Otoczenie nie zmieniło się, gdy w głowie Wschodzącej Łapy pojawił się nowy cel. Trawa dalej miała ten sam odcień, wiatr wciąż wiał w tę samą stronę, ptaki w oddali ćwierkały tę samą melodię, a słońce ogrzewało ciemny grzbiet. Kilka kroków, kilkanaście, a świat dalej był dokładnie taki sam. No, prawie. Nie dosięgały jej już podmuchy przynoszące wątłą woń Gromu. Nie zastąpił jej żaden nowy, przebijający się nad wszystkim zapach, dzięki czemu mogła teraz wyraźniej czuć otaczające ją polne kwiaty, kwitnące trawy, wznoszący się pył z odsłoniętego kawałka gleby.
I gawrona.
Najpierw go wyczuła, dopiero później mogła zauważyć – nie więcej jak pół długości drzewa dalej – znalazł się w cieniu większej skałki i właśnie próbował coś ukryć w gąszczu rosnącej tam kępy. Kotka miała swoją drugą szansę, o ile nie zachłysnęła się swoim nowym celem i nie zapomniała o tym kogo śledziła.
drobna postura; przeciętnego wzrostu; futro krótkie, pręgowane klasycznie, czarno-rude (szylkret); przerzedzona sierść na piersi; czarne piórko wystające z lewej strony karku, często zmieniane na nowsze; oczy (duże, okrągłe) intensywnie pomarańczowe; nosek czarny; chód mocny i pewny siebie
Pierwszy rzut oka – zaradna, pewna siebie, gotowa do działania. Całkowicie oddana Gwiezdnemu klanowi i kodeksowi… klanowi Gromu. Nie do zdarcia, zawsze z miną nie wyrażającą żadnych emocji i głosem równie zimnym, oschłym, co sama jej postura.
Słowa zawsze wypowiada ostro i z przemyśleniem, nie daje ponieść się emocjom, chociaż maska czasami spada i widać prawdę. Jest to jednak rzadkie. Nadal również nie uważa, że kogoś obraża, taki ma po prostu styl bycia – mówi to co myśli, bez owijania w bawełnę. Zawsze trafia tak jak powinna, a fakt że coś może brzmieć jak obelga to już zależy od słuchającego.
Co jednak kryje się pod maską nie jest nikomu znane – oprócz samej Wschód.
Ironia. W jej głowie zawsze był chaos, zawsze taki mętlik, a mimo to niezależnie od wszystkiego, świat naokoło pozostawał niewzruszony, niechętny do pokazania jej, że nie tylko ona nie żyła w harmonii. Nie, świat zawsze pokazywał jej, że wszystko nawet w choasie miało jakiś wyższy cel, którego ona kompletnie nie widziała. Burze, zamarznięte jeziora, wiara, brak wiary; niezależnie od wszystkiego, tylko ona była tym elementem, który nie potrafił żyć w swoim chaosie. Chaosie w swojej głowie.
A mimo to kiedy woń Gromu ją zostawiła, coś opadło z jej barków, dało moment na odetchnięcie, zapomnienie; znowu była kimś innym, odgrywanie się skończyło, sekrety zniknęły. Była tylko ona. I tym razem jej to nie przeszkadzało. Lubiła ten moment; ten zaraz po burzy, kiedy deszcz zostawiał po sobie zapach, mokrą ziemię i szare niebo, nie potrzebowała słońca. Przynajmniej tak zawsze jej się wydawało. Teraz? Nie była tego taka pewna. Ale ona niczego nie była pewna. Opinie miała silne, tematy zawsze te same, głowę w obowiązkach, łapy pelne pracy, a ostatecznie czasami łapała się na tym, że nie miała ulubionego koloru albo jedzenia; miejsce które wybrała w obozie też nie do końca pasowało do niej... tak sądziła. Bo nie wiedziała nic. Nic o sobie.
Czuła przyjemny zapach kwiatów i traw, miała ochotę się w nich wytarzać, przyjrzeć bliżej; teraz cały plan z wyżyciem się emocji nie miał sensu, bo gdzie były te negatywne emocje co wcześniej? Wyszła na poszukiwanie Pustynnej Róży, wyszła wściekła na to, że zostawiła klan, a mimo to właśnie szła jej śladem. Czuła to w kościach. Szła nie patrząc za siebie.
Gawron. Ocknęła się. Zniżyła do ziemi i zaczęła wypatrywać - był i on. Robił coś niestotnego, a ona tym razem nie zamierzała dać mu uciec. Ruszyła w pozycji łowieckiej, powoli, ale sprawnie; stawała co rusz w miejscu, jeśli ten wydawał się gotowy odwrócić, a kiedy była wystarczająco blisko, rzuciła się na niego z pazurami, gotowa przyszpilić i potem zębami wgryźć w kark.
Wschód była gotowa dopaść gawrona, ale jak się prędko okazało – on nie był gotowy umierać. Mogłoby się wydawać, że sytuacja kotki była idealna, ptaszysko znajdowało się pod litą ścianą, w momencie skoku miało tylko dwie, zamiast trzech, drogi ucieczki. I niestety okazało się, że dla ptaka było to aż nadto, a Wschód została jedynie z kilkoma ciemnymi piórami wplątanymi w pazury.
drobna postura; przeciętnego wzrostu; futro krótkie, pręgowane klasycznie, czarno-rude (szylkret); przerzedzona sierść na piersi; czarne piórko wystające z lewej strony karku, często zmieniane na nowsze; oczy (duże, okrągłe) intensywnie pomarańczowe; nosek czarny; chód mocny i pewny siebie
Pierwszy rzut oka – zaradna, pewna siebie, gotowa do działania. Całkowicie oddana Gwiezdnemu klanowi i kodeksowi… klanowi Gromu. Nie do zdarcia, zawsze z miną nie wyrażającą żadnych emocji i głosem równie zimnym, oschłym, co sama jej postura.
Słowa zawsze wypowiada ostro i z przemyśleniem, nie daje ponieść się emocjom, chociaż maska czasami spada i widać prawdę. Jest to jednak rzadkie. Nadal również nie uważa, że kogoś obraża, taki ma po prostu styl bycia – mówi to co myśli, bez owijania w bawełnę. Zawsze trafia tak jak powinna, a fakt że coś może brzmieć jak obelga to już zależy od słuchającego.
Co jednak kryje się pod maską nie jest nikomu znane – oprócz samej Wschód.
Piórka zostały jej w łapie. Została bez gawrona w zębach. Odeszła od Gromu jak zdrajca i ostatecznie pokarano ją, prawda? Jak inaczej mogła to odczytać. Barki spięły się, a ona spojrzała za siebie, szukała wzroku Zmierzch, szukała wzroku Gromu, szukała matki, szukała ojca, którzy obserwowali ją właśnie w obrzydzeniu. Skrzywiła się widząc pustkę. Jaka była prawda? Niebo nie wyglądało inaczej, jedynie ptak odleciał. Może wyczytywała znaki jak ojciec? Czasami za bardzo. Tylko jak mogła mieć pewność, że nie było to ostrzeżenie. Poprawiła delikatnie piórko wciśnięte w swój kark, oblizała klatkę piersiową. Łysiała. Czemu?
Obniżyła wzrok i po prostu patrzyła w ziemię. Nie wiedziała co ze sobą zrobić.
Ale czy Wschód kiedykolwiek wiedziała co ze sobą zrobić? Czy po prostu słuchała Gardłowego Ryku nad swoją głową i nie musiała się zastanawiać nad tym czego sama chciała? Teraz, z dala od Gromu i głosu matki, musiała użyć umiejętności, której nigdy nie szlifowała. Nic dziwnego, że była jak kocię we mgle.
Ale jak to z mgłą bywało – obiekty w oddali rozmywały się w mlecznej bieli, ale te na wyciągnięcie łapy wciąż pozostawały wyraźne. Ze wzrokiem spuszczonym w ziemię, szylkretka mogła zauważyć kątem oka drobny błysk w zielonej kępie, w której przed ucieczką grzebał dziobem gawron. Skradając się do niego uważała, że czymkolwiek się zajmował, nie było to nic istotnego. Ale może po swojej porażce zmieniła zdanie?
drobna postura; przeciętnego wzrostu; futro krótkie, pręgowane klasycznie, czarno-rude (szylkret); przerzedzona sierść na piersi; czarne piórko wystające z lewej strony karku, często zmieniane na nowsze; oczy (duże, okrągłe) intensywnie pomarańczowe; nosek czarny; chód mocny i pewny siebie
Pierwszy rzut oka – zaradna, pewna siebie, gotowa do działania. Całkowicie oddana Gwiezdnemu klanowi i kodeksowi… klanowi Gromu. Nie do zdarcia, zawsze z miną nie wyrażającą żadnych emocji i głosem równie zimnym, oschłym, co sama jej postura.
Słowa zawsze wypowiada ostro i z przemyśleniem, nie daje ponieść się emocjom, chociaż maska czasami spada i widać prawdę. Jest to jednak rzadkie. Nadal również nie uważa, że kogoś obraża, taki ma po prostu styl bycia – mówi to co myśli, bez owijania w bawełnę. Zawsze trafia tak jak powinna, a fakt że coś może brzmieć jak obelga to już zależy od słuchającego.
Co jednak kryje się pod maską nie jest nikomu znane – oprócz samej Wschód.
Wschód nigdy w życiu nie uznałaby siebie za kocię we mgle. Jak? Zawsze zaradna, gotowa do działania, pewna siebie, pracowita, samodzielna i wygadana! Kto nie chciałby umieć robić rzeczy jak ona? Z daleka przynajmniej. Wschód rzadko się do tego przyznawała nawet przed sobą, ale była idealna tylko z daleka, zza mgły. Kiedy rysy nie były widoczne, kiedy nie widziało się co ukrywała i to było często dla niej przerażające. Nie potrafiłą rozmawiać o pogodzie, nie doceniała ładnych rzeczy, nie rozumiała sensu w zbieraniu kamyczków czy bawieniu się bez ćwiczenia przy tym. Interakcje z kimś innym, niż z jej siostrą zawsze były dla niej niezrozumiałe, ciężkie i irytujące, bo jak mogła rozmawiać o czymś innym, niż klan? Niż Zmierzch, walka, treningi, umiejętności. Zwykłe pogawędki nie istniały dla niej, były niezręczne. Atak był kotem, który zmusił ją do takich pogawędek, a ona nigdy nie miała pewności jak się zachować, uważała go za głupka, nierozumnego, a mimo to czasami zazdrościła jak wolny był. Sen, która dawno temu już zaginęła sprawiła, że Wschód zaczęła interesować się piórkami ptaków, Dzikie Piórko pomogła jej przekonać się do tego, że może je nosić i nie czuć głupio. Co to jednak zmieniło? Nic. Widziała czasem krzywy wzrok Gardłowego Ryku na jej mały dodatek i nie wiedziała czemu, nie wiedziała też czy naprawdę była oceniana czy to już po prostu jej głowa, jej strach że zawodzi matkę, że straci jedyne koty, które wskoczyłyby za nią w ogień. Wiedziała, że klan Gromu nie zrobiłby tego, klan nigdy nie szanował jej rodziny.
Największą mantrą jaką jednak miała w głowie była rozmowa z Burzą. O tym, że przez swoje ambicje straciła wiele szans, że przez chęć pokazania się rodzicom od najlepszej strony i zawsze – nic jej nie dało. Wschód już wtedy wiedziała, że skończy podobnie, a mimo to nadal pięła naprzód, niezależnie, bez patrzenia w tył; garbiła się coraz bardziej na tej drodze, nikła jak ogień zasypywany ziemią, pozostawał już jedynie popiół i dym po tym kim mogła być. Miała ledwo ponad dwadzieścia księżyców, a czuła się tak zmęczona. Nie wiedziała jak nie stracić rodziny bez bycia tym kim była teraz, nie wiedziała jak żyć bez bycia córką Gardłowego Ryku. Nie miała nic. Nie miała nic oprócz rodziny. Dopóki oni nie wyrzekli się jej miała po co wracać do Gromu, miała pewność, że ktoś o nią zawalczyć gdyby Zmierzch chciała ją wyrzucić. Co jakby się odwrócili? Co byłoby wtedy? Byłaby sama. Bez nikogo. Bez klanu. Bez rodziny. Nie wierzyła, że ktoś inny chciałby o nią walczyć.
Coś zaświeciło jej w oczy, pyszczek skwasił się od nagłego błysku, a ona zmrużyła oczy; co to było? Gawron… chyba coś chował? Ale co takiego mogło się świecić w kępie traw? Niepewnym krokiem, zupełnie jak nie ona, ruszyła do przodu. Ciekawość. Zawsze była ciekawska, podeszła. Chciała wiedzieć.
To co dla jednych było śmieciem, dla innych było skarbem. A co w przypadku przedmiotu schowanego przez ptaszysko? To co dla gawrona było skarbem, dla Wschód było... no właśnie, czym?
Jeśli zmrużyć oczy i wysilić wyobraźnię, można by przyrównać przedmiot do kamyka obmytego przez rzekę. Chociaż, mimo idealnie płaskiego grzbietu, krawędzie miał ząbkowane. I nie ulegało wątpliwości, że był tworem Dwunogów. Czy Wschodząca Łapa dalej była zainteresowana? Czy jej ciekawość nie gasła w starciu z przedmiotami pochodzącymi z Osiedla? Jeśli nie, nic nie stało na przeszkodzie by przyjrzeć się dokładniej. Nie-kamień był wielkości kociej łapy, a może jedynie największej poduszeczki, z pominięciem palców. Przyłączona była do niego srebrna, sztywna nić zamykająca się w nieco wygiętym okręgu. Główny element skarbu gawrona miał zieloną barwę, chociaż nienaturalną, nic w lesie nie miało takiego odcienia. Na środku znajdowała się biała smuga poprzecinana ciemniejszą zielenią oraz czerwona kropka. Jeśli przewrócić przedmiot na drugą stronę – okazałoby się, że był wklęsły, srebrzysty w środku. Może dlatego taki lekki? cyk
drobna postura; przeciętnego wzrostu; futro krótkie, pręgowane klasycznie, czarno-rude (szylkret); przerzedzona sierść na piersi; czarne piórko wystające z lewej strony karku, często zmieniane na nowsze; oczy (duże, okrągłe) intensywnie pomarańczowe; nosek czarny; chód mocny i pewny siebie
Pierwszy rzut oka – zaradna, pewna siebie, gotowa do działania. Całkowicie oddana Gwiezdnemu klanowi i kodeksowi… klanowi Gromu. Nie do zdarcia, zawsze z miną nie wyrażającą żadnych emocji i głosem równie zimnym, oschłym, co sama jej postura.
Słowa zawsze wypowiada ostro i z przemyśleniem, nie daje ponieść się emocjom, chociaż maska czasami spada i widać prawdę. Jest to jednak rzadkie. Nadal również nie uważa, że kogoś obraża, taki ma po prostu styl bycia – mówi to co myśli, bez owijania w bawełnę. Zawsze trafia tak jak powinna, a fakt że coś może brzmieć jak obelga to już zależy od słuchającego.
Co jednak kryje się pod maską nie jest nikomu znane – oprócz samej Wschód.
Kamień… chyba. Tak przypuszczała patrząc na to przez pierwsze paręnaście uderzeń serca, chyba bardziej zamyślając, niż konkretnie analizując; w końcu kamienie tak nie wyglądały i ostatecznie werdykt był prosty – dwunodzy. Tylko czym to coś było? Nie miała pojęcia, nie miała też pojęcia czy chciała to sobie zatrzymać. Niepotrzebne są nikomu śmieci, niepotrzebne są zbędne zainteresowania i czas stracony na nie. A mimo to nie odeszła jeszcze, nie zaczęła wracać do obozu, stała w miejscu i patrzyła na dziwny przedmiot… odwróciła dziwny kamień. Nie wiedziała co to jeszcze bardziej. Było wklęsłe. Było czymś co gawron chował, bardzo o to chciał zadbać. Było teraz jej.
Wzięła dziwny przedmiot w zęby, za łatwiejszy kawałek do złapania, ten odstający po boku i przeszła odrobinę w bok; musiała mieć pewność, że dawny właściciel jej nie obserwował… a ona wykopała mały dołek i wrzuciła tam… kamień. Był jej. Musiał być jej. Tu była kimś innym. Mogła robić inne rzeczy. Mogła zbierać rzeczy. Mogła oddychać.
Czy jednak chciała już wracać? Nie wiedziała. Patrzyła w stronę Osiedla. Czy znalazłaby więcej ciekawych rzeczy gdyby poszła w tamtą stronę?
Podnosząc dziwny kamień dwunogów, mogła przekonać się jak lekki był – zupełnie jakby jednak nazywanie go kamieniem, nawet w uproszczeniu, było niewłaściwe. Kotka podjęła decyzję, swoją decyzję, i zakopała swoją niepotrzebną nikomu zdobycz. A świat dookoła? Nie zmienił się w najmniejszym stopniu, żadne chmury nie zaszły gwałtownie nieba, trawy nie zaczęły szumieć złowrogo. Dalej było... przyjemnie. Jakby nikogo nie obchodziło kim była szylkretka i co właśnie zrobiła.
drobna postura; przeciętnego wzrostu; futro krótkie, pręgowane klasycznie, czarno-rude (szylkret); przerzedzona sierść na piersi; czarne piórko wystające z lewej strony karku, często zmieniane na nowsze; oczy (duże, okrągłe) intensywnie pomarańczowe; nosek czarny; chód mocny i pewny siebie
Pierwszy rzut oka – zaradna, pewna siebie, gotowa do działania. Całkowicie oddana Gwiezdnemu klanowi i kodeksowi… klanowi Gromu. Nie do zdarcia, zawsze z miną nie wyrażającą żadnych emocji i głosem równie zimnym, oschłym, co sama jej postura.
Słowa zawsze wypowiada ostro i z przemyśleniem, nie daje ponieść się emocjom, chociaż maska czasami spada i widać prawdę. Jest to jednak rzadkie. Nadal również nie uważa, że kogoś obraża, taki ma po prostu styl bycia – mówi to co myśli, bez owijania w bawełnę. Zawsze trafia tak jak powinna, a fakt że coś może brzmieć jak obelga to już zależy od słuchającego.
Co jednak kryje się pod maską nie jest nikomu znane – oprócz samej Wschód.
Wszystko wydawało się takie same, a mimo to czuła się inaczej, lepiej, może odrobinę wolno, jakby świat patrzył na nią i nie oceniał; tylko czy ostatecznie to nie ona była problemem? Nie wiedziała. Nie chciała się nad tym zastanawiać teraz, w tym momencie, a może nigdy?
Nie kiedy była poza terenami Gromu.
Może dlatego jeszcze nie zamierzała wracać? Zostać tu gdzie była i po prostu patrzeć na wszystko co ją otaczało bez poczucia bycia obserwowanym? Stanie w miejscu… nic nie robienie. Nie było jednak w jej stylu. Nie, nawet tutaj czuła, że musiała coś robić. Dlatego ruszyła przed siebie, gdziekolwiek dziś zajdzie to zajdzie. Może coś jeszcze upoluje, przyniesie potem do obozu. A może już dziś… nie, nie może jeszcze.
Księżyce: 110 Mistrz: Czubatkowy MROK Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Trawiasta Polana Ojciec: Wietrzny Dzień [*] Partner: Blep Trwałe urazy: Ślady pazurów przechodzące przez lewe oko, które przeważnie trzyma zamknięte lub przymrużone - nie widzi na nie.
public enemy No. 1 Zaćmiona Łapa
Urazy mechaniczne: -2 Zm, -1Zr na stałe (powód: uszkodzenie gałki ocznej)
Księżyce: 110 Mistrz: Czubatkowy MROK Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Trawiasta Polana Ojciec: Wietrzny Dzień [*] Partner: Blep Trwałe urazy: Ślady pazurów przechodzące przez lewe oko, które przeważnie trzyma zamknięte lub przymrużone - nie widzi na nie.
public enemy No. 1 Zaćmiona Łapa
Urazy mechaniczne: -2 Zm, -1Zr na stałe (powód: uszkodzenie gałki ocznej)
Przeciętnego wzrostu, umięśniona, czarna kocica o zielonych ślepiach. Jej sierść często jest w nieładzie.
Głośna, onomatopeje to jej nieodłączni towarzysze, chaotyczna, wszędzie jej pełno, posiada jednak poszanowanie do zasad, lubi wyzwania, pełna entuzjazmu nawet w niesprzyjających momentach, potrafi jednak zachować powagę, jeśli jest to konieczne, prosta w obyciu
Był to kolejny dzień z cyklu, ulotnienie się z terytorium Klanu, żeby inne koty nie truły jej kupra. Nie było ich jakoś mocno dużo, Krzyk nie należała do tych, która olewałaby swoje obowiązki, niemniej potrzebowała chwili spokoju, poza terytorium Klanu Wichru, i to tak daleko, żeby napewno nie natknąć się na jakiegoś wichrzaka.
Leżała właśnie na jakiejś śmiesznej skalę, próbując zlizać z siebie żółty pył. Nie tak dawno temu szła przez rzepak, który teraz przyczepił się do jej czarnej sierści. Trudno. Bywa i tak. Nigdzie się nie spieszyła.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
Odkąd zamieszkał z Jamesem przy Siedlisku Koni, trzymał się głównie w tamtych okolicach. Nie byłby jednak ani trochę sobą, gdyby nie robił wypadów w inne rejony. Tego dnia za to padło akurat Łan Rzepaku Tam akurat jeszcze się zbyt wiele razy nie kręcił, a warto było sobie odświeżyć mentalną mapę terenów, skoro już się po nich kręcił!
Fakt, że w pewnym momencie wędrówki w oczy rzuciło mu się obce futro nie był zaskakujący. Napotykał na swojej drodze różne koty, a z niektórymi nawet rozmawiał, dlatego nie było w tym niczego dziwnego czy nowego. A przynajmniej do momentu, gdy znalazł się bliżej. Na tyle blisko, by zauważyć kto dokładnie leżał na kamieniu, zamiast być jedynie czarnofutrą plamą. Zamierzał przywitać się i pójść dalej, jak to często robił, zamiast tego stanął jak wryty. To nie był całkowicie obcy kot. Zdecydowanie nie. — Donośśny Krzyk? To ty?
Księżyce: 110 Mistrz: Czubatkowy MROK Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Trawiasta Polana Ojciec: Wietrzny Dzień [*] Partner: Blep Trwałe urazy: Ślady pazurów przechodzące przez lewe oko, które przeważnie trzyma zamknięte lub przymrużone - nie widzi na nie.
public enemy No. 1 Zaćmiona Łapa
Urazy mechaniczne: -2 Zm, -1Zr na stałe (powód: uszkodzenie gałki ocznej)
Księżyce: 110 Mistrz: Czubatkowy MROK Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Trawiasta Polana Ojciec: Wietrzny Dzień [*] Partner: Blep Trwałe urazy: Ślady pazurów przechodzące przez lewe oko, które przeważnie trzyma zamknięte lub przymrużone - nie widzi na nie.
public enemy No. 1 Zaćmiona Łapa
Urazy mechaniczne: -2 Zm, -1Zr na stałe (powód: uszkodzenie gałki ocznej)
Przeciętnego wzrostu, umięśniona, czarna kocica o zielonych ślepiach. Jej sierść często jest w nieładzie.
Głośna, onomatopeje to jej nieodłączni towarzysze, chaotyczna, wszędzie jej pełno, posiada jednak poszanowanie do zasad, lubi wyzwania, pełna entuzjazmu nawet w niesprzyjających momentach, potrafi jednak zachować powagę, jeśli jest to konieczne, prosta w obyciu
W normalnych okolicznościach pewnie by go nie rozpoznała. Jednakże teraz, gdy wrócił do nich Kogucia Łapa, nie było mowy by jej pamięć nie sięgała w odległe, zakurzone zakamarki.
Nie miała wątpliwości, że widziała przed sobą jedno z dzieci Zajęczego Ucha i Bławatkowej Łąki. Jej futro instynktowne zjeżyło się na karku, gdy spojrzenie padło na szarą sierść. Natychmiastowo przerwała wykonywaną czynność, kładąc przy tym uszy po sobie. - Co ty tu robisz. -Nie było to pytanie, a stwierdzenie, może nawet nie do końca skierowane do kocura. Jej spojrzenie wyrażało niepewność i podejrzliwość. Jego szara sierść mieniła się w jej oczach na kolory brązu, bieli i rudego.
Przymusowo wydoroślał. Księżyce z dala od domu sprawiły, że musiał choć trochę spoważnieć i zacząć traktować świat na serio, a konieczność zadbania o siebie wymusiła na nim myślenie. Ciągłe podróże nie zmniejszyły jego ciekawości świata, jednak teraz nie pcha się we wszystko, co wyda się interesujące, bez najmniejszego nawet zastanowienia. Zaczął w końcu myśleć, a nie tylko robić i przyjmować ewentualne konsekwencje. Nie przeszkadza mu samotność, bo zdążył do niej przywyknąć, ale towarzystwem nie pogardzi. Gdy tylko znajdzie sobie jakiegoś kompana, chętnie porozmawia, jednak nauczył się w końcu słuchać, a nie tylko mówić. Co prawda dalej wyraża swoje opinie głośno i dobitnie, ale zdarza mu się ugryźć w język, jeśli sytuacja tego od niego wymaga.
Gdzieś tam z tyłu głowy miał, że nie powinien oczekiwać ciepłego powitania po swoim zniknięciu, ale zjeżone futro Krzyk i jej reakcja były dla orientala dość sporym zaskoczeniem. Miała prawo być na niego zła, ale... Aż tak? No przecież nie przepadł na własne życzenie! Był co najwyżej głupi, ale nie brakowało mu lojalności! No, przynajmniej wtedy. Chciał przecież wrócić i próbował! A to, że zajęło mu to tyle czasu i że perspektywa powrotu do Wichru nie była już taka dobra jak kiedyś? To była jeszcze inna kwestia! Poza tym... Teraz miał Jamesa, o! A bez przyjaciela nigdzie się nie ruszał. To by dopiero było nielojalne! — Przechodzę..? — odparł niezbyt lotnie, gdy już pierwszy szok minął, choć brzmiało to dużo bardziej jak pytanie. — Ssłuchaj, massz prawo ssię na mnie złośścić, ale wyglądassz, jakbyśś miała mi zaraz odgryźć usszy, a wolałbym tego uniknąć.
Księżyce: 110 Mistrz: Czubatkowy MROK Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Trawiasta Polana Ojciec: Wietrzny Dzień [*] Partner: Blep Trwałe urazy: Ślady pazurów przechodzące przez lewe oko, które przeważnie trzyma zamknięte lub przymrużone - nie widzi na nie.
public enemy No. 1 Zaćmiona Łapa
Urazy mechaniczne: -2 Zm, -1Zr na stałe (powód: uszkodzenie gałki ocznej)
Księżyce: 110 Mistrz: Czubatkowy MROK Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Trawiasta Polana Ojciec: Wietrzny Dzień [*] Partner: Blep Trwałe urazy: Ślady pazurów przechodzące przez lewe oko, które przeważnie trzyma zamknięte lub przymrużone - nie widzi na nie.
public enemy No. 1 Zaćmiona Łapa
Urazy mechaniczne: -2 Zm, -1Zr na stałe (powód: uszkodzenie gałki ocznej)
Przeciętnego wzrostu, umięśniona, czarna kocica o zielonych ślepiach. Jej sierść często jest w nieładzie.
Głośna, onomatopeje to jej nieodłączni towarzysze, chaotyczna, wszędzie jej pełno, posiada jednak poszanowanie do zasad, lubi wyzwania, pełna entuzjazmu nawet w niesprzyjających momentach, potrafi jednak zachować powagę, jeśli jest to konieczne, prosta w obyciu
Rozniósł się nieprzyjemny dźwięk, gdy wystawiła pazury, przejeżdżając nimi po kamieniu. Nie podobała jej się ta odpowiedź. Nie satysfakcjonowała ją. - Może powinnam. -Warknęła, po czym jednak schowała pazury. Minęło już tyle księżyców, a to nie był Kura, ani Kogucik, jego widok nie powinien aż tak na nią wpłynąć. To, że łączył z nimi pokrewieństwo i budowę ciała o niczym nie świadczyło. A jednak nie mogła pozbyć się tego dziwnego uczucia.- Co robisz w pobliżu terytorium Czterech Klanów? Chcesz wrócić do domu? -Zapytała już nieco spokojniej, wciąż jednak patrzyła na niego z podejrzliwością. Gdyby od niej to zależało, nie pozwoliłaby mu.