Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Wstał. Wstał i stanął tyłem do kotki, jedynie obracając łeb by się jej przyjrzeć, chociaż jeszcze ten jeden raz. To nie tak, że spodziewał się zobaczyć cokolwiek wyjątkowo ciekawego... ale uniósł lekko brwi widząc, jak nagle Cykuta do niego lgnie, jak błaga żeby został. Z jednej strony ciekawiło go, co by było gdyby został... ale z drugiej jej prośby i słowa były tak żałosne i pełne słabości, że Pajęczyna nie potrafił powstrzymać lekkiego grymasu, który wykrzywił jego pysk i zmusił do pokazania kilku ostrych zębów. Słaba. Słaba i bezużyteczna, nic więcej. Nie sądził, żeby ta kotka przeżyła noc, nieważne co by zrobił - przecież nie odprowadzi jej do obozu obcego Klanu! I nie zaproponuje jej przyjścia do Wichru, bo po co? Jedynie jego nielegalne wyjście wyszłoby wtedy na jaw. Same kłopoty. Bez sensu.
- Skoro ktoś cię szuka, to cię znajdzie. Ja nie mogę ci w tej sytuacji pomóc, a tak się składa, że powinienem wracać do siebie. - mruknął, leniwie obracając łeb w przeciwnym kierunku do kotki, po tym jak się już na nią napatrzył. Następnie biały kocur po prostu zaczął odchodzić, dostojnym krokiem, nie spiesząc się wcale. - Zaskocz mnie i przeżyj, to może się jeszcze zobaczymy. Czy to nie ekscytujące? - dodał na pożegnanie, tylko po to by zaraz zniknąć gdzieś w ciemnościach.
Poczuła jednocześnie ulgę i jednocześnie poczuła, jak zalewa ją kolejna fala strachu, stresu. Przerażenia wręcz. Odszedł, naprawdę sobie poszedł chociaż mówił, że pewnie nikt go nie szuka, że mógł robić co mu się tylko żywnie podobało. Obiecywał, że jest z nim bezpieczna a teraz zniknął zanim zdążyła zareagować, zarejestrować w pełni jego słowa, to, że faktycznie odchodzi; chciała za nim wołać ale jednocześnie nie chciała wydać z siebie żadnego dźwięku.
Przylgnęła do zimnej trawy i zaniosła się bezdźwięcznym płaczem, drżąc, płaszcząc w zaroślach z nadzieją, że wtedy nic ani nikt jej nie zobaczy. Może Zboże albo Tojad albo ktokolwiek inny ją zaraz znajdą, zabiorą do obozu, z którego tak głupio i bez powodu wyszła.
A może nikt nie zarejestrował tego, że zniknęła. Może coś ją faktycznie zje i wtedy nie będzie już problemem dla nikogo w Klanie Rzeki i poza nim.
Tej nocy w swe sidła złapała go bezsenność. Może był zbyt zmęczony, by spać. Może uderzyło go ostatnie zwolnienie tempa, pędzącego na wariackich papierach odkąd zaginęła Kosowa Gwiazda, przez co przestał być napędzany adrenaliną; i co w efekcie otworzyło mu umysł na stek natrętnych myśli oraz na uprzytomnienie sobie, jak diametralnie zmieniło się jego życie w przeciągu ostatnich kilku księżyców. Może dobijała go przeraźliwa tęsknota za Mętlik, w której powrót nie chciał przestać wierzyć, ale chyba powoli przestawał. Może zaprzątały go myśli o Cykucie, bo choć trening kotki nie szedł tragicznie, to przecież nie samym treningiem żyje kot, a ona wydawała się bardziej egzystować niż żyć. A może tknęło go jakieś dziwne przeczucie, które powstrzymało go od zapadnięcia w sen i nakazało mu wyjść przed Słoną Grotę. Stamtąd nie trzeba było już wiele, by do jego nozdrzy dotarła znajoma woń córki siostrzenicy. Co nie dziwiłoby go, oczywiście, gdyby tylko na co dzień spędzała czas jak każdy inny Klanowicz — w towarzystwie, jedząc przy stosie, w naturalnym trybie dnia przemieszczając się z jednego zakątka do drugiego. I gdyby jej zapach nie prowadził do wyjścia z Obozu, co przecież w jej przypadku było jakimś absurdem. Łaciata z trudem przekonywała się do opuszczenia Chruśniaka, dlaczego więc miałaby znaleźć się na terenach? Serce zakołatało mu w piersi, myśli ruszyły jak galopujące konie. Była wśród swoich, nikt nie wyprowadził jej siłą, to na pewno. Ale co jeśli, dusząc się w Klanie, podjęła impulsywną decyzję o odejściu? Albo ktoś lub coś ją przestraszyło? Co jeżeli, gdziekolwiek była, potrzebowała pomocy?
Bez namysłu ruszył jej śladem, z każdym krokiem przyspieszając tempa. Przeszedł nieopodal Błyszczących Głazów, przedarł się przez Łęgi, przystając tylko raz, zaalarmowany fetorem lisa. Nieświeżym, dotarło do niego po kilku uderzeniach serca zgrozy. Drapieżnik nie mógł dorwać Cykuty. Biegł dalej, przez Trawiastą Dolinkę, zastanawiając się w stresie, jak daleko będzie musiał zajść. Dlaczego odeszła tak daleko? Naprawdę zamierzała opuścić klanowe ziemie...?
Silniejszy zapach kotki uderzył go dopiero w okolicach Szarych Brzóz. Z początku nie zauważył w trawie przyczajonego futerka, ale kiedy zaczął nerwowo rozglądać się wokół i wytężać zmysł węchu, w końcu na nią natrafił. I pomimo pierwszego, porażającego wrażenia, była żywa. Gwiezdnym niech będą dzięki.
— Cykuta! — powiedział głośniej niż zamierzał, z głosem pełnym strachu zmieszanego z ulgą. Cudem powstrzymał się przed dopadnięciem do niej, by już aby na pewno była bezpieczna. Nie doceniłaby takiego gestu. — Wszystko w porządku? Co się stało? Dlaczego tu jesteś? Nic ci nie jest?
Poza szelestem traw i drzew targanych zimnym wiatrem Cykuta słyszała tylko własne oszalałe, przerażone serce które kołatało jej w piersi. Poza tym świat był zupełnie cichy co utwierdziło ją w przekonaniu, że Pajęczej Łapy faktycznie już tu nie ma. Była sama i zdana na łaskę tego lasu; ofiara własnej głupoty, własnej chwili nieuwagi, chwili uniesienia i chwili przekonania, ze nic się nie stanie jeśli wyjdzie tylko na chwilę. Jak mogła dać się łapom powieść aż tak daleko?
Serduszko waliło jej jak oszalałe i jedynie przyspieszyło gdy usłyszała kroki. Ktoś, coś się zbliżało. Oddech jej przyspieszył, ale nie poruszyła się, ani drgnęła, chociaż jakiś pierwotny instynkt kazał jej podnieść się z ziemi i uciec, jak najdalej, jak najszybciej. Już prawie była gotowa to zrobić orientując się, słysząc, jak ten ktoś, albo to coś, jest coraz bliżej.
A potem rozpoznała głos Łabędziej Gwiazdy. Był głośny, był nią na pewno niesamowicie rozczarowany i Cykucie serce podeszło do gardła. Nie wytrzymała; zwymiotowała z nerwów, brudząc siebie i trawę pod sobą, krztusząc się własnymi wymiocinami i łzami; w końcu się uniosła, zapłakana, bo zwrócenie resztek ostatniego posiłku przelało czarę goryczy i doprowadziło ją do histerii. Zbyt wiele, zbyt szybko, za dużo na raz.
- Chcę do do-mu - wydukała przez łzy w kierunku Łabędzia, ale odmawiała na niego spojrzeć.
Cykuta zwymiotowała, a Łabędź, zawstydzony samym sobą, cofnął się o krok. Powinien był pohamować emocje, zamiast przelewać własne zmartwienie na i tak wyraźnie zlęknioną kotkę. Nieważne, co tu robiła i dlaczego, najważniejsze, że była cała. Nic jej się nie stało. Zresztą, szczerze powiedziawszy wątpił, czy dowiedziałby się teraz od niej czegokolwiek. Wyglądała co najmniej tak, jakby została porwana przez pelikana i zrzucona z wysokości wprost na granicę z Ziemiami Niczyimi. Scenariusz nieprawdopodobny, biorąc pod uwagę zwycięstwo Rzeki nad wielkodziobym ptactwem oraz brak zapachu krwi, ale idealnie odpowiadał wrażeniu, jakie wywoływała ta zapłakana istotka. Chyba to dobrze, że Tojad i Zbożowy Kłos nie widziały córki w takim stanie, choć z drugiej strony ich towarzystwo mogło pomóc ukoić jej zszargane nerwy i błękitnooki nieco żałował braku ich obecności.
— Już dobrze, dobrze — wymruczał cicho, raz jeszcze musząc powstrzymać się od bardziej dosłownym otoczeniem jej opieką; nie bacząc na to, że dość mocno się ubrudziła, najchętniej otuliłby ją ogonem i szedł z nią bok w bok przez całą drogę powrotną, lecz ten sposób dawania wsparcia już dawno został wykreślony z relacji z Szalejącą Łapą. — Dasz radę iść?... Cokolwiek się stało, jesteś bezpieczna. Jestem przy tobie, nic ci nie grozi. Zaprowadzę cię do Obozu, w porządku?
Może jednak nie był zły? Nie wiedziała, co powinna czuć w tej chwili, jak powinna zareagować na obecność Łabędziej Gwiazdy w takiej chwili. Ale ton jego głosu faktycznie sprawił, że poczuła się nieco lepiej. Jeszcze nie w pełni bezpieczna, ale nie dygotała już jak osika na wietrze; nawet spróbowała się podnieść, chociaż kołysała się na boki, zmęczona po tak stresującym spotkaniu z Wichrowcem, po tak intensywnej fali wymiocin.
Chwilę zajęło jej zarejestrowanie słów Łabędzia, ale gdy do niej dotarły, w odpowiedzi Cykuta kiwnęła głową. Chyba da radę iść. Tak myślała. Taką miała nadzieję. Choćby miało to zająć całą noc, chyba zdoła dojść z powrotem do obozu. Byle nikt jej już dzisiaj nie dotykał i nikt nie próbował z niej wyciągnąć jakichkolwiek informacji o tym, czemu tutaj wyszła.
Nie mówiła nic więcej ani w żaden sposób nie dała mu odczuć, że dotarły do niej jego słowa; wydawała się poza zasięgiem, głęboko w swojej głowie. Jak w szoku. Łabędź powoli zaczynał się zastanawiać, co powinien zrobić, jeżeli Szalejąca Łapa nie pozwoli zabrać się do Obozu, lecz w ciągu kilku kolejnych uderzeń serca jego zmartwienie mogło odejść w niepamięć. Kiwnęła głową. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco i niespiesznym krokiem, patrząc uważnie, jakie tempo będzie odpowiadało koteczce, zaczął iść w stronę domu, przy czym starał się wybierać ścieżki, gdzie listowie jak najmniej zasłaniało księżyc. Mógł wyłącznie zgadywać, czy miało to dla niej znaczenie, ale uznał, że mrok aż nadto dobrze wpływa na wyobraźnię i trochę towarzystwa blasku księżyca z pewnością im nie zaszkodzi. Nie odzywał się już, ograniczając się do monotonnego mruczenia mającego na celu zamaskować ewentualne szmery czy odgłosy zwierząt, które mogłyby dodatkowo przestraszyć młodą. Nie wiedział, skąd się tu wzięła ani co robiła, aczkolwiek tylko ślepy i głuchy nie zorientowałby się, że na dziś wystarczyło jej wrażeń.
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Wieszczek był ciekawy swoich korzeni - nie w jakiś desperacki sposób, ale nie potrafił całkiem wyrzucić z głowy Klanów, z których wywodzili się jego ojcowie. Co prawda tata Raniuszek należał teraz do Nowego Świtu, ale ten drugi nadal - chyba - żył jako Klanowy kot. Dymnemu kocurkowi czasem się śniło, że jest tam z nim, że również jest członkiem Klanu Rzeki. Najczęściej otaczało go wtedy dużo kotów, a jeden z nich wywoływał go na przód, by nadać mu nowe imię. W stadzie wyglądało to podobnie, więc starsze koty uważały, że to tylko wyobraźnia Wieszczka, ale mówili tak też za każdym razem . Młodzik wolał się czasem nie odzywać niż kolejny raz usłyszeć to tylko sen, Wieszczku, ale zobaczyć ten specyficzny uśmieszek, który rozmówcy przybierali, kiedy nie chcieli wprost wyśmiać tego co mówił.
W każdym razie, kocurek w końcu namówił Cyryla, że dołączy do niego podczas poszukiwania ziół, a już w trakcie spaceru przekonał go, by podeszli bliżej Grzmiącej Ścieżki i terenów Klanów. Była wczesna pora, słońce ledwo wyjrzało zza horyzontu i straszna droga była równie cicha i spokojna co otaczające ją las i łąka. Wieszczka kusiło by przejść na drugą stronę i zobaczyć, czy rzeczywiście trawa jest zieleńsza po drugiej stronie.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Minóg prędko nauczył się w jakich porach Grzmiąca Ścieżka nie reprezentowała sobą olbrzymiego zagrożenia, gdzie starczyło jedno uderzenie serca nieuwagi by zmienić się w plamę krwi rozjechaną na asfalcie. Jeszcze szybciej zaktualizował swoją wiedzę po dołączeniu do Klanu Rzeki, gdy należało ogarniać jedynie ruch na jednym, konkretnym skrawku asfaltu, a nie na szeroko pojętej okolicy.
Wyruszył z obozu, gdy słońce jeszcze ukrywało się za horyzontem. Nie zabierał ze sobą jakiegokolwiek towarzystwa, bo szczerze mówiąc miał nadzieję, że uniknie rozmowy z klanowiczami o swoich zwyczajach. Truchtem mijał kolejne przemarznięte trawy i zwolnił kroku dopiero gdy do dwukolorowego nosa dotarł ostry smród Grzmiącej Ścieżki – dużo mniej intensywny niż gdy było ciepło i dużo mniej najgorszy i nie do wytrzymania niż w opinii wielu kotów. Przeskoczył rów i dostrzegł jakąś sylwetkę po drugiej stronie jezdni, którą szybko zaklasyfikował jako nieznajomą. Na krótki moment się zawahał czy takie towarzystwo krzyżowało mu plany, zaraz jednak uznał, że trzeba korzystać z ciszy na Grzmiącej Ścieżce i wszedł ostrożnie na pobocze by potrzeć raz lewym, raz prawym barkiem o ciemną nawierzchnię. I powtórzyć procedurę kilka razy.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Wieszczek w końcu zdecydował się przekroczyć jezdnie, kiedy spośród drzew po drugie stronie wyłoniła się sylwetka nieznajomego kota. Kocurek momentalnie cofnął się o poczyniony krok. Z tego co zdążył się dowiedzieć, rząd pni oddzielał drogę od terytorium Klanów, więc przybysz musiał z nich pochodzić, prawda? Obudziło to w młodziku nagłą nieśmiałość, więc odruchowo przylizał futerko na piersi, by zaraz potem wlepić wzrok w szylkretowe futerko... rychło w czas, żeby zobaczyć jak tamten pada na ziemię i zaczyna wycierać się o czarną powierzchnię.
- ....?! - Nie do końca określony dźwięk zaskoczenia wydarł się z szeroko otwartego pyszczka Wieszczka, który momentalnie zapomniał o niebezpieczeństwach ścieżki i potruchtał w stronę domniemanego Klanowicza.
- Ale co ty robisz! - Huknął mu nad uchem. Z nastroszonym dymnym futrem sam wyglądał jakby dopiero co wytarł się o Grzmiącą Ścieżkę, a pyszczek zmarszczył mu się w groźnie wyglądającym wyrazem zatroskania.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Jakby Minóg miał przyjaciół, którym mógłby opowiedzieć wieczorem o dzisiejszej sytuacji, opisałby ten dźwięk jako niezidentyfikowany, nie do końca koci. A jak wiadomo, niezidentyfikowane dźwięki, gdy przebywa się na Grzmiącej Ścieżce zajmują drugie miejsce – zaraz po ryku potworów – odgłosów, których nie chciało się słyszeć. Nie był jednak na tyle głośny by rzeczywiście zwrócić uwagę szylkreta, w zasadzie dopiero po fakcie, gdy oburzone pytanie zawisło bezpośrednio nad nim, powiązał je z tamtym dźwiękiem. Łypnął w górę by dostrzec patykowatego szczura.
– Prowokuję potwory. Nie widać? – odparł burkliwie i jakkolwiek chętnie by się jeszcze potarzał tylko po to by udowodnić, że rzeczywiście właśnie w to celował, tak podniósł się w miarę pośpiesznie, by nie świecić brzuchem przed obcym. – Ale co ty tu robisz? – odbił piłeczkę, by zdjąć uwagę ze swojej osoby. Zresztą kto to widział nękać obcych na asfalcie.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Oczy Wieszczka zrobiły się okrągłe i ciemne jak dojrzałe borówki.
- Postradałoś rozum... - Trudno powiedzieć, czy było to pytanie, czy stwierdzenie, w każdym razie końcówka tej wypowiedzi uderzyła w nieco wyższe tony. Dymny kocurek rozejrzał się z zaniepokojeniem, ale żaden sprowokowany potwór nie nadciągał ciemną ścieżką. Natomiast nieznajomy w tym czasie podniósł się z drogi, więc Wieszczek zrobił jedyną rzecz która wydawała mu się słuszna: natarł na szylkreta i zepchnął go z pobocza w przydrożny rów. W ten sposób oboje znaleźli się w bezpiecznej przestrzeni i nawet jeżeli samochody rzeczywiście zostały przywołane przez dziwny rytułał, chyba nie dałyby rady ich tam dosięgnąć...
- Ja? Nic szczególnego. - Odmiauknął potem jakby nigdy nic, otrzepując się z suchych farfocli, które wplątały mu się w futerko podczas procesu spychania nieznajomego.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Postradał... a może i postradał skoro wdawał się w rozmowy z jakimś przypadkowym szczurkiem. Gorzej, że słowa przypadkowego szczurka przyczepiły się do niego niczym rzep z powołaniem do bycia rzepem. Wydawało mu się to oczywiste, że nikt by nie próbował przywołać potworów i że dymny wyczyta między wierszami, że nie jego interes, kropka. Ale nie. I miał teraz Minoga za wariata. Szylkretowi ta świadomość wybitnie nie leżała, ale nim otworzył pysk by jakoś sprostować to nieporozumienie, oriental na niego wpadł.
– Co do... – syknął zaskoczony, gdy znalazł się na trawach. Umówmy się, że wcale mu nie zależało na tym by zmienić się w krwawą plamę na asfalcie, ale gdyby wiedział co typiarz planuje, to by dla zasady chociaż się jakoś zaparł w miejscu. A tak? Trzy kroki i już ten plan nie miał sensu (ani szans na powodzenie).
– Nic szczególnego? A to teraz to co to nib- – no i Minogowi nie było dane dokończyć, bo równocześnie zrobił krok w tył. Zapomniał jednak o rowie zaraz koło pobocza, więc gdy jedna z łap poślizgnęła się na wilgotnej trawie, zaraz w ślad za nią cały kocur zjechał prosto w wodę zebraną na dole. Chlupnął jak dorodny kasztan i wydał z siebie niezidentyfikowane skrzeknięcie. Nie zerwał się jednak na suchy grunt, siedział w śmierdzącym dołku i jedynie uniósł z niesmakiem lewą łapę by nią potrząsnąć, ale zaraz zrezygnowany opuścił ją do wody. – Wielkie dzięki. – burknął w górę. Zarówno do dymnego jak i przodków na chmurce, obi pewnie też maczali w tym pazurki.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Pierwsze co można o nim powiedzieć: buja w obłokach. Pasjonują go historie, zarówno te wymyślone przez niego, jak i opowiadane przez innych. Nie stąpa zbyt twardo po ziemi i dużo patrzy w niebo, więc często się potyka. Nie unika towarzystwa, ale potrafi stracić koncentrację w połowie rozmowy. W jego głowie zaciera się granica pomiędzy rzeczywistością, a fantazją, a może po prostu widzi coś więcej niż inni? Jest ciekawski, ale bywa zapominalski, dość sympatyczny, ale nie zawsze mówi to co wypada.
Szylkret nie próbował się opierać. Czy też bardziej: Wieszczek nie dał mu szansy na to, by się opierać i zapierać. Działanie z zaskoczenia przyniosło oczekiwany skutek i dzięki temu mogli rozmawiać w bezpiecznym miejscu... względnie, bo zanim nieznajomy stanął pewnie na nogach, ziemia umknęła mu spod stóp i zjechał wprost do rowu wypełnionego wodą. Cichutkie "ups" opuściło pyszczek kocurka, kiedy patrzył z góry na siedzącego w kałuży kota.
- Wolę cię oglądać w tym dole niż rozpłaszczonego na tamtej drodze. - Poinformował głośno. - Co ci w ogóle wpadło do głowy? - Zainteresował się, dając nieznajomemu szansę na to, by się wytłumaczył ze swojego postępowania. Nie wiedział jak tragicznie może się to skończyć? Czy może z premedytacją chciał zakończyć swój żywot? Na tę myśl Wieszczek smutno poruszył uszami. Dobrze, że szylkret nie podejmował żadnej próby wydostania się z tego rowu, kocurek nie zamierzał mu w tym pomagać - zdecydowanie lepiej się go strzegło, jak pozostaw na dole.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– A ty nie masz własnych problemów, że obcym się naprzykrzasz? – burknął, unikając odpowiedzi na pytanie z gracją baletnicy. Takiej, którą kontuzja zdjęła z parkietu nim ktokolwiek zdążył poznać jej nazwisko. Podniósł się na cztery łapy i otrzepał futro z nadmiaru śmierdzącej wody. Jak na co dzień chodził po świecie nastroszony ze względu na nierówności w kolorowej szacie, tak teraz, z kłakami sklejonymi brudem, już w ogóle wyglądał jak niedorobiony jeż.
– Wiem co robię, nic by mnie nie rozjechało. – wyjaśnił łaskawie nim, o zgrozo, rzeczywiście podjął próbę wydostania się z rowu. Ruszył pod górkę, chlapiąc dookoła wodą, bo długie futro to jednak nią nasiąkało jak dzikie. – Więc jakbyś był tak uprzejmy nie wtryniać się w coś co robiłem setki razy to by było bosko. – dodał jeszcze przez zacisnięte zęby zbliżając się do krawędzi rowu.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere