Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Zwierzyny zero śladu, ale gdy tak przemierzała las, w pewnym momencie usłyszała szelest dochodzący gdzieś z gąszczu. Przeraziła się, bo to mogło oznaczać, że ktoś chciał ją upolować, a w tym celu chował się w zaroślach, żeby nie było go widać, co… finalnie i tak by nie wyszło, bo go usłyszała, ale gdy już spojrzała w tamtą stronę, zdała sobie sprawę, że to wcale nie odgłos należący do innego kota czy też drapieżnika. To było coś zupełnie innego, lecz po zapachu czy wyglądzie nie do końca mogła stwierdzić, z czym też ma do czynienia, bo widziała to pierwszy raz w całym swoim życiu. Podeszła ostrożnie, ale też tak, żeby nie przestraszyć biednej, związanej istoty, a znalazłszy się obok niej, cicho szepnęła:
– H-hej… w-w-wszystko w po-porządku? – Tak, zaczęła mówić do, najpewniej, reklamówki. A co. Miała też z bliska okazję lepiej jej się przyjrzeć – miała rany na ciele, wyglądała dość miernie i z każdym podmuchem wiatru starała się wydostać z niewoli, co przy okazji było dosyć dziwną taktyką, ale nie Wróbelek oceniać. Obiecała istocie, że nic jej nie zrobi, a następnie postarała się ją złapać lekko w zęby, żeby pomóc jej się wydostać. Nie byłoby to dziwne, gdyby w ten sposób rozerwała ją na jeszcze większe kawałki. Było za to w tym coś podejrzanego, patrząc na to, że dopiero co polowała na inną zwierzynę, ale widząc uwięzioną istotkę nie mogła pozwolić jej na zostanie w niewoli, to jest w gałązkach.
Dziwna istota nijak nie zareagowała na słowa samotniczki. Nadal wisiała bez ruchu na krzaku, podrygując z szumem za każdym razem, kiedy wiatr zakręcił się wokół krzewu, na którym wisiała. Bura koteczka zdecydowała się przystąpić do swoistej akcji ratunkowej. Chwyciła dziwną rzecz i spróbowała ją uwolnić. Jakoś jej to szło, stworzonko powoli wysuwało się z krzewów, szeleszcząc przy tym po swojemu. Okazało się jednak, że jedna z gałązek malin wbiła się w bok stworzonka, i kiedy Wróbelek mocniej pociągnęła, uwalniając nieznajomą rzecz z objęć krzaków, ta gałązka rozerwała bok dziwności, zostawiając tam dość dużą dziurę. Towarzyszył temu dźwięk podobny do suchych liści, po których się skacze.
Po całej akcji istota po prostu położyła się na ziemi i leżała bez jakiegokolwiek ruchu. Powietrze też chwilowo nie poruszało się na tyle mocno, by wzbić przedmiot w powietrze.
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Nie było to najprostsze zadanie; już teraz mogła zauważyć, że na ratowniczkę się nie nadawała. Nie dość, że nie potrafiła w pierwszej chwili złapać za reklamówkę mocno zębami, żeby jakoś ją uwolnić, gdyż bała się, że zrobi jej krzywdę, a gdy już się na to zdecydowała, w połączeniu z ostrą gałązką rozerwała istotę na pół. Odskoczyła gwałtownie, z wymalowanym zmartwieniem na pyszczku, spoglądając na rozszarpane stworzenie leżące na ziemi. Ewidentnie jej tu coś nie pasowało; gdy teraz się temu przyjrzała, dostrzegła, że to wcale nie jest żywe zwierzę. I to wcale nie dlatego, że rozdarła je na dwie części, a dlatego, że najzwyczajniej w świecie… nic nie wskazywało na to, żeby miała być to zwierzyna taka, jaką je na co dzień. Dla własnego spokoju podeszła jeszcze i położyła łapę na reklamówce, która była bardzo niecodzienna w dotyku, a to pozwoliło jej postawić werdykt: to nie był żywy organizm. Nie była do końca pewna tego, czym to było, ale zdała sobie sprawę, że to coś sztucznego, a ona się w tym momencie niezwykle zbłaźniła. Niby była tutaj sama, ale łatka pajaca będzie ją teraz prześladować…
Pełna emocji, wreszcie postanowiła iść dalej. Niby miała już sobie odpuścić, gdyż wrona i jaszczurka były dla niej samej wystarczające, ale musiała coś zrobić, żeby chociaż na chwilę wyzbyć się zażenowania uciskającego ją w środku. Szukała zatem, tym razem, prawdziwej zwierzyny.
Wróbelek porzuciła dziwne nie-stworzonko niedaleko krzewu malin, z których je uwolniła i ruszyła dalej. Nie mogła wiele więcej zrobić, choć wykazała się dobrym serduszkiem. Być może to dobre serduszko miało być nagrodzone, kiedy znowu podjęła się poszukiwania zwierzyny, a być może po prostu miała szczęście; w każdym bądź razie wyłapała w pewnym momencie wzrokiem rude futerko pewnego gryzonia. Wiewiórka kręciła się akurat między drzewami nieopodal, a w pyszczku trzymała orzeszki. Wyraźnie szukała miejsca, by móc schować zapasy na Porę Nagich Drzew.
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Piękne wynagrodzenie. Kiedy Wróbelek zauważyła kręcącą się przy drzewach wiewiórkę, w pierwszej chwili zechciała przejść do polowania, ale przypomniawszy sobie, co przed chwilą zrobiła, to znaczy uratowała "stworzenie", zdała sobie sprawę, że nie powinna teraz pozbawiać życia innej istotki, byłoby to bardzo złe i nieuczciwe. Przystanęła więc w miejscu, postarała się bezszelestnie usiąść, żeby nie spłoszyć zwierzątka i zaczęła przyglądać się rudemu, puchatemu gryzoniowi, zafascynowana jego piękną, bujną sierścią i dużym, puszystym ogonem, którego mu zazdrościła. Ten należący do kotki były cienki, niezbyt interesujący, nawet jeśli miał na sobie ciekawe wzorki.
Samotniczka wpadała na ciekawe pomysły, trzeba jej to było przyznać. Najpierw chciała przywitać się z bobrem, później ratowała biedną reklamówkę ze szponów okropnego krzaka, a obecnie zamiast polować... Zdecydowała się obserwować wiewiórkę. Usiadła więc bezszelestnie na miejscu i po prostu przypatrywała się gryzoniowi przy pracy.
Wiewiórka natomiast nie zorientowała się co do obecności kocicy. Skakała wokoło, szukając miejsca do schowania orzechów, i choć rozglądała się dookoła, nic niepokojącego jej nie zaalarmowało. Przystanęła w końcu w jednym miejscu i zaczęła rozgrzebywać mech, by schować w środku zebrane jedzenie.
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Obserwowanie wiewiórki wydawało jej się czymś niezwykle interesującym. Jak widać – nie potrzebowała za wiele do szczęścia. Na szczęście leśne stworzonko jeszcze jej nie zauważyło, więc mogła spokojnie je oglądać. Zdawała sobie sprawę, że jeden nieostrożny ruch i może przepłoszyć rudą istotkę, tak więc starała się być jak najbardziej ostrożna. Nie chciała przysparzać jej stresu, byłoby to bardzo złe. Nawet gdy już polowała, to starała się zabijać zwierzątka jak najszybciej, w najmniejszych męczarniach, a najlepiej było wtedy, gdy nie przekonywały się o jej obecności, będąc bardzo prędko pozbawione życia. Nie lubiła go ich pozbawiać, ale wiedziała, że musi, jeśli sama nie chce umrzeć. Ale skoro zrobiła już sobie zapasy, zamiast zabijać wiewiórkę, mogła ją poobserwować. Tak więc wciąż to robiła.
Wróbelek nadal siedziała na miejscu i obserwowała gryzonia. Wiewiórka jednak podczas zakopywania orzechów rozglądała się. Być może bardziej spodziewała się zobaczyć jakieś koleżanki gotowe ukraść jej zdobycze, niż oczy drapieżniczki siedzącej nieopodal, które w pewnym momencie dostrzegła. Przez dwa długie uderzenia serca siedziała cicho, wyraźnie zaskoczona, po czym szybko podniosła się na łapki i, zostawiwszy w połowie zakopanego orzeszka, odbiegła szybko, by wspiąć się na najbliższe drzewo, głośno przy tym szczebiocąc.
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Skończyło się. Zauważywszy zbierającą się do ucieczki wiewiórkę, już wiedziała, że obserwacja nie będzie trwać wiecznie. Westchnęła rozżalona, kiedy stworzenie wzięło łapy za pas, a następnie uznała, że tak będzie lepiej. Nie mogła za długo siedzieć, sama wkrótce padłaby ofiarą jakiegoś drapieżnika, który spoglądałby na nią z oddali, a nie tak miało się to skończyć. Podeszła jeszcze na chwilkę, żeby przyjrzeć się orzeszkom z bliska, a później poszła odkopać swoje zdobycze i ruszyła zrobić sobie tymczasowe legowisko przy jakimś drzewie. Musiała odpocząć.
***
Wróciła w to samo miejsce już następnego dnia. Podobała jej się ta okolica, również okoliczny klan wydawał się całkiem przyjazny, więc nie była aż tak zlękniona, jak byłaby jeszcze kiedyś. Dzisiaj jednakże nie miała zamiaru polować. Przystanęła nad taflą wody i zaczęła spoglądać w swoje odbicie. Nie była już taka sama, radosny uśmiech teraz zastąpiony był przez znacznie bledszą minę. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek myślała o tym, że w taki sposób potoczy się jej życie. Odpowiedź oczywiście była przecząca. Nie była na to gotowa.
Choć pora się zmieniała, trudno powiedzieć, że i z nią zmieniała się pogoda. Podczas zeszłego obiegu pór pamiętałem, że wraz z czasem, kiedy słońce coraz krócej pokazywało się na niebie, świat dookoła robił się chłodniejszy, bardziej ponury, a deszcze występowały o wiele częściej. Podczas tego obiegu zaś, choć liście na drzewach żółciały i brązowiały, a później spadały na ziemię, utrudniając polowania i tworząc więcej skrytek w poszyciu dla gryzoni, to jednak pogoda się nie zmieniła. Każdego dnia słońce grzało wszystko dookoła, i choć tereny klanu Cienia były w większości zalesione i dobrze zacienione, to jednak i tutaj było czuć, że ziemia jest suchsza, niż wcześniej.
Wybrałem się na polowanie. Wśród drzew było mi jednak trudno znaleźć cokolwiek. Choć udało mi się schwytać wróbla i go zakopać, by zabrać później, to poza nim niewiele więcej udało mi się zdobyć. Zdecydowałem się więc ruszyć nad Czarny Ogon. Liczyłem na to, że w pobliżu wody uda mi się znaleźć jeszcze jakieś zwierzęta. Po cienistej stronie jednak wyczułem dość świeże zapachy członków mojego klanu, a więc i znalezienie czegokolwiek mogło być trudne; zdecydowałem się więc przekroczyć strumień i poszukać pożywienia po drugiej stronie, wśród gęstych krzewów rosnących niedaleko wody. Tak też zrobiłem, przeszedłem przez wodę, nieprzyjemnie mocząc łapy, i ruszyłem wzdłuż niej, by nie oddalić się zbytnio od granicy. Zamiast pożywienia jednak zobaczyłem... Samotnika. Samotniczkę raczej, co mogłem wywnioskować po jej zapachu, po prostu siedzącą nad wodą i wpatrującą się w nią. Przystanąłem w miejscu i przycisnąłem się do ziemi. Obserwowałem, zastanawiając się, co nieznajoma zrobi. Zdecyduje się przekroczyć strumień i wstąpić na tereny mojego klanu czy odejdzie?
Jako kociak może kiedyś coś mówił o wielkich podróżach, jakie by odbył będąc dzielnym wojownikiem. Ale teraz, kiedy jedną odczuł na własnej skórze jest więcej jak pewny, że na kolejną taką prędko nie wyruszy. Już woli chodzenie w kółko po znajomych terenach na patrolu, ale lepsze to niż bycie pogonionym w nieznane. Chciał tylko poszukać jakiegoś tropu swojej terminatorki. Jednak zapomniał o dystansie. Tak się wczuł w poszukiwania, że za późno zorientował się, gdzie jest. Wtedy z wyłapywania tropu wyrwał go agresywny szczek. Potem nastała seria szczeknięć i gonitwa. Węgorz nie wiedział gdzie był. Wiedział, że tu patrol prędko nie dotrze. Wyruszył więc w drogę powrotną na intuicję.
Jakże wielce się ucieszył, kiedy rozpoznał strumień na granicy Klanu Rzeki. Obwąchał go dla pewności i pędem ruszył na znajome tereny. Nie był tak starannie ulizany jak wcześniej. Czarne futro było ubłocone i oblepione rzepami. Dlatego zatrzymał się przy strumyki, aby obmyć futro. Rzepami musiał się zająć osobiście. Usiadł przy krzewie malin, ale by być na widoku, czyszcząc futro z rzepów. Miał nadzieję na przybycie patrolu.
Węgorz ucieszył się z tak miłego powitania. Spodziewał się, że część klanu uzna, iż poszedł szukać wygodniejszego życia jako pieszczoch. Może tak nie jest, albo trafił na tą milszą część. Czarny samotnik z przyjemnością ich powitał, tak samo jak oni jego. Cieszył się w duchu, że również tak się o niego martwili. Miał nadzieję, że nie napędził ogromnego strachu Wydmie i rodzeństwu.
Czekał cierpliwie na przybycie kota wyższego szczebla. I się doczekał. Spodziewał się, bazę zastępczyni ucieszy się na widok czarnej mordki zguby, ale sądząc po jej minie... Nie wiedział, co myśli. Napewno ciężko to nazwać szczęściem. A może się jednak cieszy? - A czemu to nie miałbym być ja? - spytał. Futro miał ciągle ubłocone, ale tylko gdzieniegdzie od wizyty w strumieniu, ale rzepy walały się wszędzie. Zaatakowany pytaniami nawet nie wiedział, na które jak odpowiedzieć. - Chciałem odnaleźć trop Muszelkowej Łapy. Jako mentor, martwiłem się o nią. Na terenie nie czułem nic, więc przekroczyłem naszą granice na ziemie niczyje. Kundle mnie pogoniły - rzucił opryskliwie spoglądając na kierunek, w którym się wtedy udał. - Pogoniły mnie. Trochę zajęło, ale znowu tu jestem - powiedział odwracając głowę do zastępczyni z lekkim zmęczeniem w oczach. - Mam nadzieję, że ciągle jest dla mnie miejsce.
Uważał za słuszne to, że wyruszył szukać terminatorki. Jednak, również rozumiał to, co zastępczyni mówiła do niego. Postąpił idiotycznie wyruszając tak samotnie, ale dostał nauczkę. Teraz wie, że nigdy tak samotnie nie wyruszy. Muszelka zaginęła, ale może wkrótce wróci. Pozostało mu czekać. - Rozumiem - wymruczał kocur. Skinął lekko głową na znak, że zgadza się z jej słowami. Jak już, może powinien był zabrać kogoś ze sobą albo powiadomić zastępcę, jaki ma zamiar. Albo by go pogoniła albo zgodziła się jakimś cudem na jego pomysł. Kto wie. Na jego pysku namalował się przyjemny uśmiech, kiedy kotka zaaprobowała jego powrót. Podniósł się z miejsca i podążył za zastępczynią o obozu zaczynając swoją opowieść o Ziemiach Niczyich.
Mistrz: Błękitna Toń Płeć: kocur Matka: Kolorowy Wiatr Ojciec: Chłodny Nos Partner: już nieważne...
Niski czarno biały kot o żółtych oczach i smukłej sylwetce. Bardziej tyka niż kupa mięsa. Biel rozciąga się na pysk, gardło, podbrzusze i łapy. Posiada żółte oczy. Długie puszyste futro utrzymywane w czystości.
Znacznie szczęśliwszy niż przedtem spokojny osobnik który jednak będzie bronił swojej opinii. Stroni od dotyku i mimo wszystko lubi mieć czas dla siebie, co nie zmienia faktu iż przepada za rozmową.
Jadowita Łapa [gk] Trzask [nk] Sierpówka [kg]
Tak więc szedł za Wężem, uważnie obserwując co robi. Tak jak on, niósł zwierzynę. Wybrał małą, chudą sikorkę. Ciężko się nią będzie najeść, ale to zawsze coś. Chciał zobaczyć samotnika, no i przy okazji pomóc. Jeszcze nie zdążył natrafić na kota nie należącego do żadnego z Klanów, a to zdecydowanie wyjaśni mu kilka spraw. Ciekawe co znajduje się daleko daleko poza granicami? Czy są tam inne zwierzęta i rośliny, czy jednak świat faktycznie nie jest aż tak różnorodny. Wątpił w to drugie, choć obecnie nie miał jak potwierdzić lub obalić. W każdym razie emocje trochę opadły, co nie zmieniało faktu iż taka bliskość nawet mu odpowiadała. Owszem, z jednej strony jest nieprzyjemna i trochę obrzydliwa, z drugiej może doświadczenie złożone z dwóch odmiennych rzeczy jest lepsze niż radosna puchatość? Niestety jednak nie ma jak sprawdzić, trudno.
Obecnie nie mówił wiele, w końcu niósł tą nieszczęsną sikorkę. Pokrytą pięknymi piórami, choć wolałby zjeść coś większego i masywniejszego. Nie dla niego jednak z niej mięso, a dla nieznanego kota o którym koty mówiły. Może i wziąłby coś lepszego, jednak w tym czasie i tak ciężko o cokolwiek, bo choć Pora Nagich Drzew była niesamowita, samo piękno nikogo nie nakarmi. Jedne zwierzęta nakarmi zieleń, drugie nakarmią inne zwierzęta. Bez zieleni mniej roślinożerców się naje, co za tym idzie, więcej drapieżców będzie chodzić głodnych. Tak już było i nic tego nie zmieni.
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Wąż natomiast mimo uporczywego wmawiania sobie, że nie weźmie za dużo, i tak skończył z królikiem w mordzie. Chudym, niezbyt wielkim - ale nie takim "byle jakim", chcąc obdarować samotnika czymś co zagrzeje mu brzuch na dłużej niż parę uderzeń serca. Tłumaczył się uparcie tym, że "pewnie i tak by nikt tego nie zjadł, bo wygląda gorzej niż inne jedzenie ze stosu". Po prawdzie, wcale tak nie było, ale upartego Węża nic nie przekona do innych racji. W tym wypadku szczególnie, po prostu chciał być miły dla wędrowca. Tym bardziej, że przez krótką wędrówkę tam do obozu, doszła do nich wieść o kocie-wróżbicie. Chociaż oboje zareagowali równie lekceważąco, to Wąż mimo wszystko chciał wiedzieć co ktoś może mu przepowiedzieć. Może wreszcie to będzie coś dobrego...
Wędrowali niezbyt długo. Wąż znał się na niczyich niemal tak dobrze, jak na Gromowych terenach. Zawsze wiedział gdzie skręcić by było iść gdzieś szybciej, kojarzył niemal każdy kąt Malinowych Krzewów, jakby był tu już setki razy... choć tak nie było! Intuicja podpowiadała mu jak tu dojść, żeby się nie zgubić i nie błądzić godzinami. Wreszcie tutaj dostrzegł skrawek rudego ogona. Wtedy też liliowy przyspieszył kroku i jego oczom ukazał się on! Samotnik, o którym wcześniej myślał i wspominał Sroce. Machnął czarno-białemu ogonem na znak, by poszedł za nim, sam uśmiechnął się szerzej - tak, jakby nic mu nie było. Ból klatki naturalnie nie ustał nagle, ale grać dla własnego dobra mógł. - Dzień dobry! Kręcisz się po okolicy, szukasz czegoś? Przynieśliśmy ci jedzenie, jakbyś... no, chciał może jeść. Ta pora jest parszywa i trudno o zwierzynę momentami - rzucił potulnie, uprzednio kładąc królika przed sobą. Nie wiedział czego się spodziewać, ale nie sądził by nawet najbrutalniejszy kot w tej chwili postanowiłby coś robić. Byłoby dwóch na jednego - z czego oboje mieli pozytywne zamiary. - Ponoć... robisz jakieś śmieszne rzeczy z bebechów. Co nie? Nie wiem czy zjesz jak rozbebeszysz, ale zawsze można potem dla ciebie jeszcze zapolować, gdybyś chciał.
Dodał z lekkim uśmiechem malującym się na pysku. Niepewnym i nieśmiałym, bo było to tak głupie, że nie mógł być poważny. Z drugiej strony, faktycznie był ciekawy na tyle, że nie mógł się powstrzymać przez nie-zapytaniem się o wróżbę.