Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
- Zagrożenia nie mają znaczenia. Przed wszystkim cię ochronię. Was. Rozumiem jednak, że nie jesteś gotowa. Poczekam tyle, ile będzie trzeba - odpowiedział spokojnie, przejeżdżając ostatni raz językiem po jej policzku. Następnie się podniósł i usiadł, otrzepując się z trawy. Spojrzał w niebo i zawiesił na nim wzrok. Czy przodkowie ich teraz obserwowali? Zapewne. Skrzące Słowo jednak się tym nie przejmował. Nie miał się czego wstydzić, bo nie robił niczego złego, a jeśli byli obserwowani, to znaczy, że był ku temu powód - nieważne jaki.
Odetchnął, czując, jak całe napięcie powoli ustępuje. Nie przypuszczał, że może to być takie ciężkie, ale najważniejsze, że udało im się powstrzymać.
- Masz rację. Wyjątkowo piękny wieczór.
Księżyce: 150 Mistrz: Skrzące Słowo Płeć: kotka Matka: Świetlikowy Zagajnik Ojciec: Wietrzny Wąs Partner: Skrzące Słowo
Kolorystyka Jezioro nie zmieniła się od kociaka - jej futerko wciąż jest czarne, dymne, szylkret i długowłose - bez pręgowania. Uszy już nie wystawia tak na sztorc, chyba, że zaalarmowana lub zaniepokojona. Jej oczy nareszcie nabrały innego odcienia - są teraz blado oliwkowe, jednak wciąż intensywnie świdrujące. Jej łapy lekko się wydłużyły, dzięki czemu nie jest już pudełkiem chodzącego futerka - teraz jest pudełkiem chodzącego futerka na długich łapkach. Nos wciąż ma mały i czarny, zlewający się z ciemniejszą, lewą stroną mordki a także czołem. Prawa strona jest wyraźnie jaśniejsza. Jej pyszczek zwykle ma niezadowolony wyraz, co nie jest spowodowane jej humorem - jest to jej zwykły i luźny wyraz, którego sama nie kontroluje i nawet nie do końca zdaje sobie sprawę. Przy zbyt szerokim uśmiechaniu się, prawa strona jej pyska zaczyna drgać.
Z beksy zrobiła się... nie no, jeszcze nie twarda babka. Jeziorko bowiem odnalazła w sobie niezwykłe pokłady ambicji i chęć rywalizacji - do tego stopnia, że nie zawaha się doprowadzić własnego ciała do szczytu wytrzymałości. Tupnie nogą, gdy naprawdę czegoś chce i zaciśnie zęby, by nie uronić pojedynczej łzy. Mimo tego wszystkiego fascynacja wobec kotów wciąż jej pozostała - teraz już bardziej wybiórcza, jednak wzmożona. Potrafi we własnych myślach wystawić kogoś na piedestał i rzucać płatki róż, podążając za swoimi idolami krok w krok, by stać się taka, jaką chce, by inni ją widzieli. Już nie beksę, ale silną, wręcz najsilniejszą i najlepszą terminatorkę. Taką - która się nie zawaha i nie ma wątpliwości. Jej serce złamało się na milion kawałków, gdy nie otrzymała Mistrza, którego pragnęła - Skrzącej Łapy. Dlatego gdy tylko dowiedziała się, że to jej bratu przypadł ten Mistrz, zaczęła szaleńczo pracować by pokazać, że jest po prostu... lepsza. Równocześnie stała się trochę dumna i przekonana o wyższości swojego Klanu nad innymi.
Emocje robiły sobie przejażdżkę górską kolejką w jej środku, gdy raz je uspokajała, a za chwilę Skra znowu robił coś, przez co było jej gorąco. Sama jego obecność sprawiała, że było jej gorąco. Przymknęła oczy, mrucząc nisko, po czym powiedziała: - Wiem. Jesteś najsilniejszy. Aż się boję myśleć, co wyjdzie z naszego połączenia. - powiedziała, uśmiechając się lekko wciąż z przymkniętymi oczami. Ich kocięta będą niezwykłe - kto wie, może zasiądą nawet na najwyższych rangach w Klanie. Może urodzi przyszłego Przywódcę? A może Medyka, który będzie jak jej braciszek? Serce biło jej szybciej i Jezioro poczuła coś dziewnego. Niecierpliwość.
Jakby chciała tego już teraz. Ale nie - to były tylko jej szalejące hormony i nagła zmiana zdania be rozmowy z babcią byłoby bardzo niedojrzałe. Muszą najpierw wszystko ułożyć. Jezioro zacznie przygotowywać ich opuszczoną norę pod kątem... nowych gości. - Owszem, chociaż wieczorowi trochę brakuje... do Ciebie... - zachichotała, dotykając go noskiem w nosek. Uwielbiała spędzać z nim czas i nic nie przychodziło jej łatwiej, niż rozmowa (i flirtowanie!) z nim. Dotychczas... jasne, czuła się swobodnie, jednak im dalej myślała o swoich uczuciach, tym bardziej adrenalina szalała w jej żyłach za każdym razem, gdy z nim rozmawiała.
.............................................................●●● ...................................................................I think it's better when I'm overdramatic .......................................................................I live in color,never monochromatic .............................................................................Pop open champagne and I spin up a classic ................................................................................Let's go
.........................................................................»I'm comin' for the gold .........................................................................»All eyes on me, let's go
................................................................................Let's go .............................................................................Welcome to theshow .......................................................................All eyeson me,let's go ...................................................................LET'SGO!» ---- »---- »
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
-Wszystko, co najlepsze - wymruczał ocierając się swoim polikiem o jej polik. Przy wyborze partnerki kierował się nie tylko uczuciami, choć wiadomo, że te stanowiły bardzo ważny czynnik. Nim jednak pozwolił się im oddać, upewnił się, że może sobie na to pozwolić i nie jest to test ze strony Przodków. Księżycowe Jezioro jednakże spełniała wszystkie jego wymagania i wchodząc z nią w związek, był przekonany, że da mu silnych synów, gotowych oddać życie za klan. Jeśli jednak da mu córki - będą one równie silnie co matka i dadzą swoim partnerom silne dzieci. Być może wśród ich potomstwa znajdzie się przyszła Gwiazda lub Medyk? Byłby to zaszczyt dla całej rodziny, bez dwóch zdań, jednak co Gwiezdni przewidzieli, to tylko oni sami wiedzą.
- Z tobą nawet najpiękniejszy zachód słońca nie może się równać - mruknął spokojnie do jej ucha i pociągnął po nim językiem. Ponownie poczuł dreszcz i całą tą ekscytację, która towarzyszyła mu przed chwilą i wstał. - To miejsce... Ten wieczór... działają pobudzająco. Powinniśmy już wracać, najdroższa - powiedział cicho i czekał na decyzję ukochanej. Wolałby już wrócić, nie ryzykować, że cała ta atmosfera popchnie ich do czegoś, do czego wcale nie powinna.
Księżyce: 150 Mistrz: Skrzące Słowo Płeć: kotka Matka: Świetlikowy Zagajnik Ojciec: Wietrzny Wąs Partner: Skrzące Słowo
Kolorystyka Jezioro nie zmieniła się od kociaka - jej futerko wciąż jest czarne, dymne, szylkret i długowłose - bez pręgowania. Uszy już nie wystawia tak na sztorc, chyba, że zaalarmowana lub zaniepokojona. Jej oczy nareszcie nabrały innego odcienia - są teraz blado oliwkowe, jednak wciąż intensywnie świdrujące. Jej łapy lekko się wydłużyły, dzięki czemu nie jest już pudełkiem chodzącego futerka - teraz jest pudełkiem chodzącego futerka na długich łapkach. Nos wciąż ma mały i czarny, zlewający się z ciemniejszą, lewą stroną mordki a także czołem. Prawa strona jest wyraźnie jaśniejsza. Jej pyszczek zwykle ma niezadowolony wyraz, co nie jest spowodowane jej humorem - jest to jej zwykły i luźny wyraz, którego sama nie kontroluje i nawet nie do końca zdaje sobie sprawę. Przy zbyt szerokim uśmiechaniu się, prawa strona jej pyska zaczyna drgać.
Z beksy zrobiła się... nie no, jeszcze nie twarda babka. Jeziorko bowiem odnalazła w sobie niezwykłe pokłady ambicji i chęć rywalizacji - do tego stopnia, że nie zawaha się doprowadzić własnego ciała do szczytu wytrzymałości. Tupnie nogą, gdy naprawdę czegoś chce i zaciśnie zęby, by nie uronić pojedynczej łzy. Mimo tego wszystkiego fascynacja wobec kotów wciąż jej pozostała - teraz już bardziej wybiórcza, jednak wzmożona. Potrafi we własnych myślach wystawić kogoś na piedestał i rzucać płatki róż, podążając za swoimi idolami krok w krok, by stać się taka, jaką chce, by inni ją widzieli. Już nie beksę, ale silną, wręcz najsilniejszą i najlepszą terminatorkę. Taką - która się nie zawaha i nie ma wątpliwości. Jej serce złamało się na milion kawałków, gdy nie otrzymała Mistrza, którego pragnęła - Skrzącej Łapy. Dlatego gdy tylko dowiedziała się, że to jej bratu przypadł ten Mistrz, zaczęła szaleńczo pracować by pokazać, że jest po prostu... lepsza. Równocześnie stała się trochę dumna i przekonana o wyższości swojego Klanu nad innymi.
Zamruczała, słysząc jego schlebiające słowa, nie mogąc nie poczuć się speszona jego komplementami. Skra mógł wydawać się niektórym oschły i poważny, ale prawda była taka, że był niezwykle szarmancki i flirciarski, kiedy nastrój był do tego odpowiedni, nie mówiąc już o jego humorku. Wiedziała, że nie bez powodu ją wybrał - znała jego umysł ustawiony na szukanie znaków od Gwiezdnych i cieszyła się, że spełniła jego wymagania jako partnerka. Wiedziała też, że kochał ją szczerze i mocno i to jej wystarczyło - tyle tylko potrzebowała.
Zamruczała raz jeszcze, zgadzając się z jego słowami, po czym obdarowała go przeciągłym spojrzeniem. - Masz rację. Ciężko się tobie oprzeć przy takiej scenerii, mój drogi. W Obozie nie będę się czuła już tak... swobodnie... - zamruczała nisko, przejeżdżając jeszcze po jego boku ogonem, mrugając zawadiacko i ruszyła przy jego boku do domu.
/zt x2 xoxo <3
.............................................................●●● ...................................................................I think it's better when I'm overdramatic .......................................................................I live in color,never monochromatic .............................................................................Pop open champagne and I spin up a classic ................................................................................Let's go
.........................................................................»I'm comin' for the gold .........................................................................»All eyes on me, let's go
................................................................................Let's go .............................................................................Welcome to theshow .......................................................................All eyeson me,let's go ...................................................................LET'SGO!» ---- »---- »
Księżyce: 150 Mistrz: Ćmia Gwiazda, Kos Płeć: kocur Matka: Pajęcza Noga Ojciec: Gęsiopióry Trwałe urazy: oddziobana 1/3 nosa, rozerwany pysk i policzek, oba z lewej strony
Ogromny, piękny kocur. Prezentuje się urokliwie, porusza z gracją. Ma chude, gibkie ciało z zarysem silnych mięśni, jego nogi są długie, a krótka, czarna sierść o głębokim odcieniu i oleistym połysku przylega do ciała. Oczy ma ognistopomarańczowe, uszy spore, nos prosty, ogon długi i cienki jak bicz.
Jest bardzo bystry. Zna swoją wartość, lubi być w centrum uwagi i nie brakuje mu pewności siebie, łatwo przejmuje stery. Ukrywa emocje, panuje nad mimiką i mową ciała, jest czujnym obserwatorem, a każdy jego ruch jest efektem dokładnych kalkulacji. Zdarza mu się jednak działać impulsywnie, szczególnie pod wpływem silnych emocji. Jest bardzo ambitny i ekscytują go wyzwania wymagające wysiłku. Ma problem z kontrolowaniem złości, w starciach jest bardzo brutalny.
Powracające Echo [MGBG]
Ceremonia Mrozika miała odbyć się lada chwila i nie było sensu przeciągać tego dłużej. Efekt, jaki wywarły na kuzynie tajemnice odkryte przez Czarną Łapą był zbyt piękny, by tak po prostu go marnować. Nie będzie lepszego dnia. Musieli zająć się tym natychmiast, zanim ochłonie, zanim w jego głowie będą miały szanse pojawić się jakiekolwiek wątpliwości, nawet jeśli było to bardzo mało prawdopodobne. Musieli wykorzystać cierpienie i strach, jakie dzisiaj nim targały. Nie mógł mieć szansy na przyzwyczajenie się do nich, pogodzenie się z nimi.
Nad Grzmiącą Rzeką Czarna Łapa poinformował go o dalszych planach. Nie zdradzał tylko szczegółów rytuału.
Wieczór spędził na przygotowaniach. On też potrzebował odpowiedniego nastroju. Wybrał gęste krzewy oddalone od obozu, a wśród nich miejsce, w którym gałęzie zasłaniały częściowo niebo. Potrzebowali ciemności i nie mogło do nich tej nocy dotrzeć światło gwiazd.
Nakazał mu spać dzisiaj samemu, przy wejściu do Chruśniaka, zabronił jeść. Miał być wycieńczony. Tak trudniej jest myśleć, trudniej się opierać, trudniej się bać. I boli mniej. Był prawie pewien, że Mrozik nie będzie w stanie zasnąć, że w nerwach i strachu będzie oczekiwał na jego pojawienie się, będzie wypatrywał w ciemnościach nadejścia czarnego ducha. Nikt nie mógł wiedzieć o tym, co planowali.
Pojawił się zgodnie z zapowiedzią w samym środku nocy. Mrozika przywitał widok pomarańczowych oczu błyszczących w ciemności. Nie mógł go usłyszeć, Czarna Łapa chodził zbyt cicho.
– Wstawaj. – wyszeptał.
I poszli.
Ekscytacja sprawiała, że droga wydawała się Czarnej Łapie trwać zaledwie kilka uderzeń serca. Wyobrażał sobie, że Mrozik w głowie musiał pokonywać całe kilometry.
Szlak poprzez krzewy oznaczył kamieniami. W ten sposób z łatwością mogli trafić.
Gałęzie skrywały rozdrapany pazurami okrąg na ziemi. Czarna Łapa wyłożył go liśćmi i kwiatami roślin, które udało mu się znaleźć. Kiedy do niego wejdą, nie będą mieli żadnego połączenia ani z niebem, ani z ziemią. Znajdą się gdzieś pomiędzy.
Brzegi udekorował pnączami i patykami, takimi, jakie służyły do usztywniania złamanych kości. Tej nocy leczyli głębokie kalectwo, złamanie w sercu Mrozika.
Usiadł przed okręgiem. Wpatrywał się w niego przez chwilę w milczeniu, a potem odwrócił łeb, ruchem ogona zachęcając kuzyna, by przycupnął u jego boku. Nie spuszczał z niego wzroku. Gdyby mogły, pomarańczowe oczy wywierciłyby w nim dziurę.
Księżyce: 127 Mistrz: Kornikowy Konar Płeć: samiec Matka: Zachodzące Światło Ojciec: Kornikowy Konar
Podczas swojej nieobecności Mrozik zdążył sporo urosnąć. Jest wysokim kotem z typowymi cechami orientala - wydłuzony pysk i ogromne uszy. Sierść jest koloru czekoladowego, ale przez ciężkie warunki, w jakich znalazł się kocur przez ostatnie księżyce, straciła swój naturalny blask. Syn Zachód i Kornika jest kocurem o dość mocnej budowie, ale obecnie ma lekką niedowagę - sprawia to, że jego postać wygląda nieco karykaturalnie. Mrozik ma jasnozielone oczy i czekoladowy nos, ma też dodatkowy palec w każdej łapie.
Mrozik jest raczej spokojnym, nienarzucającym się kotem. Jest spotrzegawczy i potrafi szybko reagować na otaczający go świat - i chyba tylko to pozwoliło mu przetrwać kilka księżyców poza klanem. Samotne życie w ogóle niezbyt dobrze wpłynęło na młodego kocura. Wszystko było chaotyczne w porównaniu do życia w Klanie Rzeki. Gdy się urodził, świat wydawał mu się bardzo poukładany. Koty o konkretnych rangach spały w konkretnych legowiskach, a dni spędzone z matką i rodzeństwem były pewnego rodzaju cyklem. W klanie tylko niektóre koty zaburzały porządek, niepokojąc przy tym czekoladowego orientala. Żeby przetrwać w samotności musiał się trochę oswoić z chaosem. Porzucił swoje nierealne oczekiwania wobec świata i pogodził z faktem, że świat nie zawsze wygląda tak, jakby tego chciał sam czekoladowy kocur. Jest bardzo czujny, przez co zdarza mu się zbyt szybko wpadać w panikę. Lubi poznawać świat i zdobywać wiedzę - w życiu w dziczy najbardziej brakowało mu możliwości zapytania innych kotów o wiele kwestii.
Ognistopręga [GK] i inni nkt
Rytuał wymagał od niego absolutnej czystości. Dzisiejszego dnia nie mógł spożywać niczego, co splamione było strachem. Nie lza było mu nawet tknąć przyniesionego przez mamę mięsa, by przedśmiertna agonia ubitej zwierzyny nie zbrukała jego wątłej duszyczki.
Nie chciał jednak wzbudzać podejrzeń, dlatego darowaną mu sikorkę przez klonowy liść chwycił w szczęki i wyniósł na skraj Chruśniaku. Tam ją zakopał. Wiedział jednak, że ona nie zniknie. Bał się, że ktoś ją wywęszy, że ją odkopie. Że zorientuje się, że to sikorka Mrozika, że Mrozik ją tam ukrył. Że domyśli się, dlaczego Mrozik to zrobił. I powie o tym, powie o tym na głos. By Gwiezdni usłyszeli.
Tak z resztą się stało - gdy w nocy leżał u wyjścia z Chruśniaka, krzakiem oddzielony od reszty rodzeństwa, z niespokojnego półsnu wybudziła go niewyraźna mowa, jakby leśne szemranie. Ledwo zdołał otworzyć ślepia, kiedy w uszach zadzwonił mu krzyk Piórko. Poderwał się jak rażony piorunem, wzrokiem ciskając po zbierających się wokół kotach. Matki szeptały między sobą, gdzieś mignęły mu zmieszane ślepia Kości, Krwi i Blizny.
Jasne światło gwiazd z łatwością przedzierało się przez zaspane liście krzewów, błękitną poświatą wyostrzając kształty brudnej od ziemi sikorki i ściągniętego w przerażeniu pyska Piórko. Ona już wiedziała. Ponad nią stała Zachodzące Światło z szokiem wymalowanym na licu.
- Mamo! Mrozik zakopał swoje jedzenie, widzisz? On chce dzisiaj iść Ptasich Krzewów, żeby Cień zdjął z niego klątwę! - mówiła jego siostra. - Klątwę, którą dała mu babcia... Mamo, on nie szanuje prezentów! On znowu ucieka. Tchórzy!
Atmosfera gęstniała, świat zakrzywiał się w rybie oko.
- Synku, uważaj, bo spadniesz! - zaśmiał się Kornikowy Konar, który stał tuż obok niego. - Patrz pod swoje łapy, bo stoisz na krawędzi!
Serce Mrozika ścisnęła zimna trwoga. Spojrzał pod swoje łapy. Wilgoć grobowej ziemi zionęła z przepaści, która się tam rozciągała.
- Robaczywa sikorka będzie lepszym bratem... - zaczęła Piórko.
- I synem - dodała Zachód.
- ...niż ty, dlatego zajmie twoje miejsce. A ty jej.
Na grzbiecie poczuł ciepłą łapę taty. Pchnęła go w otchłań, której przed chwilą się przyglądał. Zacisnął zęby, tonąc w morzu nieprzeniknionej czerni.
Spadał.
Poznaczone podrygującymi glistami, gliniaste ściany zdawały się nie mieć końca - nie był w stanie dostrzec dna swojego grobu. Tracił poczucie czasu.
Myślał o tym, co zrobił. O tym, co chciał zrobić. O tym, jak bardzo nieudolny musiał być, skoro nie udało mu się tego zrobić. O tym, jak bardzo rozczarowani musieli być jego rodzice.
Był najgorszym dzieckiem z miotu. Największym tchórzem.
A babcia Czerwia... na pewno zdążyła zobaczyć tę sikorkę. W końcu niebo było bezchmurne. Gwiazdy błyszczały.
Jego upadek wciąż trwał. Od dawna nie słyszał już szeleszczenia słów rozprawiających w Chruśniaku kotów, lecz teraz...? Gdy zadarł łeb, zauważył gasnący promień zachodzącego słońca. Spadał już całą noc i cały dzień. Wyjście z grobu, to okno na niebo, stawało się mniejsze niż mrówczy odwłok. Nie było już powrotu, nie było dla niego ratunku.
Z ciężkim westchnieniem zwiesił pysk, chłonąc nieprzeniknioną ciemność próżni, w której się znalazł. Na którą został skazany. W której miał istnieć. Poza czasem, poza miejscem, poza życiem i śmiercią.
Wtem, gdzieś pod nim zamajaczył poblask drapieżnego oranżu. Przyciągnął on jego uwagę. Oko. Dwoje oczu. Dwoje płomiennych oczu. Bał się śmierci, chociaż już był martwy.
- Wstawaj - Pojedyncze słowo wyrwało go ze snu.
Poderwał się nagle, niecierpliwie. Bolało go całe ciało, ale nie zamierzał przystawać. W lęku obejrzał się za siebie, nikogo tam jednak nie dostrzegł. Później zerknął ku wyjściu, ale widział tylko mrok - noc była ciężka od szarych kłębów burzowych chmur. Cień dobrze to wymyślił, naprawdę nikt nie mógł ich zobaczyć.
♡♡♡
Z podróży pamiętał całkiem wiele, ale nie potrafił swoich wspomnień złożyć w koherentną, chronologicznie uporządkowaną całość. Wszystko to właściwie było feerią przygaszonych kolorów, niepokojących dźwięków i nieprzyjemnych emocji. Zataczał się z głodu i zmęczenia, gnany przed siebie lękiem i poczuciem winy. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś ich śledzi. Z ulgą powitał polanę, na której nikt na nich nie czekał.
Rozbiegany wzrok skupił na pokazywanym mu kręgu, dysząc ciężko i trzęsąc się coraz mocniej. Żaden z kocurów nie zdążył jeszcze wymówić ani słowa, ale czekoladowy młodzik był już pewien, co teraz zrobi. Był tego pewien juź w momencie, kiedy śliska, ciepła sierść Magika otarła się o jego bok; przylgnął do kuzyna, obejmując go ciasno łapami.
Księżyce: 150 Mistrz: Ćmia Gwiazda, Kos Płeć: kocur Matka: Pajęcza Noga Ojciec: Gęsiopióry Trwałe urazy: oddziobana 1/3 nosa, rozerwany pysk i policzek, oba z lewej strony
Ogromny, piękny kocur. Prezentuje się urokliwie, porusza z gracją. Ma chude, gibkie ciało z zarysem silnych mięśni, jego nogi są długie, a krótka, czarna sierść o głębokim odcieniu i oleistym połysku przylega do ciała. Oczy ma ognistopomarańczowe, uszy spore, nos prosty, ogon długi i cienki jak bicz.
Jest bardzo bystry. Zna swoją wartość, lubi być w centrum uwagi i nie brakuje mu pewności siebie, łatwo przejmuje stery. Ukrywa emocje, panuje nad mimiką i mową ciała, jest czujnym obserwatorem, a każdy jego ruch jest efektem dokładnych kalkulacji. Zdarza mu się jednak działać impulsywnie, szczególnie pod wpływem silnych emocji. Jest bardzo ambitny i ekscytują go wyzwania wymagające wysiłku. Ma problem z kontrolowaniem złości, w starciach jest bardzo brutalny.
Powracające Echo [MGBG]
A Czarna Łapa był ciepły. Miał wrażenie, że krew wrze w jego żyłach. Chętnie podzielił się tym ciepłem, ogrzewając brzuch i pierś przytulonego do niego Mrozika. Jego podgardle spoczywało na głowie kuzyna, który mógł czuć jak bierze głębokie oddechy, jak przełyka ślinę.
Jak dyszy. Czasem dyszał, kiedy ekscytacja zaczynała brać górę.
Jak mruczy. Mruczał, trzeba było uspokoić Mrozika. Już wiedział u kogo należy szukać pocieszenia i bliskości. Teraz musiał mieć pewność, że zawsze je tutaj dostanie. Wtedy nie będzie potrzeby, by próbował biec do matki, do ojca. Miał Czarną Łapę. Miał jego szczerość, jego surowość, ale także jego troskę, czułość i bezwarunkowe wsparcie. Po co byłby mu ktokolwiek inny, kiedy całą potrzebną miłość mógł dostać tutaj? A była studnią bez dna.
Minęło wiele czasu, zanim Czarna Łapa odezwał się znowu. Teraz już się nie spieszył. Mógł przytulać go długo. Tyle, ile było potrzeba.
- Czy jesteś gotowy? - zapytał głośno. Jego głos był miękki, czuły, zdradzał troskę, tę samą, którą Mrozik znalazł w jego objęciach. Nie zmieniał pozycji. Czekał na odpowiedź.
Karasiowa Ość nie zdążyła się nigdy wykazać jako wielki myśliwy zaopatrujący Klan Rzeki w pożywienie. Raczej... dorzucała od siebie na stos mniej więcej tyle ile później sama z niego zabierała. Żeby nie czuć się jak najgorszy pasożyt (ha, i tak się czuła), ale na nic ponad to jej sił nie starczało. Od swojego powrotu jednak nieporównywalnie częściej wychodziła na polowania. Skoro już i tak w obozie się dusiła, a poza nim średnio były warunki do siedzenia w miejscu przez pół dnia, to jasne - mogła pozbawiać życia biedne zwierzątka. Tym bardziej, że było to wiarygodne usprawiedliwienie w sytuacjach, gdy okazjonalnie uchylała się od patroli. Wybaczcie, byłam na polowaniu i straciłam poczucie czasu, przepraszała z uśmiechem. Przynoszone piszczki były zadowalającym zadośćuczynieniem. Dopóki nie przesadzała z częstotliwością takich manewrów, udawało jej się unikać konsekwencji.
Ptasie Krzewy nie kojarzyły jej się dobrze, przypominały o treningu z Łabędzią Szyją, ale zdecydowanie był to dobry obszar na łowy. Więc potrząsnęła łbem, rozganiając wspomnienia i skupiła się na wypatrywaniu zwierzyny.
Od dawna wiadomo było, że z Kruka nie będzie nikogo budzącego postrach czy szacunek samą aparycją.Wzrost co najwyżej przeciętny, łapy wciąż jakby lekko za długie w porównaniu z resztą ciała i tylko trochę grubsze od pierwszego lepszego patyka. Dodajmy do tego ogólnie szczupłą sylwetkę i oto jest przedstawiciel nowego pokolenia Wichrowców. Nabrał mięśni, ale są one prawie niezauważalne pod lekko odstającą, krótką białą sierścią. Dzięki ciągłym spacerom i patrolom krok ma o wiele bardziej pewny niż wcześniej, ale nigdy nie będzie poruszać się z gracją czy wdziękiem. Winowajca - skrócony ogon - magicznie nie odrósł, pozostał jedynie kikutem, nad którego nasadą widnieje brązowa plamka. Oczy, niezmiennie zielone, stały się lekko przygaszone, mało co potrafi przywołać dawne rozbawienie czy ciekawość. Trójkątny pyszczek zwieńczony różowym nosem stał się jakby bardziej poważny w wyrazie. Na karku ma bliznę po oderwaniu stosunkowo małego płata skóry przez lisa.
Zmienił się. Zamknął towarzyszący mu zawsze strach gdzieś w głębi umysłu. Wciąż się boi, owszem, lecz teraz skrywa to za maską determinacji. Na pozór nie wie już, czym są silniejsze emocje, a postronnym może czasem wydać się niewzruszony jak głaz, lecz to tylko sposób radzenia sobie Kruczego z otaczającym go, nieprzyjaznym światem. W rzeczywistości jest bardzo emocjonalny, wystarczy poznać go nieco bliżej, aby się o tym przekonać. Prawie wrodzona nieufność, pielęgnowana starannie przez księżyce, odbija się wyraźnie na jego relacjach z otoczeniem, co skutkuje bardzo wąskim gronem bliskich. Do tego jest uparty, chociaż on raczej użyłby sformułowania pokroju "stały w poglądach". Ma swoje własne zdanie, przekonania oraz wyobrażenia o idealnej dla wszystkich sytuacji i nie zmieni ich pierwsza lepsza sugestia nowego porządku. Może dziesiąta skłoni go do namysłu, jeśli zostanie odpowiednio przedstawiona. Znajomość sytuacji, w której się znajduje, także jest dla kocura bardzo ważna. Z tego powodu trzyma się swojskich terenów, nie opuszczając ziem Wichru. Stara się nie pakować w nierozsądne starcia, słowne czy fizyczne, choć bardziej skłania się ku tym pierwszym. Jest gotów poświęcić się dla klanu w każdy możliwy sposób, wciąż mając wrażenie, że jego dotychczasowe starania są niewystarczające. Chciałby sprawić, że obaj jego mistrzowie będą z niego dumni, nawet jeśli jeden z nich nie widzi, jak Kruczy dorasta do roli wojownika klanu Wichru.
Żołądź, Płotka, Padalec, Kawka (GK) | Jeleń (nkt)
Pogoda dziś dopisywała - oczywiście na tyle, na ile może dopisywać podczas Pory Opadających Liści. Deszcz chwilowo ustał, a nawet liche promienie słońca przebijały się gdzieniegdzie przez grubą warstwę szarych chmur. I chociaż grunt wciąż był dość wilgotny, a chłód szczypał lekko w poduszki łap, to Karasiowa Ość mogła się przynajmniej pocieszać, że nic jej się nie leje na grzbiet. A i zwierzyny powinno być dość, i to całkiem dostępnej, nie zabunkrowanej w swoich norach czy legowiskach, z których trzeba by było ją siłą wydłubywać.
Ptasie Krzewy, jak sama nazwa wskazuje, miały wielu pierzastych mieszkańców, o czym wiedział każdy Rzeczniak starszy niż dopiero wyściubiający nos z obozu terminator. Karasiowa Ość do takich zdecydowanie już nie należała, mogąc pochwalić się nie tylko ponad czterdziestoma księżycami na niebieskim karku, ale też dobrą znajomością terenów swojego Klanu. Dzisiaj też mogła pochwalić się szczęściem - na jednej z wilgotnych gałęzi krzaka nieopodal usiadł wróbel, strosząc bure pióra, by ochronić się przed chłodem. Wiatr poruszał suchymi liśćmi tuż obok niego, a sam ptak sadowił się niczym kwoka na grzędzie, jakby zamierzał zagrzać to miejsce na dłużej.
Błoto sukcesywnie oblepiało jej białe skarpetki, gdy Ość szła przed siebie. Nie żeby to jej nadmiernie przeszkadzało, prędzej czy później brud się wysuszy i ukruszy, a popielata nie będzie musiała się wysilać z czyszczeniem. Nie żeby miała na to siłę i tak. Rzecz w tym, że mokry i chłodny grunt nie nastrajał pozytywnie do dłuższych wypraw poza obóz, a wojowniczka wolałaby wrócić tak późno jak to tylko możliwe. Miała świadomość, że z każdym dniem pogoda może być już tylko gorsza, ale zamiast się cieszyć tym co miała teraz, jedynie się krzywiła na myśl o tym co będzie.
Na jednym z krzewów dostrzegła wróbla, który byłby w stanie wyżywić co najwyżej kociaka. Jednak nie zamierzała wybrzydzać, nie gdy los tak wcześnie podsuwał jej piszczkę, która mogłaby posłużyć za dowód, że Karaś nie była pasożytem. Ruszyła w stronę ptaszka w pozycji łowieckiej, która długo sprawiała jej trudności. Uważała na kierunek wiatru, uważała na gałązki i liście plączące się pod łapami. Zbliżając się korzystała z osłony jaką dawały jej łysiejące krzewy, bo ptasi wzrok był najgorszym utrapieniem podczas polowań. Gdy znalazła się przy okupowanym krzewie, zamachnęła się szczupłą łapą uzbrojoną w pazury, chcąc wróbla wytrącić z gąszczu gałęzi i dopiero wtedy spowolnić go drugą łapą i wgryźć się w szyję. Gdy już nie będzie ryzykować wydłubaniem oka przy okazji.
Tojad nie wyróżnia się zbytnio wzrostem i właściwie już nigdy nie będzie, jako że osiągnęła swoje finalne rozmiary. Mieści się gdzieś w średniej, jeśli chodzi o wysokość, ilością mięśni również nie grzeszy, chociaż jej długie futro - zwłaszcza na ogonie, brzuchu, piersi i gardle - może nieco mylić w tej kwestii. Jest głównie biała, lecz nie całkiem: ciemny, stalowy kolor obejmuje prawie cały jej ogon (z wyjątkiem krótkiego odcinka przy samej nasadzie), a także rozlewa się w dwie nieregularne plamy na jej grzbiecie, przy czym jedna, większa, znajduje się w okolicy jej prawego biodra, drugą natomiast można dostrzec praktycznie w połowie jej prawego boku, w okolicy barku. Z tyłu głowy również ma łatę, zaczynającą się wysoko na karku, obejmującą całe uszy, aż dopiero wysoko na czole dzielącą się na dwa, przeciętą bielą; po prawej stronie ciemna plama sięga połowy oka i zahacza o jego kącik oraz dotyka boku głowy, natomiast z lewej zatrzymuje się nieco wcześniej, tuż po minięciu ucha. Oczy Tojad natomiast ma dwukolorowe - prawe żółtozielone, a lewe błękitne jak niebo. Między nimi natomiast, na samym końcu zgrabnego pyska, znajduje się trójkątny, ciemny, prawie czarny nos, a pod nim, po prawej stronie, można dostrzec okrągłą szarą plamkę.
GILF
Drewniany Kolec [KW], Piołunowa Łapa [KR] | Kruczy Ogon/Gwiazda etc. [GK]
Wątpliwe, by Karasiowa Ość miała podstawy, aby podejrzewać małego wróbla o tak mordercze zapędy. Naprawdę, jak Gwiezdni świecą, on chciał tylko na dłuższy moment usiąść i odpocząć, a zamiast tego został mu dany wieczny odpoczynek.
Zauważył co prawda wojowniczkę, gdy ta się zbliżała, ale było już za późno, aby cokolwiek z tym faktem zrobić. Zdołał ledwo trzepnąć raz skrzydłem zanim łapy kocicy zakończyły jego krótki żywot.
Wróbel nie zdążył uciec, żadna gałązka jej nie padła do oczu, aż dziwne, że to właśnie Karasiową Ość takie szczęście spotkało już na początku polowania. Nie była ambitną jednostką, z martwą ptaszyną w pysku zdecydowała, że tyle starczy na dziś. Nie ma co się starać za bardzo, bo jeszcze zaczną od niej zbyt wiele wymagać i będzie musiała wracać z tych polowań z wyżywieniem dla przynajmniej połowy Klanu. A tak to... najwyżej po powrocie, gdyby ktoś krzywo patrzył, powie że dzisiaj cienko ze zwierzyną.
No i fajnie. Zadowolona Ość ruszyła sobie... gdzieś.
czarny lynx point pręgowany klasycznie z białymi znaczeniami na pysku, piersi, brzuchu i łapach / Będąc córką przeciętnego wzrostu rodziców, nie wyróżnia się z tłumu swoimi gabarytami - jest nieduża i delikatnej budowy. Gładkie, krótkie futerko ciemnieje z każdym księżycem, przybierając coraz wyraźniejsze barwy szarości i beżu. Proces ten najmocniej widać na ogonie, już od jego nasady, uszach oraz mordce wkoło oczu, gdzie wyraźnie rysują się grafitowe, klasyczne pręgi. Nietykalna pozostaje natomiast biel na znaczeniach, które zabierają sporo przestrzeni na ciele Ziółka - biały jest jej pyszczek, wraz z szeroką strzałką między oczami, szyja, pierś oraz brzuch, a także wszystkie cztery łapki, przy czym lewa przednia skarpetka jest podciągnięta prawie po sam łokieć. Na tle jasnej mordki wyróżnia się czarny nosek, z ciemnoróżową plamką pośrodku, a podobnie nakrapiane są poduszeczki łap. Ciemne uszy kończą grafitowe pędzelki. Bystre oczy koteczki mają chłodny kolor błękitu.
Ziółko wcale nie chce sprawiać kłopotów, ale one jakoś nie pytają jej o zdanie. Jak to mówią - dobrymi chęciami są wyłożone ścieżki w Ciemnym Lesie. Dość poważnie traktuje nadzieje rodziców i zamierza zostać wspaniałą i silną wojowniczką, chociaż niekoniecznie urodziła się z wymarzonym do tego charakterem. Tak naprawdę jest wrażliwa i subtelna, a przepychanki wydają się jej przykrą koniecznością niż świetną zabawą. Zgrywa znacznie bardziej hardą niż czuje się w rzeczywistości, nierzadko maskując krzykiem swoje obawy. Potrzebuje trochę czasu, by poczuć się swobodnie w czyimś towarzystwie, chociaż stara się nie zdradzać ze swoją nieśmiałością. Generalnie trochę z niej taki ślimaczek - twarda skorupka, skrywa miękkie wnętrze.
Ziółko nie umiała polować, co czyniło ją w jej własnych oczach totalnie bezużytecznym Klanowiczem. Ciągły zastój w treningu i długa choroba sprawiły, że terminatorka czuła się zapętlona w swojej własnej frustracji. Była już na tyle zdesperowana, że miała zamiar spróbować pierwszą piszczkę, którą namierzy, a potem powtarzać próby aż do skutku. Póki co, nie miała jak wprowadzić planu, w życie, bo Ptasie Krzewy wymarły. Słyszała w tle jakiś śpiergot, ale co zmierzała w tamtym kierunku, skrzydlate, niedoszłe ofiary przemieszczały się w inne miejsce. Chyba po prostu nie zbyt dobrze się skradała. Albo miała pecha. Jedno z dwóch.
Łabędzia do Ptasich Krzewów sprowadziły podobne pobudki. Wybrał się na polowanie w pojedynkę, lubił tę formę spędzania czasu. Relaksowała go, a ostatnio wiele się działo... Odrobinkę zbyt dużo jak na upodobania kota żyjącego powoli. Odrobina wyciszenia była wskazana.
Cichutko, nie schodząc z pozycji łowieckiej chodził to tu, to tam, w poszukiwaniu świeżych tropów. Jednak myszy, drozdy i jaskółki przestały zaprzątać jego myśli w momencie, w którym w pobliskich krzewach wypatrzył znajomą postać. Wyprostował się i zaczął iść w jej stronę.
- Ziółko! Co tutaj robisz? - W jego tonie nie było wyrzutu, bynajmniej, jedynie zaskoczenie zmieszane z autentyczną radością. Widok siostrzenicy przemieszczającej się po klanowych terenach całkiem w samotności nie należał do spodziewanych, tym bardziej biorąc pod uwagę jej rangę. Aczkolwiek kocur prędko upomniał się w myślach: kocięta Ciemnej Mordki dawno wyrosły z bycia kociętami. Chodziły na treningi, polowały, ba, Szafirek został ostatnio mianowany wojownikiem. To tylko jemu z trudem przychodziło przyzwyczajenie się do upływającego czasu.
- Och... przeszkodziłem ci w łowach? - spytał stanąwszy u jej boku. Cofnął uszy w nagłym przypływie zakłopotania.
czarny lynx point pręgowany klasycznie z białymi znaczeniami na pysku, piersi, brzuchu i łapach / Będąc córką przeciętnego wzrostu rodziców, nie wyróżnia się z tłumu swoimi gabarytami - jest nieduża i delikatnej budowy. Gładkie, krótkie futerko ciemnieje z każdym księżycem, przybierając coraz wyraźniejsze barwy szarości i beżu. Proces ten najmocniej widać na ogonie, już od jego nasady, uszach oraz mordce wkoło oczu, gdzie wyraźnie rysują się grafitowe, klasyczne pręgi. Nietykalna pozostaje natomiast biel na znaczeniach, które zabierają sporo przestrzeni na ciele Ziółka - biały jest jej pyszczek, wraz z szeroką strzałką między oczami, szyja, pierś oraz brzuch, a także wszystkie cztery łapki, przy czym lewa przednia skarpetka jest podciągnięta prawie po sam łokieć. Na tle jasnej mordki wyróżnia się czarny nosek, z ciemnoróżową plamką pośrodku, a podobnie nakrapiane są poduszeczki łap. Ciemne uszy kończą grafitowe pędzelki. Bystre oczy koteczki mają chłodny kolor błękitu.
Ziółko wcale nie chce sprawiać kłopotów, ale one jakoś nie pytają jej o zdanie. Jak to mówią - dobrymi chęciami są wyłożone ścieżki w Ciemnym Lesie. Dość poważnie traktuje nadzieje rodziców i zamierza zostać wspaniałą i silną wojowniczką, chociaż niekoniecznie urodziła się z wymarzonym do tego charakterem. Tak naprawdę jest wrażliwa i subtelna, a przepychanki wydają się jej przykrą koniecznością niż świetną zabawą. Zgrywa znacznie bardziej hardą niż czuje się w rzeczywistości, nierzadko maskując krzykiem swoje obawy. Potrzebuje trochę czasu, by poczuć się swobodnie w czyimś towarzystwie, chociaż stara się nie zdradzać ze swoją nieśmiałością. Generalnie trochę z niej taki ślimaczek - twarda skorupka, skrywa miękkie wnętrze.
Słysząc swoje imię gwałtownie cofnęła uszy i obróciła się na pięcie. Jednak, kiedy tylko zobaczyła z czyjego pyszczka padło zawołanie, rozluźniła się od razu, a nawet przywołała na pyszczek cierpki uśmiech.
- Jedynym co przeszkadza mi w łowach, to mój brak umiejętności. - Rzuciła, ale pomimo ostrych słów, skrzywiona mordka nieco się rozpogodziła na widok zakłopotania Łabędziej Szyi. Towarzystwa wujka trochę ją uspokajało - miał on w sobie coś kojącego, coś co dawało poczucie bezpieczeństwa. Chociaż Ziółko była zła na autorytety, wojowników i starszych jako ogół, dla kocura czuła odrobinę więcej łaskawości.
- Hej. - Przywitała się, dopiero kiedy stanął obok, i podniosła na niego błękitne - to chyba rodzinny kolor - oczy. - Próbowałam się czymś zająć, ale z miernym skutkiem. A ty, co tutaj robisz? - Westchnęła krótko. Domyślała się odpowiedzi - pewnie wypełniał swoje wojownicze obowiązki. Te, których ona nie miała albo nie umiała wykonać.