Zdążył już dorosnąć. Zrobił się postawny i największy z kociąt Chabrowego Pąku, choć pomiędzy nim a Osikową Łapą nie ma znacznej różnicy. Z puszystej, okrągłej kulki stał się teraz sporym kocurem o długich, a także zwinnych łapach i pokaźnym ogonie, który często nosi wysoko uniesiony z nonszalancko opadającą końcówką. Ślepia kocura wybarwiły się na złocisty odcień. Może i bokobrody Pochmurnego nie są tak wydatne jak te u Osiki, ale bujnością kryzy go zdecydowanie przewyższa. Sierść na jego brodzie jest trochę dłuższa, co sprawia, że ma małą kozią bródkę. Samą brodę ma mocną i szeroką, aczkolwiek nie tak pokaźną jak ta Osiki. Bura sierść pokryta czarnymi, klasycznymi pręgami kontrastuje z białymi wstawkami na kufie, brodzie, kryzie, a także na przednich i tylnych łapach, gdzie sięgają one aż do pięt. Spomiędzy palców wyrastają mu pęczki sierści.
Wycofany, nonszalancki, spokojny. Raczej się nie emocjonuje. Częściej charakteryzuje go stoicki spokój. Jest co prawda ciekawy świata, jednak nie pokazuje tego za bardzo. Ma naturę samotnika i nie jest gadatliwy. Właściwie to w ogóle nie mówi. Przynajmniej do innych.
Nie przestraszyła się, gdy się nad nią nachyliłem. Czy aby na pewno była rozsądna? Otóż nie. Wyglądało na to, że lubiła dreszczyk emocji na grzbiecie i uczucie oddechu na karku, albo... albo w ogóle jej to nie poruszało. Miałem ochotę zmrużyć ślepia i spojrzeć się na nią podejrzliwie, lecz wtedy na pewno bym się zdradził, toteż wyhamowałem się i nie dałem pokusom zwyciężyć. Białe futro obrastające moją pierś liznęło ją po pysku.
- Każdy odbiera to inaczej - odparłem równie cicho, co wcześniej, łapiąc ją przednimi zębami za czarne ucho. Była to swego rodzaju prowokacja, ale interesowało mnie coś innego, niż zwykle. Po uszczypnięciu Zaćmionej dmuchnąłem w jej czarny kark ogrzanym powietrzem i odezwałem się ponownie:
- Sama kiedyś spróbuj. Inaczej nigdy się nie dowiesz. Najlepsze doświadczenia to te, które zaobserwowało się na ładne oczy lub poczuło. - Co prawda, uczenie się na czyichś błędach było ponad tymi, jednakże bez patrzenia nie można było ocenić faktycznych efektów. Trzepnąłem kudłatym ogonem i o jej udo i odsunąłem się.
- Może jeszcze kiedyś się spotkamy i opowiesz mi, jak się wtedy czułaś - dodałem, krzyżując z nią spojrzenia. Po wszystkim zeskoczyłem z szorstkich skał, kamień po kamieniu, zostawiając czarną kocicę za sobą. Później rozpłynąłem się za horyzontem, znikając z zasięgu jej wzroku.
zt
jestemPiotr,ale mówiąnamnieŁ O T R dosyćdługomamten alias,aleniewiemwsumieskąd (znajdziesz go)wszędziegdziezapachperfumi szlugówswąd aw dziewczęcychsercachwciążgasłyświatłaipsułsięprąd
Duża wszerz, wzdłuż i wzwyż. Pokryta warstwą grubego, zazwyczaj potarganego futra, którego większość jest czarna. Rude jedynie nieliczne fragmenty, w tym miejsce od prawego oka, przez przestrzeń nad nasadą nosa, po lewy policzek. Żółte oczy. Ostre kły i pazury. Brak lewego ucha, blizna nad okiem i na lewym poliku.
Skały.
Skały obok rzeki. Dobry punkt obserwacyjny. I pewnie jeszcze nagrzewały się od słońca w Porze Zielonych Liści. Pewnie będzie na nich dużo gadów. Pewnie będzie to dobre miejsce do polowania. Rzeka tuż obok. Zwierzyna będzie tu przybiegać, żeby się nawpychać wody. Ona też będzie miała tu gdzie pić.
I będzie miała co żreć.
Szła między drzewami, starając się nie przebywać na otwartej przestrzeni. Nie lubiła jej. Nie czuła się tam bezpiecznie. Całe życie spędziła na terenach Klanu Cienia, gdzie nawet nad obozem były gałęzie. Drzewa. Cień. Wszędzie. Teraz zaś wszędzie wokół jej terenów były jakieś otwarte przestrzenie. Przestrzenie, których nie cierpiała... i po których pałętało się zbyt wiele kotów. Kotów, które mogły wleźć zuchwale na jej tereny, jeśli by ich nie pilnowała. Kotów, które mogłyby zechcieć wykradać jej zwierzynę i zapasy, które sobie zgromadziła na stosie.
Usiadła więc, obserwując okolicę i licząc na to, że natrafi się jej jakaś dobra walka.
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Zachód lubiła zapuszczać się poza tereny swojego klanu. Zwłaszcza teraz kiedy Maku w domu nie była. A jak to się mówi, kiedy kota nie ma to myszy harcują, chociaż w tym przypadku pasowałoby bardziej, kiedy Maku nie ma to Zachód harcuje. No cóż, takie życie co poradzić. Tak więc dzisiaj przyszedł czas na zwiedzenie okolicy w pobliżu Grzmiącej Rzeki. Początkowo szła cały czas obok niej, po drugiej stronie mając granicę ze śmierdzącym Gromem. Ich odór drażnił jej nos. Mieli obok rzekę więc czemu się w niej nie umyją, frajerzy. Pfff. Tak więc skręciła bardziej w stronę Szorstkich Skał, bo już tego zapachu znieść nie mogła. I wtedy właśnie w zasięgu jej wzroku pojawiła się siedząca samotniczka. Nie ukrywając, była całkowicie potargana, na co czekoladowa zmarszczyła brwi. Spięła mięśnie a sierść na jej karku mimowolnie zjeżyła się. Zaraz jednak opadła, jednakże mięśnie kotki dalej były spięte
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Duża wszerz, wzdłuż i wzwyż. Pokryta warstwą grubego, zazwyczaj potarganego futra, którego większość jest czarna. Rude jedynie nieliczne fragmenty, w tym miejsce od prawego oka, przez przestrzeń nad nasadą nosa, po lewy policzek. Żółte oczy. Ostre kły i pazury. Brak lewego ucha, blizna nad okiem i na lewym poliku.
Jakiś kot. Kot śmierdzący rybami jakby codziennie kąpał się w ich martwych tkankach, obrzydliwy, paskudny, brązowy szczur. Ryk zmarszczyła pysk, gapiąc się na kota, który zbliżał się do Szorstkich Skał - skał, które były JEJ terenem, jej własnym, prywatnym, osobistym i świeżo oznaczonym. Jak tamta na niego wlezie, to już jej problem, że smród rybiego ścierwa zapchał jej nos.
I jeszcze lazła jakby gałąź jej tkwiła pod ogonem. Żałosna istota. Słaba, głupia i na dodatek... klanowa. Wszędzie było czuć tę paskudną woń rzeczników. Słabeuszy, którzy bali się nawet normalnego polowania, zamiast niego łowiąc ryby. Pewnie nawet nie umieli porządnie łapać czegokolwiek na ziemi.
A jej kuzynka się z nimi spoufalała. Bóbr. Drugi najlepszy pomiot jej ciotki zszedł na rzeczników, więc teraz zostawał im tylko jeden porządny bachor. Z drugiej strony, Puchacz nadal był częścią klanu. A koty z klanu porządne nie były. - CO SIĘ TAK STROSZYSZ - rzuciła w kierunku stojącej jednak w pewnej odległości kotki, patrząc na nią ze szczytu skał. No, dalej, pannico w kolorze odchodów, co robisz tak daleko od swoich terenów?
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Kocica machnęła ponownie ogonem, nim ponownie nie powrócił on do swojej dawnej pozycji. Zielone ślepia, zdecydowanie przyglądały się nieprzyjaźnie, lustrując ją przy okazji ucha. Miała blizny. A blizny są oznaką s ł a b o ś c i. W końcu silne koty, nigdy blizn nie miały a ta tutaj, tak. Czyli obserwacja numer jeden, walczy tak, że przegrywa. Do tego nie miała ucha. Frajerka. Tylko cieniasy dawały sobie uszy urywać. Na razie jednak starała się zachować jakiekolwiek oznaki spokoju. Nie będzie marnować siły na tą samotniczą wywłokę.
Czekoladowa ruszyła więc dalej, przed siebie, stawiając kroki ostrożnie i cicho. W końcu mogła co nie? Mogła. Zatrzymała się na długość kilku lisów od skał. Nie obawiała się jej. Nie kogoś pokrytego bliznami.
- Najpierw się ogarnij a potem możemy pogadać - mruknęła już po chwili, nie ruszając się już ze swojego miejsca. - I może łaskawie się nie drzyj jak jakiś pieszczoch okej? - dodała, trzepiąc biczowatym ogonem na bok. O matko, jeśli jesteś w tym całym Gwiezdnym Klanie, to może mi pomóż co?
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Duża wszerz, wzdłuż i wzwyż. Pokryta warstwą grubego, zazwyczaj potarganego futra, którego większość jest czarna. Rude jedynie nieliczne fragmenty, w tym miejsce od prawego oka, przez przestrzeń nad nasadą nosa, po lewy policzek. Żółte oczy. Ostre kły i pazury. Brak lewego ucha, blizna nad okiem i na lewym poliku.
Zmarszczyła pysk, widząc, że szczyl na dole postanowił otworzyć mordę, ale za wąsko, więc tej paplaniny słychać w ogóle nie było. Cóż. Ona tam nie zamierzała się zachowywać cicho, była na SWOICH WŁASNYCH terenach, takich, co je CODZIENNIE oznaczała, żeby wszyscy wiedzieli, że są JEJ, no i ponieważ je miała, to mogła sobie na nich drzeć ryja ile chciała, bez żadnych obaw. No bo co, jakiś pojedynczy kot odważyłby się stawić jej niby czoła? No raczej nie, raczej nie za bardzo, a nawet, jak tak, to skończyłby, jak Bóbr. Albo nawet i gorzej, bo, ha, nadal przecież nie spróbowała mięsa innego kota. Własne ucho ze względu na warunek "innego" się do tej kategorii nie zaliczało. - GŁOŚNIEJ MÓW! - ryknęła w kierunku tamtej swoim głosem, bo, ha, A CO, teraz była na SWOICH terenach i nikt już się jej drzeć nie zabroni, mogła tu po kontach rozstawiać, kogo chciała, bo i nikt nie mógł jej samodzielnie stawić czoła. Była silna, była potężna, nie to, co te żałosne, klanowe podróby kota. Takimi to ona sobie mogła brudny brzuch podetrzeć, gdyby była jednym z tych frajerów, co im przeszkadza trochę ziemi i kołtunów na futrze. Jej, ha, nie przeszkadzało.
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Czekoladowa przewróciła poirytowana oczami. Darło się to tak niemiłosiernie, jak kocięta Maku. Mimo wszystko, ona starała się zachować jakieś oznaki spokoju, a to łatwe nie było, kiedy taki irytujący zwierz, postanowi wydzierać ci się niemal w pysk, jakby nie potrafiło normalnie gadać. Najwyraźniej tacy byli samotnicy. Głupi, irytujący i niewychowani. No cóż, tylko podbudowała sobie o nich opinie. I bardzo dobrze.
- Nie mów mi co mam robić - fuknęła po chwili. Za kogo ona się uważała? Gwiazdę? Ta, chciałaby. Wypuściła tylko powietrze z nozdrzy, a dzięki jakiejś ilości zimnego powietrza, wyglądało ono jak para. Ponownie trzepnęła biczowatym ogonem. Głupia istota.
- Twój teren co? - zapytała zaraz potem. No mów, przynajmniej będzie miała pewność, gdzie się nie zbliżać. Nie będzie narażała swojego biednego nosa jak i uszu na ten jazgot.
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Duża wszerz, wzdłuż i wzwyż. Pokryta warstwą grubego, zazwyczaj potarganego futra, którego większość jest czarna. Rude jedynie nieliczne fragmenty, w tym miejsce od prawego oka, przez przestrzeń nad nasadą nosa, po lewy policzek. Żółte oczy. Ostre kły i pazury. Brak lewego ucha, blizna nad okiem i na lewym poliku.
Coś u podnóża skał dalej otwierało i zamykało pysk, ale wiele z tego nie wynikało. Co to to, myślało, że jak stanie tam nisko i będzie coś gadać takim cichym głosikiem klanowego frajera, to ktokolwiek ją usłyszy tam, na górze? Klany były siedliskiem głupoty, ot co, na dodatek głupoty słabeuszy, którzy tylko w grupie potrafili przetrwać, zanim wziąć się w garść i być prawdziwymi kotami! Takimi, co umiały same zadbać od siebie, zamiast kwękać i płakać, prosząc o pomoc wszystkich wokół. A jak już ktoś był zbędny albo miał silniejszy charakter, to do widzenia, bo się go nie dało rozstawiać po kątach. Ona była najlepsza, lepsza od nich wszystkich, mogła ich rozwalić w krwawą miazgę - i co? I ją wywalili, bo podobno się nie umiała dostosować. Do kota, który już jak była kociakiem, powiedział jej, że nie zostanie wojowniczką. I dopiął swego. - CO? - w ogóle nie słyszała, co ten rzeczny szczur w dole chciał jej powiedzieć. A może nic nie mówił o jedynie kłapał paszczą w górę i w dół, jak jakiś nienormalny. - GŁOŚNIEJ! - bo nic nie było słychać! Chyba, że ten plcharz myślał, że do niego zejdzie - ha, jeszcze czego! Miałaby zrezygnować z przewagi, jaką jej dawała wysokość? Niedoczekanie!
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
- Pff - prychnęła po chwili. Czy ten wypłosz myśli, że od tak może jej rozkazywać? Grubo się mylił. Powstrzymywała się przed ostrym syknięciem, ale przychodziło jej już z większą trudnością. Ona myślała, że będzie się drżeć bo tak? Że będzie się zachowywać, jak ona, niewychowany samotnik? No i g d y. Zamiast tego, zdecydowała się na inny krok, a mianowicie wskoczenie na te skały. Może przygłucha jakaś czy co? Pfff wszystko jedno. I tak ona, Zachodząca-jeszcze-Łapa nie da się tak traktować. Nawet Gwiazda nie miał nic do powiedzenia o jej zachowaniu a co dopiero takie chuchro. Co prawda trochę duże chuchro ale mimo wszystko.
- Czy. Teraz. Mnie. Słyszysz! - krzyknęła po chwili jak na złość. Następnie machnęła ogonem, spoglądając zimnymi, zielonymi oczami na szylkretkę. Teraz wyglądała jeszcze gorzej... Eh. Poco ona naraża swoje biedne oczy na ten widok? - Jesteś. Samotnikiem. Czy. Pieszczochem? A. Może. Wygnańcem? - dalej mówiła głośno, stojąc na tych skałkach - I. Pytałam. Czy. To. Twój. Teren - dodała po chwili.
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Duża wszerz, wzdłuż i wzwyż. Pokryta warstwą grubego, zazwyczaj potarganego futra, którego większość jest czarna. Rude jedynie nieliczne fragmenty, w tym miejsce od prawego oka, przez przestrzeń nad nasadą nosa, po lewy policzek. Żółte oczy. Ostre kły i pazury. Brak lewego ucha, blizna nad okiem i na lewym poliku.
Widząc, jak kocica wskakuje na jej własne skały, wysunęła pazury, czekając na dalszy ruch tamtej, gotowa, by zaatakować. Jeszcze czego, żeby jej rybie ścierwo tak podskakiwało. Wbiłam w nią spojrzenie żółtych oczu, przyglądając się jej uważnie - chuda, pewnie ucieka, zamiast walczyć jak porządny kot, na dodatek słaba. Frajerka, nie ma co, i jeszcze na dodatek wskakuje na jej skały. Na jej granicę. - MORDA - warknęla w kierunku tamtej jeszcze głośniejszym tonem, niż poprzednio. Skoro tamta chciała się jej drżeć nad uchem i przekraczać granicę, to mogła ponieść pełne tego konsekwencje. Już przegoniła stąd jedną tchórzliwą rzeczniaczkę, teraz może przegonić i przygłupią. Obca nie miała żadnych blizn, czyli nie stoczyła żadnej poważnej walki, ale myślała, że jak jest w klanie, to wszystko jej wolno i każdy ją obroni, hmpf. Teraz była daleko od swoich cudownych klanowiczów, a Czerwony Mak - choć o tym Ryk oczywiście nie wiedziała - była na wyprawie. Musiała sama zadbać o swój zawszony zad - a to akurat jej słabo wychodziło. - Co cię to obchodzi. Rybojadzie - raz już była członkiem klanu. Była dla niego miła. Zajmowała się nim. Była lojalna. Wierna ponad wszystko. A on wywalił ją na zbity pysk. Ta tutaj miała większe szczęście, nadal była wśród swoich. Ryk się tak nie powiodło. - Mój. A ty. Na niego. Włazisz - wycedziła, zaciskając gardło, żeby mówić ciszej. - Ryby ci. Odebrały węch? Nie czujesz. Sczyn? - spytała się, marszcząc pysk. Nadal nie schowała pazurów i jeśli tamta nie zlezie z JEJ własnych skał, to dostanie po mordzie.
Księżyce: 118 Mistrz: Rudzikowy Ogień | Czarny Bez Płeć: kotka Matka: Śliwkowa Gałązka[*] Ojciec: Zakurzony Grzbiet[*] Partner: Kornik Trwałe urazy: blizna przechodząca przez prawe oko, blizna na barku
Szczupła, ale umięśniona, wysoka kocica o czekoladowym futrze i zielonych ślepiach. Widać oznaki starzenia się - siwiejące włosy na mordce.
Charakter Zachodzącego Światła jest nie do zdarcia. Cały czas pozostaje pewna siebie. Jej ambicja nadal jest niespełniona, chociaż jest jeszcze bliżej celu, niż wcześniej. W końcu wreszcie została wojowniczką, na co czekała bardzo, bardzo długo. Jej pyskata natura nadal pozostała. Przykleiła się w sumie jak rzep! Podobnie jak mówienie swojego zdania na cały głos. Ma prawo wyrażać swoje myśli na głos nieprawdaż? Oczywiście. Pozytywne emocje prawie całkowicie z niej zniknęły. Jedyne jakie czuje to... to takie dziwne uczucie przy jednej z wojowniczek Klanu Rzeki. Ale co to? Ona sama w sumie nie wiem...
Zachód machnęła ogonem, słysząc "polecenie" samotniczki. Jeszcze czego, aby ta parszywa istota, jej rozkazywała. Oczywiście, jako iż to jest Wiedźma a wiedźmy nikogo nie słuchają, nie zamierzała wykonywać tego jakże ważnego rozkazu.
- Tak pytałam po prostu - odparła już nieco ciszej, jakby jej to w ogóle nie obchodziło. Wzruszyła nawet barkami, aby pokazać, że jej to w ogóle nie interesuje. Taka też w sumie była prawda, a zapytała, tylko dlatego, aby po prostu.... W sumie nie wiedziała dlaczego, jednakże teraz to znaczenia dla córki Śliwkowej Gałązki nie miało. O taka zwykła informacja, którą mogła, ale nie musiała poznać.
- Bo może, geniuszu - powiedziała zaraz potem, przewracając oczami. Ta istota była wyjątkowo irytująca i przy niej, Ulewa mogła być jej przyjaciółką. Oczywiście nie miała zamiaru się się z Kropelką kumplować. Głupia była i myślała, że wszystko jej wolno. A tfu na takich. Biczowaty ogon czekoladowej, kołysał się lekko podenerwowany, tak jak jego właścicielka. Zaraz potem zeskoczyła ze skał, stając swobodnie na ziemi. Obróciła się jednak jeszcze na chwilę w jej stronę.
- Nie ryby, a twój odór - wycedziła przez zęby, nim nie ruszyła przed siebie w kierunku terenów Klanu Rzeki.
//chyba zt? Jeśli tak to dziękuję za sesję :3
She, Queen of the Kings Broken her cage, threw out the keys She will be the warrior of NorthandSouthern seas
Duża wszerz, wzdłuż i wzwyż. Pokryta warstwą grubego, zazwyczaj potarganego futra, którego większość jest czarna. Rude jedynie nieliczne fragmenty, w tym miejsce od prawego oka, przez przestrzeń nad nasadą nosa, po lewy policzek. Żółte oczy. Ostre kły i pazury. Brak lewego ucha, blizna nad okiem i na lewym poliku.
Cóż. Miała zamachnąć się na ten śmierdzący, rzeczny ryj, ale jak tamta zeskoczyła z JEJ skał i sobie polazła, to to nie miało sensu. Niech sobie tam idzie, śmiało, byleby nie kręciła się po jej terytorium. Wreszcie miała swoje WŁASNE tereny i musiała ich bronić, musiała za nie walczyć i zabijać, ha. Nie zamierzała się przed tym uchylać, co to, to nie, taki miała obowiązek. Z resztą, lubiła walczyć i zabijać. Lubiła chyba tylko to. Ale. Nigdy nie atakowała i nie mordowała bez powodu, na szczęście tego wypłosza, który sobie właśnie poszedł. - PRZYJDŹ TU JESZCZE RAZ, TO ZDECHNIESZ! - krzyknęła za nią, po czym odwróciła się i polazła w stronę przeciwną. Nadszedł najwyższy czas na patrol, na to, żeby upewnić się, że żaden inny dureń nie postanowił wleźć na JEJ tereny. A jak jednak to zrobił, to zaraz zdechnie. Mógł być tego pewien.
Dawniej jej wielkość można było porównać do wysokości jakiegoś zająca, ale z wiekiem zdołała osiągnąć chociaż tę średnią wielkość przeciętnego kota. Po swojej ucieczce z Klanu Rzeki sporo schudła, choć nadal jest dość krągła(choć w większej części to wina genów i budowy). Posiada srebrną sierść poprzecinaną czarnym cętkowaniem. Na pysku, klatce piersiowej i brzuchu można dostrzec białe znaczenia, które nie wiedzieć czemu zawsze są brudne i mają lekko żółtawy kolor. Ślepia mienią się w zielonych, oliwkowych odcieniach w jaśniejszych miejscach przechodzącą w żółć. Pysk jest wyjątkowo okrągły i pucołowaty, ogon średniej długości, a łapy stosunkowo krótkie. Szczyci się długimi, wprost ptasimi pazurami, które częściowo ułatwiają jej jakość ciosów.
Niewiele zmieniło się po jej ucieczce z Klanu Rzeki. Nadal jest oschła, zimna i szorstka, a także nadal ma skłonności do agresji i bicia nieważnych kłaków, którzy myślą, że będą sobie spokojnie chodzić po jej terytorium i łapać jej zwierzynę. Jednak zmieniło się jej samopoczucie względem innych kotów. Chodzi głównie o jej wcześniejszy lęk przed innymi. Teraz zdążyła przyzwyczaić się do obecności większej liczby współplemieńców, z którymi musi rywalizować o każdy kawałek jedzenia czy terytorium, które wiecznie należy patrolować, bo wszyscy czuwają tylko na jej nieuwagę. Nie jest już tak roztrzepana jak kiedyś i łatwiej przychodzi jej skupienie. O Gwiezdnyn Klanie zapomniała zupełnie, podobnie o Kodeksie Wojownika. Jak przewidywała, nie przydał jej się w późniejszym życiu. To oczywiście nie oznacza, że jest niemoralną kupą futra, o nie. Szanuje kocie zasady, jednak nie całkiem te Klanowe. Za Klanem Rzeki nie tęskni, nie hamuje się również, kiedy niechciany gość wejdzie na jej rewir, bez wahania przegryzie mu kark, jeśli będzie mieć okazję. Ha, srebrnej również zmieniło się lekko poczucie humoru, teraz potrafi używać żartów, choć niekoniecznie w dobrych sytuacjach. Dawniej tępy wyraz pyska przypomina teraz krzywy, głupi uśmiech, który tak często prezentuje swoim gościom
Grzmiąca Łapa[KG], Czermieniowa Łapa[KW], Tomasz [P]
Znajdowała się teraz w okolicy Szorstkich Skał. Tak blisko terenów Klanu Rzeki. Tak blisko dawnych członków Klanu, współplemieńców, a raczej DAWNYCH współplemieńców. Teraz zamieszkała na jednym z terenów Osiedla Dwunogów. Życie nie było tak takie łatwe jak w Klanie, każdy kęs musiała zdobywać sama. Nie ważne jak bardzo była wyczerpana i poturbowana, mogła zdać się tylko i wyłącznie na siebie. Jej los należał tylko do niej i właściwie kocich gangów lub innych niebezpieczeństw. Jednak jeśli trzymało się wyznaczonej granicy one również nie były tak niebezpieczne, oczywiście czasem trzeba było ustąpić przy różnych sporach, żeby wyjść z nich cało, ale. Ale szczerze mówiąc jej to odpowiadało. Tam czuła się lepiej niż w tym zaszczanym Klanie Rzeki, który tworzył w jej głowie smętne wspomnienia z przeszłości. Z drugiej strony z tym miejscem dzieliła również miłe wspomnienia. Pierwsza miłość, pierwsze polowanie i walka. Coś czego nie doświadczyła w mieście czy nigdzie indziej, tylko właśnie tam... dlatego też się tu znalazła. Może liczyła na to, że kogoś tu spotka. Kogoś kto o niej nie zapomniał, kogoś kto nie będzie chciał dać jej w pysk czy odebrać ostatniego kawałka jedzenia ze śmietnika. Nie mogła być pewna, że ktoś taki się znajdzie. Trochę minęło od chwili, kiedy postanowiła uciec i już nigdy nie wrócić. Bardzo możliwy był fakt, że nikogo nawet to nie ruszyło, że Pustułcza Łapa... czy może już wojowniczka, zapomniała o niej i znalazła kogoś nowego. Mogła mieć kocięta, partnera i nowe obowiązki, a przez to wszystko zapomnieć o srebrnej damie dawniej piastującej rangę terminatorki najpierw Bławatkowego Nieba, z później Ognistopręgiej. Nie zdziwiłoby ją, gdyby i byłe mentorki nie poruszyło zniknięcie Brzozy. W końcu nawet żadnej z nich dobrze nie znała. A rodzina? Pf, Kolczasta Mordka, a raczej Morda zawsze miała ją gdzieś. Nigdy nie zapomni tego chłodu i obojętności, którą ją obdarzyła już od samego początku. NIGDY nie zagladnęła do niej do tej pieprzonej lecznicy, w której siedziała do tego zaszczanego dziewiątego księżyca życia, a później NIGDY nie przyszła porozmawiać z nią o NICZYM. Dla tej obrzydliwej, rudo-czarnej wojowniczki nie ma już ratunku w oczach cętkowanej. Ha, od zawsze miała ochotę dać jej za to wszystko soczyście w pysk i jeśli będzie miała okazję to, to wykorzysta. Druga rzecz to zapchlone rodzeństwo. Tak, tak mamy tu na myśli Ulewną Łapę, która wyraźnie unikała ją na ceremonii, jednak ona ma więcej ulgowego. Kiedyś zapytała o nią Świetlikową Gwiazdę i po ceremonii mianowania chociaż podeszła o coś zapytać. Prawie to samo tyczy się reszty, nie byli aż tak źli jak matka, ale zawsze mogli spisać się lepiej, choć najwyraźniej nie chcieli. Jeśli już mowa o Świetlikowej Gwieździe to ciekawe jak sobie radzi Czerwoną Gwiazda. Była prawie pewna, że napewno nie tak dobrze jak on. Był dobrym, świetnym przywodcą, którego darzyła szacunkiem, ale ten cały Gwiezdny Klan zechciał, żeby wcześnie oddał swoje życie w walce z borsukiem. Jego miejsce zajęła szara kotka, która już szacunku Brzozy nie otrzymała w podarku. Deszczowa Łapa... znała go już jako kociaka, również zmarł w walce z borsukiem. Zagninęły dwa jego przybrane kociaki i partnerka - Jastrzębi Szpon. Sama kotka straciła również ojca, a wcześniej z tego, co wiadomo srebrnej matkę. Zdarza się, wiadomo. Niektórym częściej. Brzoza niedawno trafiła na pewnego orientala, byłego pieszczocha dwunogów. Cynamonowy kocur zodołał ją uwieść i wykorzystać. Była wtedy tak słaba i nadal jest. Nie całkiem chodzi o słabość fizyczną, a psychiczną. Było ciężej niż myślała, ale nawet biorąc to pod uwagę nie myślała o powrocie do Klanu Rzeki. Chciała tylko kogoś spotkać, kogoś znajomego, kogoś z kim mogłaby spokojnie porozmawiać bez zbędnego warczenia i wysuwania pazurów. Samotne życie nie jest wcale takie łatwe. Przynajmniej nie tak łatwe jak się wydaje. Głównym problemem jest brak tej przyjemności otworzenia gęby do kogokolwiek. Tak, brakowało jej rozmów z Pustułczą Łapą czy nawet jakimś pierwszym lepszym Klanowiczem. Nie brakowało jej natomiast Kodeksu Wojownika. Teraz nie musiała przestrzegać tych zasad, właściwie na Osiedlu nikt ich nie przestrzegał. Ciągle śmierci, walka o rewir i każdy kęs zaszczanego jedzenia, które dla leśnego kota przyzwyczajonego do myszy nie jest jadalne. Smakuje gorzej niż beton, ale coś jeść trzeba, jeśli chce się przeżyć. Natomiast czy jakiś sens ma robienie sobie nadziei, że szylkretka w ogóle będzie chciała z nią rozmawiać. Defirywnie nie była i pewnie nie jest zadowolona, że ot tak zniknęła bez wcześniejszego powiadomienia jej. Jednak nawet dla srebrnej było to zbyt nagłe, szybkie i po prostu nieprzemyślane. Ale czy żałuje decyzji? Nie. Przynajmniej nie całkiem. Są rzeczy, które chciałaby zaplanować i lepiej przemyśleć, chociażby pożegnanie z Pustułką. Pewnie nawet nie chce widzieć jej na oczy. Nic dziwnego biorąc pod uwagę to jak głupio się zachowała w stosunku do niej.
Mistrz: Jaskółczy Śpiew Płeć: kotka Matka: Jaskółczy Śpiew Partner: słodka jak agrest, cierpka jak bez
Te czasy gdy Pustułka była malutką minęły. Stała się wielką, umięśnioną kocią, o średniej wielkości szaro niebieskich oczach o kształcie migdałów. Jest wysoka, ma krępa łapy. Cały efekt masywności dopełnia kupa jedwabistego, bardzo długiego futra, które otula jej ciało. Owa sierść ma rudoczarny kolor, który dopełnia sporej wielkości biały pysk.
Towarzysz do browara
Źródlana Łapa [KC] Modliszka [KW] Ryk [KG]
Pustułka szukała Brzozy, nie udało jej się stawiać żadnego oporu. Tym razem zaszła o wiele dalej niż zwykle, była gdzieś nie opodal ziem Klanu Gromu. Jej chód był nie spokojny, a z pyska kapały łzy. Czuła się bez radna, ale kroczyła dalej, z płomieniami nadzieji w ślepiach. Sama się nie zorientowała gdy zaszła w okolice Szorstkich Skał. Położyła się drętwo na trawie porastającej nieco gęściej tu i ówdzie. Gdy do nosa dotarła woń samotnika nawet się nie odwróciła. Żałoba zbyt ją dobiła, jeśli chcą ją zabić niech zrobią to teraz.
Sporo się zmieniła przez te dwa księżyce. Stała się wyższa, dużo schódła nie mogąc przełknąć większych posiłków. Wzrok stał się tępy, ale barwy na sierści wciąż są takie same. Dyszała ciężko nie mogąc pomyśleć co się stało Brzozie. A jeśli umarła, a Pustułcza Łapa po prostu nie mogła znaleźć jej ciała. Jest okrutna. Postanowiła wrócić do obozu, przemyśleć to wszystko. Z oczu pociekł kolejny strumień łez. Wstała.
I wtedy niemal wbiło ją w ziemię. Rozpoznała srebrną cętkowaną sylwetkę, poznaczoną bliznami. Z jej oczu wypłynęły dwie słone strużki, a kąciki pyska mimowolnie się uniosły.
To BRZÓZKA!! Jej Brzozowa Łapa, najukochańsza, jedyna miłość szylkretowej damy. Bez chwili zastanowienia popędziła do zaginionej kochanki. Stanęła wprost przed nią i spojrzała głępoko w oczy. Cała się trzęsła i dygotała. Nie wiedziała co ma robić. Z tą bezsilnością przybliżyła się do córki Kolczastej Mordki, po czym wtuliła się szyją w jej szyje.
-G-gdzie byłaś?-pisnęła jakby tracąc kontrolę. Poczuła to samo bezpieczeństwo co wtedy na drzewie Brzozy, gdy wyznawała jej miłość. Czuła orzyjemne dreszcze na grzbiecie. Nie wiedziała co robić.-T-t-tęskniłam. I-i nada-l tęsknię. Kocham Cię. -mruknęła jakby szeptem, bojąc się. Może Brzoza jej już nie kocha, i zaraz ją od siebie odtrąci, karze spadać na drzewo. Załamałaby się. Zostało liczyć na to że to ta sama kotka. Tylko trochę.. większa. Może nadal pamięta szylkretkę. Może jej szuka. Albo przynajmniej gdzieś w głębi duszy tęskni. I cieszy się z jej towarzystwa.
»Dziejesięzem n ącośbardzop i ę k n e g o«
≡
Śnimisięzamieć
Dawniej jej wielkość można było porównać do wysokości jakiegoś zająca, ale z wiekiem zdołała osiągnąć chociaż tę średnią wielkość przeciętnego kota. Po swojej ucieczce z Klanu Rzeki sporo schudła, choć nadal jest dość krągła(choć w większej części to wina genów i budowy). Posiada srebrną sierść poprzecinaną czarnym cętkowaniem. Na pysku, klatce piersiowej i brzuchu można dostrzec białe znaczenia, które nie wiedzieć czemu zawsze są brudne i mają lekko żółtawy kolor. Ślepia mienią się w zielonych, oliwkowych odcieniach w jaśniejszych miejscach przechodzącą w żółć. Pysk jest wyjątkowo okrągły i pucołowaty, ogon średniej długości, a łapy stosunkowo krótkie. Szczyci się długimi, wprost ptasimi pazurami, które częściowo ułatwiają jej jakość ciosów.
Niewiele zmieniło się po jej ucieczce z Klanu Rzeki. Nadal jest oschła, zimna i szorstka, a także nadal ma skłonności do agresji i bicia nieważnych kłaków, którzy myślą, że będą sobie spokojnie chodzić po jej terytorium i łapać jej zwierzynę. Jednak zmieniło się jej samopoczucie względem innych kotów. Chodzi głównie o jej wcześniejszy lęk przed innymi. Teraz zdążyła przyzwyczaić się do obecności większej liczby współplemieńców, z którymi musi rywalizować o każdy kawałek jedzenia czy terytorium, które wiecznie należy patrolować, bo wszyscy czuwają tylko na jej nieuwagę. Nie jest już tak roztrzepana jak kiedyś i łatwiej przychodzi jej skupienie. O Gwiezdnyn Klanie zapomniała zupełnie, podobnie o Kodeksie Wojownika. Jak przewidywała, nie przydał jej się w późniejszym życiu. To oczywiście nie oznacza, że jest niemoralną kupą futra, o nie. Szanuje kocie zasady, jednak nie całkiem te Klanowe. Za Klanem Rzeki nie tęskni, nie hamuje się również, kiedy niechciany gość wejdzie na jej rewir, bez wahania przegryzie mu kark, jeśli będzie mieć okazję. Ha, srebrnej również zmieniło się lekko poczucie humoru, teraz potrafi używać żartów, choć niekoniecznie w dobrych sytuacjach. Dawniej tępy wyraz pyska przypomina teraz krzywy, głupi uśmiech, który tak często prezentuje swoim gościom
Grzmiąca Łapa[KG], Czermieniowa Łapa[KW], Tomasz [P]
I wtem przed nią pojawił się kot. Sfrunął jak kot z Gwiezdnego Klanu na ziemie, pojawił się po prostu jakby znikąd. Wcześniej ani go nie wyczuła, ani nie zobaczyła, co znaczyło, że potrafił wykorzystać kamuflaż otoczenia jak i schować swój zapach idąc pod wiatr, ale też poruszać się bezszelestnie. Teraz jednak kiedy stał bezpośrednio na przeciw niej mogła dostrzec czarno-rudą sierść postaci z tylko odznaczającym się mlecznym znaczeniem na pysku. Kot ów posiadał niebieskie jak niebo tego dnia oczy, niebo nie pokryte żadną chmurką, niebo idealnie czyste. W tych oczach każdy mógł się z łatwością utopić... I ona kiedyś topiła się w łatwością w tych oczach nie potrafiąc jeszcze pływać w tych nieznanych głębinach. Jednak zdołała je okiełznać i oswoić. Stały się jej, tylko jej. Ale czy nadal należały do niej? Czy może ktoś inny już zdołał je perfidnie skraść dla samego siebie i już nigdy ich nie odzyska? Tak, to definitywnie były oczy Pustułki. Nawet w ciemności potrafiłaby je rozpoznać bez większego wysiłku. W końcu kiedy przebywa się przy takich głębinach łatwo przyzwyczaić się do nich tak bardzo, że po nocach będą skłonne nawiedzać cię dalej, nawet w świecie, do którego wydawałoby się tylko ty masz dostęp. To właśnie te głębiny torturowały jej sny, co noc nie dając pozbyć się wyrzutów sumienia. Tak bardzo żałowała, że to pożegnanie musiało tak wyjść, a właściwie nie istnieć, bo tak naprawdę nigdy do niego nie doszło. Była głupia i egoistyczna. Myślała, że właśnie tak będzie lepiej i dla niej, i dla szylkretki, choć teraz mogła zobaczyć, że pozornie było to dobre tylko i wyłącznie dla niej i dla jej własnej wygody. O Tak, bardzo łatwo w końcu jest nic się nie odezwać i odejść bez zbędnych tłumaczeń, które mogłyby być bardzo skomplikowane, prawda? Właśnie takie też było, ucieczka była łatwa, zbyt łatwa. Gorzej natomiast wyszło życie na własną łapę, a także życie z tymi wszystkimi wyrzutami sumienia, które nie dawały srebrnej żyć, aż do tej chwili. I Tak, głównie ten powód ją tutaj sprowadził. Chciała wszystko sprostować i wyjaśnić, żeby móc spokojnie zasnąć tej nocy.
Oczekiwała soczystego ciosu w pysk od Pustułczej Łapy. To było coś, co jej się bez dwóch zdań należało za to wszystko, co zrobiła. Czarno-ruda natomiast nieoczekiwanie i ku zdziwieniu Brzozy wolała wtulić się w jej szorstką, brudną sierść. To dla niej spory szok, głównie przez swoje własne morale, które nakazywały jej oczekiwać srogiego bicia po mordce. Pustułka okazała się jednak bardziej miłosierna.
- J-ja... Nie chciałam. - wyszeptała czując jak jej głos drży. - T-to nie miało tak wyjść! Naprawdę. Długo nad tym myślałam, nad tym jak mogłabym to wytłumaczyć, ale byłam niesamowicie głupia i egoistyczna. Wtedy dla mnie najłatwiej było po prostu zwiać i się już nie pokazać nikomu na oczy. - kontynuowała patrząc pusto w ziemię. - Wiem, że mogło cię to bardzo zaboleć. Wyobrażam sobie, co czujesz. Dla mnie to też nie jest i nie było łatwe, co oczywiście mnie nie usprawiedliwia, ale spróbuj mnie zrozumieć. Nie mam pojęcia dlatego podjęłam tak impulsywną decyzję, ale być może było to spowodowane ostatnimi wydarzeniami w Klanie Rzeki. Najpierw śmiercią Świetlikowej Gwiazdy, przejęcia przywództwa przez Czerwię i później tymi wszystkimi zniknięciami. Chciała tak naprawdę nie to było głównym impulsem, a mój problem z treningami. Miałam już tego dość. Zmiany mentora i przedłużającego się treningu, ale teraz wiem jak bardzo to wszystko było głupie. Nie poradziłam sobie całkiem na osiedlu. Doszło do kilku nieprzyjemnych incydentów, których definitywnie nie planowałam. Pewnie to głównie przez mój ptak doświadczenia i naiwność... - przerwała, żeby przełknąć slinę. Na razie nie będzie jej mówić o tym orientalu. Może przejdzie jej to płazem i nie dojdzie do... ciąży. Nawet nie może myśleć, że do niej dojdzie! To byłby kolejny problem. Nie dlatego, że nie chce kociąt, a dlatego, że powstaną one z takiego incydentu, nieprzyjemnego incydentu, który może ją dalej prześladować. Do tego Pustułka może ją za to znienawidzić, bo to zdrada, choć wcale nie miało to tak pójść. To częściowo była jego wina, ale srebrna i tak swoje w tę zbrodnię włożyła. - Ja-jak też cię kocham... Nie chciałam cię opuszczać, naprawdę.
Dotknęła jej bok ogonem, a wilgotnym nosem bark kotki. Po chwili zaczęła lizać jej zmierzwiną sierść na grzbiecie, aby trochę się uspokoić. Jak szylkretka przyjmie wytłumaczenia? Czy będzie chciała je w ogóle przyjąć po takim czasie?