Dość duży choć szczupły, lekko zbudowany kocur o gładkiej sierści. Oczy zadziwiające, niezwykłe, o głęboko orzechowej barwie. Lekko postrzępione prawe ucho i cienka długa blizna ciągnąca się po prawym boku od kręgosłupa, poprzez żebra aż do brzucha. Wyraźne oznaki siwizny widoczne na pyszczku i świadczące o zaawansowanym wieku kota przed śmiercią. Futro miedziano rude poprzecznie prążkowane czarnym pigmentem. Wierzch głowy, grzbiet oraz pyszczek wyraźnie ciemniejsze- czarna pręga wzdłuż kręgosłupa oraz końcówka ogona. Spód ciała nieco jaśniejszy.
To typ który nigdy nie mówi niczego wprost. Jest tajemniczy, małomówny, stoicko spokojny i cierpliwy. Nie ma sposobu rozszyfrowania go, a tym bardziej wyciągnięcia z niego jakiejkolwiek informacji.
Teren otoczony niskimi turzycami, centralnie pokryty największym na ziemiach Klanu Cienia skupiskiem mchu, spijającego wilgoć z torfowej gleby, czemu sprzyja bliskie sąsiedztwo Księżycowego Jeziora. W porze deszczowej całość przykrywa woda, z listkami złudnie wystającymi ponad powierzchnie w formie niestabilnych, zapadających się niczym gąbka wysepek, by wyschnąć w przeciągu zaledwie kwadry księżyca. Ten przemoczony mech nie do końca stanowi dobry materiał na legowiska z racji intensywnie bagiennej woni, ale dla chcącego Terminatora to żadna przeszkoda.
Księżyce: 106 Mistrz: XDD Płeć: kotka Partner: twoja stara Trwałe urazy: głęboka szrama idąca od lewego policzka, przez żuchwę, do mniej więcej połowy szyi; gęste, ale krótkie ślady po pazurach nad nosem; poszarpane uszy; cienka blizna przechodząca przez prawy łuk brwiowy, urwana tuż nad górną powieką, ciągnąca się dalej przez policzek, rozcinająca wargę; ciągnie się prawie do żuchwy
Księżyce: 106 Mistrz: XDD Płeć: kotka Partner: twoja stara Trwałe urazy: głęboka szrama idąca od lewego policzka, przez żuchwę, do mniej więcej połowy szyi; gęste, ale krótkie ślady po pazurach nad nosem; poszarpane uszy; cienka blizna przechodząca przez prawy łuk brwiowy, urwana tuż nad górną powieką, ciągnąca się dalej przez policzek, rozcinająca wargę; ciągnie się prawie do żuchwy
ogromna, masywna czekoladowa szylkretowa z bielą; złote oczy; dużo blizn | KP
communal girlfriend; enigmatyczna, surowa, okrutna wobec słabszych jednostka z tendencjami socjopatycznymi, zapędami sadystycznymi, kompleksem boga i zamiłowaniem do ładnych kotek
Łapy przywiodły ją tu praktycznie bezwiednie, wbrew jej woli, automatycznie. Ciągnęło ją do tego miejsca od ostatnich wydarzeń. Ciągnęło tu jak ćmę do światła, nie była w stanie zrozumieć czemu. Zawsze, gdy choć na chwilę ostatnimi dniami opuszczała obóz, miała wrażenie, że kieruje się na Mechowisko.
Ale nigdy tu nie przyszła, do dzisiaj. Przyszła i nie była sama, była z Płomykówką, przyszła razem z Łasiczą córką, razem z jednym z ostatnich czynników, z ostatnią z rzeczy które jeszcze trzymały ją w jakikolwiek sposób w Klanie Cienia. To był jeden z bardziej pochmurnych dni. Był wieczór. Słońce, ukryte za chmurami chyliło się ku horyzontowi, oświetlając wodę która zebrała się na mechowisku. Pewnie wczoraj padało.
Bobrzy Kieł machnęła wściekle ogonem, kręcąc się nieobecnie, niczym zjawa między skupiskami mokrego mchu, za każdym razem trzepiąc uszami gdy docierało do nich plask spod jej łap. Obejrzała się za siebie, po raz pierwszy odkąd opuściła Zębate Sklepienie. Płomykówka, poszła za nią, była tutaj?
Była. Szylkretka odetchnęła głęboko i wbiła spojrzenie złotych oczu we własne, przemoczone, brudne od bagnistej wody łapy. To tu znalazła Psinę, kiedy jeszcze było nieco bardziej sucho, gdy nie było tu tyle wody, ale w miejsce wody była krew. Zadrżała.
- Tu ją znalazłam - miauknęła chłodno, w końcu zbierając się na wyrzucenie z gardła słów, które chciała wypowiedzieć gdy tylko przyszła na Mechowisko ze swoją błękitnooką towarzyszką. - Sztywną. We krwi. Tak obrzydliwą i jednocześnie tak piękną, jak zawsze była - kontynuowała, bez większego sensu w swojej wypowiedzi. Kocica ściągnęła brwi i nastroszyła nieznacznie futro na karku. - To ja powinnam była tu leżeć zamiast niej, Płomykówka, słyszysz mnie? - prostota i bezproblemowość z jaką te słowa opuszczały pysk gladiatorki były wręcz przerażające. - To ja powinnam tu być. Ja, nie ona. Nie miała umrzeć tak wcześnie, nie w taki sposób, zarżnięta jak zwierzyna którą wrzuca się na stos przez jakiegoś lisa czy innego borsuka.
───────────────────
na co dzień jestemxx,,dość s p o k o j n a lekarzxxx,,xmixx,,xxpomaga gdy wpadam czasem w depresyjne stany elektrowstrząsyx,lubx,hipnoza złoty lek na wszystko - pr•zac i znówxxsnuć mogęxxeuforyczne plany o wyzdrowieniu szybkim marzę jak wyjdę jeszcze wam pokażę
nie znasz dnia ani godziny ZNAMxxJE xxTYLKOxxJA
───────────────────
Wysoka (jedna z najwyższych w Cieniu, jak nie w całym lesie), dobrze zbudowana, długowłosa ruda pointka o głębokich, niebieskich oczach. | KP
Co kryje się pod powłoką powagi i lodowatym spojrzeniem? Równie zimny i twardy charakter, można by rzec, choć wcale nie do końca. Płomykówka nie jest dobrym towarzystwem, jeśli szuka się kogoś do dobrej zabawy i pogaduszek. Chociaż potrafi mówić całkiem dużo i tłumaczyć całkiem dobrze, kiedy jest taka potrzeba, na ogół woli się za wiele nie odzywać. Ogranicza się do zwięzłych komunikatów i prostych przekazów, a przy rozmowach zwykle ma jakiś konkretny cel. Jaki? Najczęściej dowiedzenie się czegoś. Uwielbia badać i testować koty, zbierając informacje i tworząc sobie w głowie ich obraz. Nigdy nie wiadomo w końcu, kiedy i jaka wiedza mogłaby jej się przydać. Zadanie to ułatwia z pewnością fakt, że Płomykówkowy Lot jest kocicą inteligentną, która szybko się uczy i z łatwością zapamiętuje rzeczy. O sobie stara się mówić jak najmniej, często w niejasny sposób, pozostawiając wiadomości do odczytania między wersami. Nie czuje się komfortowo z rozmawianiem o sobie otwarcie. Uważa, żeby nie okazać niczego, co można by naznaczyć jako jej słabość i wykorzystać. Bardzo dba o swoją opinię, stąd też zwraca uwagę na każdy detal. Szczególnie ukrywa swoje uczucia. Traktuje je jak największą słabość, więc zazwyczaj nie da się wyczuć ich w jej głosie czy zobaczyć na jej pysku, chyba że celowo daje innym coś odczytać. | KP
Nie wiedziała, gdzie idą. Nawet nie próbowała się domyślać. Szybko stało się dla niej jasne, że wyjdą gdzieś poza obóz, ale nie miała pojęcia gdzie. I nie wiedziała, czy chce wiedzieć. Jakiekolwiek miejsce to było, musiało być chyba ważne dla Bóbr, skoro postanowiła ją tam zabrać akurat teraz. Chyba. Doszły w końcu na Mechowisko, a tam Bobrzy Kieł po raz pierwszy się obejrzała. Czy były już na miejscu? Możliwe. Widziała, jak Bóbr zadrżała, a więc bezpardonowo stanęła zaraz przy niej, w ten sposób, żeby ich futra się stykały. Cokolwiek było powodem takiej reakcji szylkretki, nie miało znaczenia. Chciała być bliżej. Po prostu.
Jakaś jej część spodziewała się tego, co usłyszała następnie z pyska Bóbr, kiedy się wzdrygnęła, a jednocześnie było to niespodziewane. Tu ją znalazła. Pies. Sztywną. We krwi. Mało brakowało, a Płomykówka sama by drgnęła, jednak tym razem szczególnie starała się być silniejsza, szczególnie że śmierć Pies jej nie dotyczyła bezpośrednio. A jednak przywodziła na myśl Szczura i całą resztę rodzeństwa, którą straciła, oraz słowa Bluszczowej Łapy: pewnie gryzą piach. Odrzuciła to jednak od siebie i skoncentrowała się na tym, co mówiła Bóbr. Tak obrzydliwą i jednocześnie tak piękną, jak zawsze była. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, nie wiedziała, czy w ogóle powinna mówić cokolwiek. I chyba nie musiała, bo po chwili Bobrzyca kontynuowała, wypowiadając kolejne słowa, które dla córki Łasicy były niczym policzek. Dość... uświadamiające. Zgrzytnęła zębami, cicho i nieznacznie, ale jednak, automatycznie cofając przy tym uszy. Słyszała. Słyszała, ale nie dopuszczała do siebie tej myśli. Nie. Znów poczuła, że jej serce zaczyna bić irytująco szybko, ale tym razem przynajmniej miała co do tego powód. Po raz pierwszy odkąd przyszły na Mechowisko, odwróciła pysk prosto w stronę Bóbr, chcąc na dłuższy moment spojrzeć jej w oczy, próbując odczytać w nich cokolwiek.
– Nieprawda – powiedziała cicho, zupełnie cicho, jakby bardziej do siebie niż do Bóbr, na moment uciekając spojrzeniem w bok. Spokojnym, opanowanym, chłodnym i stanowczym głosem, tak jak zwykle, a jednak towarzyszyła temu ledwo słyszalna nuta czegoś obcego. Goryczy. Związanej bynajmniej nie z Bóbr, a z nią samą. Że tak długo zwlekała. Za długo. – Nieprawda, Bóbr – powtórzyła po chwili, trochę bardziej donośnie. Do niej. Już nie do siebie. Znów próbując złapać z nią kontakt wzrokowy. – I nawet nie próbuj mnie przekonać, że jest inaczej. – Mówiła jednocześnie spokojnie i łagodnie, a jednocześnie nieznoszącym sprzeciwu głosem. Nie. Bóbr nie powinna być martwa. Nie mogła. Tak wlasciwie to... – Nikt. Nikt nie powinien był tu być, rozumiesz? Ani ty, ani ona. Żadna z was – dorzuciła stanowczo, a potem odwróciła wzrok. Nie wiedziała, czy w ogóle powinna się wypowiadać na temat Pies, skoro jej nie znała, ale nie mogła zostawić Bóbr w tym stanie. W ten sposób. A nie wiedziała, co jeszcze sama mogła powiedzieć. – Nie znałam jej, ale gdyby sprawy potoczyły się odwrotnie, na pewno nie byłaby szczęśliwsza. – I ja też nie, przemknęło jej przez myśl, ale nie powiedziała już tego na głos. – Żaden kot nie powinien umierać w ten sposób ani tak wcześnie – dodała na koniec cicho. Ale są rzeczy, na które nie mamy wpływu.
<table><td><br>if everynightI goto sleepknowing<br>that.I.gave.everything.that.I<br><br>.............「HADTOGIVE」<br><br>≡then it's allI could'veasked for≡<br>I've.been.standing.u p.beside <br>e v e r y t h i n gI'veeversaid, but<br><br>OH,IT'SSATURDAYNIGHT,YEAH </td>
<td><img src='https://i.imgur.com/GtMW6L7.png' height='169px'><br></td></table>
Księżyce: 106 Mistrz: XDD Płeć: kotka Partner: twoja stara Trwałe urazy: głęboka szrama idąca od lewego policzka, przez żuchwę, do mniej więcej połowy szyi; gęste, ale krótkie ślady po pazurach nad nosem; poszarpane uszy; cienka blizna przechodząca przez prawy łuk brwiowy, urwana tuż nad górną powieką, ciągnąca się dalej przez policzek, rozcinająca wargę; ciągnie się prawie do żuchwy
Księżyce: 106 Mistrz: XDD Płeć: kotka Partner: twoja stara Trwałe urazy: głęboka szrama idąca od lewego policzka, przez żuchwę, do mniej więcej połowy szyi; gęste, ale krótkie ślady po pazurach nad nosem; poszarpane uszy; cienka blizna przechodząca przez prawy łuk brwiowy, urwana tuż nad górną powieką, ciągnąca się dalej przez policzek, rozcinająca wargę; ciągnie się prawie do żuchwy
ogromna, masywna czekoladowa szylkretowa z bielą; złote oczy; dużo blizn | KP
communal girlfriend; enigmatyczna, surowa, okrutna wobec słabszych jednostka z tendencjami socjopatycznymi, zapędami sadystycznymi, kompleksem boga i zamiłowaniem do ładnych kotek
Płomykówkowy Lot mogła poczuć kolejne drgnięcie ze strony Bobrzycy, gdy stanęła obok. Wiatr zawiał, rozdmuchując ich futra nieznacznie, ale chłód jej teraz nie przeszkadzał. Nie przeszkadzał nigdy, a tym bardziej nie w tej chwili, nie w takiej sytuacji. Szylkretka prawie całe swoje życie była chłodna, otaczała się tą zimną otoczką która topniała przy niewielu kotach. Jednym z tych kotów była Psina której śmierć zakuła falą lodu pewną część umysłu i serca Bobrzego Kła. Nie chciała, aby ktoś widział, w jakim jest stanie po śmierci siostry a jednocześnie wiedziała, że jedyna osoba, z którą może w jakikolwiek sposób podzielić się tym, co w tej chwili czuje, gdzieś tam w głębi, była Płomykówka. Pysk gladiatorki zacisnął się we prostą, wściekłą linię, a ona sama zagryzła wnętrze policzka aż poczuła metaliczny smak krwi na policzku. Dopiero wtedy się rozluźniła. Mięśnie jej momentalnie zwiotczały, jak wtedy, gdy Psi Pomruk tu znalazła. Zwiotczały i odmówiły posłuszeństwa zupełnie.
Jedyna jednostka w całym Klanie Cienia o ile nie możliwie w całym lesie, jaka kiedykolwiek zobaczy taki wybuch Bobrzycy to Płomykówka. Szylkretka tak szybko jak ochłonęła ponownie wysunęła pazury i zrobiła kilka kół wokół własnej osi, żwawym, pospiesznym, nieco pokracznym krokiem. Słuchała tego, co mówi Łasicza córka, słuchała, próbowała analizować, ale jej umysł nie potrafił. Nie potrafiła tego na chłodno przeanalizować jak robiła z wieloma rzeczami. Nie miała wpływu na śmierć Psiny, nie mogła z tym nic zrobić i nie powinna się obwiniać, tym bardziej gadać takich bzdur, to było tak głupie i irracjonalne, i ona to doskonale wiedziała i właśnie to irytowało ją jeszcze bardziej. Fakt, że nie potrafiła zrozumieć, dlaczego czuje się w taki sposób. Czemu jest tak rozdarta i tak wściekła, kiedy nie powinna się złościć o coś, na co nie ma wpływu. Nieprawda, zadudniło jej gdzieś w głowie. Chciała krzyczeć. Chciała krzyczeć i rwać pazurami wszystko, co wpadnie jej w zasięg łap. Wbić zębiska w swoje własne ciało aż przestanie czuć cokolwiek poza wylewającą się spod jej skóry krwią, bólem który ją oszołomi, zagłuszy te chore, niezrozumiałe, irracjonalne emocje. Nikt, ani ty, ani ona. Żaden kot nie powinien umierać w ten sposób.
Z gardła Bobrzego Kła wydobył się najpierw bliżej niezidentyfikowany, dziwny bełkot, potem warknięcie a potem otworzyła pysk. Krzyknęła. Na całe gardło, wbijając pazury w ziemię pod sobą, uderzając ogonem po piętach. Krzyczała ile miała sił w płucach, dopóki jej własny krzyk był jedynym, co słyszała, dopóki tylko jej własny wrzask huczał jej w uszach i gdzieś w głębi umysłu. Po czym zacisnęła powieki i masywne szczęki tak mocno, aż zabolało. Poczuła ból, rozchodzący się po całym pysku.
Oklapnęła całą sobą na ziemie, pochylając łeb nisko, pomiędzy włochate łopatki i przesuwając w nerwach łapami po błotnistym, bagnistym podłożu, rwąc mech który wpadał jej pod pazury. Czuła obrzydzenie do samej siebie, za bycie tak słabą. Za okazywanie tego przy kotce, która nie powinna nigdy tego widzieć. Nikt nigdy nie powinien tego widzieć. Do tego nie powinno dojść, nie powinno, nie miało, nie taki był plan. Nie taki był plan.
───────────────────
na co dzień jestemxx,,dość s p o k o j n a lekarzxxx,,xmixx,,xxpomaga gdy wpadam czasem w depresyjne stany elektrowstrząsyx,lubx,hipnoza złoty lek na wszystko - pr•zac i znówxxsnuć mogęxxeuforyczne plany o wyzdrowieniu szybkim marzę jak wyjdę jeszcze wam pokażę
nie znasz dnia ani godziny ZNAMxxJE xxTYLKOxxJA
───────────────────
Wysoka (jedna z najwyższych w Cieniu, jak nie w całym lesie), dobrze zbudowana, długowłosa ruda pointka o głębokich, niebieskich oczach. | KP
Co kryje się pod powłoką powagi i lodowatym spojrzeniem? Równie zimny i twardy charakter, można by rzec, choć wcale nie do końca. Płomykówka nie jest dobrym towarzystwem, jeśli szuka się kogoś do dobrej zabawy i pogaduszek. Chociaż potrafi mówić całkiem dużo i tłumaczyć całkiem dobrze, kiedy jest taka potrzeba, na ogół woli się za wiele nie odzywać. Ogranicza się do zwięzłych komunikatów i prostych przekazów, a przy rozmowach zwykle ma jakiś konkretny cel. Jaki? Najczęściej dowiedzenie się czegoś. Uwielbia badać i testować koty, zbierając informacje i tworząc sobie w głowie ich obraz. Nigdy nie wiadomo w końcu, kiedy i jaka wiedza mogłaby jej się przydać. Zadanie to ułatwia z pewnością fakt, że Płomykówkowy Lot jest kocicą inteligentną, która szybko się uczy i z łatwością zapamiętuje rzeczy. O sobie stara się mówić jak najmniej, często w niejasny sposób, pozostawiając wiadomości do odczytania między wersami. Nie czuje się komfortowo z rozmawianiem o sobie otwarcie. Uważa, żeby nie okazać niczego, co można by naznaczyć jako jej słabość i wykorzystać. Bardzo dba o swoją opinię, stąd też zwraca uwagę na każdy detal. Szczególnie ukrywa swoje uczucia. Traktuje je jak największą słabość, więc zazwyczaj nie da się wyczuć ich w jej głosie czy zobaczyć na jej pysku, chyba że celowo daje innym coś odczytać. | KP
Kiedy mówiła, cały czas obserwowała reakcję Bóbr. Gdzieś głęboko wewnątrz zastanawiała się, czy mówi dobrze, czy nie powinna jednak powiedzieć czegoś inaczej, zareagować w jakiś inny sposób, w ogóle wszystkiego zmienić, ale było już za późno. Skoro zaczęła, musiała teraz skończyć. Nie mogła odwołać swoich słów. A jednak patrząc na Bóbr, wciąż czuła przyspieszony rytm swojego serca. Była zła. Na siebie. Za to, że w ważnych chwilach zawsze łapały ją jakieś irytujące wątpliwości i nie potrafiła jakoś ich w sobie zdusić. Okropne. Potrafiła je kontrolować, ukrywać, a jednak wciąż w niej siedziały i nie mogła się zwyczajnie ich pozbyć. Ze wszystkich emocji najgorsza była dla niej właśnie ta niepewność, którą odczuwała wciąż, bez przerwy, kiedy czekała na jakąś odpowiedź Bóbr, jakąś reakcję poza dreptaniem w kółko.
I w końcu się doczekała, chociaż niekoniecznie czegoś, czego oczekiwała. Bobrzy Kieł zaczęła krzyczeć, a Płomykówka nawet nie drgnęła. Nie ruszyła się. Nie zareagowała w żaden sposób. Nawet nie mrugnęła. Zamiast tego czekała. Stała. W stoickim spokoju, kontrastującym tak bardzo z krzykiem Bóbr. Czekała, wciąż obserwowała, ale zauważyła, że po raz pierwszy... Po raz pierwszy nie robiła nic poza tym. Nie analizowała, nie czekała na następny ruch, nie próbowała go przewidzieć. Nie próbowała w żaden sposób myśleć o tym, co Bóbr robiła, właściwie to nie myślała, a ponadto wszystko nie oceniała, chociaż może, w innej sytuacji i gdyby dotyczyło to innego kota, uznałaby takie zachowanie za żałosne. Uznałaby wszystko, od postawy, tak różnej od tego, do czego ona sama dążyła, aż po sam krzyk, który przecież nic nie wnosił, za irracjonalne i słabe. Tak czy inaczej nie powiedziałaby tego na głos, zachowałaby to dla siebie, a empatia wzięłaby górę. A jednak tym razem nawet nie przeszło jej to przez myśl. Nie, zwyczajnie dawała Bóbr czas na wyrzucenie z siebie wszystkiego, co czuła skotłowane gdzieś w środku, aż dopóki nie opadła z sił i nie padła na ziemię. A wtedy również nic nie powiedziała, tylko bez słowa przysunęła się bliżej i położyła się zaraz obok, łeb kładąc bez pytania na karku wojowniczki.
Bóbr mogła nie chcieć, żeby ktokolwiek widział ją w tym stanie, ale Płomykówkowy Lot bynajmniej nie miała zamiaru się ruszać. Nie chciała jej opuszczać, bo jakkolwiek ktokolwiek nie próbowałby jej przekonać, że nie powinna tego widzieć, nie powinno jej tam być, nie chciała jej zostawiać. Nie w takim stanie. Próbowała ją zrozumieć, tak naprawdę nie rozumiejąc nic, bo uczucie straty, mimo wszystko, nie należało do tych, które dobrze znała. Ale wiedziała jedno – nie chciała jej tak zostawiać.
<table><td><br>if everynightI goto sleepknowing<br>that.I.gave.everything.that.I<br><br>.............「HADTOGIVE」<br><br>≡then it's allI could'veasked for≡<br>I've.been.standing.u p.beside <br>e v e r y t h i n gI'veeversaid, but<br><br>OH,IT'SSATURDAYNIGHT,YEAH </td>
<td><img src='https://i.imgur.com/GtMW6L7.png' height='169px'><br></td></table>
Księżyce: 106 Mistrz: XDD Płeć: kotka Partner: twoja stara Trwałe urazy: głęboka szrama idąca od lewego policzka, przez żuchwę, do mniej więcej połowy szyi; gęste, ale krótkie ślady po pazurach nad nosem; poszarpane uszy; cienka blizna przechodząca przez prawy łuk brwiowy, urwana tuż nad górną powieką, ciągnąca się dalej przez policzek, rozcinająca wargę; ciągnie się prawie do żuchwy
Księżyce: 106 Mistrz: XDD Płeć: kotka Partner: twoja stara Trwałe urazy: głęboka szrama idąca od lewego policzka, przez żuchwę, do mniej więcej połowy szyi; gęste, ale krótkie ślady po pazurach nad nosem; poszarpane uszy; cienka blizna przechodząca przez prawy łuk brwiowy, urwana tuż nad górną powieką, ciągnąca się dalej przez policzek, rozcinająca wargę; ciągnie się prawie do żuchwy
ogromna, masywna czekoladowa szylkretowa z bielą; złote oczy; dużo blizn | KP
communal girlfriend; enigmatyczna, surowa, okrutna wobec słabszych jednostka z tendencjami socjopatycznymi, zapędami sadystycznymi, kompleksem boga i zamiłowaniem do ładnych kotek
Uczucia były trudne. I niezwykle irytujące. Ukrywać, kontrolować je można było, ale nie dało się ich...w zupełności pozbyć, przynajmniej Bobrzyca tego nie umiała. Po prostu nie była w stanie i to ją irytowało najmocniej, fakt, że nie potrafiła wyzbyć się czegoś, co wcale nie było jej potrzebne i co było absolutnie irracjonalne, niewyjaśnione, bezsensowne. Bo jaki sens był w żalu i złości po śmierci, skoro śmierć była, w przeciwieństwie do niektórych uczuć, czymś absolutnie naturalnym? Niektóre emocje były w porządku, jak satysfakcja ze złapanej zwierzyny, a niektóre...właśnie. Wyniszczały od środka i doprowadzały gladiatorkę, niezłomną gladiatorkę do szewskiej pasji. To było tak bez sensu i tak ją denerwowało. Była szajbuską. Była walnięta i porywista, wmawiała sobie, że panuje nad sobą a prawda jest taka, że w takich sytuacjach nerwy jej najnormalniej w świecie puszczały i emocje robiły z nią, co chciały. Była żałosna. Obrzydzona, sama sobą, tym, jak słaba była. Okazała słabość, nie powinna była tego nigdy zrobić.
A na pewno nie przy Płomykówce.
Nozdrza kocicy były wyraźnie rozszerzone, szybko, nierównomiernie poruszające się. Wciągała powietrze i wypuszczała je równie szybko, arytmicznie, niespokojnie, szybko. Przełknęła ślinę i oblizała nerwowo różowy nos. Łasicza córka miała prawo pomyśleć o tym wszystkim co chciała - że Bobrzy Kieł była słaba i żałosna. I miałaby wtedy rację, prawda? Przecież taka była. Okazywała słabość, coś, co w jej przypadku nigdy nie powinno mieć miejsca. Cała zaistniała sytuacja była irracjonalna a jednocześnie...szylkretka nie wiedziała, co innego począć. Wyrwano jej kawałek własnej osobowości, kawałek jej i tak już chłodnego, nieco zgorzkniałego serca. Gladiatorka drgnęła gdy poczuła włochaty łeb Płomykówkowego Lotu na swoim karku. Masywnym, sztywnym, niezłomnym. Pies nie żyła i był to dla niej cios, ale musiała się z tym jakoś pogodzić, teraz gdy...wyrzuciła z siebie to wszystko...teraz już wszystko pójdzie w dobrym kierunku, prawda? W razie niepowodzenia musimy zakwestionować nasze dotychczasowe założenia. Nikt niczego nie uczy się przez sukces, tylko przez porażkę. Jakiekolwiek głupie emocje w umyśle Bobrzego Kła równie szybko zastąpiło to znajome, naturalne, chłodne myślenie. Tak, to tylko drobna wpadka. Nic więcej. Niewielkie odchylenie od normy. Wtuliła pysk w jasne futro drugiej wojowniczki, ocierając się mordką o szyję, kark, także pysk Płomykówki i wciągając w nozdrza jej woń. Przesunęła szorstkim językiem po głowie pointki kilka razy, między oddechami, przyciskając nos do wgłębienia w rudym uchu córki Łasicy. Mimowolnie poruszyła ogonem, próbując znaleźć kitę drugiej kotki, spleść go ze swoim własnym. Przycisnęła masywne ciało do ciała Płomykówki i drgnęła po raz kolejny. Obecność drugiej kotki była dla Bobrzycy wręcz upojna.
───────────────────
na co dzień jestemxx,,dość s p o k o j n a lekarzxxx,,xmixx,,xxpomaga gdy wpadam czasem w depresyjne stany elektrowstrząsyx,lubx,hipnoza złoty lek na wszystko - pr•zac i znówxxsnuć mogęxxeuforyczne plany o wyzdrowieniu szybkim marzę jak wyjdę jeszcze wam pokażę
nie znasz dnia ani godziny ZNAMxxJE xxTYLKOxxJA
───────────────────
Wysoka (jedna z najwyższych w Cieniu, jak nie w całym lesie), dobrze zbudowana, długowłosa ruda pointka o głębokich, niebieskich oczach. | KP
Co kryje się pod powłoką powagi i lodowatym spojrzeniem? Równie zimny i twardy charakter, można by rzec, choć wcale nie do końca. Płomykówka nie jest dobrym towarzystwem, jeśli szuka się kogoś do dobrej zabawy i pogaduszek. Chociaż potrafi mówić całkiem dużo i tłumaczyć całkiem dobrze, kiedy jest taka potrzeba, na ogół woli się za wiele nie odzywać. Ogranicza się do zwięzłych komunikatów i prostych przekazów, a przy rozmowach zwykle ma jakiś konkretny cel. Jaki? Najczęściej dowiedzenie się czegoś. Uwielbia badać i testować koty, zbierając informacje i tworząc sobie w głowie ich obraz. Nigdy nie wiadomo w końcu, kiedy i jaka wiedza mogłaby jej się przydać. Zadanie to ułatwia z pewnością fakt, że Płomykówkowy Lot jest kocicą inteligentną, która szybko się uczy i z łatwością zapamiętuje rzeczy. O sobie stara się mówić jak najmniej, często w niejasny sposób, pozostawiając wiadomości do odczytania między wersami. Nie czuje się komfortowo z rozmawianiem o sobie otwarcie. Uważa, żeby nie okazać niczego, co można by naznaczyć jako jej słabość i wykorzystać. Bardzo dba o swoją opinię, stąd też zwraca uwagę na każdy detal. Szczególnie ukrywa swoje uczucia. Traktuje je jak największą słabość, więc zazwyczaj nie da się wyczuć ich w jej głosie czy zobaczyć na jej pysku, chyba że celowo daje innym coś odczytać. | KP
Okazywanie słabości nie było czymś dobrym, zdecydowanie. Kiedy czasem Płomykówka obserwowała inne koty na pogrzebach, niemal bała się myśli, że mogłaby kiedyś reagować tak, jak one. Publicznie okazywać swoje uczucia. Swoją słabość. Ugh. Jednak jednocześnie... gdzieś głęboko pod maską zobojętnienia i chłodu Płomykówka miała w sobie całkiem spore pokłady empatii. Myślała czasem krytycznie o kotach, które były słabe, ale bądź co bądź w końcu dochodziła do wniosku, że nie może ich za to winić. Nie każdy kot był na tyle silny. Nie każdy kot mógł chcieć ukrywać swoje emocje. Nie każdy kot potrafił sobie radzić ze stratą. A poza tym ona nawet do końca nie wiedziała, jak okropne jest to uczucie. Dlatego, szczerze powiedziawszy, nie przejmowała się tym, że Bóbr w tym momencie była słaba. Nie przejmowała się tym wcale, a wręcz ciekawie było poznać ją też z innej strony.
...z innej strony. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Drgnęła lekko, kiedy Bóbr do niej przylgnęła. W nowej pozycji czuła się dziwnie. Przyjemnie fizycznie, a jednak odczuwała pewien dyskomfort. Jakiś ciężar głęboko wewnątrz, którego nie potrafiła dokładnie wyjaśnić. I... dziwiła się tym, że nastrój Bóbr tak szybko się zmienił. Że była w stanie odreagować i wrócić do normy, jak gdyby nigdy nic, nawet jeśli przed chwilą była bliska załamaniu. To było silne. Jednak jakaś jej część... obawiała się, że mogła teraz służyć Bobrzycy jako zwykła dystrakcja. Może właśnie stąd to ciężkie uczucie wewnątrz? Bóbr była jej bliska, ale w jakim stopniu? W jakim sensie? Te pytania wciąż pozostawały bez odpowiedzi, a to, co teraz robiły, wcale nie ułatwiało sprawy. Mimo to położyła swój ogon na ogonie szylkretowej kocicy. Jeśli to miało ją uspokoić... niech i tak będzie. Niemniej jednak...
– Powinnyśmy niedługo wracać – powiedziała do niej cicho, swoim zwykłym tonem. Tak, powinny, bo nie była pewna, do czego prowadziło to spotkanie, czy w ogóle do czegoś prowadziło, ale czuła się dość niestabilnie. To była nowa, inna sytuacja. Potrzebowała chłodnej analizy. Nie chciała postępować pochopnie z niczym, a Bóbr była... zdecydowanie za blisko, żeby mogła uważać, że to bez znaczenia. – Niebawem pewnie zjawi się tu patrol. Nie możemy leżeć brudne po środku mechowiska, kiedy tu przyjdą – dodała. Wymówka? A i owszem, ale wystarczyło krótkie spojrzenie na niebo, żeby zauważyć, że Płomykówka mogła mieć rację. Faktycznie, pora była odpowiednia i ktoś niedługo mógł przechodzić właśnie tędy, a ona nie chciałaby za bardzo tłumaczyć, czemu leżały na środku Mechowiska w ten sposób. Nie, właściwie był to dość prywatny moment, bo odczuwała jakieś nieco głębsze emocje i w ogóle nie chciała, żeby ktoś ją widział. Musiały wracać. A ona sama potrzebowałaby chwili na ochłonięcie.
<table><td><br>if everynightI goto sleepknowing<br>that.I.gave.everything.that.I<br><br>.............「HADTOGIVE」<br><br>≡then it's allI could'veasked for≡<br>I've.been.standing.u p.beside <br>e v e r y t h i n gI'veeversaid, but<br><br>OH,IT'SSATURDAYNIGHT,YEAH </td>
<td><img src='https://i.imgur.com/GtMW6L7.png' height='169px'><br></td></table>
Długowłosy, tygrysio pręgowany rudy kocur o żółtych oczach. Ma bliznę idącą od lewego oka, pod nos i do prawego oka oraz na szyi, z prawej strony, po wyrwanym płacie skóry. Oprócz tego, na karku, z lewej strony, posiada również ślad po ugryzieniu przez lisa.
Wiewiórczy Ogon od jakiegoś czasu praktykował aktywność fizyczną, jaką było pływanie. Początkowo szło mu dość topornie, wiadomo, nikt nie rodzi się mistrzem, ale na ten moment szło mu całkiem nieźle. Widać, że praktyka czyni mistrza, zwłaszcza że tak wysokie temperatury sprzyjały kąpielom wodnym. Tego dnia nie było inaczej. Cienisty zastępca, mając nieco wolnego czasu po ustaleniu wszystkich patroli zdecydował się na schłodzenie swojego ciała, przegrzanego przez upał i długie futro. Wskoczył do wody, popluskał się trochę i wyszedł na brzeg, cały mokry. Nie mógł w takim stanie iść do obozu, więc otrzepał się i czekał, aż trochę przeschnie, żeby sierść przynajmniej trochę się napuszyła, bo w tym momencie zwisała bezwiednie ściśle przylegając do ciała, zdecydowanie ujmując synowi Świerkowej Igły atrakcyjności. Przynajmniej częściowo, bo dzięki temu mięśnie, których przez te księżyce dorobił się rudzielec były o wiele bardziej widoczne. Było widać, że... są, a objętość kocura nie jest skutkiem nieodpowiedniej diety.
Mistrz: Olchowy Szept Płeć: kotka Matka: Jaskółczy Głos Ojciec: Iglasty Grzbiet Partner: po co to komu?
Ogromna, wysoka wojowniczka o masywnym karku i dobrze zarysowanych mięśniach. Ma długie łapy zakończone ostrymi pazurami. Jej ogon jest długi i gruby, przeważnie uderza nim o ziemię albo macha nim na boki. Jej futro jest krótkie i niezbyt gęste, bure w ciemniejsze, tygrysie pręgi. Jedyne jaśniejsze miejsce to biała plamka na brodzie. Oczy są w jasnym odcieniu zieleni, przypominającym trawę. Często je mruży. Nos jest ceglany, momentami ciemniejszy, a na jej szyi, od czasu walki z bratem, widać gęste zadrapania po pazurach i ślad po ugryzieniu. Nie próbuje zasłaniać blizn, nosi je jak trofeum.
Na pierwszy rzut oka Sowiooka może wydać się nieprzyjemna, zdystansowana i chłodna. No i przede wszystkim złośliwa. Ale jeżeli da się komuś bliżej poznać, okazuje się, że właśnie taka jest. Znaczy może dużo mniej obojętna, ale bardzo złośliwa i uszczypliwa. Lubi łapać innych za słówka i narzekać na wszystko na co tylko się da. Przeważnie jest niecierpliwa i spięta, ale ostatnio udowodniła samej sobie, że potrafi się trochę rozluźnić, a nawet rzucić jakimś głupim żartem. Jeżeli ktoś podejdzie do niej z powagą i będzie chciał kulturalnej i uprzejmej rozmowy, Sowa się dostosuje. Ale jeśli ktoś zagada do niej luźno, koleżeńsko, w ten sposób mu odpowie. Potrafi dbać i troszczyć się o koty, nawet jeśli okazuje to na własny sposób, ale zawsze mówi co myśli, nawet jeżeli rozgniecie tym czyjąś reputację jak robaka. Nie kłamie - najwyżej odrobinę nagina prawdę na własną korzyść. Poza tym rzadko kiedy wybacza i umie długo chować do kogoś urazę - nie bojąc się mu tego wytknąć. Uwielbia rozwiązywać problemy za pomocą walki i jest zwolenniczką krwawych, brutalnych rozwiązań, a mimo to najbardziej boi się śmierci. Szczególnie od kiedy wie, że koty umierają też przez sen. Tym bardziej, że kwestionuje istnienie gwiezdnych ze względu na zniknięcie wszystkich żyć Wężowej Gwiazdy w momencie śmierci. Nienawidzi widoku zwłok i jest jej od nich niedobrze, no i bardzo często zastanawia się co czeka koty po śmierci.
Rydzowe Futro(KG) Kwitnąca Łapa(KW)
Sowia Łapa pod przykrywką spacerów po mech, zwiedzała Tereny Klanu Cienia na własną łapę. W takim razie najdalszym miejscem gdzie można znaleźć trochę mchu będzie Mechowisko. Sowa nigdy tam nie była, więc dojście w to miejsce stało się czymś w rodzaju "wyzwania dnia". Była bardzo ostrożna, żeby przypadkiem nie trafić na żadnego drapieżnika, a tym bardziej kota z Klanu. Wkrótce zauważyła, że okolica wilgotnieje. Przyjemnie się tędy szło, szczególnie ze względu na gorąc. Po chwili marszu, kotka wreszcie schyliła się i zaczęła zbierać mech. Dalej było jeszcze wilgotniej. Chyba nawet powstawało tam coś w rodzaju sadzawki. Nie chciała wpaść do wody, nadal pamiętając jak Olchowy Szept opowiadał jej o pływaniu. Ale przecież z tamtej strony powinno być jeszcze więcej, jeszcze bardziej puszystego mchu. Starczy i do kociarni, i do legowiska terminatorów. A jak się postara może nawet trochę do Zacienionych Skałek? Ciekawe czy można ułożyć mech na jej drzewie. Na pewno byłoby jej dużo wygodniej. Właśnie w tym momencie zauważyła kota wychodzącego z wody. Wzdrygnęła się lekko, bo nie planowała tu kogokolwiek spotkać. Zastrzygła uszami i podeszła bliżej, z mchem w pyszczku. Upewniła się, że rudy kocur pachnie Klanem Cienia i upuściła zerwany mech na ziemię. Przyglądała mu się chwilę dłużej i rozpoznała w nim Wiewiórczego Ogona, zastępcę przywódcy z wszystkich ceremonii. Grzeczność nakazywała się przywitać.
- Dzień dobry, Wiewiórczy Ogonie. Pływanie to zapewne dobry sposób na ochłodę w takie dni. - powiedziała uprzejmie.
Jest największy i najwyższy ze swojego rodzeństwa oraz dużo powyżej średniej w klanie. Cechują go długie, smukłe łapy i sprężysta sylwetka o szerokich barkach oraz długim, kudłatym ogonie. Jedną z cech charakterystycznych Królewicza jest mocna, silna broda odznaczająca się silnie na jego pysku, nad którą jarzą się bladozielone, lśniące ślepia. Pokrywają go tak gęste czarne, zawijasy, że zdaje się być smoliście czarny, jedynie na łapach i na pysku przebijają piaskowo-brązowawe przejaśnienia, świadczące o tym, że jednak jest bury bez ani grama bieli. Całe jego ciało pokrywa długa, bujna sierść, która w szczególności nabiera objętości wokół szyi i na piersi, zaś z trójkątnych uszu wyrastają gęste, długie czarne pędzle.
Jest ogromnym egoistą oraz egocentrykiem, który prawdopodobnie będzie szedł przez życie po trupach do obranego celu. Urodził się jako siódmy syn potomka nie jednego, a dwóch przywódców i czuje, że został stworzony do wyższych rzeczy. Kocur jest bardzo ambitny i przy okazji pozbawiony empatii; nie wzrusza go krzywda innych kotów. Dodatkowo matka wpoiła mu niechęć do znajd i przybłęd przyjmowanych do klanu, co podbudowało u niego silne poczucie wyższości w związku z pochodzeniem. Uważa się za błękitnokrwistego. Reszta Klanu Cienia jest gorsza od jego rodziny. Bywa milczący, ale umie używać języka, szczególnie wtedy gdy tego potrzebuje. Jego osobowość stanowi mieszankę rodziców - od ojca przyjął wyciszenie i rozwagę, zaś z mlekiem matki wchłonął jej, dla niektórych krzywdzące poglądy i nieprzyjemny charakter. Potrafi się szybko dostosować. Zasady są dla niego istotne i woli ich nie naginać, choć przede wszystkim zależy mu na zysku i czynieniu tego, na czym mu zależy i do czego został stworzony.
Łowy.
Królewicz polował często i intensywnie, na zmianę z patrolowaniem ziem należących do Klanu Cienia i nie tylko, tak swoją drogą. Czasami zapuszczał się nawet do Leśnych Ostępów, szukając wrażeń i mord do obicia, jeśli miał na to ochotę. Pamiętał, że patrole Klanu Gromu poinformowały klan o tym, że zaczynają polować na samotników i cóż... Król Olch nie mógł temu nie przyklasnąć. Ba, stwierdził, że to naprawdę dobra inicjatywa i sam chętnie ją uskuteczniał, kiedy miał wolną chwilę i jakiś obcy brudnokriwsty napatoczył mu się pod łapy.
Szedł na lekko ugiętych łapach, a wiatr dmuchał mu w pysk, rozwiewając grzywę obrastającą jego szyję oraz barki i łopatki, która ostatnio nabrała objętości przez spadek temperatur i chłodne noce. Uważnie stawiał kroki, aby nie spłoszyć zwierzyny, na którą mógł natrafić. Dodatkowo wytężał wszystkie zmysły w poszukiwaniu jakiegoś tropu. Nie chciałby wrócić do obozu z pustymi łapami.
Polowanie było bardzo ważne. W szczególności teraz, kiedy z każdym kolejnym wschodem słońca robiło się coraz zimniej, a co za tym szło - zwierzyna chowała się w swoich norkach i było jej coraz mniej. Na szczęście klan Cienia miał wielu dobrze wyszkolonych wojowników i jednym z nich był właśnie Olchowy Szept. Kocur uważnie rozglądał się po okolicy, węszył, nasłuchiwał, aż w końcu coś usłyszał. Natychmiast obrócił głowę w kierunku, z którego doszedł go dźwięk trzepotania skrzydeł i ujrzał wronę lądującą na ziemi. Miał idealną okazję by ją złapać, wystarczy tylko że się trochę postara.
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Jest największy i najwyższy ze swojego rodzeństwa oraz dużo powyżej średniej w klanie. Cechują go długie, smukłe łapy i sprężysta sylwetka o szerokich barkach oraz długim, kudłatym ogonie. Jedną z cech charakterystycznych Królewicza jest mocna, silna broda odznaczająca się silnie na jego pysku, nad którą jarzą się bladozielone, lśniące ślepia. Pokrywają go tak gęste czarne, zawijasy, że zdaje się być smoliście czarny, jedynie na łapach i na pysku przebijają piaskowo-brązowawe przejaśnienia, świadczące o tym, że jednak jest bury bez ani grama bieli. Całe jego ciało pokrywa długa, bujna sierść, która w szczególności nabiera objętości wokół szyi i na piersi, zaś z trójkątnych uszu wyrastają gęste, długie czarne pędzle.
Jest ogromnym egoistą oraz egocentrykiem, który prawdopodobnie będzie szedł przez życie po trupach do obranego celu. Urodził się jako siódmy syn potomka nie jednego, a dwóch przywódców i czuje, że został stworzony do wyższych rzeczy. Kocur jest bardzo ambitny i przy okazji pozbawiony empatii; nie wzrusza go krzywda innych kotów. Dodatkowo matka wpoiła mu niechęć do znajd i przybłęd przyjmowanych do klanu, co podbudowało u niego silne poczucie wyższości w związku z pochodzeniem. Uważa się za błękitnokrwistego. Reszta Klanu Cienia jest gorsza od jego rodziny. Bywa milczący, ale umie używać języka, szczególnie wtedy gdy tego potrzebuje. Jego osobowość stanowi mieszankę rodziców - od ojca przyjął wyciszenie i rozwagę, zaś z mlekiem matki wchłonął jej, dla niektórych krzywdzące poglądy i nieprzyjemny charakter. Potrafi się szybko dostosować. Zasady są dla niego istotne i woli ich nie naginać, choć przede wszystkim zależy mu na zysku i czynieniu tego, na czym mu zależy i do czego został stworzony.
Długo czekać nie musiał na to, aby coś napatoczyło mu się pod łapy. Ledwo obrócił głowę w jedną, w drugą stronę, a już do jego uszu dotarł szum trzepoczących skrzydeł. Chwilę później zobaczył sprawcę całego zamieszania. Szaro-czarny ptak wylądował nieopodal na ziemi, być może szukając pożywienia. Królewicz również szukał. Ciekawe, kto wyjdzie na tym lepiej, co?
Momentalnie zaczął iść pod wiatr w kierunku ptaszyska, kryjąc się w turzycach, które obrastały gęsto okolicę, przed wzrokiem wrony. Stąpał lekko, patrząc uważnie pod łapy, by nie spłoszyć swojej ofiary przypadkowym trzaskiem łamanego patyka; w obniżonej pozycji, ale tak, by brzuch nie dotykał ziemi i z głową oraz ogonem zrównanymi z grzbietem. Kiedy wydawało mu się, że jest już wystarczająco blisko, wystrzelił w długim susie na wronę, chcąc złapać ją za kark i połamać skrzydła, a najlepiej zadusić, żeby szybko padła.
Cóż tu dużo mówić. Polowanie dla tak wprawionego wojownika jak Olchowy Szept było jedynie formą rozrywki, a nie obowiązkiem. Kocur skradał się ostrożnie, pilnując każdej zasady polowania, przez co ptaszysko nie miało pojęcia, że zaraz nastąpi jego koniec. Wrona grzebała sobie w ziemi, zupełnie nieświadoma, kiedy nagle... właściwie znikąd wyskoczył na nią syn Lamparciego Płomienia. Próbowała się bronić, ale na marne. Wyzionęła ducha właściwie od razu, nim zdążyła cokolwiek zrobić.
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Jest największy i najwyższy ze swojego rodzeństwa oraz dużo powyżej średniej w klanie. Cechują go długie, smukłe łapy i sprężysta sylwetka o szerokich barkach oraz długim, kudłatym ogonie. Jedną z cech charakterystycznych Królewicza jest mocna, silna broda odznaczająca się silnie na jego pysku, nad którą jarzą się bladozielone, lśniące ślepia. Pokrywają go tak gęste czarne, zawijasy, że zdaje się być smoliście czarny, jedynie na łapach i na pysku przebijają piaskowo-brązowawe przejaśnienia, świadczące o tym, że jednak jest bury bez ani grama bieli. Całe jego ciało pokrywa długa, bujna sierść, która w szczególności nabiera objętości wokół szyi i na piersi, zaś z trójkątnych uszu wyrastają gęste, długie czarne pędzle.
Jest ogromnym egoistą oraz egocentrykiem, który prawdopodobnie będzie szedł przez życie po trupach do obranego celu. Urodził się jako siódmy syn potomka nie jednego, a dwóch przywódców i czuje, że został stworzony do wyższych rzeczy. Kocur jest bardzo ambitny i przy okazji pozbawiony empatii; nie wzrusza go krzywda innych kotów. Dodatkowo matka wpoiła mu niechęć do znajd i przybłęd przyjmowanych do klanu, co podbudowało u niego silne poczucie wyższości w związku z pochodzeniem. Uważa się za błękitnokrwistego. Reszta Klanu Cienia jest gorsza od jego rodziny. Bywa milczący, ale umie używać języka, szczególnie wtedy gdy tego potrzebuje. Jego osobowość stanowi mieszankę rodziców - od ojca przyjął wyciszenie i rozwagę, zaś z mlekiem matki wchłonął jej, dla niektórych krzywdzące poglądy i nieprzyjemny charakter. Potrafi się szybko dostosować. Zasady są dla niego istotne i woli ich nie naginać, choć przede wszystkim zależy mu na zysku i czynieniu tego, na czym mu zależy i do czego został stworzony.
Żywienie klanu zawsze było obowiązkiem, nawet jeśli było się w tym dobrym i sprawiało to sporo przyjemności wykonawcy. Ostrożnie stawiał kroki, zbliżając się do swojej przyszłej ofiary, którą miał cały czas na oku. W pewnym momencie przyśpieszył kroku, aby uzyskać rozpęd i sprężyście wybić się z tylnych łap, spadając na wronę z impetem i celując łapami w skrzydła, które trzasnęły jak zapałki. Uderzenie serca później szczęki królewicza zamknęły się na jej gardzieli, blokując dostęp powietrza. Wkrótce wyzionęła ducha, a Olcha nie zdążył nawet zbrudzić się krwią. Z wroną w pysku podszedł do kamienia porośniętego mchem i zakopał pod nim ptaszysko, szczelnie przykrywając jeszcze ciepłe truchło ziemią. Poprawił parę kosmyków na piersi i ponownie ruszył w głąb mechowiska. Szedł na lekko ugiętych łapach, z ogonem trzymanym na równi z grzbietem, jak i z głową w tej samej pozycji. Szukał kolejnych tropów zwierzyny, węsząc i nasłuchując, jak i rozglądając sie uważnie.
Dobra passa trwała. Olchowy Szept dopiero co złapał wronę, ledwie wykonał parę kroków, a już ujrzał jak długość drzewa dalej na ziemi powoli ląduje tłuściutki rudzik. Nie zdążył nawet odetchnąć po schwytaniu zwierzyny, a w jego łapy już pchana jest następna. Przodkowie najwidoczniej byli po jego stronie tego dnia, zdecydowanie.
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡