xx— A, rozumiem. — okej, a więc organizacja treningów i pomaganie przywódcy. Brzmiało logicznie. Tak jak ogólna struktura klanów, a przynajmniej do takiego wniosku zdążyła dojść Rosa. Wszystko, oprócz tej wiary w Gwiezdny Klan, ale nie chciała sobie zaprzątać tym znowu głowy. Reakcja Karasiowej Ości na pytanie kremowofutrej sprawiła, że Rosa spięła mięśnie na ciele nieco bardziej niż zwykle. Czy powiedziała coś nie tak? Za chwilę jej obawy jednak zniknęły, gdy popielata wyjaśniła swoją sytuację. Ciekawe... xx— Aah... — Rosa w sumie była w stanie zrozumieć Karasiową Ość. Skoro czegoś się nie lubiło, dlaczego nie próbować tego uniknąć. Tym bardziej, jeśli nie było z tego poważniejszych konsekwencji. Chociaż gdyby tak się zastanowić... — Rozumiem, że nie można po prostu powiedzieć zastępcy, że się nie lubi patroli? — Czy to nie byłoby łatwiejsze rozwiązanie? Skoro jednak Ość nie wdrożyła go w życie, to zapewne nie dało się załatwić sprawy w ten sposób. Takie nakazy musiały być dość ograniczające dla niektórych kotów. Rosa nie była pewna, jak ona sama odnalazłaby się w takim klanie. xxZerknęła na niebo, które ciemniało z każdym uderzeniem serca, gdy do jej nosa dotarła woń obcego kota. Wciągnęła powietrze w płuca, dochodząc do wniosku, że tych kotów jest nawet więcej, ale woń była zbyt słaba na dokładniejszą analizę. Zdecydowanie jednak była podobna do woni Karasiowej Ości. Kremowofutra zastrzygła uszami w kierunku, z którego przyszły razem z popielatą. xx— Czy to ten twój patrol? — spytała zniżonym głosem, patrząc na rzeczną wojowniczkę. Na pewno nie był to patrol Klanu Wichru, chyba, że gdy nie patrzyła, zdążyły zamienić się miejscami.
- No nie jest to mile widziane. Zresztą to obowiązki, a obowiązki się wykonuje, a nie lubi, rozumiesz. Powinnam bez żadnych ale robić co do mnie należy i tyle. W końcu skończyłam trening, składałam przysięgę i inne takie. Albo bierzesz cały pakiet, albo nic. - wyjaśniła - Więc taki układ jest lepszy niż oficjalne przyznawanie się, że coś jest na rzeczy. - dodała jeszcze, chociaż nie miała takiej pewności. Nie rozważała nigdy rozmowy z zastępcą, pewna że zostanie to odebrane jako jakiś głupi wymysł i tyle. Osobista preferencja, która nic nie znaczyła dla klanu, który musiał jakoś funkcjonować. Nie była na tyle istotna by robić jakieś fikołki specjalnie dla niej.
- O w mordę, fo oni. - syknęła w odpowiedzi, odruchowo zniżając łeb. Majtnęła nerwowo ogonem na boki, to jednak miała jeszcze mniej czasu niż myślała. - To ten, muszę lecieć, do zobaczenia? - rzuciła pośpiesznie. Niestety nie miała już czasu by poczekać na reakcję kremowej, musiała od razu ruszyć wzdłuż trasy, którą tu wcześniej dotarły. A potem gdzieś odbiła w tereny klanowe, byleby nie spotkać się z patrolem.
xxSłuchała wypowiedzi Karasiowej Ości, myśląc nad jej słowami i próbując zrozumieć jej punkt widzenia. Bierzesz albo cały pakiet albo nic. Dla Rosy wydawało się być to dość... ograniczające. Ale to może dlatego, że nigdy sama nie żyła w żadnej grupie i bycie samotnikiem zupełnie jej odpowiadało? Może pozostawanie w klanie i wykonywanie tych wszystkich obowiązków było warte ceny niezależności i wolności? Nie była pewna, nie mogła wiedzieć z własnego doświadczenia, mogła jedynie pytać klanowe koty i wysnuwać własne wnioski. Albo pomyśleć o matce, która przecież opuściła swój klan i do dziś żyła jako samotnik. Rosa nie znała jednak motywów swojej matki, które kryły się za jej decyzjami i wątpliwe, że kiedykolwiek je pozna. xxStanęła na równe łapy, gdy popielata znajoma, wystraszona wizją nadchodzącego patrolu, pożegnała się z nią pospiesznie. Zanim Rosa zdążyła otworzyć pysk, rzeczna wojowniczka już oddaliła się i po chwili całkiem zniknęła z pola widzenia kremowofutrej. xx— Do zobaczenia. — odpowiedziała, do siebie, po czym uśmiechnęła się lekko pod nosem. Czy to oznaczało, że Karasiowa Ość chciała, by jeszcze kiedyś się spotkały? To... miło. Rosa chciała, by to nie był pierwszy i ostatni raz, gdy spotyka popielatą. Nie chcąc być zauważona przez rzeczny patrol, odwróciła się w stronę rzeki, jednak zanim weszła do wody, zmieniła zdanie. Znała się na samochodach i ulicach, nie bała się ich. Poza tym przejście drogą było dużo korzystniejszą opcją niż moczenie futra. Dlatego przeszła rów i ostrożnie zbliżyła się do jezdni, po czym wybierając odpowiedni moment przemknęła przez czarny asfalt, aż znalazła się po drugiej stronie rzeki i bezpiecznie zeszła na pobocze.
Księżyce: 127 Mistrz: Kornikowy Konar Płeć: samiec Matka: Zachodzące Światło Ojciec: Kornikowy Konar
Podczas swojej nieobecności Mrozik zdążył sporo urosnąć. Jest wysokim kotem z typowymi cechami orientala - wydłuzony pysk i ogromne uszy. Sierść jest koloru czekoladowego, ale przez ciężkie warunki, w jakich znalazł się kocur przez ostatnie księżyce, straciła swój naturalny blask. Syn Zachód i Kornika jest kocurem o dość mocnej budowie, ale obecnie ma lekką niedowagę - sprawia to, że jego postać wygląda nieco karykaturalnie. Mrozik ma jasnozielone oczy i czekoladowy nos, ma też dodatkowy palec w każdej łapie.
Mrozik jest raczej spokojnym, nienarzucającym się kotem. Jest spotrzegawczy i potrafi szybko reagować na otaczający go świat - i chyba tylko to pozwoliło mu przetrwać kilka księżyców poza klanem. Samotne życie w ogóle niezbyt dobrze wpłynęło na młodego kocura. Wszystko było chaotyczne w porównaniu do życia w Klanie Rzeki. Gdy się urodził, świat wydawał mu się bardzo poukładany. Koty o konkretnych rangach spały w konkretnych legowiskach, a dni spędzone z matką i rodzeństwem były pewnego rodzaju cyklem. W klanie tylko niektóre koty zaburzały porządek, niepokojąc przy tym czekoladowego orientala. Żeby przetrwać w samotności musiał się trochę oswoić z chaosem. Porzucił swoje nierealne oczekiwania wobec świata i pogodził z faktem, że świat nie zawsze wygląda tak, jakby tego chciał sam czekoladowy kocur. Jest bardzo czujny, przez co zdarza mu się zbyt szybko wpadać w panikę. Lubi poznawać świat i zdobywać wiedzę - w życiu w dziczy najbardziej brakowało mu możliwości zapytania innych kotów o wiele kwestii.
Ognistopręga [GK] i inni nkt
Po wielu księżycach samotnej tułaczki zapach Klanu Rzeki wydawał się być tylko snem. Im dłużej jednak za nim podążał, tym bardziej się przekonywał, że powoli zbliża się do swoich rodzinnych stron. Szedł ostrożnie, rozglądając się na boki. Wychudzone ciało brązowego orientala było mocno napięte ze stresu, jaki odczuwał. Nie wiedział bowiem czego w ogóle się spodziewać. Czy ktokolwiek w klanie go rozpozna, skoro przesiąkł już zapachami innych ziem? Czy zostanie z miejsca potraktowany jak intruz i zaatakowany, czy jednak będzie miał okazję choćby się przedstawić? Czy nie zostanie uznany za totalnego tchórza albo nawet za zdrajcę? Obawiał się tego, co go spotka ze strony Rzeczniaków. Miał jednak silną motywację, by spróbować - był mocno zdesperowany. Poznał na własnej skórze co to znaczy żyć jak Samotnik i zdecydowanie nie chciał tak spędzać reszty życia. Przebywanie z dala od klanu miało swoje plusy - na przykład nie był przytłoczony obecnością wielu kotów na małej powierzchni. Minusów było jednak zdecydowanie więcej i jeśli istniała choćby nikła szansa na powrót do dawnego życia - to Mrozik postanowił ją wykorzystać.
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Zaginięcie Mrozika było dla Zachód ciosem w pysk. Miała wrażenie, że zawaliła jako matka i to na całej linii. Jak to jednak Zachód, ona przeżywała emocje raczej w środku, niż na zewnątrz. Podobnie zresztą z zaginięciem Śliwkowej Łapy - każda strata ją po prostu bolała. Teraz już też wiedziała, co czuła Śliwkowa Gałązka, gdy w każdym z jej trzech miotów ginęło któreś z dzieci.
Szczerze to potrzebowała takiego wspólnego spaceru sam na sam z Kornikiem. Tak po prostu, potrzebowała z nim pobyć sam na sam. Potrzebowała pewnego rodzaju potwierdzenia, że nie jest ani na nią zły, ani nie wiedział za dużo o jej uczuciach i że po prostu chciał nadal spędzać z nią czas. Obecność czarnego kocura przy boku była jednak również dosyć... kojąca. W pewnym sensie ją to po prostu wyciszało.
- Wiesz, że ja Cię lubię, prawda? - zapytała po chwili ciszy, kierując zielone ślepia w stronę czarnego wojownika. - I że Cię wspieram. - dodała następnie, biorąc nieco większy wdech, niż tego potrzebowała. Nie wiedziała skąd naszła ją nagła potrzeba przypomnieniu mu o tym. Chociaż nie. Właściwie to wiedziała. Po prostu bała się go stracić, a to, jak spokojnie przyjął śmierć Ćmiej Gwiazdy, było dla niej dziwne. Niezrozumiałe.
Zatrzymała się nagle, a jej uszy niemalże natychmiast powędrowały do tyłu, gdy do jej nozdrzy wdarł się obcy zapach. Jednocześnie jednak trudno było jej przyznać, czy był całkowicie obcy. Miał w sobie coś znajomego. Mimo wszystko każdy jej mięsień pozostał spięty. Jej biczowaty ogon zamachał na boki z podenerwowania, gdy wypatrywała źródła zapachu.
I wreszcie ujrzała tego intruza... A jej uszy niemalże natychmiast powędrowały do góry, a oczy wytrzeszczyły się ze zdezorientowaniem. Potężny, o dosyć konkretnej budowie, krótkowłosy kocur. Charakterystyczne, nietoperze uszy oraz witkowaty ogon. Jasnozielone ślepia i czekoladowe, bez blasku ale jednak nadal czekoladowe, futro. I co najważniejsze - dodatkowe palce. Już teraz wiedziała, czemu zapach, mimo, iż obcy, wydawał się również znajomy. Aż skarciła się w myślach, że wcześniej nie rozpoznała woni, z którą zapoznawała się przez pierwsze księżyce życia. Niemalże z niedowierzaniem spojrzała na swojego partnera, po czym zmrużyła oczy, ponownie kierując na dorosłego kocura.
- Mrozik?
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Księżyce: 127 Mistrz: Kornikowy Konar Płeć: samiec Matka: Zachodzące Światło Ojciec: Kornikowy Konar
Podczas swojej nieobecności Mrozik zdążył sporo urosnąć. Jest wysokim kotem z typowymi cechami orientala - wydłuzony pysk i ogromne uszy. Sierść jest koloru czekoladowego, ale przez ciężkie warunki, w jakich znalazł się kocur przez ostatnie księżyce, straciła swój naturalny blask. Syn Zachód i Kornika jest kocurem o dość mocnej budowie, ale obecnie ma lekką niedowagę - sprawia to, że jego postać wygląda nieco karykaturalnie. Mrozik ma jasnozielone oczy i czekoladowy nos, ma też dodatkowy palec w każdej łapie.
Mrozik jest raczej spokojnym, nienarzucającym się kotem. Jest spotrzegawczy i potrafi szybko reagować na otaczający go świat - i chyba tylko to pozwoliło mu przetrwać kilka księżyców poza klanem. Samotne życie w ogóle niezbyt dobrze wpłynęło na młodego kocura. Wszystko było chaotyczne w porównaniu do życia w Klanie Rzeki. Gdy się urodził, świat wydawał mu się bardzo poukładany. Koty o konkretnych rangach spały w konkretnych legowiskach, a dni spędzone z matką i rodzeństwem były pewnego rodzaju cyklem. W klanie tylko niektóre koty zaburzały porządek, niepokojąc przy tym czekoladowego orientala. Żeby przetrwać w samotności musiał się trochę oswoić z chaosem. Porzucił swoje nierealne oczekiwania wobec świata i pogodził z faktem, że świat nie zawsze wygląda tak, jakby tego chciał sam czekoladowy kocur. Jest bardzo czujny, przez co zdarza mu się zbyt szybko wpadać w panikę. Lubi poznawać świat i zdobywać wiedzę - w życiu w dziczy najbardziej brakowało mu możliwości zapytania innych kotów o wiele kwestii.
Ognistopręga [GK] i inni nkt
Czekoladowy kocur był zmęczony samotniczą tułaczką, ale jego zmysły dalej działaly dobrze. Wyczuł woń kotów zanim zdążył dostrzec ich zbliżające się sylwetki. Przez głowę przeleciało mu tysiące myśli. Czy w ogóle rozpozna kogoś z Klanu Rzeki? W końcu praktycznie nie opuszczał Chruśniaka, a nawet swoją rodzinę pamiętał jak przez mgłę... Czy jego ktoś rozpozna? Czy nie potraktują go jak zwykłego intruza? Poczuł, jak serce zaczyna mu bić coraz szybciej i szybciej. Czy będą z nim walczyć, czy po prostu go przegonią? Czy to będzie już koniec - pozbawienie jedynej nadziei, jaka mu pozostała?
Pytania mnożyłyby się jeszcze dłużej w głowie kocura, ale tymczasem przed jego oczami ukazał się widok dwóch kotów. Przez dwa, może trzy kolejne bicia serca wahał się, czy na pewno wzrok i pamięć go nie mylą. Szybko jednak nabrał pewności, że nie - a słowa kotki tylko to potwierdziły.
- M-mama? T-tata? - zapytał cichym, drżącym głosem. Zielone ślepia nieustannie się poruszały, gdy Mrozik patrzył to na jednego, to na drugiego rodzica. Nie miał pojęcia, jak powinien się zachować. Żadne słowa nie wydawały mu się odpowiednie na tą okazję, a nawet jakby chciał coś powiedzieć, to czuł się, jakby stracił tą możliwość. Stał więc niemy zawieszony w tym dziwnym limbo, jakby czekał na rozwój wydarzeń. Głowa zaczynała mu pulsować. Myśli nie formułowały się już w zrozumiałe pytania, a galopowały chaotycznie - zanim jedna zdążyła się skończyć, już pojawiała się następna. Ciało kocura pozostawiało jednak w bezruchu, jedynie oczy dalej się poruszały - zerkały to na mamę, to na tatę, nigdy nie zatrzymując się na żadnym z nich na dłużej niż krótką chwilę.
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Wyrósł na wysokiego i masywnego kocura. Zaczął nawet ogarniać swoje przerośnięte gabaryty i chociaż nadal porusza się flejowato i nie raz zdarzy mu się potknąć, czy zaszurać łapami, kiedy zepnie się w sobie, jest w stanie chyżo biegać czy skutecznie się skradać. Zwykle garbi plecy, chowając głowę między szerokimi barkami i łypie spod byka ślepiami, wybarwionymi na jaskrawą - jak u Czerwonego Maku - pomarańcz. Od koniuszka ogona, aż po nos jest czarny jak węgiel. Futerko ma krótkie, zazwyczaj rozczochrane i brudne, bo szkoda mu czasu na takie szczegóły jak jego układanie. Przez całe swoje dzieciństwo nie wymawiał "r" i nadal mu się zdarza zapomnieć o tej niepotrzebnej spółgłosce, zwłaszcza, gdy włączy tryb pospieszny w mówieniu.
Rozwój emocjonalny Konika zakończył się dawno temu, jeszcze zanim na dobre się rozpędził. To duży (no dobra, BARDZO duży) dzieciak. Księżyce przeżyte samodzielnie poza Klanem dodały mu co prawda trochę powagi i zapobiegliwości, ale co gorsza, również pewności siebie i buty. Nie do końca wprawnie ocenia swoje dobre i słabe strony, a należy zaznaczyć, że jest nieuleczalnym fajtłapą, a do tego zapominalskim roztrzepańcem. Mówi zdecydowanie szybciej niż myśli i bywa bezczelnie bezpośredni. Z kontrolą emocji jest również na bakier i niewiele mu trzeba by się zezłościć, czy rozbawić, ale znacznie więcej by posmutnieć, bo w ogólnym rozrachunku to bardzo pozytywny gość.
Kornikowy Konar przeżył w swoich życiu wystarczająco dużo strat - zarówno śmierci, jak i zaginięć - i z biegiem czasu zaczął je akceptować jako naturalną kolej rzeczy. Wrodzony optymizm sprawiał, że nie brał pod uwagi najgorszego scenariusza, kiedy ktoś bliski znikał z pola widzenia, nieustannie wierząc w możliwość ponownego spotkania. Co prawda najświeższe nieszczęście - śmierć Ćmiej Gwiazdy - wstrząsnęła nim dogłębnie, jednocześnie wzmacniając na wszystko co mogło nadejść w przyszłości. Kocur był pewien, że nic nie jest już w stanie go powalić.
Równocześnie, ani śmierci Czerwonej czy Ćmiej Gwiazdy, ani zaginięć Komara, czy Kałuży nie dało się porównać z utratą kocięcia. Kornik starał się traktować dzieci jako świadome i zdolne do podejmowania decyzji jednostki, jednak nie potrafił całkowicie zdjąć sobie z barków ciężaru odpowiedzialności. Śliwka była ciekawska i butna, i może po prostu potrzebowała poszukać bodźców, a Mrozik, tak jak niegdyś Komar, ruszył w świat by znaleźć odwagę i siłę, ALE może on, Kornik, jako ojciec mógł zrobić coś, by jego dzieci nie musiały szukać szczęścia poza Klanem? Taka myśl, drobna jak drzazga, ale równie ostra, kuła go na skraju świadomości.
Tym bardziej wspólny spacer z Zachodzącym Światłem był idealną odskocznią i okazją do relaksu. Kocica już od wielu była stałą w jego życiu i sama jej obecność dawała mu poczucie stabilności. Nawet nie czuł potrzeby wypełniać słowami ciszy, która trwała między nimi, po prostu szedł u jej boku i spokojnie oddychał chłodnym powietrzem, aż jej dość nieoczekiwane słowa ściągnęły jego uwagę. - No wiem! - Odmiauknął pewnym głosem, jakby Zachód zapytała czy słońce zachodzi wieczorem, albo o coś równie oczywistego. - ... chcesz mi powiedzieć coś jeszcze? - Dodał z udawanym niepokojem i żartobliwie smyrgnął kocice ogonem po żebrach. W tym momencie wojowniczka spięła się cała i kocurowi przemknęła przez głowę myśl, że nie zareagował właściwie na poczynione przez nią wyznanie, ale wtedy i do jego nosa dotarła obca woń. Prawie obca.
Kornikowi trochę opadła szczęka na widok całkiem postawnego kocura, którego cały czas pamiętał jako drobniutkiego i bojaźliwego Mrozika o nietoperzych uszach. Jakby nie szybko chodzące trybiki w głowie Zachodzącego Światła, pewnie stałby dłużej, wgapiając się w wyrośniętego orientala i zastanawiając się, czy to naprawdę może być jego syn. Jednak wojowniczka pierwsza wymówiła głośno imię kocurka, a kiedy z drugiego czekoladowego pyszczka padło drżące "tata", Kornik nie miał już wątpliwości. Ani żadnych zahamowań. - Mrozik! Synku! - Zawołał, doskakując do Mroza i przygarnął go silną łapą do ojcowskiej piersi.
Itookmylove,Itookitdown ClimbedamountainandIturnedaround AndIsawmyreflectioninthesnowcoveredhills 'Tilthelandslidebroughtitdown Oh, mirror in the sky
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Potwierdził to. Kocur, który właśnie stał przed nimi, był ich synem. Z małego, nieporadnego kocurka, który chował się w cieniu i spanikował przed własną ceremonią, zrobił się masywny, nadal strachliwy, ale jednak również ogromny kocur. Wzrostem dorównywał niemalże Kornikowi - przez myśl przeszło jej nawet, czy gdyby przystawić go do Cisa, kto wypadłby większy. Właściwie to cieszyła się, że każde z jej dzieci odziedziczyło bycie wysokim i w pewnym stopniu również masywnym. I cieszył ją również fakt, że ich najbardziej bojaźliwy syn, nie był już jak pióreczko - łatwe do zdmuchnięcia.
Nie dało się ukryć, że to Kornik był tą lepszą połową związku tą bardziej emocjonalną. Taka reakcja była czymś, co chciała zobaczyć z jego strony, chciała ponownie widzieć tą jego kochającą, aż obrzydliwie wesołą wersję. No i się doczekała. Przyglądała się, jak czarny kocur przygarnia go potężną łapą - i wyglądało to co najmniej komicznie. Sama podeszła jedynie do czekoladowego syna i czarnego partnera, po czym przejechała językiem po uchu Mrozika. Tylko na tyle potrafiła się zdobyć.
- Urosłeś. - mruknęła coś tak oczywistego, ale w jej głosie można było słyszeć pewną... dumę w sposób, jaki to powiedziała. - Cieszę się, że wróciłeś.
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Księżyce: 127 Mistrz: Kornikowy Konar Płeć: samiec Matka: Zachodzące Światło Ojciec: Kornikowy Konar
Podczas swojej nieobecności Mrozik zdążył sporo urosnąć. Jest wysokim kotem z typowymi cechami orientala - wydłuzony pysk i ogromne uszy. Sierść jest koloru czekoladowego, ale przez ciężkie warunki, w jakich znalazł się kocur przez ostatnie księżyce, straciła swój naturalny blask. Syn Zachód i Kornika jest kocurem o dość mocnej budowie, ale obecnie ma lekką niedowagę - sprawia to, że jego postać wygląda nieco karykaturalnie. Mrozik ma jasnozielone oczy i czekoladowy nos, ma też dodatkowy palec w każdej łapie.
Mrozik jest raczej spokojnym, nienarzucającym się kotem. Jest spotrzegawczy i potrafi szybko reagować na otaczający go świat - i chyba tylko to pozwoliło mu przetrwać kilka księżyców poza klanem. Samotne życie w ogóle niezbyt dobrze wpłynęło na młodego kocura. Wszystko było chaotyczne w porównaniu do życia w Klanie Rzeki. Gdy się urodził, świat wydawał mu się bardzo poukładany. Koty o konkretnych rangach spały w konkretnych legowiskach, a dni spędzone z matką i rodzeństwem były pewnego rodzaju cyklem. W klanie tylko niektóre koty zaburzały porządek, niepokojąc przy tym czekoladowego orientala. Żeby przetrwać w samotności musiał się trochę oswoić z chaosem. Porzucił swoje nierealne oczekiwania wobec świata i pogodził z faktem, że świat nie zawsze wygląda tak, jakby tego chciał sam czekoladowy kocur. Jest bardzo czujny, przez co zdarza mu się zbyt szybko wpadać w panikę. Lubi poznawać świat i zdobywać wiedzę - w życiu w dziczy najbardziej brakowało mu możliwości zapytania innych kotów o wiele kwestii.
Ognistopręga [GK] i inni nkt
Nagłe przytulenie dość mocno zaskoczyło Mrozika. Gdy Kornikowy Konar przygarnął do siebie syna, mógł przez chwilę czuć jego opór. Nie wynikał on absolutnie z niechęci czekoladowego; to szok na chwilę sparaliżował ciało. Gdy po sekundzie dotarło do zielonookiego co się właściwie stało, natychmiast wtuił się mocniej w ojca. Było to dziwne uczucie - ostatnim razem, gdy był tak blisko innego kota, był jeszcze małym berbeciem. Zdziwiło go, że jest prawie tak wysoki jak Kornik. Tyle czasu przebywał w odosobnieniu, że nawet nie miał z kim porównać swojego wzrostu i nie był świadomy, jak bardzo się zmienił. Czuł się dziwnie ze świadomością, że jest zupełnie innym kotem niż mały Mrozik, który odszedł z terenów klanowych...
Mimo całego skonfundowania, to niespodziewane poczucie bliskości było dla niego bardzo miłe. W końcu był to taki bezinteresowny gest, jasne pokazanie, że rodzic wcale go nie odtrącił - mimo tego, że przecież go zawiódł nie przychodząc na własną Ceremonię a potem uciekając... Zanim trafił na tereny Rzeki często zastanawiał się nad tym, jak powitaliby go rodzice. Bardziej niz przytulenia spodziewał się jednak reprymendy... Czy gdyby był pewny, że Kornik i Zachód go nie odtrącą, to próbowałby wrócić wcześniej? Być może.
Od matki co prawda nie dostał aż tak wylewnej czułości. Zachodzące Światło była jednak zupełnie innym typem kota niż Kornikowy Konar. Liźnięcie po uchu i miłe słowa czekoladowej jednak jak najbardziej wystarczały młodemu kocurowi.
Nie mogli jednak tak w nieskończoność stać w Jeżynowym Zagajniku i się przymilać do siebie. Pierwsze emocje opadły i czekoladowy jakby przypomniał sobie o swoim stresie i zmieszaniu. Dobrze było spotkać się z najbliższą rodziną, ale dalej pozostawało jedno ważne pytanie - co dalej z nim będzie?
- Czy... mogę wrócić? Do klanu? - zadając to pytanie bardziej patrzył w stronę Zachód, bowiem to jej reakcji nieco bardziej się obawiał. Gdyby miał zgadywać, to założyłby, że ojciec pewnie chętniej zgodzi się na jego powrót. Mrozik odszedł z klanu zanim nauczył się zasad jego funkcjonowania - nie był więc pewien, czy może tak po prostu znowu znaleźć się w Obozie, jak gdyby nic się nie stało. Nawet, jeśli rodzice by się zgodzili, to przecież nie są jedynymi mieszkańcami terenów klanowych, nie są też Przywódcami. Czekał więc na odpowiedź jak na wyrok. Przez chwilę patrzył zmartwionym wzrokiem na matkę, potem jednak wbił spojrzenie w siebie. Uczucie wstydu zaczynało rosnąć z każdą milisekundą oczekiwania na odpowiedź. Te kilka sekund czekania było dla niego niczym wieczność.
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Wyrósł na wysokiego i masywnego kocura. Zaczął nawet ogarniać swoje przerośnięte gabaryty i chociaż nadal porusza się flejowato i nie raz zdarzy mu się potknąć, czy zaszurać łapami, kiedy zepnie się w sobie, jest w stanie chyżo biegać czy skutecznie się skradać. Zwykle garbi plecy, chowając głowę między szerokimi barkami i łypie spod byka ślepiami, wybarwionymi na jaskrawą - jak u Czerwonego Maku - pomarańcz. Od koniuszka ogona, aż po nos jest czarny jak węgiel. Futerko ma krótkie, zazwyczaj rozczochrane i brudne, bo szkoda mu czasu na takie szczegóły jak jego układanie. Przez całe swoje dzieciństwo nie wymawiał "r" i nadal mu się zdarza zapomnieć o tej niepotrzebnej spółgłosce, zwłaszcza, gdy włączy tryb pospieszny w mówieniu.
Rozwój emocjonalny Konika zakończył się dawno temu, jeszcze zanim na dobre się rozpędził. To duży (no dobra, BARDZO duży) dzieciak. Księżyce przeżyte samodzielnie poza Klanem dodały mu co prawda trochę powagi i zapobiegliwości, ale co gorsza, również pewności siebie i buty. Nie do końca wprawnie ocenia swoje dobre i słabe strony, a należy zaznaczyć, że jest nieuleczalnym fajtłapą, a do tego zapominalskim roztrzepańcem. Mówi zdecydowanie szybciej niż myśli i bywa bezczelnie bezpośredni. Z kontrolą emocji jest również na bakier i niewiele mu trzeba by się zezłościć, czy rozbawić, ale znacznie więcej by posmutnieć, bo w ogólnym rozrachunku to bardzo pozytywny gość.
Poczuł początkowy opór i spięcie Mroza. Jednak nie trwało to na tyle długo, by Kornik poddał pod wątpliwość stosowność swojego gestu i zanim zaczął się zastanawiać, syn przylgnął do niego mocniej. Po chwili do rodzinnego obrazku dołączyła Zachód, przejeżdżając językiem po uchu czekoladowego, co i tak było dość wylewne jak na nią. Wojownik uśmiechnął się w krótkie futerko Mrozika, mimowolnie zauważając jakie jest matowe, i przed wypuszczeniem go z objęć, poklepał jeszcze łapą po barku i polizał po czubku głowy. Śmiesznie, bo to ostatnie przyszłoby mu z trudem, gdyby Mrozik nie pochylał się, by się przytulić.
- Nie pytasz chyba poważnie! - Miauknął. Ponad barkami syna spróbował wymienić spojrzenie z Zachód. Oczy mu błyszczały. - Oczywiście, że możesz wrócić! - Potwierdził szybko, chociaż pytanie było bardziej skierowane do wojowniczki. Jednak zdziwiłby się bardzo, gdyby miała inne zdanie niż on. W końcu chodziło o ich kocię. Ponadto sami nie mieli czystej historii i zniknięcie oraz powrót do Klanu na sumieniu.
- Opowiesz nam co się stało? - Dodał łagodnie, uśmiechając się przy tym zachęcająco.
Itookmylove,Itookitdown ClimbedamountainandIturnedaround AndIsawmyreflectioninthesnowcoveredhills 'Tilthelandslidebroughtitdown Oh, mirror in the sky
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Durne pytanie. To był komentarz, jaki wręcz cisnął jej się na język, jednak w porę się po prostu w niego ugryzła. Nie zamierzała na starcie demotywować swojego dziecka, które odkąd tylko się urodziło było chyba najbardziej zestresowane ze wszystkich. Wolała mu więc tego oszczędzić, ponieważ spodziewała się, że właściwie to już teraz miał w sobie dużo niepokoju.
Złapała szybki kontakt wzrokowy z Kornikiem, aby następnie ponownie wrócić zielonymi ślepiami do czekoladowego kocura. Jej biczowaty ogon zamachał delikatnie na boki, a ona wzięła głębszy wdech.
- Oczywiście, że możesz. - mruknęła od razu po czarnym wojowniku. Jak dla niej to już teraz mógł wrócić do obozu i zostać terminatorem. Ona nie potrzebowała niczyjej zgody na to, aby jej syn wrócił do domu. Nie zamierzała jednak wywoływać jakieś okropnej dramy, więc wiedziała, że będzie musiała poprosić Kosową Gwiazdę o oficjalne przyjęcie Mrozika do Klanu Rzeki.
Po pytaniu swojego partnera tylko skierowała zielone ślepia na syna, licząc na jego wyjaśnienia.
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Księżyce: 127 Mistrz: Kornikowy Konar Płeć: samiec Matka: Zachodzące Światło Ojciec: Kornikowy Konar
Podczas swojej nieobecności Mrozik zdążył sporo urosnąć. Jest wysokim kotem z typowymi cechami orientala - wydłuzony pysk i ogromne uszy. Sierść jest koloru czekoladowego, ale przez ciężkie warunki, w jakich znalazł się kocur przez ostatnie księżyce, straciła swój naturalny blask. Syn Zachód i Kornika jest kocurem o dość mocnej budowie, ale obecnie ma lekką niedowagę - sprawia to, że jego postać wygląda nieco karykaturalnie. Mrozik ma jasnozielone oczy i czekoladowy nos, ma też dodatkowy palec w każdej łapie.
Mrozik jest raczej spokojnym, nienarzucającym się kotem. Jest spotrzegawczy i potrafi szybko reagować na otaczający go świat - i chyba tylko to pozwoliło mu przetrwać kilka księżyców poza klanem. Samotne życie w ogóle niezbyt dobrze wpłynęło na młodego kocura. Wszystko było chaotyczne w porównaniu do życia w Klanie Rzeki. Gdy się urodził, świat wydawał mu się bardzo poukładany. Koty o konkretnych rangach spały w konkretnych legowiskach, a dni spędzone z matką i rodzeństwem były pewnego rodzaju cyklem. W klanie tylko niektóre koty zaburzały porządek, niepokojąc przy tym czekoladowego orientala. Żeby przetrwać w samotności musiał się trochę oswoić z chaosem. Porzucił swoje nierealne oczekiwania wobec świata i pogodził z faktem, że świat nie zawsze wygląda tak, jakby tego chciał sam czekoladowy kocur. Jest bardzo czujny, przez co zdarza mu się zbyt szybko wpadać w panikę. Lubi poznawać świat i zdobywać wiedzę - w życiu w dziczy najbardziej brakowało mu możliwości zapytania innych kotów o wiele kwestii.
Ognistopręga [GK] i inni nkt
Stres stopniowo się zmniejszał. Serce wracało do normalnego rytmu. Pierwsze lody zostały przełamane - nie zostanie przegoniony, nie będzie musiał już żyć całkowicie na własną łapę. Dalej nie czuł się w pełni komfortowo. Cały czas nerwowo przerzucał spojrzenie z jednego rodzica na drugiego, a co jakiś czas można było dostrzec, że któryś z jego mięśni drga nerwowo. Było już jednak zdecydowanie lepiej niż chwilę temu. Pierwszy raz od dłuższego czasu zaczynał czuć, że jest dla niego jakaś nadzieja.
Westchnął głośno słysząc pytanie ojca. Musiał jednak na nie odpowiedzieć, przyznać się do błędu. Nie było innej drogi. Zanim zaczął mówić, rozejrzał się na boki, jak gdyby obawiał się, że jeszcze jakiś kot wysłucha jego żałosnej historii życia. Na szczęście nie dostrzegł nikogo.
- Ja... wychodziłem z kociarni. Nie chciałem zostać tam na zawsze, ale wolałem chodzić sam - dłuższa pauza. Jak dziwnie to wszystko brzmiało wypowiedziane na głos! Do tej pory nie miał z kim się podzielić tym wszystkim. Wszystko działo się tylko w jego głowie, ale gdy słowa padały z jego pyszczka, nagle nabierały znaczenia. Wszystko wydawało się ważniejsze. - Obserwowałem Obóz, tereny... niektóre bardzo piękne. Wracałem zwykle ale raz poszedłem daleko i... nie znalazłem drogi powrotnej. Szukałem, ale nie mogłem znaleźć, byłem za daleko, zgubiłem się - zaczął mówić zdecydowanie szybciej, bardziej nerwowo. - Próbowałem wrócić wiele razy, ale nie umiałem... więc tylko starałem się schować, znaleźć coś do jedzenia, znowu schować, nie było łatwo, ale się starałem i potem, całkiem przypadkiem, znowu poczułem znajomy zapach, słaby, ale szedłem za nim, zapach stawał się coraz mocniejszy, aż w koncu no, dotarłem tutaj - gdy skończył znowu wbił wzrok w ziemię, urywając dość nagle całą historię. Poziom stresu znowu się podniósł. Powiedział, że mogę wrócić. Ale czy na pewno? Czy teraz nie zmieni zdania? Czy nie powinienem czegoś innego powiedzieć? Lepiej wypaść? Czy dalej będę mógł wrócić? - setki takich i podobnych myśli dręczyły czekoladowego kocura.
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Wyrósł na wysokiego i masywnego kocura. Zaczął nawet ogarniać swoje przerośnięte gabaryty i chociaż nadal porusza się flejowato i nie raz zdarzy mu się potknąć, czy zaszurać łapami, kiedy zepnie się w sobie, jest w stanie chyżo biegać czy skutecznie się skradać. Zwykle garbi plecy, chowając głowę między szerokimi barkami i łypie spod byka ślepiami, wybarwionymi na jaskrawą - jak u Czerwonego Maku - pomarańcz. Od koniuszka ogona, aż po nos jest czarny jak węgiel. Futerko ma krótkie, zazwyczaj rozczochrane i brudne, bo szkoda mu czasu na takie szczegóły jak jego układanie. Przez całe swoje dzieciństwo nie wymawiał "r" i nadal mu się zdarza zapomnieć o tej niepotrzebnej spółgłosce, zwłaszcza, gdy włączy tryb pospieszny w mówieniu.
Rozwój emocjonalny Konika zakończył się dawno temu, jeszcze zanim na dobre się rozpędził. To duży (no dobra, BARDZO duży) dzieciak. Księżyce przeżyte samodzielnie poza Klanem dodały mu co prawda trochę powagi i zapobiegliwości, ale co gorsza, również pewności siebie i buty. Nie do końca wprawnie ocenia swoje dobre i słabe strony, a należy zaznaczyć, że jest nieuleczalnym fajtłapą, a do tego zapominalskim roztrzepańcem. Mówi zdecydowanie szybciej niż myśli i bywa bezczelnie bezpośredni. Z kontrolą emocji jest również na bakier i niewiele mu trzeba by się zezłościć, czy rozbawić, ale znacznie więcej by posmutnieć, bo w ogólnym rozrachunku to bardzo pozytywny gość.
Dobrze, że chociaż jedno z nich było rozsądne i zamierzało zgłosić powrót Mrozika do Klanu komuś, kto piastował odpowiedzialne i decyzyjne stanowisko. Kornik zwyczajnie o tym... nie pomyślał. Wydawało mu się całkowicie naturalne, że do Rzeki przyjmowano zaginionych członków bez żadnego problemu, zwłaszcza jak ich zniknięcie nie było zamierzone. Mróz był tylko kociakiem, gdy wyszedł z obozu, więc trudno go podejrzewać o zdradę.
Wojownik skierował całą swoją uwagę na syna, słuchając jego historii. Opowiedzenie jej wyraźnie wiele go kosztowało, chociaż nie brzmiała specjalnie dramatycznie. Jednak Kornik miał w sobie wystarczająco dużo empatii, by zrozumieć, że dla strachliwego Mrozika zgubienie drogi i samotne błądzenie w nieznanych stronach musiało być traumatyczne.
- Dobrze, że udało ci się znaleźć drogę powrotną. - Podsumował z uśmiechem i kolejny raz pacnął kocura w bark. - Idziemy do obozu? Pewnie umierasz z głodu i zmęczenia, co? - Nie dało się przegapić niedowagi, która przy orientalnej sylwetce odziedziczonej po Zachód rzucała się nawet wyraźniej w oczy.
Itookmylove,Itookitdown ClimbedamountainandIturnedaround AndIsawmyreflectioninthesnowcoveredhills 'Tilthelandslidebroughtitdown Oh, mirror in the sky
A potem ta kotka stała się Wydmą. Na dzień ceremonii pięknie wyczyściła futerko i starała się, aby tak pozostało. Tylko te parę dni było do przystosowania się do rangi i tego, o z nią związane. Futro Wydmowego Wiatru więc jest teraz czystsze, niż gdy była terminatorką. Zdobyła też trochę mięśni. Nadal wysoka i długa, ruda tygrysio pręgowana z białymi znaczeniami i zielonymi oczami. Teraz już dużo w jej wyglądzie zmieniać się nie będzie, chyba, że dostanie jakieś bitewne blizny. Ale innych zmian chyba nie będzie.
Charakter wojowniczki o imieniu Wydmowy Wiatr nie zmienił się, prócz tego, że nie jest aż taka energiczna. Albo po prostu poważniejsza. Minęło trochę czasu od mianowania, więc jeszcze nie widać, czy mocno się zmieniła. Na razie jest tak, jak było, jednie jej energiczność nie jest wykorzystywana w ten sam sposób, bo teraz wykorzystuje ją do pełnienia swoich obowiązków oraz jest poważniejsza. Tyle.
Po stracie tak wielu ważnych kotów Wydmowy Wiatr posmutniała, jest bardziej na boku. Na szczęście nie odbiło się to na terminatorów. Jest lepiej, gdy spotyka kogoś kogo zna, ale jednak ciągle kogoś traci... Próbuje jednak nie ukazywać tego uczucia z głębi siebie.
Zamiast Kosowej Gwiazdy na granicy pojawiła się jednak Wydma. Początkowo ruda kotka szukała czarnofutrej przywódczyni, nie umiejąc jej jednak nigdzie znaleźć, ruda kotka postanowiła wziąć sprawę we własne łapy.
Poszła na granicę, gdy tylko dowiedziała się, że ktoś tam czatuje. Może to zaginiony członek Klanu Rzeki?
Zbliżając się do zbiorowiska nic nie mówiła. Dopiero gdy była na miejscu odezwała się. Jak się okazało, zdążyły uprzedzić ją już dwa koty — bardzo podobne do najmłodszego kota — Zachodzące Światło oraz Kornikowy Konar. Czyżby ich kocię, akurat trafili na własnego syna na granicy? Pewnie się kręcili w okolicy, bo gdy do obozu przyszedł Leśna Jagoda z informacją o zapachu samotnika na granicy i rudej nie zajęło długo, by tutaj dotrzeć.
— Dzień dobry. Słyszałam, że w pobliżu był tu zapach samotnika. Rozumiem, że to ten samotnik. Wasze kocię, prawda? Chcesz... Wrócić do Klanu, czy przyszedłeś porozmawiać z rodzicami? — zapytała się sympatycznie i z lekkim uśmiechem, mimo, że nie znała jeszcze intencji kota. O ile w ogóle trafiła, że to dziecko Zachód i Kornika.
what a glorious feeling! i'm happy again! ° i'm laughing ofclouds °
= sodarkup above = the s u n is inmyheart andIamreadyfor love!
Księżyce: 127 Mistrz: Kornikowy Konar Płeć: samiec Matka: Zachodzące Światło Ojciec: Kornikowy Konar
Podczas swojej nieobecności Mrozik zdążył sporo urosnąć. Jest wysokim kotem z typowymi cechami orientala - wydłuzony pysk i ogromne uszy. Sierść jest koloru czekoladowego, ale przez ciężkie warunki, w jakich znalazł się kocur przez ostatnie księżyce, straciła swój naturalny blask. Syn Zachód i Kornika jest kocurem o dość mocnej budowie, ale obecnie ma lekką niedowagę - sprawia to, że jego postać wygląda nieco karykaturalnie. Mrozik ma jasnozielone oczy i czekoladowy nos, ma też dodatkowy palec w każdej łapie.
Mrozik jest raczej spokojnym, nienarzucającym się kotem. Jest spotrzegawczy i potrafi szybko reagować na otaczający go świat - i chyba tylko to pozwoliło mu przetrwać kilka księżyców poza klanem. Samotne życie w ogóle niezbyt dobrze wpłynęło na młodego kocura. Wszystko było chaotyczne w porównaniu do życia w Klanie Rzeki. Gdy się urodził, świat wydawał mu się bardzo poukładany. Koty o konkretnych rangach spały w konkretnych legowiskach, a dni spędzone z matką i rodzeństwem były pewnego rodzaju cyklem. W klanie tylko niektóre koty zaburzały porządek, niepokojąc przy tym czekoladowego orientala. Żeby przetrwać w samotności musiał się trochę oswoić z chaosem. Porzucił swoje nierealne oczekiwania wobec świata i pogodził z faktem, że świat nie zawsze wygląda tak, jakby tego chciał sam czekoladowy kocur. Jest bardzo czujny, przez co zdarza mu się zbyt szybko wpadać w panikę. Lubi poznawać świat i zdobywać wiedzę - w życiu w dziczy najbardziej brakowało mu możliwości zapytania innych kotów o wiele kwestii.
Ognistopręga [GK] i inni nkt
Brązowy kocur nieśmiało skinął głową w odpowiedzi na pytanie Kornikowego Konara. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył zebrać myśli, bowiem właśnie pojawiła się kolejna kotka. Mrozik odwrócił głowę w kierunku rudo-białej. Nie znał jej - nie miał przecież prawie w ogóle okazji do poznania współklanowiczów, skoro podczas swojego przebywania w Obozie praktycznie nie oddalał się od Kociarni, a już na pewno nie dążył do nawiązywania kontaktów.
Patrzył na nieznajomą nieco przestraszonym wzrokiem, a jego duże, czekoladowe uszy odchyliły się nieco do tyłu. Kotka od razu przeszła do konkretów. Chwilę zawahał się z opowiedzią - dziwnie było zostać nazwanym samotnikiem. Mrozik tak o sobie nie myślał, bo właściwie w ogóle nie myślał o takich sprawach, jak jego odbiór przez inne koty. Jako kocię nie zdążył do końca nauczyć się tego, jak działają relacje społeczne. Z kolei przez ostatnie tygodnie na tyle był skupiony na własnym przetrwaniu, że takie abstrakcyjne myśli raczej go nie nachodziły.
- Chciałbym wrócić - odpowiedział w końcu drżącym głosem. - O ile można - dodał już zdecydowanie ciszej. Skulił się lekko i nerwowo przenosił spojrzenie na każdego z obecnych kotów. Co prawda przed chwilą rodzice zapewniali go, że jest mile widziany, że może wrócić... Ale to było zupełnie coś innego niż rozmowa z obcą dla niego kotką. Stres powrócił, mimo wcześniejszej rozmowy z Kornikowym Konarem i Zachodzącym Światłem.