Jest dokładnym, niemalże idealnym pomieszaniem swych rodziców. Po ojcu odziedziczyła długie, puszyste futro i delikatne prążki, które można bez problemu wypatrzeć na jej sierści. Po matce z kolei wzięła najpiękniejszą na świecie barwę - płomienną niczym zachodzące słońce - rudą. Nie jest to rzecz jasna jedyna rzecz, jaką ukradła Lisiemu Futerku, bowiem oto wokół ciemno różowego nosa rozchodzi się delikatna plama bieli, która miejscami zlewa się na jej gardło i resztę ciała, prawie niewidoczna. Można dostrzec ją również przy dłuższych pasmach jej futra nieco śmiesznie wystających poza jej uszy - dość duże i szpiczaste zresztą. Jednakże okazuje się, że Chaber jest jeszcze większym złodziejaszkiem niż można by przypuszczać, bowiem jej oczy z całą pewnością należą do Omszonego Pazura. Mają ten sam kształt i niezapomnianą, turkusową barwę wpadającą w błękit lśniący pomiędzy rudym futrem młodej marzycielki.
Trudno powiedzieć, na kogo tak właściwie wyrosła Chaber i co kryje się w jej sercu. Może się zdawać, że nie ma serca wojownika, że nie jest zdolna do walki, do bronienia własnej rodziny, taka bowiem jest delikatna i łagodna. Gdyby mogła, przychyliłaby nieba każdemu na swej drodze, nie bałaby się podejść do porzuconego kocięcia, nie miałaby oporów przed niesieniem pomocy choremu i rannemu przeciwnikowi, urodziła się bowiem z myślą o tym, iż otaczający ją świat pełen jest dobra, jakie trzeba tylko wydobyć na światło dzienne. To niestety często ją rani, dobiera się jej do skóry i powoduje, że koteczka rozdając dookoła szczęście, otrzymuje w zamian mało przyjemne razy, spojrzenia i niechęć. Nie do końca zrozumiana przez otoczenie, powoli pozwala sobie na chwile radości, na to, by zza jej nieco melancholijnych oczu zaczęły wyzierać spojrzenia ojca, a także matki - te figlarne, zaczepne i pełne marzeń o przygodzie. To trochę kłóci się z czerpaną przez nią przyjemnością z otaczającego ją spokoju i ciszy, ale któż z nas nie jest pełen sprzeczności?
Kto by się tego spodziewał? Zawsze zakładano, że Klan jest rodziną, że zawsze dba o każdego ze swoich, tymczasem w życiu Chaber było więcej jadu niż u kogokolwiek innego i coraz lepiej rozumiała Płomyk, rozumiała również dlaczego ta pewnego dnia całkiem zniknęła i nie pojawiła się już nigdy więcej, ale zdaje się, że dopiero teraz, gdy wędrowała samotnie z nadzieją, że spotka którego z synów, a zapach Osiki jednak świadczył o tym, że kocur znajdował się gdzieś w pobliżu, może miał tutaj swoje legowisko, może znalazł tutaj prawdziwe miejsce dla siebie. Ruda matka rozchylała wciąż pyszczek, by łapać jak najwięcej powietrza, by chwytać jego słodką, cudowną woń, która mogła przemawiać tylko do rodzicielki.
Nie straciła jednak czujności. Spadający konar zaalarmował ją, a gdy ziemia zaczęła drżeć zaraz po tym, jak usłyszała rżenie konia sierść na jej ciele zjeżyła się cała. Musiała coś zrobić, bo jeszcze chwila i zginie! Znajdowała się pośrodku niczego, blisko Kamiennych Pazurów i to właśnie one wydawały się jej miejscem najbezpieczniejszym w zaistniałej sytuacji. Nie podejrzewała, żeby koń poszedł tam za nią, więc najszybciej jak potrafiła skoczyła w tamtą stronę wiedząc, że jest sporo mniejsza od przeciwnika, jaki niespodziewanie się zjawił. Serce biło jej jak szalone, ale mogła myśleć teraz tylko o tym, że musi się usunąć na bok, by potem ruszyć w dalszą drogę...
How doesa momentlast forever? Howcan a storynever die?
It islove wemusthold onto Nevereasy,butwetry Sometimesour happiness iscaptured
Somehow,a time andplacestand still Lovelives oninsideour heartsandalways will
Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
Była nie tylko sporo mniejsza, ale i dużo wolniejsza od pędzonego konia, który wyrzucał spod swoich kopyt grudki ziemi, zaś do Kamiennych Pazurów wcale nie było aż tak blisko, aby kocica mogła do nich dobiec w tak krótkim czasie. Dobrze, że strach jej nie sparaliżował i spróbowała uskoczyć na bok. Serce ogromnemu zwierzęciu biło, jak oszalałe i zapewne dlatego wbiegł prosto na Chabrowy Pąk, która próbowała wydostać się spomiędzy jego kopyt i po części jej się to udało - nie zginęła.
Kocica opadła bezwładnie na ziemię po tym, jak koń w całej tej szamotaninie potrącił ją kopytem. Z impetem uderzyła o pobliskie drzewo z trzaskiem pękających kości, a ból rozszedł się po ciele rudej. Gdyby próbowała stanąć na nogi, zorientowałaby się, że tylne łapy odmówiły jej posłuszeństwa. Były niczym dwa martwe, obce elementy. Natomiast koń zatrzymał się przy krzewach, których nie był w stanie ominąć i tam poczekał na swojego jeźdźca. Na jego grzbiecie trzymało się czarne skórzane siodło, a wodze zahaczyły się o gałęzie ostrego gąszczu.
Pomiędzy spazmami bólu Chaber mogła usłyszeć cmokanie, ale świat coraz bardziej jej się rozpływał, rozmywał i traciła z nim kontakt. Ostatnimi mrugnięciami powiek zobaczyła kulejącego dwunoga, który do się nad nią nachylił.
Obudziła się jakiś czas później na dziwnej, ale ciepłej skórze o barwie kwiatów niezapominajek. Światło, które na nią padało poniekąd przypominało słońce, jednak było chłodniejsze i nie wisiało na błękitnym niebie. Dwunóg, którego widziała w lesie siedział przy niej ze łzami w oczach.
Ów człowiek później zabrał ją do weterynarza, który postawił jasną diagnozę - kocica już nigdy nie stanie na swoich tylnych łapach, aczkolwiek wcale nie oznaczało to tragedii w jej obecnym położeniu. Jako dziki kot nie dałaby sobie rady, lecz teraz miała swojego łysego opiekuna, który wykonał dla niej specjalny wózeczek.
Tak oto Chabrowy Pąk przestała być już częścią Klanu Rzeki i zaczęła żyć jako pieszczoch daleko od terytoriów czterech klanów - pomiędzy siedliskiem koni a gniazdem dwunogów, a jej imię od dzisiaj brzmiało - Magnolia.
Przybył Iskierek i na granicę z klanem Rzeki, najpierw wychodząc z ziem rodzimego klanu i przesuwając się wzdłuż granic. Była to śmieszna wędrówka, szczególnie że lekko utykał na lewą łapę, która była boleśnie obita i nie mógł stawiać jej bez bólu na ziemi. Na terenach niczyich nie musiał się niczego wstydzić ani nie wchodzić w żadną rolę, jedynie dążąc do celu swojej podróży. Jako, że jego łapy były już zmęczone, przekroczył lekko granicę klanu Rzeki, a pobliski patrol już się rzucił w jego stronę, aby udaremnić mu próby wkroczenia gdzieś głębiej. A teraz zaczynamy właściwą akcję. Jeszcze chwilę pokuśtykał w ich stronę, wyciągając ku nim głowę, nim przełączył się na inny tryb. Zachwiał się na łapach, po czym osunął na ziemię bezwiednie z zamkniętymi ślepiami. Zaległ w najbliższych trawach ku zdziwieniu kotów należących do rzecznego patrolu, po czym dwóch zostało przy biało-czarnym kocurku, by jeden, prawdopodobnie najszybszy z nich, poleciał do obozu, aby powiadomić ich medyka. Terminator Fiołkowego Świtu nie zamierzał wypadać ze swojej roli - oddychał bardzo spokojnie, pomimo skwaru i długiej odległości, jaką pokonał oraz ani drgnął nawet przez momencik. Długi czas naśladowania innych nauczył go kontroli nad własnymi odruchami oraz całym ciałem, aby jak najlepiej prezentować osobę, która była jego pierwowzorem. Tym razem kot, którego naśladował znajdował się jedynie w głowie wichrzaka. Miał przed oczami mdlejącego Borsuka, który osunął się bezwiednie na ziemię i jedyne, co robił to oddychał spokojnie. Ale co zrobić, jak już nadejdzie czas wybudzenia? Otworzyć gwałtownie ślepia i przestraszonym wzrokiem błądzić po zebranych przy nim kotach? A może powoli uchylić powieki, mrugając wielokrotnie pod natłokiem świetlistych promieni wbijających się w tęczówki? No... Zobaczymy. Na razie oczekiwał ze spokojem na tego cudotwórcę.
rana 1. stopnia: obicie lewego barku
rana 1. stopnia: dwa płytkie, długie rozcięcia ciągnące się od lewej kości policzkowej (w okolicy zewnętrznego kącika oka) aż po grzbiet nosa; krwawią (-1 HP/tura)
rana 1. stopnia: głębokie, krótkie rozcięcie na lewym boku szyi; krwawi (od następnej tury -1 HP/tura)
a toasttothenight_______ atoastto romance_______ to.those.unafraid_______ of takinga chance_______ ________ ______why shouldyou settlefor less,dear ___________________when there'smore?
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Nie spodziewał się tego, że zostanie wezwany do intruza, który padł jak bez życia na widok patrolu. Na całe szczęście trafił między innymi na Trawiastookiego, który potrafił rozpoznać zapach wichrowych ziem na ciele terminatora, który znalazł się przy Kretowisku; jednocześnie został poinformowany o ranach, na co Łososiowa Łuska zmarszczył czoło w zastanowieniu. Czyżby coś stało się wichrowemu medykowi? A może terminator wymknął się gdzieś daleko poza ziemie swojego klanu i, poraniony, zdołał dojść prawie pod granicę nim padł bez siły?
W spory liść łopianu zapakował zioła, które byłyby, według niego, najbardziej potrzebne, po czym ruszył za ojcem w stronę kretowisk. Milczał przez całą drogę, zaś gdy dostrzegł w oddali Ubłoconą Mordkę oraz Brudny Kamień, który właśnie przewodził całą akcją przenoszenia terminatora w cień jednego z drzew przyspieszył kroku, czego z całą pewnością pożałuje gdy jego przeciążone mięśnie prawej przedniej kończyny dadzą o sobie znać.
- Ubłocona Mordka - odezwał się, gdy już zbliżył się do całej tej wesołej gromadki. - Namocz mech w rzece. Brudny Kamień. Cofnij się - wydał konkretne polecenia, po czym zmierzył wojownika spojrzeniem gdy ten obruszył się i już zamierzał protestować, jednak chyba zdał sobie sprawę z tego, że w tej akcji powinien oddać pałeczkę medykowi. Szylkretowa wojowniczka natomiast sprawnie wykonała polecenie, podczas gdy Łososiowa Łuska oparł łapę na barku wichrzaka. Było duszno, żar lał się z nieba więc takie zasłabnięcia nie były niczym nowym; pomimo swoich pobożnych życzeń koty nie nabierały rozumu i nadal uważały, że nic się nie stanie gdy w południe będą sobie spacerować po okolicy.
- Słyszysz mnie. Halo - odezwał się głośno swoim nieprzyjemnym, szorstkim tonem i potrząsnął kocurem, by na sam początek sprawdzić, czy stracił przytomność, czy może po prostu leży z zamkniętymi oczami. Oby jednak był świadomy tego, co się wokół niego dzieje. To z całą pewnością ułatwi pracę. - Otwórz oczy - powiedział jeszcze nim uniósł głowę i strzepnął uchem. - Brudny. Idź do obozu. Przyprowadź Księżyc - wydał jeszcze polecenie; z całą pewnością asysta w tym przedsięwzięciu przyda się terminatorce. Nie było jej w Królikarni gdy wychodził jednak wiedział, że o tej porze powinna być gdzieś w obozie, dlatego też wysłał kocura jako posłańca. - Szybko - warknął jeszcze widząc, że ten się waha, po czym odwrócił się do Ubłoconej, która właśnie przybiegła dzierżąc w mordce nasączony wodą mech.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Księżycowa Łapa drzemała na kamieniu obok Królikarni, gdy do obozu pospiesznie wtargnął niebiesko pręgowany kocur, wypowiadając głośno jej imię. Terminatorka medyka otworzyła pospiesznie oczy i zjeżyła się, przez chwilę nie wiedząc co się dzieje i gdzie się znajduje. Na szczęście wróciła do siebie dostatecznie szybko, choć serce wciąż tłukło zbyt szybko i mocno w jej klatce piersiowej. Podniosła się nieco zbyt gwałtownie i lekkie zawroty głowy zmusiły ją do zastygnięcia w miejscu, by się nie przewrócić. Żółtooki, brudny wojownik oświadczył, że medyk jej oczekuje w okolicach kretowisk. Księżyc zmrużyła oczy, dając sobie jeszcze chwilę. Przy okazji spróbowała przypomnieć sobie imię kocura, ale na tym się skończyło, bo żadne imię nie przyszło jej do głowy. Gdy była pewna, że nie straci równowagi, zeskoczyła z niewysokiego kamienia i ruszyła za Rzeczniakiem, który się spieszył, aż musiała chwilami truchtać, by za nim nadążyć, mimo że kocur nie był szczególnie wysoki.
Od narzuconego tempa i odległości łapy Księżyc zaczęły lekko drżeć z wysiłku, ale podążała uparcie za kocurem. Skoro Łososiowa Łuska wołał, to musiało być to coś ważnego. Gdy ta myśl przeszła jej przez głowę, poczuła jak jej żołądek się zaciska nieprzyjemnie, jednak wzięła parę głębokich oddechów i spróbowała zepchnąć narastające napięcie gdzieś na dno umysłu. Wreszcie w ich polu widzenia znalazł się medyk wraz z paroma kotami i... czarno-białym kocurem. Znalazłszy się bliżej Księżyc stwierdziła, że z całą pewnością nie należał do Klanu Rzeki. Pachniał obco. Zmarszczyła nos, próbując sobie przypomnieć. Niemal natychmiast przyszedł jej na myśl Wicher. W końcu z nim graniczyli, a młody kocur nie nosił na sobie woni samotników, którą Księżyc jako tako kojarzyła. Spojrzała na Łososiową Łuskę, przy którym się zatrzymała. Skoro ją zawołał w to miejsce, musiał mieć jakiś powód. Zerknęła jeszcze raz na obcego, który miał na sobie drobne rany. Zastrzygła uszami, próbując rozszyfrować intencje buro-białego kocura w zawołaniu jej tutaj. Nie potrafiła sobie wyobrazić, by kazał jej zrobić cokolwiek poza patrzeniem. W końcu nie miała jeszcze żadnego doświadczenia poza wiedzą o ziołach, o których ją uczył.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Usłyszał, jak ktoś idzie... Prawdopodobnie dwa koty, w tym jeden z jakimś problemem z łapą? Czy to możliwe, żeby medyk był ranny i w takim stanie przyszedł na granicę tylko po to, aby go opatrzyć? Cóż za poświęcenie, Iskierek niemal wytoczył łezkę wzruszenia spod zamkniętej powieki! Czuł, że go wcześniej przenieśli, jednocześnie z ulgą przyjmując fakt, że koty z innego klanu nie pozwolą mu się usmażyć na słońcu. Podejrzany był fakt, że u kotów z innego klanu dostaje lepszą opiekę, niż od własnych klanowiczów. I... Niezwykle interesującym. Ciekawiły go koty, które należały do innych ugrupowań dużo bardziej niż te zamieszkujące tereny Wichru, chociaż... Wszędzie mogły trafić się jednostki niezwykle nudne albo niezwykle ciekawe. Wystarczyło tylko dobrze poszukać! Słyszał nieprzyjemny głos należący do... No właśnie, kogo? Nie przypominał kobiecego, ale też nie mógł być tym należącym do kocura, które z reguły mają dużo niższe i bardziej stonowane tony. Przy pogrążeniu się w zamyśleniu o domniemanej płci kota nad nim, nagle poczuł, jak przeszywa go ból. Syknął cicho, zaciskając powieki i tuląc uszy do potylicy, chociaż tuż po chwili... Odczuł wewnętrzny wstyd i poczucie porażki. Widocznie musiał jeszcze się podszkolić w udawaniu kogoś, kogo nie widzi. Złote ślepia powoli się rozwarły, a sam biało-czarny kocurek spojrzał na burego kota nad nim. To chyba był medyk, nie? Moze być interesującą osobą.
- Słyszysz mnie. Halo - powtórzył zaraz po nim, próbując naśladować ochrypły głos nieznajomego, który był niezbyt przyjemnym dla ucha dźwiękiem. Czuł się niezbyt komfortowo leżąc tak pod łapami rzeczniaka, dlatego też zdecydował się podnieść i stanąć naprzeciw medycznego kota, wyginając w podobny sposób lewy nadgarstek. Taka postawa mu odpowiadała, bo odciążał nieco bolącą łapę, która zaczynała powoli promieniować bólem przez niezbyt delikatne zabiegi terminatora Gwieździstej Ścieżki.
- Brudny. Idź do obozu. Przyprowadź Księżyc. Szybko - wydał również polecenie, przenosząc wzrok na szarego kocura, który po chwili wahania ruszył w stronę prawdopodobnie obozu. Więc to jest ten Brudny, tak? Brudny Kamień dokładnie. Czy imię pasowało? Nie bardzo Iskierek się tym interesował. Zaklasyfikował go jako upartego osobnika, który prawdopodobnie rzuciłby się na syna Zawilcowej Skórki, gdyby ten nie padł na ziemię. Czyli dobrze zagrał, skoro odwiódł ich od pomysłu pobicia go. Dobrze. Skierował spojrzenie złotych ślepi na... Ubłoconą Mordkę z tego, co zdołał wywnioskować. I uświadomił sobie, jak mało różnych kotów zna. I do tego dołączyła do nich również jakiś kremowy osobnik o imieniu Księżyc. Dlaczego oboje pachnęli inaczej, a inni zwracali się do nich w jak do osobnika odmiennej płci? Co to za czarcie sztuczki?
a toasttothenight_______ atoastto romance_______ to.those.unafraid_______ of takinga chance_______ ________ ______why shouldyou settlefor less,dear ___________________when there'smore?
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Zarejestrował, że dotyk na barku wywołał u obcego ból, dlatego też przesunął łapę nieco niżej, tak by oprzeć ją o żebra, nim w końcu cofnął ją, gdy otrzymał odpowiedź ze strony mdlejącej damy. Na garbatym nosie medyka pojawiła się głęboka zmarszczka, gdy kocur powtórzył jego słowa, jednak poza tym nie wydawał się być szczególnie zaskoczony - zrzucił fakt powielania jego słów na karb przegrzania, które czasem mieszało kotom w głowach, dlatego też nie skomentował tego w żaden sposób. Dopiero gdy ten zdecydował się podnieść ciężka łapa medyka powróciła na grzbiet terminatora i skutecznie sprowadziła go do parteru.
- Leż - mruknął szorstko mierząc go spojrzeniem, po czym podsunął część nasączonego mchu pod pysk kocura, by mógł się napić. Podejrzewał, że to brak wody mógł go doprowadzić do tego stanu; pozostały mech położył na grzbiecie terminatora. - Jak się nazywasz - zapytał jeszcze, w czasie oczekiwania na Księżycową Łapę postanawiając zadać kocurowi jakieś podstawowe pytania, jak na rasowego ratownika medycznego przystało. - Co tu robisz.
W końcu jego terminatorka pojawiła się; skinął jej głową na powitanie.
- Ma płytkie rany. Przygotuj maść - powiedział, tym samym dając jej wolną rękę odnośnie tego, jakie zioło wybierze do wykonania leczniczej mieszanki. Sam tymczasem zajął się mieleniem liści stokrotki na papkę, którą następnie nałoży na obolały bark terminatora. - Boli cię tylko bark... czy coś jeszcze - bąknął, na moment unosząc spojrzenie na Iskrzącą Łapę. I oby nadal leżał i się nie ruszał, bo jeżeli nie - Ubłocona Mordka cały czas stała obok niego i była gotowa przydusić go do ziemi.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Terminatorka medyka odwzajemniła gest, jakim było sztywne skinięcie głową. Poruszyła uchem, słysząc polecenie, po czym zerknęła na zioła, które przyniósł medyk. Miała przygotować maść. Tak jak wtedy z żywokostem, tylko mogła mielić w pysku, bo nie było ryzyka zatrucia. Zawahała się na krótką chwilę, ale szybko zdecydowała wybrać jeden z liści łopianu. Wydawało się to być najprostszym i najbardziej logicznym wyborem, w końcu był on na rany i infekcje, a w składziku mieli ich dużo. Złapała medykament w zęby i zabrała się za mielenie go. Przy okazji obserwowała całą scenę spod przymrużonych powiek, starając się nie myśleć o niczym szczególnym. Teraz, gdy dostała tak proste zadanie, nieco się uspokoiła, a jej serce przestało bić tak szybko. W każdej chwili była gotowa na przyjęcie kolejnych poleceń. Perspektywa asystowania w leczeniu jakiegoś randomka z Wichru była zdecydowanie mniej stresująca niż w przypadku Rzeczniaków. Kocur z Wichru nie miał dla niej znaczenia. Nie znała go, nie żyła z nim w jednym obozie, nigdy nie zamieniła z nim słowa. Kojarzyła tylko jednego kota z Cienia, z którym w zimie walczyła, żeby się rozgrzać, czegoś nauczyć, przezwyciężyć własną niechęć do bliskiego kontaktu z innym kotem. On był trochę mniej obcy, ale widziała go tylko raz, a teraz nawet nie graniczyli z Cieniem. Wątpliwe, by go jeszcze kiedyś spotkała. Był jednym z kotów, które bez słowa zaakceptowały fakt, iż używała wobec siebie żeńskiej formy.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Zmarszczył również pysk, jednak jego zmarszczka nie była tak okazała, jak ta burego kocura. Nie ćwiczył za bardzo tych partii mięśni mimicznych, aby wyżłobić tak głęboki krater w czole, ale i tak mało odbiegał od rzeczywistości.
- Leż - mruknął równie szorstko, jednak już zdecydował się na niepodnoszenie z miejsca. Skoro ma leżeć... No to mogło nawet tak być. Iskierek był w stanie jakoś przełknąć dany fakt, chociaż ciężko mu było się wczuć w nową rolę. Czyżby to było kolejne zadanie, jakie los przed nim stawia? Niezwykle interesujące! Będzie naśladował medyka klanu Rzeki z ziemi, nie poruszając swoim ciałem ani na chwilę, a skupiając się na mimice pyska oraz spojrzeniach, jakie mu rzuca.
- Jak się nazywasz. Co tu robisz. - zadał dwa... Pytania? Które naprawdę nie brzmiały w ustach nieznajomego jak zdania z pytajnikiem na końcu. Były zupełnie inaczej wyartykułowane, przez to jeszcze mocniej pobudziło do akcji ciekawość biało-czarnego kocura. On... Ona... Nieważne, był inny, niż reszta kotów, których spotkał. Był przede wszystkim bardzo interesujący. Zupełnie jak ten osobnik z klanu Cienia, który go doprowadził do takiego stanu.
- Ma płytkie rany. Przygotuj maść - powiedział, spoglądając w stronę kremowej kocicy przez moment, by potem obserwować, co rzeczniak kombinuje przy jego boku. Jego mięśnie mimowolnie się spięły przy rozsmarowywaniu maści, która dawała przyjemny chłód i ulgę obitemu barku, po czym syn Zawilcowej Skórki skierował spojrzenie na medyka.
- Boli cię tylko bark... czy coś jeszcze. - zapytał w charakterystyczny dla tego osobnika sposób, spoglądając na niego ze spokojem, jednak również i stanowczością, której błysk dostrzegł w spojrzeniu drugiego kota.
a toasttothenight_______ atoastto romance_______ to.those.unafraid_______ of takinga chance_______ ________ ______why shouldyou settlefor less,dear ___________________when there'smore?
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Zadawanie pytań mijało się z celem. Uznając, że to najwidoczniej słońce, jakie prażyło od samego rana usmażyło mu trochę mózg i teraz zamiast komunikować się jak normalny kot powtarzał tylko to, co usłyszał po prostu zaniechał dalszych prób porozumienia się z dziwacznym kocurem.
- Idź na granicę. Patrol Wichru powinien tędy przechodzić... niedługo - rzucił w stronę ojca, który w sumie już wcześniej próbował to zasugerować, jednak siedział cicho gdzieś z boku, nieufnie spoglądając na Iskrzącą Łapę. - Niech przyjdą. Po zgubę - mruknął jeszcze nim czarno-biały kocur oddalił się w stronę Grzmiącej Rzeki, by przejść na jej drugą stronę i złapać patrol, jaki z całą pewnością niedługo nadejdzie. Wmasował maść z liści stokrotki w bark kocura, po czym oczyścił łapy i zerknął na Księżycową Łapę, która zdążyła już zmielić łopian na papkę.
- Oczyść ranę na szyi. Nałóż maść - polecił jej, samemu zabierając się do oczyszczania ran na pysku kocura. - Ostrożnie - mruknął jeszcze, nie przerywając swojego zajęcia. Później nabrał część zielonego mazidła z liścia łopianu i wklepał ją ostrożnie w ranę na pysku kocura. Oczyścił łapy, po czym sięgnął po pajęczynę. - Na koniec pajęczyna. Patrz, jak to zrobić - mruknął nie unosząc wzroku na Księżycową Łapę. Ostrożnie nałożył opatrunek z pajęczej nici tak, by zakrywał ranę i utrzymywał medykament na miejscu. Dopiero później uniósł spojrzenie na swoją uczennicę. W międzyczasie podsunął łaciatemu liść mięty pod nos i nakazał zjedzenie go. Ponoć poprawiała pracę umysłu, więc z całą pewnością przyda mu się skoro zemdlał i bredził od rzeczy.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Księżyc zmarszczyła czoło, gdy czarno-biały kocur zaczął powtarzać wszystko, co powiedział Łososiowa Łuska. Pierwszy raz się z czymś takim spotkała, więc konsternacja całkiem wyraźnie odmalowała się na jej pysku. Zerknęła niepewnie na medyka, jednak ten najwyraźniej nie zareagował w żaden szczególny sposób, toteż wyraz jej pyszczka szybko się wygładził i stał na powrót neutralny. Kiwnęła sztywno głową, słysząc dalsze instrukcje. Oczyściła ostrożnie ranę na szyi. Rozcięcie było krótkie, ale dość głębokie. Wzorem medyka wzięła maść na łapę i ostrożnie ją wklepała, zaciskając zęby i starając się działać precyzyjnie. Nie było to tak stresujące jak pobieranie po raz pierwszy mysiej żółci, ale wciąż było nowym doświadczeniem. Po tym wytarła łapę o ziemię i językiem wyczyściła z resztek maści. Teraz przyszedł czas na pajęczynę, więc przyjrzała się uważnie poczynaniu Łososiowej Łuski. Poruszyła jednym z niedużych uszu, zmuszając się do rozluźnienia mięśni, i powoli wypuściła powietrze przez nos. Złapała jeden z patyków, na który nawinięte były srebrne nitki, i bardzo ostrożnie nałożyła je na ranę w ten sposób, aby ją zakrywały i nie odpadły wraz z medykamentami, gdy tylko kocur się podniesie. Przynajmniej taką miała nadzieję. Zerknęła na burego kocura, który podsunął Wichrzakowi mocno pachnący liść. Teraz pozostawało czekać na patrol z sąsiedniego klanu, żeby zabrał obcego kota z Rzecznych ziem. Księżyc nie spodziewała się, że kiedykolwiek spotka się z taką sytuacją, ale nie było to dla niej nic nowego. Życie lubiło ją zaskakiwać.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.
Przynajmniej bury się szybko uczył. Większość wichrzaków zadawała mu w dalszym ciągu pytania, nie ucząc się na swoich błędach i dopiero po połowie dnia prawdopodobnie by zrozumieli, że Iskierek na nie nie odpowie. Bawiło go to niezwykle, ale też irytowało gdzieś głęboko w środeczku... Szczególnie teraz, jak medyk pokazał mu, że jednak można inaczej. Można być kimś inteligentnym od całej tej bandy i zrozumieć sygnały, jakie się do danej osoby wysyła.
- Idź na granicę. Patrol Wichru powinien tędy przechodzić... Niedługo - powiedział w stronę nieznanego mu nadal kocura. Jak to się stało, że nie zostało wymienione jego imię? Przecież rzeczniak lubił się zwracać po imieniu do innych osób. Brudny Kamień, Ubłocona Mordka... Księżyc. Zastanawiał się, czy rzeczywiście ma kocięce imię, czy to po prostu zdrobnienie od... Księżycowej Łapy na przykład. Albo innego Księżycowego. Czy to mogło wskazywać na głębszą relację pomiędzy tą dwójką kotów? Prawdopodobnie ten Księżyc był terminatorem medyka, bo w końcu z jakiego innego powodu by jej było dane opatrywać rany syna Zawilcowej Skórki?
- Niech przyjdą. Po zgubę - mruknął, obserwując oddalającego się kocura, po czym ponownie przeniósł wzrok na kocura i oczekiwał jego ruchów. Patrzył uważnie, jak bury masuje jego bark tą dziwną papką, a następnie opatruje jedną z jego ran, używając do tego znowu jakiejś mazi i owinął to pajęczyną. Więc to jest ten słynny medykament, o którym słyszał każdy kociak, że jest niezwykle ważny? Wygląda... Ciekawie. Ale szkoda, że lepi się do wszystkiego, wywołując u najmłodszego z towarzystwa uczucie dyskomfortu. Szczególnie, że jego dłubanie działo się tuż przed pyskiem terminatora, dlatego musiał zmrużyć nieco ślepia, aby cokolwiek ostro zobaczyć.
- Oczyść ranę na szyi. Nałóż maść. Ostrożnie - polecił, patrząc prosto na kremową kotkę, naśladując ton głosu jej prawdopodobnego mistrza. Cóż za ciekawy dzień! I ile się dzisiaj dowie! I jego rany zostaną opatrzone przez kogoś inteligentnego, a nie przez białą wywłokę, której myszy wyjadły resztki rozumu.
- Na koniec pajęczyna. Patrz jak to zrobić - powtórzył zaraz po burym kocurze, nie ruszając się ani na moment, przy czym prawdopodobnie ułatwił działania parki osobliwych kotów, które opatrywały mu rany. Rzucił szybkie spojrzenie na listek na dole, po ułamku sekundy powracając do pyska burego i... Nakazując mu zjedzenie go. Bo czego innego się po nim spodziewać?
a toasttothenight_______ atoastto romance_______ to.those.unafraid_______ of takinga chance_______ ________ ______why shouldyou settlefor less,dear ___________________when there'smore?
Mistrz: Zajęczy Sus Płeć: kotka Matka: Gronostajowy Krok [*] Ojciec: Kusowąsy [*] Trwałe urazy: rozległa blizna na prawej pięcie
Ogromna, klasycznie pręgowana bura kotka z białymi znaczeniami na pyszczku, piersi i palcach, o bladozłotych oczach. Nieco zgarbiona, zawsze z nonszalancko potarganym futrem.
wesolutka i milutka
złoty pysk [kw], artemis [p]
Szyszkowy Ogon była właśnie w składzie patrolu, który przemierzał wichrowe terenu wzdłuż granicy z Klanem Rzeki. Była w trakcie bardzo zabawnej konwersacji z Kusowąsym, kiedy z drugiej strony ziem usłyszeli wołanie, a zaraz potem pojawił się przy nich czarno-biały kocur. Zaczął coś tam mówić o wichrowym terminatorze, że ranny, że Łososiowa Łuska go opatruje i w ogóle. Czemu ich terminator poszedł akurat do rzecznego medyka, kiedy Szałwiowy Dym był w obozie i mógł go sam wyleczyć? Cóż, Szyszka była trochę skołowana tyloma informacjami naraz, ale posłusznie poszła wraz z ojcem za rzeczniakiem, który poprowadził ich na miejsce. Wichrowa zguba zapuściła się aż na ziemie niczyje, bo wojownik prowadził patrol przez Szare Topole, potem przeszli kawałek wzdłuż Grzmiącej Ścieżki tak, aby przekroczyć rzekę, a następnie czarno-biały prowadził ich wzdłuż granicy z klanem Rzeki. Im dłużej szli, tym bardziej Szyszka się obawiała, co też się stało i który to był terminator. A co jeśli to była JEJ terminatorka? Albo, co gorsze, Skałka? Matko, jeśli coś by im się stało, to wojowniczka za żadne skarby by sobie tego nie wybaczyła! Straciła już Misia, więc Skały nie mogła! Zbliżali się do miejsca, w którym rozgrywała się cała akcja i wichrzacy mogli już zobaczyć medyka i kilka innych kotów. Kiedy podeszli kawałek bliżej, widać było już mniej więcej sylwetkę poranionego terminatora, a kiedy podeszli jeszcze bliżej, Szyszka z ulgą odetchnęła, że nie jest to żadne z kotów, o których wcześniej myślała. Niemniej jednak było jej szkoda terminatora, bo biedak się ostro poturbował. Kusowąsy szepnął jej do ucha, że to jest ten terminator, o którym było tak głośno na ceremonii i który przecież już był w lecznicy. Szyszkowy Ogon zmarszczyła czoło i wpadła w wielką konfundację, jak to się stało, że wymknął się chyłkiem z obozu i nikt tego nie zauważył. Przesyłali więc sobie takie konspiracyjne szepty i wspólnie uznali, że będą palić głupa i nie przyznają się do tego, że nikt nie dopilnował kocurka w lecznicy i ten chyłkiem zdołał uciec w ogóle z terenów Klanu. Wojowniczka spytała jeszcze ojca o imię syna Zawilcowej Skórki, żeby nie wyjść na jakiegoś ułoma, który nie zna kotów w klanie.
- Iskrząca Łapo, wstydź się. Cały dzień cię szukamy! - powiedziała z wyrzutem. Zmarszczyła brwi i surowym wzrokiem patrzyła na terminatora Fiołkowego Świtu, a Kusowąsy puścił Iskierkowi konspiracyjne, dyskretne oczko. No co, trzeba jakoś zamaskować takie faux pas. Terminator dał dyla z lecznicy tylko po to, żeby pójść do medyka z Rzeki. Jaką to opinie wystawia klanowi Wichru! To będzie mała tajemnica, że patrole po prostu przeoczyły ucieczkę młodego.
- Um... Bardzo przepraszamy za niego i dziękujemy, że wrócił od was połatany, a nie z większą ilością... ee, dziur - odparła w stronę rzeczniaków. Starała się być bardzo oficjalna i w ogóle, ale kontekst i widok ojca - z zewnątrz poważnego, a wewnątrz wijącego się ze śmiechu - uniemożliwiły koteczce bardziej dyplomatyczne zachowanie. Sama prawie pękła i parsknęła śmiechem, ale nie dała się!
saraiprontoperlottare percercaresemprelalibertà eandareunpassopiùavanti, esseresemprevero spiegarecosa è ilcolore achivedebiancoenero
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Ach. No tak. Zamknął oczy, wziął wdech, a następnie wypuścił powoli powietrze przez uchylony pysk. Prośbą nie działa, to spróbujemy delikatną perswazją. Skoro już wziął ten liść i go przystawił wichrzakowi do pyska to niech go, na Ciemny Las, zeżre. Dlatego też nie siląc się wcale na to, by być jakoś szczególnie delikatnym siłą otworzył przysmażonemu przez słońce terminatorowi szczęki, wepchnął mu ten liść do pyska, po czym przytrzymał go, żeby mu czasem nie przyszło do głowy, żeby go wypluć.
- Żuj - mruknął do niego tak, jakby wcale mu nie wepchnął łapy do pyska, bo nie rozumiał prostych poleceń. Potraktował go tak, jak traktuje się kota który nie chce dobrowolnie zjeść tabletki - z tą różnicą, że oszczędził mu unoszenia głowy w górę i zmuszania do połknięcia liścia w całości. Ale hej, liście mięty przynajmniej były w miarę smaczne, więc nie powinien narzekać.
Wyprostował się i uniósł głowę widząc, że oto nadchodzi patrol Klanu Wichru. W przeciwieństwie do burego wojownika i jego córki Łososiowej Łusce nie było do śmiechu. Przymrużył wąskie, miedziane ślepia, wbijając je dokładnie między oczy kotki która zdecydowała się na rozmowy z rzecznym medykiem. Wcale nie wyglądał przyjaźnie.
- Spłacam dług zaciągnięty u... Niezapominajkowego Serca - odparł szorstko na wzmiankę o wyleczeniu terminatora, szczególnie powoli wymawiając absurdalnie długie i niepotrzebnie pogmatwane imię medyka Klanu Wichru. Słyszał o jakimś Szałwiowym Dymie, owszem, jednak nie wiedział, że był to ten sam kot. Nie sądził, że zmiany imienia medyka były możliwe, stąd ten wniosek. Przesunął niesprawną łapę szurając grzbietem dłoni po trawie, tym samym zwracając uwagę na paskudną bliznę, jaka ciągnęła się przez jego z lekka wykrzywione przedramię.
- Zasłabł na ziemiach Klanu Rzeki. Prawdopodobnie z gorąca - odezwał się znów po chwili milczenia, podejmując znów wątek Iskrzącej Łapy. Tym samym zanotował, że na spotkanie - w porze gdy wciąż było dość duszno i gorąco - wyszedł mu patrol złożony z dwóch długowłosych, ciemno umaszczonych kotów. Klan Wichru sprzedał widocznie logiczne myślenie w zamian za szybkie łapy, skoro wybrano takie koty do składu patrolu. Nie jego sprawa w sumie. - Może już chodzić. Ale podpierajcie go - poinstruował wojowników, w razie gdyby nie wiedzieli, w jaki sposób przetransportować zgubę na ziemie Klanu Wichru. - Chcę rozmawiać z zastępcą. Przekażcie, że będę... czekał. Przed zachodem słońca. Przy granicy - dodał jeszcze, mierząc spojrzeniem zarówno Szyszkowy Ogon, jak i Kusowąsego. Po tym skinął im łbami i pozostawił Trawiastookiemu, Ubłoconej Mordce i Brudnemu Kamieniowi, by odprowadzili sąsiadów do drzwi. Sam tymczasem zabrał się za zbieranie manatków. Zerknął jeszcze na Księżycową Łapę, która w tym wszystkim siedziała z boku cicho jak trusia.
- Będzie z ciebie dobry medyk - mruknął do niej nim chwycił w pysk pakunek z ziół, jaki tu ze sobą zabrał po czym zerknął raz jeszcze na towarzystwo, jakie stało przy granicy. Jeżeli nie mieli już nic do powiedzenia po prostu oddalił się, przywołując do siebie swoją terminatorkę.
zt po poście yyy wszystkich
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Sierść w kolorze piasku, zawsze czysta i lśniąca - oto znak rozpoznawszy Rzecznej medyczki. Pokryta jest niewiele ciemniejszymi pręgami, które na bokach układają się w grube zawijasy. Nie brak także mlecznobiałych akcentów, które zdobią jej mordkę, gardło, brzuch, palce oraz końcówkę ogona. Aparycja Księżyc jest zupełnie nieimponująca; przykrótkie łapy noszą smukły, nieco wydłużony korpus oraz zaokrągloną głowę, na której osadzone są nieduże uszy, orzechowe oczy i nos o barwie łososiowej. Jej skóra jest wolna od blizn, za to na brzuchu, bokach i biczowatym ogonie widać niemal łyse fragmenty - efekt zbyt intensywnego czyszczenia futra w momentach stresu. Głos Rzeczniaczki jest dość charakterystyczny; jako że transpłciową kotką musi nad nim pracować, by był wyższy i brzmiał jak głos kotki.
Sztywna jak kłoda, wiecznie poważna perfekcjonistka.
Kremowa terminatorka medyka nie do końca rozumiała, co dolegało Wichrzakowi. Nieco ją zirytowało powtórzenie poleceń Łososiowej Łuski, ale nie miała innego wyboru jak to zignorować i działać. Na szczęście łaciaty nie zamierzał się ruszać z miejsca i nie sprawiał tym samym problemów, dlatego udało się bez problemu nakleić plasterek z łopianu i pajęczyny. Przyglądała się jak medyk wepchnął nieznajomemu przyjemnie pachnący liść do pyska i kazał żuć. Wolałaby się nigdy tak nie użerać z drugim kotem, ale z drugiej strony jako przyszły pomocnik medyka, a kiedyś nawet medyk, będzie musiała przynajmniej parę razy coś takiego zrobić. Westchnęła cicho, rozglądając się po okolicy.
Księżyc dość szybko zarejestrowała nadejście Wichrowego patrolu, jednak nie zareagowała na to w żaden szczególny sposób, po prostu wlepiła wzrok w dwójkę burych kotów. Zastrzygła jednym z niedużych uszu, gdy długowłosa kotka się odezwała i zaczęła przepraszać za... Iskrzącą Łapę, jak go określiła. Nie żeby to miało w głowie terminatorki jakiekolwiek znaczenie. Skrzywiła się wewnętrznie, słysząc długie imię, które wymienił Rzeczny medyk, a które praktycznie nic jej nie mówiło, choć miała wrażenie, że już je słyszała. Koty z innych klanów niespecjalnie ją interesowały.
Uwaga córki Ubłoconej Mordki przeszła z powrotem na buro-białego medyka, gdy ten oświadczył, iż chce rozmawiać z zastępcą. Również skinęła głową w kierunku obcego patrolu i podniosła się, gdy Łososiowa Łuska zabrał się za zbieranie medykamentów. Gdy spojrzał w jej kierunku, bez wahania nawiązała kontakt wzrokowy. W pierwszej chwili na jego słowa odpowiedziała milczeniem, nim w pełni do niej dotarły. Będzie z ciebie dobry medyk.
Przyjemne ciepło rozlało się po jej klatce piersiowej, i choć było dość ulotne, na krótką chwilę wykrzywiło kąciki jej ust ku górze w zupełnie niewymuszonym, choć bardzo krótkim uśmiechu. Poczekała aż medyk pozbiera się ze wszystkim, i gdy nakazał jej iść za nim, ruszyła bez wahania, czując się dziwnie lekko przez większą część drogi.
zt.
x
x
x x x x x x xxxxxxxxxxxxxxxxx˚ ༘ ೀ⋆。˚
mybirds of a kind, they more and more are looking like centurions than any little messiah; and as I prune my feathers like leaves from a vine I find that we havefewer and fewer in kind, but my palms and fingers still reek of gasoline fromthrowing fuel to the fireof that Greco-Roman dream, purifying the holy rock to melt the gilded seams; it don't bring me relief, no it don't bring menothing that.