Dość duży choć szczupły, lekko zbudowany kocur o gładkiej sierści. Oczy zadziwiające, niezwykłe, o głęboko orzechowej barwie. Lekko postrzępione prawe ucho i cienka długa blizna ciągnąca się po prawym boku od kręgosłupa, poprzez żebra aż do brzucha. Wyraźne oznaki siwizny widoczne na pyszczku i świadczące o zaawansowanym wieku kota przed śmiercią. Futro miedziano rude poprzecznie prążkowane czarnym pigmentem. Wierzch głowy, grzbiet oraz pyszczek wyraźnie ciemniejsze- czarna pręga wzdłuż kręgosłupa oraz końcówka ogona. Spód ciała nieco jaśniejszy.
To typ który nigdy nie mówi niczego wprost. Jest tajemniczy, małomówny, stoicko spokojny i cierpliwy. Nie ma sposobu rozszyfrowania go, a tym bardziej wyciągnięcia z niego jakiejkolwiek informacji.
Dotarcie na Błotnistą Wysepkę nie jest trudne za sprawą brodu, który do niej prowadzi. Woda jest tu płytka, a pod łapami poczuć można głównie miękki piasek i znajdujące się gdzieniegdzie otoczaki oszlifowane przez wodę. Niestety, przeprawę znacznie utrudnia gęsto rosnąca trzcina, której szum podczas wietrznych dni można usłyszeć z daleka.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mikrus. Jeden z najniższych, o ile nie najniższy, kot jakiego spotkasz. Skrzypiąca Łapa ma krótkie łapki i mnóstwo białego puchu. Jest cały biały, pod futerkiem niezwykle lichy i drobny, czego jednak nie widać nawet w deszczu - musiałby go ktoś zgolić, aby dotrzeć do jego faktycznej postawy. Kocur ma też długi ogon, który mógłby konkurować wielkością z całą resztą jego ciała. Oczy ma złote, przechodzące od żółci do pomarańczu w płynnym gradiencie. Dodać tylko na czubku dwoje drobnych uszu, zawsze uśmiechniętą mordkę oraz uniesione wesoło wąsy, a otrzyma się byłego Rzeczniaka w jego prawdziwej formie - niezależnie od tego, czy jeszcze w Klanie, czy już poza nim. Jedynym dodatkiem po zniknięciu mogłaby być różowa wstążeczka na szyi.
Mały ekstrawertyk, wieczne dziecko. Maminsynek, przylepa i wesołek. Widzi szczęście wszędzie, czy to we wschodzie słońca, czy bzyczącym komarze. Prawdopodobnie to właśnie jego łatwe rozpraszanie się, brak ostrożności i nieposkromiona ciekawość w dążeniu do obserwowania piękna spowodowały, że zniknął w pewnym momencie z Klanu Rzeki. Natrafił na drapieżnika blisko granicy, a będąc na skraju przytomności uciekł w stronę Grzmiącej Ścieżki, co okazało się kluczowe dla jego przyszłości.
Został wywieziony hen daleko. Dostał się pod opiekę Dwungów, którzy wynieśli się dosyć szybko z małej mieściny, z którą graniczyły Klany. Żaden z nowych sąsiadów nie wiedział o co mu chodziło, a jakby tego było mało nadal był mocno osłabiony. Żył jeszcze przez parę, może paręnaście księżyców ze swoimi nowymi opiekunami, nim przekonał się do nowej przygody - do powrotu do domu. Podekscytowany na samą myśl uciekł pewnego wieczora tylko po to, by w ostatecznym rozrachunku nie wrócić już nigdy ani do Klanu Rzeki, ani do Dwunogów.
Następny przystanek do obejrzenia: Trzcinowy Bród.
Skrzypiąca Łapa, łagodnie rzecz ujmując, ubrudził sobie całe dotychczas śnieżnobiałe, długie futerko na łapach i teraz ciągnął się za nim błotnisty ślad. Kocurek co prawda nie miał potrzeby być najczystszym w klanie, lecz... no, tak nie wypadło rozmawiać z damami. Uznawszy zatem, że dobrą ideą będzie szybkie przemycie się, wyruszył na szybkie poszukiwania jakiegoś zbiornika wodnego, by ukradkiem wyczyścić się. O wiele bardziej wolał to, niż zlizywać obrzydliwe błoto językiem. Zresztą, kto wie jakie samotnicze chuchra szlajały się tędy przed przeprowadzką? Lepiej było nie ryzykować i wyczyścić się w, przynajmniej pozornie, czystej wodzie. Kiedy więc nieopodal ujrzał brodzik, czym prędzej zaczął się w niej chlapać. Zanurzał się po sam brzuch, co zresztą przy jego wzroście nie było trudne. Po wykonanej pracy oglądał swoje kończyny z każdej strony, chcąc się upewnić, że nie przyniesie ze sobą do obozu połowy pobliskich bagien, wciąż stojąc po kolana w wodzie.
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Woda nie zawsze była czysta, o czym już niejednokrotnie przekonała się Księżycowa Łapa na starych terenach, kiedy to śnieg co rusz zamieniał się w błoto, które później trudno było wygrzebywać spomiędzy palców i pazurów. Jak na ironię, by przejść na drugą stronę Grzmiącej Rzeki w miarę suchą stopą, trzeba było przedrzeć się właśnie przez błoto. Wilgotne Skałki były niewiele lepsze, bo mało brakowało, i kremowa terminatorka wylądowałaby przez nie w zimnej wodzie. Jedynym w miarę dobrym miejscem była Bobrowa Tama, o ile było się bardzo ostrożnym i lekkim - a Księżyc nie brakowało obu cech. Jednak dziś wybrała wystające skałki, by przejść na drugą stronę. Może i były zdradliwe, ale nie trzeba było tak długo iść. Ostatecznie kotce udało je się przebyć bez większych zgrzytów. Ruszyła wzdłuż wody, aż wreszcie znalazła się w okolicy Trzcinowego Brodu. Choć nie była w stanie sobie jeszcze zobrazować nowych Rzecznych terenów, była całkiem pewna, że wciąż się na nich znajdowała. W ciągu tego czasu granice już raczej były całkiem dobrze oznaczone. Terminatorka westchnęła ciężko i kontynuowała swój spacer. Mimo wszystko nie chciała, by jej mięśnie się zastały, gdy próbowała się pogodzić i oswoić z nową sytuacją. Działała zupełnie po omacku, ale jeśli na dłuższą metę mogło to przynieść efekty... zamierzała się starać, chociaż po trochu. I tłumić wewnętrzny bunt i niechęć, ilekroć widziała coś, co jej się nie podobało. Nie było to dobre, ale było jedynym wyjściem, jakie znała. Zmarszczyła nos, starając się nie patrzeć w stronę błotnej wyspy, która znajdowała się zaraz za brodem.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mikrus. Jeden z najniższych, o ile nie najniższy, kot jakiego spotkasz. Skrzypiąca Łapa ma krótkie łapki i mnóstwo białego puchu. Jest cały biały, pod futerkiem niezwykle lichy i drobny, czego jednak nie widać nawet w deszczu - musiałby go ktoś zgolić, aby dotrzeć do jego faktycznej postawy. Kocur ma też długi ogon, który mógłby konkurować wielkością z całą resztą jego ciała. Oczy ma złote, przechodzące od żółci do pomarańczu w płynnym gradiencie. Dodać tylko na czubku dwoje drobnych uszu, zawsze uśmiechniętą mordkę oraz uniesione wesoło wąsy, a otrzyma się byłego Rzeczniaka w jego prawdziwej formie - niezależnie od tego, czy jeszcze w Klanie, czy już poza nim. Jedynym dodatkiem po zniknięciu mogłaby być różowa wstążeczka na szyi.
Mały ekstrawertyk, wieczne dziecko. Maminsynek, przylepa i wesołek. Widzi szczęście wszędzie, czy to we wschodzie słońca, czy bzyczącym komarze. Prawdopodobnie to właśnie jego łatwe rozpraszanie się, brak ostrożności i nieposkromiona ciekawość w dążeniu do obserwowania piękna spowodowały, że zniknął w pewnym momencie z Klanu Rzeki. Natrafił na drapieżnika blisko granicy, a będąc na skraju przytomności uciekł w stronę Grzmiącej Ścieżki, co okazało się kluczowe dla jego przyszłości.
Został wywieziony hen daleko. Dostał się pod opiekę Dwungów, którzy wynieśli się dosyć szybko z małej mieściny, z którą graniczyły Klany. Żaden z nowych sąsiadów nie wiedział o co mu chodziło, a jakby tego było mało nadal był mocno osłabiony. Żył jeszcze przez parę, może paręnaście księżyców ze swoimi nowymi opiekunami, nim przekonał się do nowej przygody - do powrotu do domu. Podekscytowany na samą myśl uciekł pewnego wieczora tylko po to, by w ostatecznym rozrachunku nie wrócić już nigdy ani do Klanu Rzeki, ani do Dwunogów.
Hm, hm. Względnie czyste, stwierdzi optymistycznie w myślach, wiedząc, że jak jeszcze trochę sobie posiedzi w wodzie, to wyczyści te pojedyncze plamki błota na wyższych partiach ciała, które nie zeszły. Nie spodziewał się nikogo, przechadzając się spokojnie dookoła. Księżycową Łapę dojrzał przypadkiem, akurat podnosząc wzrok znad tafli. Lustrował swojego brata przez dobrych parę długich uderzeń serca, nim, już więcej nie myśląc o byciu czystym, wystartował, susami doskakując do terminatorki. Nie powstrzymywała go ani woda, ani rosnące powszechnie trzciny. Chlapał niemiłosiernie, pod koniec biegu jakby trochę przystopowując, co jednak niewiele ostatecznie dało, bowiem i tak Księżyc spodziewać się mógł po części mokrego futerka... o ile ówcześnie nie domyślił się, że biała, brudna chmura lecąca w jego kierunku niosła ze sobą deszcz, przygotowany do zrobienia uniku.
- Słoneczna... albo Księżycowa Łapo... cześć - powiedział w przerwach między głębszymi oddechami. Wbił w niego wzrok, ściągając brwi. Nie widział jeszcze, żeby któreś z bliźniaków przechadzało się tak daleko od obozu. A może tylko nigdy nie przechodzili akurat w tym samym czasie obok? Albo nie dostrzegł któregoś z nich? Zastanawiało go. Miał nawet przez moment ochotę od razu o to zapytać! Powstrzymał się jednak, tak naprawdę nie znając ani Księżyca, ani Słońca. Dotarło to do niego z pewnym bólem w serduszku, bo jakoś nigdy nie widział sposobności, by do któregoś z kremowych krótkofuterkowców zagadać.
- Ja... - zaczął niepewien, zagryzając wargę. Co miał powiedzieć? Jak zacząć? Chciałem w końcu, po tylu księżycach, po prostu z tobą pogadać? Pamiętał dwójkę kocurków jako złośliwych, nieprzyjemnych w obyciu. Zawsze wałęsali się razem, lecz czemu teraz było inaczej? Czy naprawdę aż tak długo nie interesował się nimi, że nie dostrzegł nawet różnic? Tego, że się zmieniali, jak zresztą reszta otoczenia? - Gdzie twój brat? - zadał, według niego, bezpieczne pytanie. Jego głos przycichł, kiedy przygotował się już na usłyszenie o jakiejś kłótni. Był gotów pocieszyć, jedynie zgadując, czemu rozmówca spacerował sam.
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Księżycowa Łapa niekoniecznie spodziewała się, że ktokolwiek chciałby się chlapać w wodzie o tej porze. Ona sama nie lubiła przebywać zbyt blisko przezroczystej cieczy, mając do nie uraz już od dzieciństwa. Na szczęście słuch miała na tyle dobry, by usłyszeć, jak ktoś zaczyna przez wodę biec w jej kierunku. Zjeżyła się jak szczotka, uskakując w bok, jednak na jej twarzy ledwo zadrgała powieka, kiedy ciężkie krople wody mimo uniku opadły na jej futro. Zacisnęła zęby, kładąc uszy po sobie i wpatrując się intensywnie w białego kocura. Stała tak dobrą chwilę, nim futro na jej grzbiecie i ogonie zaczęło wracać do poprzedniego stanu. Zmarszczyła lekko brwi, próbując przyporządkować pyszczek długowłosego do jakiegoś konkretnego imienia, jednak dopiero słaby zapach, który doleciał do jej nosa, naprowadził ją na właściwy trop. Chociaż w tej sytuacji to nie miało wielkiego znaczenia.
- Co robisz - wycedziła powoli, kołysząc niebezpiecznie ogonem pomiędzy jasnymi piętami.
Nie czuła szczególnej złości, raczej irytację spowodowaną zachowaniem kocura. Zignorowała jego pytanie o Słoneczną Łapę, bo to był w tej chwili drażliwy temat, i nie miała najmniejszej ochoty ciągnąć go... wraz ze swoim innym bratem. Ta silna niechęć wobec reszty miotu, która siedziała w niej już od czasów, kiedy byli dużo młodsi i mniejsi, zdała się z czasem wyparować, choć wciąż tliły się jej resztki gdzieś na dnie duszy Księżycowej Łapy. Jednak kremowa terminatorka zwyczajnie nie miała ochoty próbować naprawiać relacji z resztą rodzeństwa. Miała już koty, na których jej zależało, nie potrzebowała ich więcej. Niepotrzebne przemęczanie już i tak zmęczonego umysłu. Poza tym, przez długowłosego kocura będzie musiała wyczyścić swoją sierść... znowu. Od kiedy zaczęła mieć nałóg przesadnego wylizywania futra, nawet ta czynność przestała sprawiać jej taką przyjemność jak kiedyś. Szczególnie, gdy wpadała w jakiś dziwny trans, po którym drobne kępki sierści leżały wokół niej.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mikrus. Jeden z najniższych, o ile nie najniższy, kot jakiego spotkasz. Skrzypiąca Łapa ma krótkie łapki i mnóstwo białego puchu. Jest cały biały, pod futerkiem niezwykle lichy i drobny, czego jednak nie widać nawet w deszczu - musiałby go ktoś zgolić, aby dotrzeć do jego faktycznej postawy. Kocur ma też długi ogon, który mógłby konkurować wielkością z całą resztą jego ciała. Oczy ma złote, przechodzące od żółci do pomarańczu w płynnym gradiencie. Dodać tylko na czubku dwoje drobnych uszu, zawsze uśmiechniętą mordkę oraz uniesione wesoło wąsy, a otrzyma się byłego Rzeczniaka w jego prawdziwej formie - niezależnie od tego, czy jeszcze w Klanie, czy już poza nim. Jedynym dodatkiem po zniknięciu mogłaby być różowa wstążeczka na szyi.
Mały ekstrawertyk, wieczne dziecko. Maminsynek, przylepa i wesołek. Widzi szczęście wszędzie, czy to we wschodzie słońca, czy bzyczącym komarze. Prawdopodobnie to właśnie jego łatwe rozpraszanie się, brak ostrożności i nieposkromiona ciekawość w dążeniu do obserwowania piękna spowodowały, że zniknął w pewnym momencie z Klanu Rzeki. Natrafił na drapieżnika blisko granicy, a będąc na skraju przytomności uciekł w stronę Grzmiącej Ścieżki, co okazało się kluczowe dla jego przyszłości.
Został wywieziony hen daleko. Dostał się pod opiekę Dwungów, którzy wynieśli się dosyć szybko z małej mieściny, z którą graniczyły Klany. Żaden z nowych sąsiadów nie wiedział o co mu chodziło, a jakby tego było mało nadal był mocno osłabiony. Żył jeszcze przez parę, może paręnaście księżyców ze swoimi nowymi opiekunami, nim przekonał się do nowej przygody - do powrotu do domu. Podekscytowany na samą myśl uciekł pewnego wieczora tylko po to, by w ostatecznym rozrachunku nie wrócić już nigdy ani do Klanu Rzeki, ani do Dwunogów.
Pff, jakby Księżyc miał choćby w połowie tak długie futro jak Skrzypiąca Łapa, to woda wcale by mu nie przeszkadzała. Może i trudniej było wysuszyć mokre, zwisające strąki, ale za to zimą było nieocenione. Zdawało się nieco lepiej izolować ciepło od tych krótkich, nawet, jeśli były bardzo gęste i również ocieplały na swój sposób. Pyszczek białego kocurka wyglądał na nieprzyjemnie zaskoczony. Patrzył chwilę, jak brat znów przybiera jedną z tysiąca tych swoich masek. Zadrżał, słysząc jego tonację głosu. Czy naprawdę aż tak bardzo nie chciał gadać? Mimo tego, że rozbudziły się w nim negatywne emocje, wymusił w sobie uśmiech. Słaby, nieco cierpki uśmiech.
- Tak smutno szedłeś - odparł jedynie ściszonym głosem, mając wrażenie, że w tej rozmowie krzyki tylko bardziej wzburzyłyby rozmówcę. Skrzypiąca Łapa mimo wszystko chciał pogadać, skoro nadarzyła się taka niepowtarzalna okazja. Chciał spróbować, raz jeszcze, nawet, jeśli tylko on miał być tym wykazującym inicjatywę. Do czasu! Bowiem był pewien, że potrzebują jedynie czasu, by rozmowa na dobre się rozwinęła. Nie zawsze początki są łatwe.
- Och... i wybacz za futro - mówiąc to, uśmiechnął się, tym razem zgoła inaczej, przepraszająco. Omal chcąc machnąć ogonem nie wsadził go w wodę. Nie był pewien jak się zachować. Kojarzył bliźniaków jako tych niezbyt łatwych w obejściu, którzy stronili od reszty z reguły zgranego rodzeństwa. Smutno było patrzeć, jak i tak już według Skrzypka osamotnieni kremowi terminatorzy w dodatku nawet nie przebywają ze sobą. Lecz nie narzucał, najwyraźniej niechcianego, tematu. Zostawił go, licząc, że doczeka się kiedyś choć po części uzewnętrznienia się Księżyca.
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Długie futro było trudne do wyczyszczenia, i w gruncie rzeczy Księżycowa Łapa z czasem zaczęła doceniać swoje krótkie, nawet jeśli w dzieciństwie chciała, by było inaczej, i nawet zazdrościła sierści takiemu Głogowi. Poza tym, na krótkim łatwiej było dostrzec brud... i parę łysych placków na ogonie, co akurat niekoniecznie było dobre, ale kotka nie mogła nic na to poradzić.
Księżycowa Łapa położyła uszy po sobie, gdy kocur jej odpowiedział. Nie dość, że całkowicie wymijająco, to jeszcze do jej uszu dotarło coś, czego wolałaby już nigdy nie słyszeć, nawet jeśli nie mogła nic na to poradzić. Miała ochotę prychnąć, ale stłumiła w sobie ów gest, starając się oddychać miarowo i przywrócić siebie do porządku. Nie mogła tak tracić kontroli nad swoimi emocjami, nie nad tym pracowała tyle czasu, i nie zamierzała pozwolić, by zmęczenie i stres cokolwiek zmieniły, nawet jeśli tłumienie pewnych rzeczy wywoływało lekką frustrację. Całe szczęście emocje kotki i tak nie były z reguły specjalnie wyraźne ani gwałtowne. Kiedyś - może, ale nie teraz. Chociaż od każdej reguły zdarzały się wyjątki.
- Nie - odcięła się krótko.
Jeśli czegoś Księżycowa Łapa zupełnie nie potrzebowała, to kotów łażących za nią, bo "smutno wygląda". Zmarszczyła lekko nos, nie spuszczając spojrzenia z białego kocura. Na wzmiankę o futrze jej pysk się wygładził, a uszy nieznacznie uniosły, jednak wciąż milczała uparcie. Nie rozumiała, że za uśmiechem Skrzypiącej Łapy mogły się kryć jakieś głębsze emocje. Owszem, różnił się od tego, który zaprezentował chwilę wcześniej, ale w głowie dość upośledzonej społecznie terminatorki Karasiowego Kła wciąż był tylko uśmiechem. Uznając, że nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia, Księżyc ruszyła dalej, nawet nie oglądając się za bratem o przemoczonym futrze.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mikrus. Jeden z najniższych, o ile nie najniższy, kot jakiego spotkasz. Skrzypiąca Łapa ma krótkie łapki i mnóstwo białego puchu. Jest cały biały, pod futerkiem niezwykle lichy i drobny, czego jednak nie widać nawet w deszczu - musiałby go ktoś zgolić, aby dotrzeć do jego faktycznej postawy. Kocur ma też długi ogon, który mógłby konkurować wielkością z całą resztą jego ciała. Oczy ma złote, przechodzące od żółci do pomarańczu w płynnym gradiencie. Dodać tylko na czubku dwoje drobnych uszu, zawsze uśmiechniętą mordkę oraz uniesione wesoło wąsy, a otrzyma się byłego Rzeczniaka w jego prawdziwej formie - niezależnie od tego, czy jeszcze w Klanie, czy już poza nim. Jedynym dodatkiem po zniknięciu mogłaby być różowa wstążeczka na szyi.
Mały ekstrawertyk, wieczne dziecko. Maminsynek, przylepa i wesołek. Widzi szczęście wszędzie, czy to we wschodzie słońca, czy bzyczącym komarze. Prawdopodobnie to właśnie jego łatwe rozpraszanie się, brak ostrożności i nieposkromiona ciekawość w dążeniu do obserwowania piękna spowodowały, że zniknął w pewnym momencie z Klanu Rzeki. Natrafił na drapieżnika blisko granicy, a będąc na skraju przytomności uciekł w stronę Grzmiącej Ścieżki, co okazało się kluczowe dla jego przyszłości.
Został wywieziony hen daleko. Dostał się pod opiekę Dwungów, którzy wynieśli się dosyć szybko z małej mieściny, z którą graniczyły Klany. Żaden z nowych sąsiadów nie wiedział o co mu chodziło, a jakby tego było mało nadal był mocno osłabiony. Żył jeszcze przez parę, może paręnaście księżyców ze swoimi nowymi opiekunami, nim przekonał się do nowej przygody - do powrotu do domu. Podekscytowany na samą myśl uciekł pewnego wieczora tylko po to, by w ostatecznym rozrachunku nie wrócić już nigdy ani do Klanu Rzeki, ani do Dwunogów.
Nagietek zamrugał zaniepokojony. Coś zrobił nie tak? Czemu Księżycowa Łapa był taki nieprzyjemny? Wyczuwał, że wcale nie poprawił sytuacji, która wydawała mu się ciężka. Jak w końcu zacząć wesoło rozmawiać z kimś, kto najwyraźniej wcale nie ma na to ochoty? Słysząc szybkie zaprzeczenie westchnął cichutko, spuszczając na chwilę wzrok. I przez to, że chwilę był rozproszony, nie spostrzegł kiedy brat zdążył ruszyć dalej. Czym prędzej dogonił go więc, znów na niego patrząc, tym razem uważniej.
- Słuchaj - zaczął znów, już znacznie poważniejszym tonem. Skoro przyjacielskość nic nie dała, to może trzeba zacząć być nieco bardziej poważnym? Czy to będzie jego klucz do rozwiązania? Gotów był chwilowo spróbować upodobnić się do kremowego, by złapać z nim jakąkolwiek nić porozumienia i dowiedzieć się, czemu tak bardzo stronili od reszty miotu Ubłoconej Mordki. - Wiem, praktycznie się ze sobą nie widujemy od dzieciństwa, ale może by tak to zmienić? Umiem być bardzo dobrym towarzyszem, naprawdę - zapewnił, kiwając głową na dodatkowe podkreślenie swojej domniemanej prawdomówności. Może i mógł dla niektórych sprawiać wrażenie szczerego, ale tak nie do końca taki był. Szedł tuż obok Księżyca, zostawiając wyjątkowo małą odległość między nimi i patrzył złoto-piwnymi ślepkami z pewnym błaganiem. Hej, przestań wreszcie tak się stroszyć. Bądźmy wreszcie jak rodzina, nie samym Słońcem się żyje.
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Księżycowa Łapa sama nie potrafiłaby powiedzieć, co nie tak zrobił Nagietek. Jego obecność zwyczajnie ją irytowała. Na dodatek wspomniał o Słońcu i określił ją jako kocura. Choć miała świadomość, że co do tego drugiego najpewniej zupełnie nic nie wiedział i nie przeczuwał, i tak powodowało to nieprzyjemne uczucie w klatce piersiowej terminatorki Karasiowego Kła. Brzmiało jak przytyk. Powodowało, że czuła się niczym kocię, które zaledwie bawiło się w kotkę, choć biologicznie było kocurem. W takich chwilach zaciskała zęby, przypominając sobie słowa Łososiowej Łuski, który powiedział, że ona sama wiedziała najlepiej, co czuła, chociaż inni mogli mówić inaczej. Bo to była prawda. Księżyc była kotką. Opuściła ogon jeszcze niżej niż dotąd, zaledwie pozwalając jego końcówce nerwowo poruszać się na boki i znów położyła uszy po sobie, słysząc, jak długowłosy brat ruszył za nią i zaczął mówić. Miała wrażenie, jakby jego głos nieznośnie wwiercał jej się w czaszkę, przez co słowa traciły sens, a gdy kocur znalazł się tuż obok, przyspieszyła kroku, starając się zostawić go w tyle.
- Zostaw - syknęła, ledwo odwracając pyszczek w jego stronę.
Nie wiedziała, co jeszcze musiała zrobić, by Skrzypiąca Łapa zrozumiał aluzję i zwyczajnie odpuścił sobie. Nie miała najmniejszej ochoty teraz z nim rozmawiać. Nie widziała sensu w jego towarzystwie, było jej zupełnie zbędne. Gdyby go potrzebowała, to odnalazłaby go sama. Albo i nie, bo miała inne koty, na których jej zależało, i których towarzystwo faktycznie lubiła. Biały kocur do nich nie należał. Był niczym obcy, i jedyne co z nim dzieliła to więzy krwi, które dla kotki tak naprawdę nie miały żadnego znaczenia.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mistrz: Śnieżne Skrzydło | Mleczny Kieł Płeć: kocur Matka: Ubłocona Mordka [NPC] Ojciec: Ciernisty Grzbiet [NPC] Trwałe urazy: Po zaginięciu: podłużne blizny na lewej tylnej łapie oraz w górnej części tułowia.
Mikrus. Jeden z najniższych, o ile nie najniższy, kot jakiego spotkasz. Skrzypiąca Łapa ma krótkie łapki i mnóstwo białego puchu. Jest cały biały, pod futerkiem niezwykle lichy i drobny, czego jednak nie widać nawet w deszczu - musiałby go ktoś zgolić, aby dotrzeć do jego faktycznej postawy. Kocur ma też długi ogon, który mógłby konkurować wielkością z całą resztą jego ciała. Oczy ma złote, przechodzące od żółci do pomarańczu w płynnym gradiencie. Dodać tylko na czubku dwoje drobnych uszu, zawsze uśmiechniętą mordkę oraz uniesione wesoło wąsy, a otrzyma się byłego Rzeczniaka w jego prawdziwej formie - niezależnie od tego, czy jeszcze w Klanie, czy już poza nim. Jedynym dodatkiem po zniknięciu mogłaby być różowa wstążeczka na szyi.
Mały ekstrawertyk, wieczne dziecko. Maminsynek, przylepa i wesołek. Widzi szczęście wszędzie, czy to we wschodzie słońca, czy bzyczącym komarze. Prawdopodobnie to właśnie jego łatwe rozpraszanie się, brak ostrożności i nieposkromiona ciekawość w dążeniu do obserwowania piękna spowodowały, że zniknął w pewnym momencie z Klanu Rzeki. Natrafił na drapieżnika blisko granicy, a będąc na skraju przytomności uciekł w stronę Grzmiącej Ścieżki, co okazało się kluczowe dla jego przyszłości.
Został wywieziony hen daleko. Dostał się pod opiekę Dwungów, którzy wynieśli się dosyć szybko z małej mieściny, z którą graniczyły Klany. Żaden z nowych sąsiadów nie wiedział o co mu chodziło, a jakby tego było mało nadal był mocno osłabiony. Żył jeszcze przez parę, może paręnaście księżyców ze swoimi nowymi opiekunami, nim przekonał się do nowej przygody - do powrotu do domu. Podekscytowany na samą myśl uciekł pewnego wieczora tylko po to, by w ostatecznym rozrachunku nie wrócić już nigdy ani do Klanu Rzeki, ani do Dwunogów.
Skrzypiąca Łapa nawet nie musiał czytać w myślach Księżyca, by samemu dojść do tego, że ewidentnie z jakiegoś powodu nie potrafili się dogadać. Nie cierpiał tego momentu, tej niepewności, kiedy ktoś się na niego boczył z jakiegoś nieznanego mu powodu. Nie chciał problemów. Nie chciał wrogów. I nawet nie przyszło mu do głowy, by robić Księżycowi na złość - nic o jego zmianie płci nie wiedział i gotów dalej był używać i do końca życia tej samej błędnej formy, póki ktoś mu wreszcie tego nie uświadomi przy odrobinie szczęścia. Póki co jednak jak mantrę miał powielać, w tym przypadku błąd i ciągle krzywdzić, choć nieświadomie.
Zatrzymał się gwałtownie w miejscu, a jego ogon bezwiednie opadł, nurzając się w wodzie. Jego barki opadły z bezsilności. Nie chciał robić nic na siłę, nawet, jeśli w środeczku bardzo mu zależało. Co zrobiłem nie tak?, wciąż zadawał sobie pytanie, jednak jasna odpowiedź nie spadła jak grom, nie olśniło go, czuł jedynie brak satysfakcji i poczucie porażki.
- Ale czemu? - zapytał ściszając nieświadomie głos. Chciał starać się bardziej, ba, nawet zmusić terminatora Karasiowego Kła do mówienia. Ale nie potrafił, za żadne skarby. Pozostawało mu więc siedzieć po kostki w wodzie i zadawać sobie pytania w myślach. Nie miał w planach jednakże ruszać się z miejsca, więc o ile rozmówca nie zamierzał kontynuować rozmowy, to... chyba by było na tyle?
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Terminatorka Karasiowego Kła wiedziała, że nikt jej nie chciał robić na złość. Ot, nie wiedzieli. Co nie zmieniało faktu, że nie mówiło jej się o tym łatwo, a każde przypomnienie o jej biologicznej płci sprawiało, że w jej sercu narastała irytacja. To nie było coś, nad czym tak łatwo była w stanie zapanować. Strzeliła ogonem na boki, gdy długowłosy kocur szedł za nią, i dłuższą chwilę nie zwracała uwagi na fakt, że nagle się zatrzymał. Dopiero słysząc jego pytanie przystanęła, odwracając głowę i wwiercając pozornie neutralne spojrzenie w brata. Stała tak, przez moment faktycznie zastanawiając się nad odpowiedzią. Dlaczego tak? Czy był jakiś inny powód? Nawet jeśli był, w tej chwili nie była w stanie go dostrzec poprzez wypełniającą ją irytację. Może faktycznie nie potrzebowała dużo kotów w swoim życiu. Najprostsze wytłumaczenie. Starczali jej ci, których miała, a już od dłuższego czasu nie był to tylko Słoneczna Łapa. Choć kiedyś zachowywała się niczym jego cień, dziś była w stanie stać o własnych łapach, podążać własną ścieżką. A jeśli trzeba, stworzyć ją od nowa własnymi łapami.
Ostatecznie wzruszyła barkami, nie wiedząc, jakich słów użyć. Wątpiła, by którekolwiek z nich zadowoliły długowłosego kocura, czy też rozjaśniły wszelkie jego wątpliwości. Głównie dlatego, że kremowa kotka nigdy nie mówiła dużo. Jeśli coś już padało z jej pyszczka, to były to pojedyncze wyrazy. Nie mając nic więcej do powiedzenia ruszyła dalej, pozostawiając brata za sobą. Naprawdę nie miała dziś ochoty na towarzystwo.
zt. jeśli skrzypek nie zatrzyma księżyc. uwu
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Pierwsze co wyróżnia Szafirek są jej... duże, wręcz nieproporcjonalne i odstające uszy, zupełnie nie pasujące to smukłej i pociągłej mordki, która ukazała się zaraz po pozbyciu się kocięcego tłuszczyku. Jej oczy, które są również większe od przeciętnego klanowego i dzikiego kota posiadają barwę oceanu - niebieską.Pewnie jedyną rzeczą, którą Szafirek wzięła po matce jest jej wzrost, od razu po urodzeniu widać było iż kotka nie będzie zaliczać się do tych najwyższych o najbardziej masywnych, wręcz przeciwnie. Chude, krótkie i patykowate łapki świadczyły o tym, że pewnie będzie wzrostu swojej matki lub co gorsza będzie mniejsza.Początkowo wszystkim wydawało się, że tak jak reszta rodzeństwa będzie całkowicie biała niczym nieskalany stopą śnieg, jednak niedługo po urodzeniu na jej małym zadartym lekko w górę nosie, uszach, łapkach oraz śmiesznym ogonku zaczęły pojawiać się brązowe znaczenia.
Koteczka wydaje się być poważna i sztywna, ponieważ po części chciała taka być. Czuje się inna. Miewa z tego powodu troski zaszyte gdzieś w głębi jej serca. Gdy jednak ktoś ją bliżej pozna ta ściąga tą maskę. Nie jest aż tak sztuczne, zmechanizowane bowiem Omszała Łapa okazuję się wtedy głośna, energiczna, i pozbawiona typowej dla niej poważnej i znudzenia. Czas sprawił, że została niezwykle wyczulona na krzyki, warczenie, czy podniesienie łapy, wtedy ta reaguję momentalnie, przepełniona strachem.Jednak nie atakuje, a przynajmniej nie fizycznie, zdolna jest tylko do pisków lub ucieczki. Nie jest wtedy już tak odważna, tak, jak chciałaby być, a przecież przybiera maskę tej prącej do przodu. Młoda jest nadal zarozumiała, lecz teraz uznaje że koty starsze od niej są mądrzejsze i należy wykonywać bez sprzeciwu każde zadanie jakie otrzyma, z stworzeniami co przyznają jej stuprocentową rację. Ambicje sprawiają, że często myśli tylko o sobie odmawiając wszelkich prób komunikacji, bowiem na to przyjdzie czas później. Stąpa twardo po ziemi, podążając za ideałami i wyznaczonymi sobie celami na życie, pragnie je osiągnąć jak najszybciej, dlatego Omszoną Łapę można zaliczyć do grupy pracoholików, Szafirek w ten sposób chce pokazać że wcale nie jest gorsza od tych Rzeczniaków. Czasami zdarzają jej się chwile, co w samotności pragnie zdobyć coś niemożliwego. Jednak nawet gdy już takowe się pojawią zostają zalane realizmem. Pomimo upływu księżyców kotka nadal jest wielce naiwna Cały w kp
Gawronia Łapa (S)
Jedno już Omszałej się udało - miała powrócić do Klanu, powróciła. Jednak tutaj nie było już tak samo, wiele twarzy odeszło, wiele twarzy się narodziło, obóz jest inny, obcy. To wprawiało wojowniczkę w pewne dziwne zakłopotanie, oczywiście nie ukazywała go! Nie mogła być na tyle słaba, by ukazywać swoje różne, burzliwe emocje. A miała wrażenie, że wszyscy się na nią dziwnie patrzą, że jej futerko pachnie inaczej. Cóż nic dziwnego, zniknęła przecież na ponad dwadzieścia księżyców, myśleli, że ta najzwyczajniej zginęła, a to bum, niespodzianka! Ni stąd ni zowąd ta nagle się pojawiła, nikomu nie mówiąc o powodzie swojej nieobecności. A jeśli już to opowiadała o tej "fałszywej" wersji. Całe szczęście Szczur nikomu nie wygadał o ich spotkaniu, wojowniczka postanowiła go jednak...unikać. Wolała nie spoglądać byłemu nauczycielowi w oczy, przecież nie jest już małym kociakiem, tylko dorosłą kotką o własnym rozumie i własnych zasadach. Po udanym polowaniu znów wyruszyła na "spacerek" próbowała zapamiętać wszystkie miejscówki tak szybko, jak to możliwe, nie marnowała więc żadnego uderzenia serca. Westchnęła w duchu, kiedy płytka woda zetknęła się z jej brązowymi łapami do których od razu przyczepił się miękki piasek. Po tylu księżycach braku styczności z wodą ta wydaje się być niezwykle nieprzyjemna, możliwe, że kotka nawet zapomniała jak się pływa! Co za hańba... Wciąż nie była perfekcyjna, cóż chyba jeszcze musi popracować nad samą sobą. Niskie, chude ciałko bez większego problemu przeciskało się przez bujne w tej porze roku trzciny, a już po chwili znalazła się na małej wysepce. Tak jak się tego spodziewała. Kotka wypełzła na brzeg i zaczęła się rozglądać.
//Biały
NAT҉U͘RA̡L A beating ♥heart♥ ofstone Yougotta be so cold To makeitin thisworld Yeah, you'reanatural
Mistrz: Świetlikowa Gwiazda Płeć: kocur Matka: Dzwonkowa Łąka Ojciec: Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać Partner: Czarny Książę
Jako młody kocur Biała Łapa wygląda już dużo proporcjonalniej, niż gdy był kocięciem. Jego głowa nabrała odpowiedniej szerokości, przez co duże, jasnoniebieskie oczy nie wydają się wystawać poza jej obrys. Nisko osadzone, szerokie uszy dopełniają harmonii, a chociaż w rzeczywistości są zaokrąglone, to delikatne pędzelki na ich końcówkach optycznie je wydłużają. Jego szata, poza szerokim pasem ościstej sierści ciągnącej się wzdłuż grzbietu, jest miękka, krótka, z tendencją do lekkiego falowania się. Pod wpływem czasu jego mięśnie się uwidoczniły, a dzięki szerokiej klatce piersiowej, długie łapy wyglądają, jakby wyginały się w kształt beczułki. Uwieńczeniem jego sylwetki jest długi, dość cienki ogon, którym macha na boki, kiedy jest rozluźniony bądź zadowolony.
Ci, którzy znają matkę, zapewne uznają, że poza kolorem i oczami niewiele po niej odziedziczył i przyjdzie im uznać, że kocur wyglądem bardziej musi przypominać ojca.
Wraz z upływem czasu w kocurze zachodzą pewne zmiany, przede wszystkim spowodowane tym, że ten nie mówi. Chociaż nikt nie wie, co jest tego przyczyną i czy pewnego dnia się to zmieni, Biała Łapa sukcesywnie wycofuje się z życia towarzyskiego, ciesząc się urokami samotności. Musi minąć kilka miesięcy, nim ten wreszcie akceptuje swoją ułomność i podejmuje ryzyko związane z możliwością bycia nierozumianym. Jako terminator jest osobnikiem o dość wyważonej psychice, który mimo trudności z porozumiewaniem się z innymi kotami, nie unika z nimi kontaktu. Sam często wybiera się w dalsze wędrówki, wiedziony ciekawością świata, która nie opuściła go, odkąd po raz pierwszy otworzył oczy.
Brzask [*] Gorycz (KW)
Po porannym patrolu zdecydował się poodwiedzać miejsca w Klanie, gdzie mógłby znaleźć chociaż nieduże ilości wody. I chociaż udawał przed samym sobą, że powoli odnajduje się na nowych ziemiach, każdorazowo, gdy jego łapy stykały się z wodą, jego serce krzyczało, rozdzierane milionem małych ostrzy.
Kłamstwa.
Może sam nim był, może był głupcem, jeśli oczekiwał, że wszystko wróci do normy.
A przecież powinno.
Teraz jednak jego umysł zaprzątały zdecydowanie mniej przyjazne myśli. Słuchał pogłosek, a w ostatnich dniach nawet trawy szumiały tylko jedno hasło. Omszały Kamyk powróciła.
Prychnął. Czy potrzebowali w Klanie kota, który opuścił ich na tyle księżyców? Czy on potrzebował rodziny, kogoś poza matką? Czy mając te wszystkie myśli przeczył sam sobie, głosząc jak ważną wartością była rodzina?
A może ogarniał go żal i zazdrość względem siostry, która żyła na własną łapę, była do tego zdolna i... przeżyła. Która zostawiła ich Klan, porzuciła ich wartości, nie strzegła ich, gdy była potrzebna. Dlaczego porzuciła swoich najbliższych już po tym, gdy została Wojownikiem? Tak wiele pytań, tak wiele niewypowiedzianych słów. Udawał, że jej nie poszukuje, ale to było zwykłe kłamstwo. Chciał przed nią stanąć, spojrzeć jeszcze raz w jej ciemny pysk i oczy równie niebieskie co jego własne i zapytać, co takiego się zmieniło, co przeżyła, sprawdzić, czy dalej była tym samym kotem.
Złapał jej zapach i powoli za nim podążył, z zadowoleniem, a zarazem z lekkim lękiem odnotowując fakt, że coraz bardziej się do niego zbliżał.
W końcu ją ujrzał. Była chudsza, niż to zapamiętał, może nieco większa.
Przez moment pragnął zawołać ją jej kocięcym imieniem, ale nie mógł sobie go przypomnieć. Zamarł i uniósł oczy ku niebu. Czy naprawdę do tego już doszło, by wspomnienia o rodzeństwie zatarły się w jego umyśle? Musiał pamiętać, imię po prostu musiało być gdzieś w jego głowie. Róża. Słowik. Irys. Pióro. Kto jeszcze? Kto.
Wysunął pazury i wbił je w ziemię, patrząc w dal niewidzącym wzrokiem.
Róża. Słowik. Irys. Pióro, kto jeszcze, kto? Przypomniał sobie ciepło, spokój, miękkość. Przypomniał sobie mech i zabawę. Przypomniał sobie czas, gdy wszyscy byli niewinni, nieskalani, nienaznaczeni życiem. Była jeszcze Wrzos. Była Szafirek.
Szafirek.
- Szafirek? - Imię opuściło jego pysk, rzucone na wiatr zbyt cicho, by mogło dolecieć do kotki. - Szafirku, to ty? - Ganił się w myślach za to, jak żałośnie to zabrzmiało. Jakby mówił do małego kociaka. Jakby pragnął na powrót wrócić do tamtych dni.
Wszedł w wodę, z każdym krokiem zbliżając się do dawno zapomnianej siostry.
Pierwsze co wyróżnia Szafirek są jej... duże, wręcz nieproporcjonalne i odstające uszy, zupełnie nie pasujące to smukłej i pociągłej mordki, która ukazała się zaraz po pozbyciu się kocięcego tłuszczyku. Jej oczy, które są również większe od przeciętnego klanowego i dzikiego kota posiadają barwę oceanu - niebieską.Pewnie jedyną rzeczą, którą Szafirek wzięła po matce jest jej wzrost, od razu po urodzeniu widać było iż kotka nie będzie zaliczać się do tych najwyższych o najbardziej masywnych, wręcz przeciwnie. Chude, krótkie i patykowate łapki świadczyły o tym, że pewnie będzie wzrostu swojej matki lub co gorsza będzie mniejsza.Początkowo wszystkim wydawało się, że tak jak reszta rodzeństwa będzie całkowicie biała niczym nieskalany stopą śnieg, jednak niedługo po urodzeniu na jej małym zadartym lekko w górę nosie, uszach, łapkach oraz śmiesznym ogonku zaczęły pojawiać się brązowe znaczenia.
Koteczka wydaje się być poważna i sztywna, ponieważ po części chciała taka być. Czuje się inna. Miewa z tego powodu troski zaszyte gdzieś w głębi jej serca. Gdy jednak ktoś ją bliżej pozna ta ściąga tą maskę. Nie jest aż tak sztuczne, zmechanizowane bowiem Omszała Łapa okazuję się wtedy głośna, energiczna, i pozbawiona typowej dla niej poważnej i znudzenia. Czas sprawił, że została niezwykle wyczulona na krzyki, warczenie, czy podniesienie łapy, wtedy ta reaguję momentalnie, przepełniona strachem.Jednak nie atakuje, a przynajmniej nie fizycznie, zdolna jest tylko do pisków lub ucieczki. Nie jest wtedy już tak odważna, tak, jak chciałaby być, a przecież przybiera maskę tej prącej do przodu. Młoda jest nadal zarozumiała, lecz teraz uznaje że koty starsze od niej są mądrzejsze i należy wykonywać bez sprzeciwu każde zadanie jakie otrzyma, z stworzeniami co przyznają jej stuprocentową rację. Ambicje sprawiają, że często myśli tylko o sobie odmawiając wszelkich prób komunikacji, bowiem na to przyjdzie czas później. Stąpa twardo po ziemi, podążając za ideałami i wyznaczonymi sobie celami na życie, pragnie je osiągnąć jak najszybciej, dlatego Omszoną Łapę można zaliczyć do grupy pracoholików, Szafirek w ten sposób chce pokazać że wcale nie jest gorsza od tych Rzeczniaków. Czasami zdarzają jej się chwile, co w samotności pragnie zdobyć coś niemożliwego. Jednak nawet gdy już takowe się pojawią zostają zalane realizmem. Pomimo upływu księżyców kotka nadal jest wielce naiwna Cały w kp
Gawronia Łapa (S)
Chcąc nie chcąc stała się głównym tematem plotek, które niczym pożar rozchodziły się po całym obozie. Koty szeptały mniej lub bardziej przyjaźnie, koty patrzyły się na nią to z obojętnością to z wesołością to z rozdrażnieniem. Dla niektórych była wojowniczką, dla innych zdrajczynią, a jeszcze inni w życiu jej nie widzieli. Musiała to przetrwać, ba była pewna, że da radę. Nie została przecież całkiem odrzucona, Świetlikowa Gwiazda dał jej kredyt zaufania, a ta nie zamierzała go zawieść. Nie zamierzała również mówić nikomu o prawdzie dotyczącej jej zniknięcia, wolała, by ci myśleli, że psy zagoniły ją na Osiedle Dwunogów, a nie, że córka Dzwonek poszła szukać swego ojca, kogoś, przez kogo kotka często czuła się tak źle. Fakt, była zazdrosna, że inne kocięta wychowują się w pełnej, normalnej rodzinie a ona miała tylko matkę i zgraję gorszego sortu, czyli jej rodzeństwo. Pragnęła udowodnić sobie, innym, że ona jest lepsza, że jest wspaniała. Ambicja okazała się być jednak chorobą przez którą ta gniła w swym środku, przez którą doprowadziła się do stanu krytycznego. Teraz jednak zmądrzała, teraz już wydoroślała. Wie, że nie jest idealna, że nie jest perfekcyjna tak jakby tego chciała, nadal próbuje się naprawić, nadal próbuje być lepsza, piękniejsza, mądrzejsza. Ambicje jednak nie zagrażają jej zdrowiu i życiu, nie, już nie. Od dłuższej chwili miała przeczucie, że ktoś się zbliża, że ktoś idzie po jej śladach. Usilnie ignorowała to uczucie, przecież zawsze, gdy jest samotna ma wrażenie, że jakiś pies lub inne licho wyskoczy na nią i zatopi swoje wielkie kły w jej kruchym karku. Duchy psów, miastowych kotów nawiedzają ją podczas snu. Snu w którym ciągle umiera, ciągle przegrywa. A następnego dnia wszystko zaczyna się od nowa. Potrafi maskować nie tylko swoje słabe emocje ale i również zmęczenie.
Czy się zmieniła? Prawdopodobnie. Zmienia się każdego dnia, nie wiadomo czy na dobre czy na złe. Staje się chłodniejsza, bardziej obojętna, nie wzruszają ją żadne narodziny, żadna śmierć. Nawet wiadomość, że Słowik zniknęła nie poruszyła Omszałego Kamyka. Jej siostra była słaba, nic dziwnego że w końcu zginęła... Niestety dla wojowniczki, nie miała już swego "podnóżka". Swojej... przyjaciółki? Kogoś, do kogo kotka otwierała swój kanciasty pyszczek. Oczekiwała posłuszeństwa, posłuszeństwo dostawała i to właśnie jej się podobało. Podmuch wiatru przyniósł nowe informacje. Ktoś był blisko. Ten zapach kojarzyła z żłobka. Rodzina. Czym dla niej była? Wstydem, obojętnością? Oni wszyscy wydawali się być tacy słabi i bezwartościowi. Słaba matka, siostra płaczka, siostra która odebrała jej pierwszeństwo, siostra która zniknęła, brat, który zginął już przy porodzie (chyba) i ojciec, którego szukała przez tak długi czas. No był jeszcze ten niemy. Ten, za którym niezbyt przepadała od samego początku. Wyczuła go, jednak się nie poruszyła, nie odwróciła swego dwu kolorowego łebka. Czekała na jego pierwszy krok. A może ten nie odezwie się, może odejdzie bo będzie się za bardzo.. bał? Aż w końcu. Szafirku, czy to ty? Nie. To nie ona. Szafirek umarła jakieś 30 księżyców temu. Jej miejsce zajęła Omszała Łapa, która również odeszła w zapomnienie. Została Omszały Kamyk. Która różniła się od Szafirek prawie wszystkim. Ujmą na honorze było zwrócenie się do niej właśnie w taki sposób. Tak zwrócił się do niej Szczurowąsy, gdy kotka po raz pierwszy chciała wrócić do klanu. W jego oczach była już tylko kociakiem. Przypominając sobie tą chwilę wbiła w miękkie podłoże ostre pazury. Nie miała mu już nic do powiedzenia, już nic nigdy. Wracając jednak do Białego Pióra. W końcu odwróciła się, a niebieskie oczy zatrzymały się na tych brata.
- Witaj Pióro - odparła spokojnie, prostując swą chudą sylwetkę. Obserwowała go uważnie, jednak nie poruszyła się do przodu. Ona nie potrzebowała rodziny, świetnie radzi sobie bez niej, świetnie radzi sobie bez nikogo, a ostatnie księżyce tylko ją o tym przekonały.
NAT҉U͘RA̡L A beating ♥heart♥ ofstone Yougotta be so cold To makeitin thisworld Yeah, you'reanatural
Mistrz: Świetlikowa Gwiazda Płeć: kocur Matka: Dzwonkowa Łąka Ojciec: Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać Partner: Czarny Książę
Jako młody kocur Biała Łapa wygląda już dużo proporcjonalniej, niż gdy był kocięciem. Jego głowa nabrała odpowiedniej szerokości, przez co duże, jasnoniebieskie oczy nie wydają się wystawać poza jej obrys. Nisko osadzone, szerokie uszy dopełniają harmonii, a chociaż w rzeczywistości są zaokrąglone, to delikatne pędzelki na ich końcówkach optycznie je wydłużają. Jego szata, poza szerokim pasem ościstej sierści ciągnącej się wzdłuż grzbietu, jest miękka, krótka, z tendencją do lekkiego falowania się. Pod wpływem czasu jego mięśnie się uwidoczniły, a dzięki szerokiej klatce piersiowej, długie łapy wyglądają, jakby wyginały się w kształt beczułki. Uwieńczeniem jego sylwetki jest długi, dość cienki ogon, którym macha na boki, kiedy jest rozluźniony bądź zadowolony.
Ci, którzy znają matkę, zapewne uznają, że poza kolorem i oczami niewiele po niej odziedziczył i przyjdzie im uznać, że kocur wyglądem bardziej musi przypominać ojca.
Wraz z upływem czasu w kocurze zachodzą pewne zmiany, przede wszystkim spowodowane tym, że ten nie mówi. Chociaż nikt nie wie, co jest tego przyczyną i czy pewnego dnia się to zmieni, Biała Łapa sukcesywnie wycofuje się z życia towarzyskiego, ciesząc się urokami samotności. Musi minąć kilka miesięcy, nim ten wreszcie akceptuje swoją ułomność i podejmuje ryzyko związane z możliwością bycia nierozumianym. Jako terminator jest osobnikiem o dość wyważonej psychice, który mimo trudności z porozumiewaniem się z innymi kotami, nie unika z nimi kontaktu. Sam często wybiera się w dalsze wędrówki, wiedziony ciekawością świata, która nie opuściła go, odkąd po raz pierwszy otworzył oczy.
Brzask [*] Gorycz (KW)
Najwyraźniej ich stosunek co do bliskich był dość podobny; żadne z nich nie odczuwało ich braku, może za wyjątkiem Dzwonkowej łąki. Pióro nigdy nie związał się ze swoimi siostrami, momentami zastanawiał się, czy śmierć którejś z nich w ogóle by go obeszła. Było to dość przykre, tak naprawdę Klanie nie było zbyt wiele kotów, którymi się przejmował. Być może było to niewłaściwe, ale życie doświadczyło go pod tym względem. Wybrał swoją stronę, wybrał Świetlikową Gwiazdę, przez co odwrócił się do niego chociażby Toń. Wybory, życie było ich pełne.
Teraz patrzył na swoją siostrę, zastanawiając się, co czuje pod względem jej powrotu. gdzie była, co widziała, co uczyniła, nie będąc pod wpływem Kodeksu. Czy przez te księżyce stała się kimś innym, kimś gorszym, a może lepszym? Jak samotne życie ją doświadczyło?
W głowie kłębiło mu się pełno myśli, ale nie potrafił wypowiedzieć ich na głos. Czyż nie znaczyło to, że jednak kotka go obchodziła? Czy może była po prostu ciekawostką, rozrywką w jego dość przewidywalnym życiu.
- Minęło wiele księżyców, Szafirku. - Tak, na starcie dobrze jest zarzucić jakąś oczywistością, coby obie strony poczuły się nieco pewniejsze. - Iak ci się żyło bez swoiego klanu? - zapytał. Był niezmiernie ciekaw, co sprowadziło ją z powrotem. - Czasami zastanawiam się, co myśli o was matka, was, którzy ją opuściliście - wyszeptał pełne żalu słowa. Nie swojego, nie, go to w ogóle nie obchodziło, nie personalnie, ale jeżeli chodziło o matkę, jej uczucia, nie rozumiał, dlaczego ktoś śmiałby się z nimi nie liczyć. A może w pewnym momencie uczucia najbliższych po prostu schodziły na dalszy plan i to było właściwe? Czy nie można jednak było minimalizować strat i bólu?
On sam nie wyobrażał sobie sytuacji, w której matka żąda od niego, by odwrócił się od Świetlikowej Gwiazdy. To nie byłoby możliwe. Co jednak, gdyby pojawiła się sytuacja, w której musiałby wybrać stronę z zupełnie innego powodu?
Serce czy krew?
Co miałoby mocniejszy głos?