niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Migoczący na szczęście już dłużej nie protestował, chociaż bury wyczuwał od niego zniechęcenie. Przez parę księżyców treningów Orlik zdołał się już nauczyć, że czarny nie należy do szczególnie niezrażonych i przebojowych kotów, ale wcale mu to nie przeszkadzało, akceptował go takim, jaki był. Na pewno miało to swoje wady, ale i zalety. Tak czy siak, wojownik uśmiechnął się lekko, gdy dostrzegł ze strony terminatora ruch. Starał się wyglądać jak najbardziej naturalnie… ale postanowił dać uczniakowi małe fory, żeby go dłużej nie dręczyć. Nie skupiał się szczególnie na ochronie oczu, a jedyną jego obroną był odruch bezwarunkowy, którego nie dało się powstrzymać, ale który na szczęście mógł nie wystarczyć. Orlikowe Pióro nie należał do wybitnych aktorów, jednak wszystko działo się szybko; może czarny nie dostrzeże tej pomocy?
rzut na powodzenie akcji Migoczącego:
parzyste – udana
nieparzyste – nieudana
wypada 6 – akcja udana → Migocz oślepia Orlika (celność obniżona na dwie tury)
Grudki ziemi i fragmenty trawy poszybowały ku buremu wojownikowi, który nie zdołał uniknąć oślepienia, dokładnie tak, jak zamierzał. Ciemne ziarenka dostały się do jego oczu, powodując chwilowe pieczenie i uruchamiając mechanizm niekontrolowanego mrugania. Obraz rozmył mu się przez łzy, którymi ślepia odruchowo zaszły, kiedy organizm próbował pozbyć się sprawców nieprzyjemnego uczucia.
czarny kocur z białą plamką na brzuchu, krótkie futro, długie łapy, ogólnie raczej niezbyt wielki, szczupły, żółte oczy. Na prawym boku posiada średniej wielkości, okrągłą ranę po podpaleniu.
Migocząca Łapa szczególnie umiłował przesiadanie w ciszy. Od czasu do czasu cieszy się rozmową. Odzywa się jedynie w sytuacjach tego wymagających, natomiast jego odpowiedzi są skrócone do minimum. Nie potrafi głosić poematów i używać ładnych słów. W głębi strasznie chaotyczny, nie wie co robić w danych sytuacjach, a również zależy na relacjach z innymi. Nie znosi agresji.
Może i czarny kocur często coś obserwował, tak teraz nie mógł w stanie nic zauważyć. Szybki ruch łapą spowodował również odwrócenie głowy, co mogło być dosyć wielkim błędem. W końcu nawet najmniejsze uderzenie serca mogło zadecydować o jego przegranej.
Szybko jednak się odwrócił, a kiedy uspokoił kołatanie serca i przestał machać głową jak szalony, przyjrzał się bliżej mistrzowi.
— Ach, ach, przepraszam — krzyknął od razu, widząc burego wojownika, szybko mrugającego. Sam pomachał głową i lekko podskoczył. — Nic się nie stało? Nie chciałem. W sensie chciałem, ale... — wziął głęboki oddech, uspokajając się. Bądź co bądź nie wiedział, czym takie oślepienie mogło skutkować. Nie był medykiem i wcale zostawać nim nie zamierzał. Odetchnął, nawet nie zauważywszy, że wreszcie udało mu się coś zrobić.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Potrząsnął lekko głową, nie przestając mrugać, choć jednocześnie cofnął się o krok na ugiętych łapach, kiedy Migocz się zbliżył. Orlik był gotów wykonać jakiś unik, nawet na ślepo, żeby nie dać kocurowi zupełnie za wygraną. Czarny jednak wcale nie atakował; chyba przestraszył się, że jego ruch mógł wyrządzić mistrzowi jakąś krzywdę. Orlikowe Pióro wyprostował się, wyginając wargi w lekkim uśmiechu.
— Spokojnie, wszystko jest dobrze — zapewnił terminatora. Istniały dwa sposoby na oślepienie wroga. Gdyby złotooki zdecydował się na ten drugi, gdyby zamachnął się pazurami w stronę oczu burego, wtedy oczywiście uszkodzenie gałek wojownika było jak najbardziej prawdopodobne, ale sypnięcie ziemią stwarzało tylko chwilowe utrudnienia. Nie powodowało żadnych trwalszych skutków. Syn Chłodnego Powiewu pomrugał jeszcze parę razy, usuwając większość grudek. Obraz psuły tylko pozostałości łez, które powinny po chwili też się ulotnić.
— Spróbuj jeszcze raz mnie zaatakować, dobrze? Teraz trochę zmienię strategię, też będę wyprowadzać ataki, jak w prawdziwej walce, chociaż oczywiście dalej bez kłów i pazurów — miauknął do swego dawnego ucznia, powracając do odpowiedniej pozycji i uważnie obserwując rozmytą sylwetkę terminatora. Czekał na jego cios.
czarny kocur z białą plamką na brzuchu, krótkie futro, długie łapy, ogólnie raczej niezbyt wielki, szczupły, żółte oczy. Na prawym boku posiada średniej wielkości, okrągłą ranę po podpaleniu.
Migocząca Łapa szczególnie umiłował przesiadanie w ciszy. Od czasu do czasu cieszy się rozmową. Odzywa się jedynie w sytuacjach tego wymagających, natomiast jego odpowiedzi są skrócone do minimum. Nie potrafi głosić poematów i używać ładnych słów. W głębi strasznie chaotyczny, nie wie co robić w danych sytuacjach, a również zależy na relacjach z innymi. Nie znosi agresji.
Odetchnął z ulgą na potwierdzenie mistrza. Teraz stał od niego trochę dalej i raz po raz podnosił którąś ze swoich łap. Denerwował się, i to mocno. Chociaż byłoby to trudne, nie chciał zrobić żadnej krzywdy wojownikowi. A przy tym... po prostu chciał się nauczyć; wiedzieć jak walczyć i jak się bronić. Tak więc, kiedy jedynie usłyszał, że jeszcze ma zaatakować, nie wiedział jak zareagować. Z jego pyszczka wyszło długie westchnięcie, jednak on znowu ruszył do przodu. Z pochyloną głową i jakimś takim nieszczęściem, powolo poszedł do przodu. No ten, ważne, że musiał się teraz dodatkowo skupić na obronie. Wcześniej również to robił, nie wiedząc czego się spodziewać, jednak teraz dostał potwierdzenie, że Orlikowe Pióro również będzie atakował.
Tym razem nie atakował szybko, kilka razy obchodził mistrza dookoła. Myślał nad tym, co zrobić, ale również... chciał dać sobie trochę czasu na odpoczynek. A może podświadomie dawał też szansę na jakieś wydobrzenie wojownikowi? W pewnym momencie pobiegł do mistrza i mimo poświęconego czasu na przemyślenie, po prostu wycelował swoją łapę w pysk Orlikowego Pióra.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Czekał, aż czarny zdecyduje się na cios. W prawdziwej walce nie miałby tyle czasu, jednak na razie Orlik pozwalał mu na rozważania. Stopniowo wypracują też tempo; na razie Migocz musiał się przede wszystkim wdrożyć w nowe zagadnienie. Dopóki terminator krążył, bury stał w miejscu, śledząc podopiecznego wzrokiem. Zastanawiał się, czy jeszcze spróbować uniknąć, czy od razu atakować, ale doszedł do wniosku, że skoro zapowiedział wyprowadzanie ciosów, to przez parę tur rzeczywiście zajmie się głównie tym. Może z raz czy dwa podejmie próbę odchylenia się, żeby zachować pozory nieprzewidywalności prawdziwej potyczki, jednak na razie mógł dawać kocurowi fory.
Kiedy czarny wreszcie wypadł w jego stronę, unosząc jedną z łap niebezpiecznie ku pyskowi mistrza, wojownik spróbował wykorzystać tę kolejkę na kontratak, mający miejsce w mniej więcej tej samej chwili, co domniemany cios złotookiego. Brat Zaśnieżonej spróbował pochylić się, na pewno nie tak mocno, aby dało się to nazwać unikiem, ale uwagę skupił przede wszystkim na łopatce młodego, którą miał zamiar lekko klepnąć.
atak Migocza – słaby (50%) → [(15+4)-(13+13)]*0,5=0
atak Orlika – słaby (50%) → [(17+8)-(11+5)]*0,5=4
Młodszy kocur pomylił się co do wyboru najlepszego momentu, przez co mistrz w ostatniej chwili umknął mu sprzed łapy i czarna łapa uderzyła jedynie powietrze. Cios Orlika za to udał się lepiej, chociaż też daleko mu było do perfekcji. Łapa wojownika dotknęła obranego punktu, jednak terminator pewnie ledwo to poczuł, a może nawet wcale. Pierwsza tura wymiany razów wypadła dosyć słabo, ale jeszcze wszystko przed nimi!
czarny kocur z białą plamką na brzuchu, krótkie futro, długie łapy, ogólnie raczej niezbyt wielki, szczupły, żółte oczy. Na prawym boku posiada średniej wielkości, okrągłą ranę po podpaleniu.
Migocząca Łapa szczególnie umiłował przesiadanie w ciszy. Od czasu do czasu cieszy się rozmową. Odzywa się jedynie w sytuacjach tego wymagających, natomiast jego odpowiedzi są skrócone do minimum. Nie potrafi głosić poematów i używać ładnych słów. W głębi strasznie chaotyczny, nie wie co robić w danych sytuacjach, a również zależy na relacjach z innymi. Nie znosi agresji.
Och, cóż to było! Nie dość, że nie wykonał jakiegoś przemyślanego ruchu, tak jeszcze niczego nie dosięgnął. A na koniec... dostał łapą w swoją łopatkę. No, swoją raczej tego nie zrobił. A może jednak jest tak świetny, że pomylił cel i po prostu walnął w siebie? No oczywiście, aż się z lekko zatoczył. Przecież to było od razu widoczne, że to mistrz go zaatakował. Och, nawet nie wiedział, że drugi wciąż daje mu fory. Biedny byłby z niego kociak, gdyby się dowiedział!
Migocz i tym razem nie zamierzał być dłużny, a przy okazji nie odbiegł od niego jakoś daleko. Od razu po ataku, no na pewno po czasie kiedy się otrząsnął, można by powiedzieć, zarzucił się przednimi łapami na grzbiet mistrza, by to chociażby lekko go przesunąć. W planach miał powalenie, ale nie miał co do tego większej nadziei, wystarczy mu przynajmniej... dotknięcie.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Tym razem czarny znowu postąpił inaczej niż poprzednio, a Orlik z zadowoleniem ocenił, że zmiana taktyki idzie mu świetnie już od początku ćwiczeń. Żaden z nich nie zdążył odpocząć, nie próbowali się tknąć ledwo przez krótką chwilę – i bardzo dobrze, to już było jakieś tempo, takie próby z pewnością kształciły złotookiego, nawet jeśli mocno tego nie odczuwał. Wojownik ledwo zdołał stanąć na ziemi po skończonym ataku, który niby się udał, ale jednak słabiej, niż kocur się spodziewał, bo bądź co bądź jednak Migoczący był ruchomym celem, a w taki z kolei dużo trudniej trafić.
Dostrzegł kątem oka, że następny ruch młodego był szerzej zakrojony i na pewno bardziej ambitny. Postanowił kontynuować małe natarcia, bo wtedy trudniej było mu unikać ciosu, a więc też trudniej podkopywać motywację terminatora. Gdy ten zamierzał się na lewą stronę jego grzbietu, Orlik spróbował klepnąć go przednią prawą łapą po lewym boku. W przeciwieństwie do ucznia, wojownik nie planował odbierać przeciwnikowi równowagi.
atak Migocza – krytyczny!(150%) → [(16+4)-(12+13)]*1,5=0 :((
atak Orlika – nieudany (0%)
Czyżby walka nabierała tempa? Nawet jeśli ciosy okazały się szybkie, trudno nazwać je skutecznymi. Migocząca Łapa dotknął jedynie miejsca, w którym przed chwilą rzeczywiście znajdował się Orlik, ale teraz wypełniało je jedynie ciepłe powietrze późnej Pory Nowych Liści. Wojownik za to też nie napotkał łapą oporu, jaki zawsze stawiało ciało. I on dotknął co najwyżej pustki. Chociaż tyle dobrego, że żadne z nich nie utraciło równowagi. Stali teraz w niewielkim odstępie od siebie, a każdy z nich miał przeciwnika po swojej lewej.
czarny kocur z białą plamką na brzuchu, krótkie futro, długie łapy, ogólnie raczej niezbyt wielki, szczupły, żółte oczy. Na prawym boku posiada średniej wielkości, okrągłą ranę po podpaleniu.
Migocząca Łapa szczególnie umiłował przesiadanie w ciszy. Od czasu do czasu cieszy się rozmową. Odzywa się jedynie w sytuacjach tego wymagających, natomiast jego odpowiedzi są skrócone do minimum. Nie potrafi głosić poematów i używać ładnych słów. W głębi strasznie chaotyczny, nie wie co robić w danych sytuacjach, a również zależy na relacjach z innymi. Nie znosi agresji.
Akcja z pewnością nabierała tępa, a Migocz wreszcie skupił się na tym, by już ją dokończyć. Po tych krótkich przerwach nie był zbyt zmęczony, ale trening widocznie dawał mu się we znaki. Ciężko się tu zdziwić, kiedy była to pierwsza forma zajęć w takiej aktywnej formie.
Tym razem atak prawie mu się udał, co przyjął z uśmiechem na pyszczku. Może jeszcze trochę się postara i coś mu się uda? O ile to Orlikowe Pióro nie pokona go szybciej. W końcu terminator i tak został już raz przez niego zaatakowany, więc właściwie to przegrywał. Nie udało się mu ani razu zaatakować, mimo że miał na to więcej szans.
A jego taktyka... no właśnie jej nie miał, ale próbował spowodować utratę równowagi u wojownika. Tym razem również nie zwlekał z kolejnym atakiem. Skoczył w jego kierunku, próbując uczepić się jego szyi, w celu przewrócenia go na grzbiet. Ot, praktycznie niczym nieróżniący się od reszty atak.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Migoczący musiał się powoli przyzwyczajać do większej ilości aktywności fizycznej na szkoleniach, bo teraz czekało go doskonalenie w dziedzinie walki, a tuż potem – nauka i ćwiczenia polowania. Niedługo zakres jego wiedzy poszerzy się też o znajomość terytoriów i granic, które będzie należało też co jakiś czas obchodzić. Ale to chyba dobrze, w końcu z pewnością pomoże to wytworzyć czarnemu niezłą kondycję, którą musiał mieć wojownik. A od ceremonii dzieliło go coraz mniej.
Orlik, na widok terminatora, celującego w jego szyję, znowu się zastanawiał, czy lepiej pójść w unik, czy atak. Nie miał wielu możliwości ciosu, ale istniała jedna, dosyć prosta i skuteczna, a jednocześnie taka, która chyba nie powinna podłamać pewności Migocza, gdyby się udała. Ostatecznie więc bury odczekał, aż kocur znajdzie się blisko, a następnie spróbował trafić go łapą prosto w nos – unerwiony i dosyć czuły, chociaż całe szczęście, że pręgowany nie brał zamachu i nie miał zamiaru uderzyć mocno.
atak Migocza – udany (100%) → (18+4)-(9+13)=0 :((
atak Orlika – słaby (50%) → [(9+8)-(10+5)]*0,5=1
Tym razem czarny był naprawdę blisko, ale w ostatniej chwili Orlik musiał zmienić odrobinę położenie i terminator nie trafił tam, gdzie zamierzał. Jego łapy ześlizgnęły się po dolnej części szyi wojownika, nie czyniąc mu najmniejszej szkody. Ale nie ma tego złego – syn Jodłowej Igły też nie mógł narzekać na nadmiar szczęścia. Trochę pomylił się w rachunkach i uderzył w nos Migocza już po wszystkim, kiedy cios uczniaka się nie udał. Jakby tego było mało, cios został wymierzony w odrobinę złe miejsce i Orlikowi udało się tylko zahaczyć o czarniawy nos po drodze, z pewnością nie powodując żadnej fali bólu u młodszego kota.
czarny kocur z białą plamką na brzuchu, krótkie futro, długie łapy, ogólnie raczej niezbyt wielki, szczupły, żółte oczy. Na prawym boku posiada średniej wielkości, okrągłą ranę po podpaleniu.
Migocząca Łapa szczególnie umiłował przesiadanie w ciszy. Od czasu do czasu cieszy się rozmową. Odzywa się jedynie w sytuacjach tego wymagających, natomiast jego odpowiedzi są skrócone do minimum. Nie potrafi głosić poematów i używać ładnych słów. W głębi strasznie chaotyczny, nie wie co robić w danych sytuacjach, a również zależy na relacjach z innymi. Nie znosi agresji.
I znowu. I znowu. Nie udało się. I chociaż starał się, jak najmocniej potrafił, jego atak skończył się fiaskiem. Może i przerobili całkiem dużo i zostało im jeszcze niewiele do zrobienia, ale on nie zadowalał swoich oczekiwań. Zapewne reszta jego rodzeństwa bardzo dobrze dawała sobie radę z walką i nie potrzebowała żadnego zachęcania przez mistrza. On w zamian, nie dość, że nie umiał zaatakować, tak w ogóle nie chciał tego robić. O, jedynie starał się wyćwiczyć to wszystko i wreszcie to skończyć.
Jego łapy, wycelowane w szyję wojownika, owszem, napotkały opór, ale od razu ześlizgnęły się z ciała wojownika. Czarny kocur od razu parsknął, a wtedy sam dostał w swój nos. Nie, już tak nie mógł. Nie dostawał jakichś większych ciosów, jednak sytuacja zaczynała już go męczyć. Lekko się cofnął i potrząsnął głową, próbując wszystko ogarnąć. Wziął głęboki oddech i ponownie wskoczył na burego mistrza, tym razem celując w niego raczej swoimi nogami. Mogło to oczywiście wyglądać, jakby atakował swoimi przednimi łapami, ale młody terminator planował później się obrócić i powalić kocura. No, a przynajmniej tak planował. Jeśli i to się nie uda, to Migocz raczej już nie będzie się starał.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Orlik dochodził do wniosku, że dziś jest jakiś kiepski dzień, bo nawet jeśli miał zamiar uderzać lekko, nie podobał mu się, że nie udaje mu się kontrolować do końca własnych ciosów, a łapy lecą mu własnym torem, jakby nie należały do całego ciała, a były samodzielnym bytem. Ocenił w myślach, że na tym prawdopodobnie skończą i okaże się to ostatnią turą, a potem wrócą do obozu, by kolejne dni szkolenia poświęcić na szlifowanie umiejętności kocura. Gdyby jednak tym razem coś się udało, bury pewnie nie miałby serca zatrzymywać czarnego i dałby mu dokończyć natarcie, chociażby po to, by go trochę podbudować.
Spróbował wykorzystać moment na delikatne uderzenie złotookiego w brzuch, porzucając wreszcie raz na zawsze myśl o podejmowaniu prób uników, która siedziała mu ciągle na tyle głowy. Gdyby cios wyszedł mocniejszy, niż by się wojownik spodziewał, Migocz mógł co najwyżej stracić na chwilę dech. Poważniejsze szkody nie były zamierzone, do tego Orlikowe Pióro przewidywał, że i teraz pójdzie mu niezadowalająco.
markowanie ciosu – udane
atak Migocza – nieudany (0%) oh boy
atak Orlika – słaby (50%) → [(19+8)-(13+5)]*0.5=4
Zdawało się, że wszystko poszło po myśli terminatora. Doskoczył do wojownika tak, jak chciał, obrócił się też w odpowiednim momencie… ale nie trafił i kopnął tylko powietrze, nie czyniąc mistrzowi żadnej, najmniejszej nawet szkody. Frustrujące? Zapewne tak. Pesymistyczna prognoza burego się sprawdziła i owszem, udało mu się dotknąć miękkiego brzucha Migoczącego, jednak kocur minimalnie się przesunął i łapa Orlika poleciała minimalnie w bok, ledwo trafiając młodego. Siła na pewno była niewystarczająca, żeby wyrwać terminatorowi oddech z płuc. Niby powinien poczuć odrobinę bólu, ale odrobina była w pełni adekwatnym słowem.
— Myślę, że na dzisiaj wystarczy — oznajmił Orlikowe Pióro, zaczerpując pyskiem haustu ciepłego powietrza. — Wracajmy już do obozu, jutro znowu poćwiczymy, dobrze? — dodał po chwili. Mowa jego ciała mówiła, że nie muszą wyruszać natychmiast i że czarny może wykorzystać chwilę na spowolnienie rytmu swojego serca czy oddechu. Bądź co bądź, z Wyjących Wzgórz do obozu był ledwie rzut beretem, a czas ich nie gnał. Jeżeli Migoczący nie protestował ani nie miał żadnych pytań, wrócili do obozu.
możesz zacząć nowy dzień, niech migocz czeka na orlika przy wyjściu z obozu o świcie
czarny kocur z białą plamką na brzuchu, krótkie futro, długie łapy, ogólnie raczej niezbyt wielki, szczupły, żółte oczy. Na prawym boku posiada średniej wielkości, okrągłą ranę po podpaleniu.
Migocząca Łapa szczególnie umiłował przesiadanie w ciszy. Od czasu do czasu cieszy się rozmową. Odzywa się jedynie w sytuacjach tego wymagających, natomiast jego odpowiedzi są skrócone do minimum. Nie potrafi głosić poematów i używać ładnych słów. W głębi strasznie chaotyczny, nie wie co robić w danych sytuacjach, a również zależy na relacjach z innymi. Nie znosi agresji.
Chwilę zajęło mu ogarnięcie, co tak właściwie się stało. A wile tu nie trzeba pisać, kocur widocznie miał jakiegoś ogromnego pecha i znów chybił ze swoim atakiem. A później to dopiero sprawa się pogorszyła. Niby nie został walnięty zbyt mocno, ale niewprawiony w walce i mimo wszystko nieznający bólu, naprawdę się zaskoczył. To nie było jak lekkie uderzenie w nos, wtedy to było jak lekkie pacnięcie. Teraz... stanął w miejscu i zrobił głęboki wdech, następnie szybko wypuścił powietrze, wydając przy tym cichy dźwięk zmęczenia. Zamknął oczy, a później mocno zacisnął zęby, powodując w tym miejscu nawet i mocniejszy ból. Przynajmniej wynikło z tego to, że słowa wojownika sprawiły mu naprawdę wielkie szczęście. Na dzisiaj wystarczyło. Nie musiał się już o nic starać i po prostu odpocząć. Świetnie!
Już otworzywszy oczy, szybko pomachał głową na potwierdzenie i ruszył wolno za mistrzem. Może i nie zrozumiał jego przekazu, że mogą jeszcze zostać, by odpocząć, ale był pewny, że po drodze mu się uda to zrobić. Przecież nie mówił zbyt wiele, dzięki czemu dodatkowo się nie męczył. Również wolne tempo jedynie sprzyjało odetchnięciu.
***
Tego dnia terminator z pewnością nie obudził się w dobrym humorze. Być może stanął lewą nogą i po prostu to wszystko było przypadkiem. Jednak po postawieniu kilku kroków jedynie przekonał się w fakcie, że dzisiaj nie był jego dzień. Bolało go zarówno całe ciało, jak i umysł, po prostu nie miał na nic ochoty. Mógł się położyć... i przespać całe świtanie słońca. Obudzić się dopiero w nocy, kiedy w obozie panowała cisza. I przede wszystkim mieć spokój, którego chyba mu brakowało. Wszystko szło przeciw niemu i nawet po wczorajszym treningu spotkał kogoś, kto wystarczająco go wymęczył. Gdyby tylko nie umówił się ze swoim mistrzem na kolejny trening...
Wciąż zaspany, usiadł w pobliżu wyjścia z obozu, tam, gdzie umówił się z Orlikowym Piórem. Przyszedł dosyć wcześnie, albowiem bał się, że zaśnie i o wszystkim zapomni. Jednak i to nie powstrzymało go od chęci zdrzemnięcia się. Jego obolała głowa wnet poleciała w dół, ciągnąć się ku ziemi. Kocur od razu ją podniósł, szybko ją potrząsając i próbując otworzyć szeroko oczy. Słońce dopiero co zaczynało świtać, więc wpatrując się w nie, chociaż trochę się rozbudzał. Ach, miał nadzieję, że będą dzisiaj robili coś, co wystarczająco go rozbudzi.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Od ostatniego fabularnego szkolenia zdążyło wydarzyć się… to. Orlik miał wrażenie, że śmierć Mięty przedzieliła jego życie na dwie części, choć z pewnością było to chwilowy wniosek podyktowany przez emocje. Mocno to przeżywał, ale odkrył, że rzucenie się w wir obowiązków od wczesnego rana trochę pomagało się z tym uporać, bo zajmowało myśli, nie zostawiając ani krztyny miejsca dla tęsknoty, bólu i wyrzutów sumienia. Czuł się przygasły i zmęczony, a chociaż odrobinę się zmienił, powoli godził się z przeszłością oraz jakoś wracał do dawnego rytmu.
Kazał czekać Migoczącemu o świcie przy Kolczastym Łuku, bo sam załatwił sobie i terminatorowi udział w porannym patrolu. Chciał wreszcie zacząć obeznawanie go z układem granic klanu. Wraz z nimi pójść mieli Czajkowy Lot, Burzowy Pomruk oraz Trawiasta Polana. Orlikowe Pióro zjawił się na miejscu chwilę przed nimi, jednak Migocz już czekał.
— Dzień dobry, Migocząca Łapo — przywitał się z kocurem, darząc go słabym, choć przyjaznym uśmiechem. Przysiadł, ale tylko na chwilę, bo zaraz zjawiła się reszta wojowników i mogli wyruszać. Wyszli więc; Orlik z czarnym nie musieli się mocno trzymać grupy, co bury już uzgodnił z resztą, ale na razie pozostawali bardzo blisko nich. — Mijamy Bzyczącą Polankę, tutaj są Jasne Skały. Daj mi, proszę, znać, kiedy wyda ci się, że czujesz granicę, dobrze? — Tygrysiopręgi zaplanował też na dzisiaj wprowadzenie czarnego w polowanie, więc szykował się dosyć długi dzień, co wojownik przyjął raczej z ulgą i zadowoleniem. Martwiło go, że złotooki wygląda jakoś niewyraźnie, ale liczył jeszcze, że to tylko chwilowe wrażenie.
czarny kocur z białą plamką na brzuchu, krótkie futro, długie łapy, ogólnie raczej niezbyt wielki, szczupły, żółte oczy. Na prawym boku posiada średniej wielkości, okrągłą ranę po podpaleniu.
Migocząca Łapa szczególnie umiłował przesiadanie w ciszy. Od czasu do czasu cieszy się rozmową. Odzywa się jedynie w sytuacjach tego wymagających, natomiast jego odpowiedzi są skrócone do minimum. Nie potrafi głosić poematów i używać ładnych słów. W głębi strasznie chaotyczny, nie wie co robić w danych sytuacjach, a również zależy na relacjach z innymi. Nie znosi agresji.
A on... jakimś sposobem ominął pogrzeb Miętowego Pąku. Pewnie przysnął i nikt go w tym czasie nie obudził. Czy było to dobre, czy złe — nie wiadomo. Może i dobrze wyszło, że kocur ominął patrzenie na będących w rozpaczy członków klanu. Sam nie znał zmarłej, ale ból innych bardzo go przytłaczał i fakt, że nie wiedział co zrobić, był jeszcze gorszy. Tak więc w pewnym sensie przynajmniej jeden ciężar miał z siebie zdjęty.
Kiedy już kolejny raz jego głowa opadła do dołu, wyczuł przychodzącego mistrza. Nie musiał długo czekać, bo bury szybko się przy nim zjawił. Szybko się wyprostował i przeciągle ziewnął.
— Dzień Dobry — odpowiedział grzecznie, wstając, ale gdy drugi usiadł, terminator zaraz to zrobił to samo. Nie zauważył nikłego uśmiechu wojownika, ale nawet gdyby był to jakiś znak, czarny terminator nie wiedziałby co z tym zrobić. I czy w ogóle powinien coś robić...
Chwila ciszy nie trwała zbyt długo, bo czarny zauważył podchodzące do nich trzy kotki. Szybko mruknął im na powitanie, a później spojrzał pytającym spojrzeniem na Orlikowego Pióra. Och, cóż on takiego dzisiaj im zaplanował, że na dzisiejszym treningu pojawiły się nowe osobistości? Nie kojarzył ani niebieskoszarej, ani burej, a nawet kremowej. Może mignęły mu gdzieś na którejś ceremonii, ale nie mógł niczego przyznać.
Wychodząc, wyciągnął wysoko uszy, nasłuchując wszystkiego, co się dookoła działo. Nawet jeśli szedł z czterema wojownikami, wolał trzymać się na baczności. W końcu szli całkowicie przeciwną trasą i Migocz niekoniecznie znał te wszystkie tereny. W zasadzie myślał, że Wyjące Wzgórza są już bardzo daleko, a tu okazywało się, że będą chodzili jeszcze dalej.
Przechodząc przez Bzyczącą Polankę, nie myślał zbyt wiele. No głupio byłoby mówić, że kiedykolwiek tak robił. Ale teraz swoje resztki rozumu, czy w ogóle jakiejś świadomości planował zostawić na później, kiedy to prawdopodobnie będą robili jeszcze coś większego. Ach, bieda jego braku energii i chęci do robienia czegokolwiek. Może po tym przejściu trochę się rozbudzi i wyprostuje kości... Później jedynie pomyślał nad tym, czy Jasne Skały są czymś w stylu Ciepłych Skałek. Nazwy te brzmiały bardzo podobnie i może coś w tym było. Pytanie jednak postanowił zostawić na później, bo Orlikowe Pióro dał mu jakieś zadanie. Stosunkowo nietrudne, bo który kot nie rozpoznałby zapachu swojego klanu.
— Tutaj — mruknął, kiedy znajdując się już z daleka od Jasnych Skał, wyczuł przenikający przez jego oraz idących przed nim kotek, ostrzejszy, widocznie specjalnie przyszykowany zapach. Idąc coraz dalej, jedynie się wyostrzał, wiec to musiało być to.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Pokiwał powoli łbem, chcąc potwierdzić słowa terminatora. Trzymał głowę odrobinę spuszczoną i przez większość czasu wodził spojrzeniem po ziemi, ale czasem unosił łeb do góry, żeby rozejrzeć się dokoła. Czarny dobrze wyczuł moment i Orlik nie miał pomysłu, co jeszcze mógłby dodać w tym temacie.
— To granica Klanu Wichru z ziemiami niczyimi. Ten pas drzew dalej nosi nazwę Szarych Topoli, gdybyś je minął, to doszedłbyś do Grzmiącej Ścieżki… — dodał, a na koniec jego głos zjechał i trochę się załamał. Miętowy Pąk zginęła na ścieżce potworów, upolowana przez jednego z nich, stratowana jego wielkimi łapskami. — Czuć słaby smród oddechów potworów, które ujeżdżają dwunogi — wtrącił jeszcze cicho, zagapiwszy się na jedną z Szarych Topól, wyrastającą z ziemi tuż za granicą, całkiem blisko nich.
— Spróbuj oznaczyć granicę tak jak Burzowy Pomruk — odezwał się po krótkiej chwili, kiedy patrol się zatrzymał, a wymieniona wichrzaczka zaczęła się przybierać do oznaczenia granicy… poprzez obsikanie, co też po chwili zrobiła. — Zapach zostawiać można też poprzez drapanie pazurami, ale to na drzewach i krzakach — dodał jeszcze, na wypadek gdyby czarny poczuł jakoś onieśmielony sikaniem na oczach innych. Bury wiedział, że niektórzy początkowo czują dyskomfort, jego samego też to spotkało, ale z czasem się przyzwyczaił i teraz czasem oznaczał moczem nawet drzewa. Orlikowe Pióro zachowywał się spokojnie, nie nalegał, choć widać było, że oczekuje wykonania polecenia, nawet jeśli dosyć apatycznie i niemrawo.