwie kościsty. Ma gładkie, krótkie futerko, jednolicie czarne, poza białymi znaczeniami, których jest trochę za mało, żeby tworzyły harmonijną kompozycję - krawacik jakby za krótki, bródka za wąska, paluszki niekompletne. Nadrabia wyrazistą ekspresją - zarówno tą podświadomą, gdy ruchy łap i mimika pyszczka zdradzają jego samopoczucie, jak i tą wystudiowaną, kiedy celowo moduluje głosem i gestem, aby przekonać słuchacza do swojej narracji. Bez wątpienia pomocnym narzędziem są tu jego oczy - bardzo jasne, przejrzyste, szarobłękitne, nieco jakby wypłowiałe po brzegach i z intensywniejszą barwą przy źrenicy; piękne, wyjątkowe i pełne wyrazu.
Dużo bardziej złożona osobowość, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Jest śmiały, wygadany, może nawet nieco narcystyczny, gdy z nie przyjmującą sprzeciwu pewnością przekonuje o jakichś swoich racjach. Dzięki nieprzeciętnej charyzmie nawet ktoś prawdziwie inteligentny potrzebuje chwili, aby wyczuć, że Młody tak naprawdę nie jest najostrzejszym pazurem w łapie, a jedynie opanował sztukę marketingowej retoryki. Niemniej, ma w sobie pewną naturalną błyskotliwość, kreatywność i zdolność do adaptacji. Przy obcych niekiedy aż przytłaczający, przy przyjaciołach (przyjacielu?) luzuje, pokazuje swoją swobodniejszą, dowcipną stronę. Co kryje się za tą żywą i barwną fasadą? Sam woli o tym nie myśleć.
Chaotyczny Lot, Gęsiopióry i inni.
Krótka, acz jakby sympatyczna (ze strony konia) interakcja między nim a Szpadlem wyglądała na tyle ciekawie, że Młody aż poczuł się urażony, że JEGO to wielkie zwierze nie chciało wąchnąć i po prostu odwróciło się zadem, by żreć trawę. A czemu niby, co, gorzej pachniał, wyglądał? W jego opinii było wręcz przeciwnie, raczej był przystojniejszy niż Stary i mniej capił.
Bezguście.
No ale dobra, nikomu nic się nie stało, oprócz jego delikatnie urażonego ego. Wszyscy zdrowi. Na Szpadlową zaczepkę odpowiedział wywróceniem szybkiego młynka oczami. Obaj dobrze wiedzieli, czemu się na niego patrzył. I nie chcesz, Szpadel, usłyszeć na ten temat komentarza.
– Mam przeczucie, że tam będzie sporo myszy – rzucił na rozładowanie napięcia – Masz szczęście, bo polujesz dzisiaj. Za próbę zrzucenia mnie z płotu i zrobienia ze mnie inwalidy!
Księżyce: 120 Płeć: M Trwałe urazy: pionowa blizna na przedniej prawej łapie, naderwane lewe ucho
Długi i dość wysoki, Szpadel sprawia wrażenie kogoś solidnie zbudowanego, chociaż nieszczególnie ponadprzeciętnie. Ma jednolicie czarne, średniej długości futro, które w słońcu mieni się brunatną barwą. Monotonię przecinają tylko żółte niczym latarnie ślepia. Poważnej aury dodaje mu fakt, że zwykle mimiką niewiele zdradza - ciężko stwierdzić, czy wynika to z celowego ukrywania swoich emocji, czy z faktu, że Szpadel po prostu niewiele odczuwa. W młodości mógł uchodzić za kota wręcz pięknego - teraz jednak odcisnęły się na nim trudy życia w mieście. Na przedniej prawej łapie ma długą, wąską bliznę, a lewe ucho naderwane; futro często ma w nieładzie, zwichrzone i potargane. W efekcie Szpadel wydaje się być nikim więcej niż wędrownym łotrem.
Cicha woda. Obserwator. Łatwo wziąć go za kogoś, kto nigdy nie ma własnego zdania. Zmiany przychodzą mu ciężko, a nawiązywanie głębokich, wartościowych relacji tym bardziej. W rzeczywistości ma zarówno większe poczucie humoru, gdy rozbawi go coś nieprzewidzianego, jak i duże pokłady gniewu, od którego nie potrafi odseparować się tak dobrze, jak by chciał, lecz stara się ukryć przed innymi. Sprawia wrażenie raczej spokojnego i rozważnego, czasem wykalkulowanego, lecz prawda jest taka, że najważniejsze decyzje podejmuje pod wpływem emocjonalnych impulsów.
Śliska Kora, Lotna Łapa, Skała
Gdyby nie życie, które naprowadziło ich na wspólne tory, Szpadel pewnie ciągle by utrzymywał, że Młody jest nieznośną katarynką, której główną właściwością jest wzbudzanie w innych (Szpadlu) irytacji. No, ale pewnych rzeczy nie mówili.
Stąpał raźno i pewnie za Młodym z niewzruszonym wyrazem pyska. Dla nieznajomych pewnie byłoby całkowicie niewidoczne, że serce nadal biło mu trochę szybciej.
Nie lubił nieprzewidzianych sytuacji. Ale ktoś musiał sobie z nimi radzić.
Prychnął nieco zawadiacko na komentarz Kreta. - Tak mi dziękujesz za uratowanie skóry? Mogłeś zginąć. A zaszczyt polowania pozostawię tobie, w zamian za to, że wyprowadziłeś mnie na takie piękne manowce.
Chociaż nie przyznałby tego Młodemu, nie zapowiadało się wcale tak źle jak mówił, chociaż łapy bolały go od marszu. Pejzaż piękny; budynek przed nimi zaprawdę zacny z daleka... A jeszcze gdyby rzeczywiście były w nim myszy? Nic tylko jeść, spać, jeść. Nic tylko czekać, aż coś się po drodze wykrzaczy.
Sylwetkę Młody ma raczej niepozorną. Odrobinę niższy od przeciętnego kota, lekko zbudowany, ale nie chorobliwie kościsty. Ma gładkie, krótkie futerko, jednolicie czarne, poza białymi znaczeniami, których jest trochę za mało, żeby tworzyły harmonijną kompozycję - krawacik jakby za krótki, bródka za wąska, paluszki niekompletne. Nadrabia wyrazistą ekspresją - zarówno tą podświadomą, gdy ruchy łap i mimika pyszczka zdradzają jego samopoczucie, jak i tą wystudiowaną, kiedy celowo moduluje głosem i gestem, aby przekonać słuchacza do swojej narracji. Bez wątpienia pomocnym narzędziem są tu jego oczy - bardzo jasne, przejrzyste, szarobłękitne, nieco jakby wypłowiałe po brzegach i z intensywniejszą barwą przy źrenicy; piękne, wyjątkowe i pełne wyrazu.
Dużo bardziej złożona osobowość, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Jest śmiały, wygadany, może nawet nieco narcystyczny, gdy z nie przyjmującą sprzeciwu pewnością przekonuje o jakichś swoich racjach. Dzięki nieprzeciętnej charyzmie nawet ktoś prawdziwie inteligentny potrzebuje chwili, aby wyczuć, że Młody tak naprawdę nie jest najostrzejszym pazurem w łapie, a jedynie opanował sztukę marketingowej retoryki. Niemniej, ma w sobie pewną naturalną błyskotliwość, kreatywność i zdolność do adaptacji. Przy obcych niekiedy aż przytłaczający, przy przyjaciołach (przyjacielu?) luzuje, pokazuje swoją swobodniejszą, dowcipną stronę. Co kryje się za tą żywą i barwną fasadą? Sam woli o tym nie myśleć.
Chaotyczny Lot, Gęsiopióry i inni.
– Manowce?! – obruszył się dzieciak –A ja się tak starałem, żeby znaleźć piękne miejsce na nasz miesiąc miodowy! – za udawaną rozpaczą i oburzeniem stała całkiem realna obawa, że Szpadel faktycznie każe mu polować. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że miejsce ich najbliższego noclegu będzie istotnie obfitować w opasłe gryzonie i uganianie się za nimi przebiegnie dość sprawnie.
Nie bez powodu ci dwaj uciekali się do najbardziej makabrycznych sposobów, by tylko nie musieć łapać zwierzyny ani zbierać resztek. Naprawdę tego nie lubili.
Swoją drogą, Kretowi wydawało się, że Szpadel nie nienawidzi zdobywania pokarmu tak bardzo, jak on sam. W jego mglistych wspomnieniach, Stary kiedyś za bardzo na to nie narzekał i imponował Sroce (i rykoszetem jemu samemu) przynoszonymi kąskami. Być może – i myśl ta majaczyła w jego głowie już od jakiegoś czasu, ale należała do tych, których wolał nie wymawiać na głos – zapłata była dla Szpadla, owszem, ważna, ale nie najważniejsza…
On sam natomiast darzył proces pozyskiwania żarcia szczerą nienawiścią. Być może wynikało to z faktu, że matka kazała mu się za to zabrać dużo wcześniej, niż by chciał? Nie był jednak na tyle introspekcyjny, żeby sam sobie taką diagnozę wystawić. Wiedział natomiast, że jego niepokaźne rozmiary pewnie są tego efektem…
– No dobra, zamachowcu. Niech będzie, że polujemy obaj. Co zostanie, będzie na jutro – rzucił kompromisowo spec od obsługi klienta.
I tak, choć Cztery Klany jeszcze nie były tego świadome, zaczął się zupełnie nowy rozdział w ich historii…
Księżyce: 120 Płeć: M Trwałe urazy: pionowa blizna na przedniej prawej łapie, naderwane lewe ucho
Długi i dość wysoki, Szpadel sprawia wrażenie kogoś solidnie zbudowanego, chociaż nieszczególnie ponadprzeciętnie. Ma jednolicie czarne, średniej długości futro, które w słońcu mieni się brunatną barwą. Monotonię przecinają tylko żółte niczym latarnie ślepia. Poważnej aury dodaje mu fakt, że zwykle mimiką niewiele zdradza - ciężko stwierdzić, czy wynika to z celowego ukrywania swoich emocji, czy z faktu, że Szpadel po prostu niewiele odczuwa. W młodości mógł uchodzić za kota wręcz pięknego - teraz jednak odcisnęły się na nim trudy życia w mieście. Na przedniej prawej łapie ma długą, wąską bliznę, a lewe ucho naderwane; futro często ma w nieładzie, zwichrzone i potargane. W efekcie Szpadel wydaje się być nikim więcej niż wędrownym łotrem.
Cicha woda. Obserwator. Łatwo wziąć go za kogoś, kto nigdy nie ma własnego zdania. Zmiany przychodzą mu ciężko, a nawiązywanie głębokich, wartościowych relacji tym bardziej. W rzeczywistości ma zarówno większe poczucie humoru, gdy rozbawi go coś nieprzewidzianego, jak i duże pokłady gniewu, od którego nie potrafi odseparować się tak dobrze, jak by chciał, lecz stara się ukryć przed innymi. Sprawia wrażenie raczej spokojnego i rozważnego, czasem wykalkulowanego, lecz prawda jest taka, że najważniejsze decyzje podejmuje pod wpływem emocjonalnych impulsów.
Śliska Kora, Lotna Łapa, Skała
Ha! Jeśli był to miesiąc miodowy, to chyba zaaranżowanego małżeństwa... Zaaranżowanego, oczywiście, przez Młodego. Jakże inaczej.
Szpadel pozwolił sobie przez moment wyobrazić, jak wyglądałoby obserwowanie Kreta Polującego. Z pewnością większą część zajęłoby teatralne narzekanie, które odstraszyłoby wszelką zdobycz. Młody zdecydowanie lepiej radził sobie z polowaniem na klientów niż na myszy, które - jakkolwiek opasłe by nie były - rzadko same rzucały się na pazury. Z kocią głupotą, natomiast, bywało różnie.
A o tym, co dla Szpadla było najważniejsze, wolał nie mówić.
Zrównał kroku z Młodym, gdy dotarli do otwartych drzwi stajni. Wewnątrz na ten moment nie było żadnych stworzeń, czy to ludzkich, czy trawożernych - a przed Szpadlem i Młodym rozciągało się dość pokaźne królestwo z siana i drewna - i, Szpadel miał nadzieję, myszy.
- Nocleg na razie już mamy - rzucił do kompana. Trochę się rozgoszczą i pójdą zwiedzać - nie po to tu przecież przyszli, żeby prowadzić normalne życie. Biznes trzeba kręcić. - To co, do boju?
Nowe tereny, nowe wyzwania, nowe niebezpieczeństwa...
Prawdę mówiąc, jakoś dziwnie nie mógł się doczekać.
Miał tylko nadzieję, że Młody nie zapomni przynieść swojej części kolacji.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Nienawiść to było mocne słowo, którego z reguły unikał, jako że zbyt jasno nakreślało stosunek względem rzeczy, ale... no jeśli Orion mógł z czystym sercem przyznać, że czegoś nienawidził to deszczowej pogody. I to nie tej Deszczowej Pogody, która wróciła do Wichru (nie miał nawet okazji czy powodu by z nią porozmawiać dotychczas), a tej malującej się na niebie i okolicznych łąkach. Tej skutkującej w błotniste kałuże i sierść falującą od wszechobecnej wilgoci. Próg stajni przekroczył więc z wyraźnie zarysowanym niezadowoleniem na cynamonowym pysku – co za miejsce nie do życia, jak tu unikać obowiązków z dala od klanowych terenów, gdy cały świat wygląda tak? Prędko zlokalizował wyżej położoną drewnianą belkę i wspiął się na nią, by tam zająć się tym nieszczęściem jakie dopadło jego piękną szatę. Nie zamierzał raczej zbyt długo zostawać w towarzystwie koników, raczej marne z nich było towarzystwo do rozmów, ale przynajmniej było u nich sucho.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Gdyby nie fakt, że osowiałość nie pozwalała Bezimiennemu udręczać się nad mroczną, deszczową pogodą, zdecydowanie uznałby to za znak od Gwiezdnych. Nie wiedział jaki, po prostu znak. Przecież wszystko musiało mieć jakieś znaczenie, szczególnie, że zdawało się, iż przodkowie lubili się znęcać nad biednym Szczerbatkiem. Łatwo ulegał wypadkom odkąd uciekł z Klanu, jak nie naburmuszone kotki z kijem w zadku, to upał, to jeszcze ulewa, brak piszczek albo na tyle drobne, że nie warto było się fatygować. Towarzyszyły mu koszmarność, bezsenność, złość i wszystkie inne ości, kolejna bardziej niestrawna od poprzedniej.
Jego nieostrożna natura, teraz spotęgowana brakiem sił na życie, nie pozwoliła mu się rozejrzeć czy chociaż zatrzymać się na chwilę, by dostrzec, że do tej samej stajni, do której się właśnie kierował, wpełzł nieznajomy mu kocur. Normalnie nie miałby nic przeciwko, ale tego dnia był w średnim nastroju na towarzystwo.
Ślepo wszedł do pomieszczenia, otrzepując się prędko z wody, a następnie stanął jak wryty, dostrzegając kątem oka biało-cynamonową piękność na szczudłach. Wyżej położona belka i mokra szata w otoczeniu szaro-burego świata sprawiała tylko, że Wichrzak zdawał się być dla Bezimiennego jedynie przerażającym koszmarem na jawie.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Nim oriental ogarnął w znacznej mierze swoją szatę, do stajni zawitał inny kot. Nic zaskakującego – w taką pogodę musiała być ostoją dla wielu samotników. To co było, można powiedzieć, niesamowitym zbiegiem okoliczności, to zgodność przybysza z rysopisem od Nurt. Perspektywa z belki zakrzywiała wzrost, ale nie wydawał się przesadny w żadną stronę, poza tym jak się tak gapił bursztynowymi oczami prosto na tymczasowego Wichrzaka to trudno było przeoczyć wystające kły i bliznę przecinającą oko.
To ci ciekawy przypadek.
Oriental posłał jedynie krótkie spojrzenie w stronę wyjścia, oceniając dzielącą go odległość. Po dokonaniu skomplikowanych obliczeń matematycznych, uznał z zadowoleniem, że zdąży zagrodzić drogę typowi, gdyby ten nagle poczuł zew świata zewnętrznego. Póki co mógł kontynuować pielęgnację sierści z, w gruncie rzeczy, obojętnym wyrazem mordki.
– Cze. – przywitał krótko między kolejnymi pociągnięciami języka. Zrezygnował jednak z rozmów o pogodzie, zahaczając od razu o to co go faktycznie interesowało, chociaż ton cynamona kojarzył się raczej z intensywnością omawiania tego jak to ostatnio się ochłodziło po tej fali upałów. – Stylowa ta twoja blizna. Ale musiałeś mieć dużo szczęścia, że ominęła oko, hm? Chyba że jakiś zdolny medyk ci je odratował, chociaż zawsze wydawało mi się, że zahaczone pazurem po prostu wypłynie i tyle z oka.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Koszmarek gadał, co było co najmniej niepożądane z jednej prostej przyczyny - wypadało mu odpowiedzieć. Oczywiście Bezimienny mógł zrobić w tył zwrot i się ulotnić w trybie natychmiastowym. Nie tylko oszczędziłoby mu to ewentualnego zbłaźnienia się, ale i otwierania pyska. Problem w tym, że nie ufał ładnemu futerku orientala, który na swoich długich nogach prawdopodobnie dogoniłny go w paru szybkich susach. Nie było co się okłamywać co do własnych umiejętności ucieczek, choć do tej pory uskutecznił jedną z dość pozytywnym skutkiem.
- Cze… - odpowiedział skołowany, przyglądając się uważnie nieznajomemu. Póki nie miał pewności, że nie ma co spinać wszystkich mięśni wzdłuż kręgosłupa, nie zamierzał odrywać wzroku. - Odrobina szczęścia, odrobina medyka, duża doza umiejętności - skomentował, marszcząc nieco brwi. - Jak ci tak woda przeszkadza to po coś wychodził z obozu? Życie ci niemiłe? Jeszcze ci się ogon skołtuni i co wtedy biedny zrobisz? - zauważył kąśliwie, choć pielęgnacja ze strony biało-cynamonowego wcale nie zdawała się być ani trochę przesadna, jednak była jedynym punktem zaczepienia, by Szczerbatek mógł pokazać że jest w jakiejś mierze wyluzowany.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
– Jak enigmatycznie. – mruknął z rozbawieniem. Rzecz jasna, nie zamierzał zadowolić się taką odpowiedzią skoro mógł niewinnie drążyć dalej. – Duża doza jakich umiejętności w takim razie? W pomaganiu staruszkom w szybszym przejściu na tamtą stronę? Czy masz jeszcze jakieś zaskakujące talenty, o których nie miałem okazji usłyszeć? – na szczęście nie było obok Nurcika, by mogła zdzielić orientala przez głowę za korzystanie z informacji, którymi nierozważnie się podzieliła. I dobrze, jeszcze by mu nic więcej w przyszłości nie powiedziała, a on lubił wiedzieć. Szczególnie, że teraz mógł przejść beztrosko do tematu, którym sam typiarz zarzucił. – Skołtuniony ogon to byłaby prawdziwa tragedia, fakt. Ale jeszcze większą tragedią jest zmuszanie takich kotów jak ja do wypełniania obowiązków w taką pogodę. A coś wyżej postawieni nie są w stanie zrozumieć czegoś tak prostego, więc z dwojga złego już lepsze kołtuny z wycieczek, niż z patrolowania terenów, nie sądzisz? – Gromiaczka wspominała, że samotnik do zbyt kumatych nie należał, więc Onion, w swojej dobroci, tłumaczył wszystko obszernie zamiast zdawać się na jego intelekt. Zwiesił luźno puchatą kitę by machnąć nią na boki. – Zresztą jak się tak intensywnie przyglądasz, swoją drogą zupełnie zrozumiałe, raczej niecodziennie masz okazję zobaczyć żywy dowód na istnienie ideałów, to raczej miałeś okazję dostrzec, że udało mi się uniknąć poważnych kołtunów, co? Ma się to szczęście.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Eni-co? Szczęśliwie zdążył ugryźć się w język zanim faktycznie zapytał skąd kocur zna takie wybujałe słowa. Choć miałby jakąś przewagę, gdyby wyszło na to, że oriental używa wyrazów bez znajomości ich znaczenia. Jeszcze z innej strony, wystarczyłoby wymyślić jego znaczenie i Szczerbatek nie dość że wyszedłby na debila, nie mogąc zweryfikować definicji, to jeszcze straciłby jedyną opcję przewagi nad kocurem. Wolał już to przemilczeć.
- Ja... - tym razem nie zdążył się namyślić, wszystkie słowa które wymawiał dochodziły mu do uszu tak szybko...Zdecydowanie za szybko jak na jego gust. Położył jedynie uszy płasko po głowie i wcisnął pazury w mokrą posadzkę, w głowie czując głównie złość i strach z taką samą intensywnością. Skąd on mógł to wiedzieć? Skąd ktokolwiek mógł to wiedzieć!
Nie odpowiedział mu, zamurowany tym, że kocur z taką prostotą przechodził do takich tematów. Samotnik zdążył już o nich zapomnieć, właściwie to skupiając się tylko na tym, czy próba ucieczki byłaby głupią rzeczą? A zresztą.
Zignorował wszystko, o czym biadolił cynamon i obrócił się na pięcie, zapominając chwilowo o wciśniętych w drewno pazurach. Niemalże się potykając, odskoczył na bok, chcąc zwyczajnie wybiec przed siebie, ile sił w nogach.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
No i tyle by było z rozmowy. Nie żeby oriental nastawiał się na intelektualne konwersacje z tym samotnikiem, bo już Nurt zdążyła mu zrobić raczej negatywną reklamę, ale wciąż liczył, że rozmówca wydusi z siebie coś więcej niż jedno słówko. Oriental oderwał się od pielęgnacji futerka, obserwując przez krótką chwilę te wszystkie intensywne myśli krążące dookoła drugiego kocura, a już w następnej zeskoczył z belki, chcąc zagrodzić mu wyjście ze stajni.
Nastawiał się na to, że typiarz zamiast grzecznie wyhamować, po prostu na niego wpadnie i się odbije.
– Nie no, zostań jeszcze, nalegam. Mam parę pytań, zajmą tylko momencik, obiecuję.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Próba ucieczki trwała wieczność przez ślamazarność Bezimiennego, co nie tylko dało wichrzakowi mnóstwo czasu na zagrodzenie mu drogi, ale także zaskoczenie go, co czarny zaakcentował mimowolnym piśnięciem, gdy cielskiem wpadł w białe futro i poleciał kilka kroków do tyłu. Nie było już mowy o udawaniu wyluzowanego czy jakimkolwiek zachowaniu dumy.
- Spadaj - warknął, jeżąc sierść na karku. Cofnął się jeszcze kilka kroczków aż natrafił na ściankę. Nie miał siły na bicie się, zdecydowanie wolałby uciec przy najbliższej okazji. Z drugiej strony nie chciał dać się poharatać za bardzo.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Dobra, umówmy się, że świadomość, że zaraz wpadnie w ciebie inny kot, pozwalała jedynie trochę przygotować się na nadchodzące zderzenie. Więc jakkolwiek oriental nie kojarzył trzeciej zasady dynamiki Newtona, tak nieznajomość nie zwalniała go z jej przestrzegania. Zębaty samotnik wydusił powietrze z jego płuc i sprawił, że i Orion odbił się z dwa-trzy kroki w przeciwną do niego stronę. Jakby był zbudowany niczym szafa trzydrzwiowa to może by nawet nie drgnął, ale to by była prawdziwa tragedia nie być w swoim własnym typie.
– Nie ma powodów by się rzucać, to cywilizowana rozmowa, spokojnie. – mruknął z krzywym uśmiechem, ruszając w ślad za wycofującym się kocurem. – Bo widzisz, ta odrobina medyka. Słyszałem, że później przyszedłeś jej podziękować. Bardzo kulturalnie, to się chwali. Szkoda tylko, że potem sam zapomniałeś spadać i się jej zacząłeś narzucać, tak było, hm?
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Wydał z siebie bezdźwięczny pisk, jak zrozumiał, że nieznajomy wie wszystko. Nawet to, czego Bezimienny nawet by nie pomyślał, że powinien wiedzieć. Sam to widział, wydusił informacje z medyczki? Nie była zbyt wylewna jeśli chodzi o mówienie o sobie, więc ciężko było mu podejrzewać, że szaraczka i wichrowy oriental mogliby być dobrymi przyjaciółmi. Z takim to miałaby się przyjaźnić, a ze Szczerbatkiem już nie?
- Nie chcę cywilizowanej rozmowy. Nie chcę żadnej rozmowy! - charknął, przyklejając się do ścianki. - Nikomu się nie narzucałem...Złożyłem tylko KULTURALNĄ propozycję kotce, która jest...ładna. To tyle. To zbrodnia? Nie wydaje mi się! Więc teraz spadaj! - zasyczał na cynamona, nawet machając w powietrzu łapą z wyciągniętymi pazurami. Nie chciał się bić i miał nadzieję, że niepozornie wyglądający wichrzak również sobie odpuści.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Da się załatwić, mruknął pod nosem, gdy zębaty samotnik oświadczył, że nie chce cywilizowanej rozmowy. Oczywiście, jeśli taka była jego wola to Orion mógł zniżyć się do poziomu leśnych dzikusów i ten sposób mu wytłumaczyć gdzie popełnił błąd, ale jeszcze nie w tej sekundzie. Przecież musiał mieć pewność, że się zrozumieli skąd dzisiejsza rozmowa i co zrobić by uniknąć kolejnych, prawda?
Uchylił się lekko przed pazurami, które błysnęły w powietrzu, ale łapami wciąż trwał twardo w miejscu, nie zamierzając odpuszczać. To ci pech.
– No nie wiem. – cmoknął z dezaprobatą. – Ona określiła te propozycje raczej jako obrzydliwe. Nie wiem czy jesteś tego świadomy, ale kulturalny i obrzydliwy nie są synonimami. – na krótki moment skupił się na pomarańczowych oczach, chociaż ogólnie starał się mieć na oku całą ciemną sylwetkę i niespodziewane ruchy z jej strony. – Więc obawiam się, że owszem, była to zbrodnia jednak, więc no niestety nie mogę tak po prostu spadać.