Wyraźnie urósł od czasu bycia małą kluską. Młody kocur jednak nadal nie jest szczególnie duży, a także nie wykształcił jeszcze masy mięśniowej typowej dla starszych i bardziej doświadczonych życiem kotów. Na tą chwilę jest dziwnie zaokrąglonym kłakiem futra, wyciągniętym nierówno w każdą stronę, jako że nadal rośnie. Długie futro kocura ma dość ciemną burą barwę z gęstym klasycznym pręgowaniem. Dość dużą część ciała pokrywa jednak biel. Na głowie pokrywa ona trochę nierówno mordkę, ciągnąc się do góry. Dalej biel rozpościera się na szyję, tworząc ładny, szeroki trójkąt. Kolor przechodzi także na brzuch kocura. Białe skarpetki Jenota sięgają miej-więcej do połowy przednich łap, w przypadku tylnych wchodzą lekko na uda. Głowę kota przyozdabiają pędzelki na uszach, oliwkowo-zielone oczy i różowy nosek.
Nastoletni kocur nie zmienił się szczególnie od czasu gdy był małym kociakiem. Jest otwartym i przyjaznym młodym kocurem, które chętnie zawiera nowe znajomości. Jest empatyczny i zawsze stara się wszystkich uszczęśliwić, nawet jeżeli nie zawsze wychodzi to jak powinno. Stara się być odpowiedzialny i przemyśleć swoją każdą decyzję, ale jak każdego młodzika...czasem go poniesie. Jest fajtłapą, potrafi się zamyślać i wpadać na koty. Chociaż Jenot lubi zawierać znajomości, bycie centrum uwagi wielu kotów na raz bywa dla niego bardzo stresujące. Pod presją łatwo zaczyna panikować.
Kocur przez chwilę przekrzywił głowę. Akonit nie miał pojęcia czym byli ludzie? Kocur jednak szybko rozjaśnił zakłopotanie Jenota. Dwunogi. O rany, rzeczywiście to tak koty klanowe nazywały ludziów.
- O tak dwunodzy. Wiesz, wiele kotów nazywa ich ludźmi. Przynajmniej poza klanami. – Kocur wyjaśnił szybko o co mu chodziło.
Jenot nie odpowiedział na dość dziwne pytanie, woląc na razie nie myśleć za bardzo o komplemencie. To wyszło dość niezręcznie, biorąc pod uwagę że nie do końca to tak planował. Jednak co miał teraz powiedzieć? Jedynie przytaknął głową w ciszy. Ty też...? Tak. Ty też. I w sumie nie mógł się nie zgodzić. Akonit rozsiewał aurę czegoś...czego Jenot w sumie nie czuł nigdy dotąd. Może zalążki kocięcego zauroczenia? A może nie...? W tym momencie sam nie potrafiłby tego zdefiniować, ani tego w zasadzie nie rozumiał.
- Wiesz, nie ma za co. W ogóle..Akonitowa Łapa jest dość długie, prawda? Mógłbym ci mówić po prostu Akonit? – Jenot nie wiedział co to słowo oznaczało, ale było dość ładne.
Po chwili Jenot lekko przechylił głowę, gdy rudy Gromowicz zaczął mówić nieco więcej o swoim życiu. Nowo-świtowiec słuchał z zainteresowaniem, ale i odrobiną zmartwienia. W każdym razie wyglądało na to że sprawy w klanie nie wyglądały najlepiej dla Akonitu.
- To...nie brzmi zbyt dobrze. – Czy konflikty z przywódcą często zdarzały się w klanach. Kocur jednak postanowił nie być zbyt wścibski o klanowe sprawy. Informacje były przydatne, ale też nie chciał posądzony za wyciąganie ich na siłę.
- Hm...można tak powiedzieć. Bo nie należę do żadnego z klanów. Jednak nie jestem do końca sam. Mieszkam jakiś kawałek stąd. Z rodziną. – Jenot ostrożnie dobierał słowa Nie był na tyle głupi by ufać z informacjami komuś kogo dopiero co poznał. Ostatecznie więc zdecydował się na pół-prawdę. Wolał na razie nie zdradzać zbyt dużo na temat Nowego Świtu. Jednak słowa Akonitu prowadziły do interesującej konkluzji. - Wiesz Akonicie, nie chcę nic narzucać. Jednak jeżeli jednak byłbyś zmuszony odejść, to myślę że nasza rodzina cię ciepło przywita. Jeżeli kiedyś byś chciał, to mogę cię im przedstawić. – Na początek badanie terenów. Skoro Akonit potencjalnie szukał nowego miejsca do życia, to może przemyśli propozycję.
Kocur w górnej granicy niskiego wzrostu o długiej, zbitej, biało-rudej sierści, oczach koloru bursztynu z brudną zielenią przy źrenicy i trójkątnej głowie. Posiada duży nos, pulchne poliki, krępe i krótkie nóżki oraz niezbyt długi ogon. Brzydal. Od "małego Akonita" odróżnia go większa krępość. Nie jest już chuderlakiem, a raczej średniej budowy. Prócz tłuszczu udało mu się zdobyć mięśnie, nadal jednak jest pulchny.
Przestał już być idiotą – a przynajmniej tym głupkowatym – teraz jest idiotą, którego masz ochotę wyrzucić za okno. Nadal jednak jest dosyć bystry. Jest pesymistą oraz uparciuchem. Nie docenia innych i ma skłonności do krytykowania ich. Chętnie syknie na innych lub rzuci nieprzyjemnym epitetem. Brak u niego szacunku do Gromowych autorytetów, ponieważ nadal obwinia je o banicję jego własnej matki. Wraz z Żubrzą Gwiazdą i spółką... zaliczył każdego z nimi związanego kota do kategorii „Złe, można obrażać". W związku z tym nie zostało mu za wiele znajomych w Klanie... Jego pyszczek jest zazwyczaj wykrzywiony w gniewnym grymasie, a słowa są wypowiadane w tonie, przypominającym psi warkot. We wściekłości... płacze. Nawet łkając, próbuje zaatakować. Słownie. Na razie jednak nie ucieka do fizycznych środków, chyba że w ostateczności.
Niektórzy po sortowaniu przez wiele kryteria, w jego mniemaniu zasługują na „Czystą Kartę". Ci, którzy ją posiadają, mają okazję z nim w miarę porozmawiać. Lubi się zaprzyjaźniać.
Przestał być ciekawski, czy nadpobudliwy. Stał się leniwy oraz markotny. Kiedy tylko może śpi do południa. Swoje zadania zawsze odkłada na ostatnią chwilę i nie potrzebuje już wiedzieć o wszystkim. Starczy mu codzienna wiedza. Pozostało mu jednak kilka starych cech – nadal mówi głośno, a w niektórych przypadkach zbyt oficjalnie; wszystko bierze do siebie i dosłownie, bardzo przejmuję się opinią innych (co prawda raczej wewnętrznie, na zewnątrz raczej tego nie widać, a wręcz próbuje kogoś przekonać, że to nie wada lub sam oskarżyciel jest wadliwy), łatwo zdobywa kompleksy oraz stara się je zakryć; a w biegu nadal się ślizga oraz ogólnie jest niezdarą; jest nerwowy (chociaż nie już w takim stopniu, co wcześniej).
— Ludzie... — mruknął pod nosem. Bezsensu. — My oprócz dwunogów nazywamy ich również bezwłosymi oraz piechurami. — I to miało więcej sensu. Bezwłosi, bo nie mieli włosów. Piechurzy, bo... Trudno Akonitowi stwierdzić, ale na pewno był też jakiś powód. A ludzie? — Brzmi jak podudzie — dodał monotonnym głosem.
Opuścił głowę i uszy zawstydzony oraz zachwycony. Te kiwnięcie! Na pewno, więc nareszcie trafił się ktoś kto docenia walory estetyczne gromiaka! A na wisienkę Jenot sam prawie dorównuje Akonitowej Łapie w urodzie. A jest to przecież wyczyn!
— Może być Akonit. — posłał Jenotowi ciepły uśmiech. — Nawet w klanach zazwyczaj nie mówi się pełnym imieniem — dodał dla otuchy. Tak, aby Jenot w ostateczności nie pomyślał, że jakoś uraził biało-rudego! W końcu czasami terminator przyodziewa wyniosłą lub zrzędliwą minę! Taka już jego natura! O dziwo gburem nie był! Może miał trochę za wysokie ego... i za nisko oceniał innych. Ale buras był bliski PERFEKCJI! Chyba jedyny kto mógłby walczyć z Akonitem o miano najładniejszego kocura... ba! Stworzenia na świecie! — Albo Rudy. — W końcu tak również często był nazywany! I to chyba była najfajniejsze jego ksywka. Został też nazwany pierdołą, bezczelnym oraz gówniarzem... Ale nikt nie chciałby się tak przedstawiać.
Przytaknął lekko. Oczywiste, że nie brzmi zbyt dobrze! Ale on się nie bał Żubrzej. Była za głupia, ha! Nawet nie zrobiła nic po tym, jak zwyzywał jej córę! No może prócz wyrwania mu garstki wąsów z jednej strony. Mina mu lekko zrzedła na to wspomnienie. Mimo upływu wielu księżyców wąsy z tamtej strony, nadal były wątłe. Hodował je przez całe swoje życie! A do tego przez to wyglądał prawie jak zdrajca. Tylko wąsów mu brakowało z innej strony pyska!
— Rodziną?! — powtórzył zaskoczony. To jaki z niego samotnik! Przecież samotny nie jest. Po wysłuchaniu go do końca dodał: — Ile was jest? Tak na oko. Tyle co saren w stadzie? A może tyle co palców na dwóch tylnych łapach? — Cóż... Akonitowi z rodziny został tylko brat. Który chyba się obraził. W końcu Akonit również nazwał go pierdołą!
Z siostrami kontaktu ni ma, matka-ćpunka gdzieś się zapewne włóczy, przybrany ojciec ma go gdzieś, prawdziwego nie poznał... więc został mu tylko Chwast. Dlatego miał tylko jednego krewniaka. I jego rodzina była dwuosobowa. Ile jest? Chyba nie więcej niż pięć, co nie? To i tak już byłaby duża rodzina. Nawet trzyosobowej rodziny Akonit, by zazdrościł! Byleby się wszyscy dogadywali. Albo przynajmniej w większości.
Pomimo pytań, decyzja już zapadła. Za Jenotem mógłby pójść wszędzie. Ten rudy idiota stracił JUŻ dla niego głowę.
Wyraźnie urósł od czasu bycia małą kluską. Młody kocur jednak nadal nie jest szczególnie duży, a także nie wykształcił jeszcze masy mięśniowej typowej dla starszych i bardziej doświadczonych życiem kotów. Na tą chwilę jest dziwnie zaokrąglonym kłakiem futra, wyciągniętym nierówno w każdą stronę, jako że nadal rośnie. Długie futro kocura ma dość ciemną burą barwę z gęstym klasycznym pręgowaniem. Dość dużą część ciała pokrywa jednak biel. Na głowie pokrywa ona trochę nierówno mordkę, ciągnąc się do góry. Dalej biel rozpościera się na szyję, tworząc ładny, szeroki trójkąt. Kolor przechodzi także na brzuch kocura. Białe skarpetki Jenota sięgają miej-więcej do połowy przednich łap, w przypadku tylnych wchodzą lekko na uda. Głowę kota przyozdabiają pędzelki na uszach, oliwkowo-zielone oczy i różowy nosek.
Nastoletni kocur nie zmienił się szczególnie od czasu gdy był małym kociakiem. Jest otwartym i przyjaznym młodym kocurem, które chętnie zawiera nowe znajomości. Jest empatyczny i zawsze stara się wszystkich uszczęśliwić, nawet jeżeli nie zawsze wychodzi to jak powinno. Stara się być odpowiedzialny i przemyśleć swoją każdą decyzję, ale jak każdego młodzika...czasem go poniesie. Jest fajtłapą, potrafi się zamyślać i wpadać na koty. Chociaż Jenot lubi zawierać znajomości, bycie centrum uwagi wielu kotów na raz bywa dla niego bardzo stresujące. Pod presją łatwo zaczyna panikować.
Nazwy jak dwunodzy i bezwłosi miały dość sporo sensu. W końcu z opisu jaki słyszał, stworzenia rzeczywiście poruszały się jedynie na tylnych łapach, jak i były prawie bezwłose. W przypadku jednak piechurów, Jenot nie do końca wiedział co znaczyło takie słowo. - Nie wiem do końca sam skąd ta nazwa, ale część tak mówi. – Kocur wzruszył barkami. W tej dyskusji raczej nie uda im się dojść skąd ta nazwa się wzięła i co znaczyła, więc Jenot się w to nie wgłębiał.
Perfekcja była raczej czymś czysto subiektywnym. Jenot nie powiedziałby raczej o sobie żeby był idealny. Chociaż także nie sądził także żeby było coś z nim poważnie nie tak. Bo w sumie nie zastanawiał się nad tym zbyt wiele. Po prostu był. Po prostu żył. - Mogę ci mówić jak wolisz. Rudy też w końcu pasuje. – Kocur odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Temat klanu przyniósł chyba Akonitowi jakieś nieprzyjemne wspomnienia. Jenot co prawda zauważył bardziej wątłe wąsy z jednej strony pyszczka kocura, ale nie wiedział że to miało jakiekolwiek znaczenie. W zasadzie kultura pojedynczych klanów była mu zupełnie obca.
Kocur szybko jednak podchwycił temat i zaczął zadawać pytania. Ciężko się dziwić mu że chciał wiedzieć więcej na ten temat. Ale czy dokładna liczba kotów była czymś co Jenot mógł tak po prostu zdradzić? - Powiem ci tylko że nie mało. Ale na razie nie będę zdradzać wszystkich sekretów... – Kocur powiedział, przymykając oczy i przechylając lekko głowę. - Jeżeli nie zmieniłbyś zdania, to chętnie cię przedstawię. Tylko może...nie dzisiaj...bo sam w sumie nie powinienem odchodzić tak daleko gdy nadal nie rozpocząłem szkolenia... – Jenot bardziej odsłonił jasne zęby, w lekkim zakłopotaniu. Prawdą było że nie uczył się jeszcze walczyć, ani polować.
Kocur w górnej granicy niskiego wzrostu o długiej, zbitej, biało-rudej sierści, oczach koloru bursztynu z brudną zielenią przy źrenicy i trójkątnej głowie. Posiada duży nos, pulchne poliki, krępe i krótkie nóżki oraz niezbyt długi ogon. Brzydal. Od "małego Akonita" odróżnia go większa krępość. Nie jest już chuderlakiem, a raczej średniej budowy. Prócz tłuszczu udało mu się zdobyć mięśnie, nadal jednak jest pulchny.
Przestał już być idiotą – a przynajmniej tym głupkowatym – teraz jest idiotą, którego masz ochotę wyrzucić za okno. Nadal jednak jest dosyć bystry. Jest pesymistą oraz uparciuchem. Nie docenia innych i ma skłonności do krytykowania ich. Chętnie syknie na innych lub rzuci nieprzyjemnym epitetem. Brak u niego szacunku do Gromowych autorytetów, ponieważ nadal obwinia je o banicję jego własnej matki. Wraz z Żubrzą Gwiazdą i spółką... zaliczył każdego z nimi związanego kota do kategorii „Złe, można obrażać". W związku z tym nie zostało mu za wiele znajomych w Klanie... Jego pyszczek jest zazwyczaj wykrzywiony w gniewnym grymasie, a słowa są wypowiadane w tonie, przypominającym psi warkot. We wściekłości... płacze. Nawet łkając, próbuje zaatakować. Słownie. Na razie jednak nie ucieka do fizycznych środków, chyba że w ostateczności.
Niektórzy po sortowaniu przez wiele kryteria, w jego mniemaniu zasługują na „Czystą Kartę". Ci, którzy ją posiadają, mają okazję z nim w miarę porozmawiać. Lubi się zaprzyjaźniać.
Przestał być ciekawski, czy nadpobudliwy. Stał się leniwy oraz markotny. Kiedy tylko może śpi do południa. Swoje zadania zawsze odkłada na ostatnią chwilę i nie potrzebuje już wiedzieć o wszystkim. Starczy mu codzienna wiedza. Pozostało mu jednak kilka starych cech – nadal mówi głośno, a w niektórych przypadkach zbyt oficjalnie; wszystko bierze do siebie i dosłownie, bardzo przejmuję się opinią innych (co prawda raczej wewnętrznie, na zewnątrz raczej tego nie widać, a wręcz próbuje kogoś przekonać, że to nie wada lub sam oskarżyciel jest wadliwy), łatwo zdobywa kompleksy oraz stara się je zakryć; a w biegu nadal się ślizga oraz ogólnie jest niezdarą; jest nerwowy (chociaż nie już w takim stopniu, co wcześniej).
To czemu tak mówisz? — zadał pytanie w myślach. Ale... po chwili zadał sobie zagadkę: — Czemu inni nie pytają mnie o to, gdy mówię na przykład właśnie "piechurzy". — Albo coś w tym stylu. Przecież oni znają je pod inną nazwą. Te... "ludzie".
Po prostu odpuścił. Mógłby gdybać... ale to nie w jego stylu. Wolał się nie męczyć. A zarówno rozmowa o tym, jak i myślenie samemu musiało być wyczerpujące. A i tak przecież nie zmieniłby słownika wszystkich kotów.
Nie był tylko ładny. Przede wszystkim nie był ślepy. Zauważył atuty Akonita. Skinął lekko głową w podziękowaniu oraz oddał uśmiech.
Czyli jest ich dużo. Gdyby było mało, to by pewnie od razu się przyznał. W końcu więcej samotników — większy problem.
— Już chcesz mnie przedstawiać rodzinie? — Wyszczerzył żółte kły w asymetrycznym uśmiechu. Bez swoich dogryzek i kpin nie byłby sobą. — Daj mi czas na wyczyszczenie futerka! Muszę przecież jakoś wypaść! — zachichotał.
Mina mu spoważniała po chwili. W końcu chodzi o przyjęcie do jakiejś tam rodziny! Zapytał, nie akcentując żadnych głosek: — Kiedy. Gdzie.
Ach, czyli Jenot nie miał treningu jeszcze. Mógłby nazwać go nieodpowiedzialnym. Ale przecież Akonit zaczął unikać swojego mentora! Czy to było mądrzejsze? Co dziwne, Łuska jakoś się o swego ucznia nie upominał! Na szczęście biało-rudy umiał przynajmniej walkę.
Wyraźnie urósł od czasu bycia małą kluską. Młody kocur jednak nadal nie jest szczególnie duży, a także nie wykształcił jeszcze masy mięśniowej typowej dla starszych i bardziej doświadczonych życiem kotów. Na tą chwilę jest dziwnie zaokrąglonym kłakiem futra, wyciągniętym nierówno w każdą stronę, jako że nadal rośnie. Długie futro kocura ma dość ciemną burą barwę z gęstym klasycznym pręgowaniem. Dość dużą część ciała pokrywa jednak biel. Na głowie pokrywa ona trochę nierówno mordkę, ciągnąc się do góry. Dalej biel rozpościera się na szyję, tworząc ładny, szeroki trójkąt. Kolor przechodzi także na brzuch kocura. Białe skarpetki Jenota sięgają miej-więcej do połowy przednich łap, w przypadku tylnych wchodzą lekko na uda. Głowę kota przyozdabiają pędzelki na uszach, oliwkowo-zielone oczy i różowy nosek.
Nastoletni kocur nie zmienił się szczególnie od czasu gdy był małym kociakiem. Jest otwartym i przyjaznym młodym kocurem, które chętnie zawiera nowe znajomości. Jest empatyczny i zawsze stara się wszystkich uszczęśliwić, nawet jeżeli nie zawsze wychodzi to jak powinno. Stara się być odpowiedzialny i przemyśleć swoją każdą decyzję, ale jak każdego młodzika...czasem go poniesie. Jest fajtłapą, potrafi się zamyślać i wpadać na koty. Chociaż Jenot lubi zawierać znajomości, bycie centrum uwagi wielu kotów na raz bywa dla niego bardzo stresujące. Pod presją łatwo zaczyna panikować.
Szczerze, o ile nazewnictwo klanowe bywało dziwne, poza klanowe także nie zawsze było jasne. Zwłaszcza gdy kot do końca nie wiedział jakie było pochodzenie danych słów. W tym przypadku Nowy Świt był absolutną mieszanką klanowego słownictwa, słownictwa używanego przez gangi, czy też innych rzeczy wprowadzonych przez pojedyncze koty. Poniekąd dość dobrze to odzwierciedlało jak dziką mieszanką było stado.
Kocur zastanowił się przez chwilę. Gdzie mogliby się spotkać? Trzeba przyznać że kocur nie znał za bardzo terenów poza granicami Nowego Świtu. W końcu granica wydawała się najlepszym miejscem. - Jeżeli nie zmienisz zdania, to za dwa księżyce. Za ulicą...tą...grzmiącą Ścieżką jest takie wzgórze z jednym, charakterystycznym drzewem. Spotkajmy się tam i przedstawię cię komuś. Dobrze? Wtedy będziemy mogli też więcej porozmawiać na ten temat. – Młody kocur zaproponował, oglądając się w kierunku terenów. - Jednak gdy wyczujesz zapach taki jak mój, to znaczy że jesteś w dobrym miejscu. Jeżeli nikogo jeszcze nie będzie, zatrzymaj się i czekaj. To granica terenu który zajęliśmy. Nikt cię nie zaatakuje bez powodu, oczywiście. Ale lepiej żebyś nie szedł dalej samotnie. – Kocur podał za równo czas, miejsce, jak i sytuację z jaką się spotka. Miejscem była Wrzosowe Wzgórze, bezpośrednia granica Nowego Świtu.
Biegiem tego tematu, dwójka młodych kocurów rozmawiała jeszcze jakiś czas, na różne tematy. Chociaż Jenot nie zdradził wiele więcej na temat samej grupy. Nie chciał dawać zbyt wiele informacji Akonitowi, nim ten będzie pewny tego że chce dołączyć. Więc po prostu skupił się na zwykłej pogadance o życiu i lekkich żartach które wywołały kilka parsknięć z obu kotów. Gdzieś w czasie rozmowy, kocur zauważył dość interesującą cechę kocura. Chociaż nie była to dla niego nowość. Wzrok Jenota zatrzymał się na przednich łapach kocura. Zauważył dodatkowe białe palce i lekko przechylił głowę. - O...czyli to nie tylko u nas się zdarza... – Zauważył cicho. Jednak niedługo potem kocur zauważył że spędził tutaj już trochę czasu i pewnie reszta niedługo zacznie się zastanawiać gdzie się podział.
- Trochę się niestety późno robi. Niestety muszę wracać. Pamiętasz co mówiłem, prawda? Za dwa księżyce, na wzgórzu za Grzmiącą Ścieżką. – Jenot wstał na łapy, lekko spuszczając wzrok. Coś sprawiało że nie chciał do końca wracać, przynajmniej jeszcze nie. Ale wiedział że tak będzie najlepiej na tą chwilę. - Do zobaczenia, Rudy. – Mruknął po kilku krokach, oglądając się za siebie.
Kocur w górnej granicy niskiego wzrostu o długiej, zbitej, biało-rudej sierści, oczach koloru bursztynu z brudną zielenią przy źrenicy i trójkątnej głowie. Posiada duży nos, pulchne poliki, krępe i krótkie nóżki oraz niezbyt długi ogon. Brzydal. Od "małego Akonita" odróżnia go większa krępość. Nie jest już chuderlakiem, a raczej średniej budowy. Prócz tłuszczu udało mu się zdobyć mięśnie, nadal jednak jest pulchny.
Przestał już być idiotą – a przynajmniej tym głupkowatym – teraz jest idiotą, którego masz ochotę wyrzucić za okno. Nadal jednak jest dosyć bystry. Jest pesymistą oraz uparciuchem. Nie docenia innych i ma skłonności do krytykowania ich. Chętnie syknie na innych lub rzuci nieprzyjemnym epitetem. Brak u niego szacunku do Gromowych autorytetów, ponieważ nadal obwinia je o banicję jego własnej matki. Wraz z Żubrzą Gwiazdą i spółką... zaliczył każdego z nimi związanego kota do kategorii „Złe, można obrażać". W związku z tym nie zostało mu za wiele znajomych w Klanie... Jego pyszczek jest zazwyczaj wykrzywiony w gniewnym grymasie, a słowa są wypowiadane w tonie, przypominającym psi warkot. We wściekłości... płacze. Nawet łkając, próbuje zaatakować. Słownie. Na razie jednak nie ucieka do fizycznych środków, chyba że w ostateczności.
Niektórzy po sortowaniu przez wiele kryteria, w jego mniemaniu zasługują na „Czystą Kartę". Ci, którzy ją posiadają, mają okazję z nim w miarę porozmawiać. Lubi się zaprzyjaźniać.
Przestał być ciekawski, czy nadpobudliwy. Stał się leniwy oraz markotny. Kiedy tylko może śpi do południa. Swoje zadania zawsze odkłada na ostatnią chwilę i nie potrzebuje już wiedzieć o wszystkim. Starczy mu codzienna wiedza. Pozostało mu jednak kilka starych cech – nadal mówi głośno, a w niektórych przypadkach zbyt oficjalnie; wszystko bierze do siebie i dosłownie, bardzo przejmuję się opinią innych (co prawda raczej wewnętrznie, na zewnątrz raczej tego nie widać, a wręcz próbuje kogoś przekonać, że to nie wada lub sam oskarżyciel jest wadliwy), łatwo zdobywa kompleksy oraz stara się je zakryć; a w biegu nadal się ślizga oraz ogólnie jest niezdarą; jest nerwowy (chociaż nie już w takim stopniu, co wcześniej).
Otworzył szeroko oczy. Grzmiącą Ścieżką?! Podobno tam śmierdzi i niebezpiecznie jest. I on ma przez to przejść! Cóż będzie musiał się trochę napracować, by przyjęli go do tej rodzinki... Ale żeby od razu musiał się przeciskać między tymi potworami!? Chociaż... Akonit umie walczyć. Najwyżej skoczy na te potwory z Grzmiącej Ścieżki z pazurami! Ha! Ciach, ciach i po nich! Nie jest już taką boidupką jak kiedyś! Po prostu jest sprytny! Te potwory nie mogą byc takie straszne jak inni opowiadają! Z zwątpienia nic nie zostało! Teraz w jego oczach paliły się świetliki. Jest zbyt dobry we wszystkich dziedzinach, aby sie bać! Przynajmniej teraz, bo czasami... faktycznie tchórzył.
— Dobra — przytaknął. — Mam nadzieję, że znajdę tę... górkę — zachichotał nerwowo. A co gdyby nie znalazł? Wtedy... pozostanie gromiakiem. Koty były przyjmowane spowrotem po księżycowych nieobecnościach... więc jeśli nikt się nie dowie o jego planach, to droga do klanu nie powinna być utrudniona.
Zapach? Zaciągnął się głeboko nosem, by na pewno zapamiętać Jenoci zapach.
— Możliwe, że się trochę spóźnię. Przekaż, proszę, tej osobie, aby poczekała trochę — wymamrotał. — Zależy mi na tej rozmowie.
Reszte spotkania spędzili na przyjemnej, niezobowiazującej rozmowie. O pogodzie i innych bzdetach. Widać było, że sie dogadywali.
— Ach, to? — wyciągnął łapę przed siebie, oglądając swoje paluchy. — Kiedyś mi ktoś powiedział, że to dlatego, bo moja matka lubiła czasami trochę przesadzić z kocimiętką. I że ojciec pewnie też jakiś dziwak — burknął. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z nietaktu swojej wypowiedzi. — Znaczy powiedział mi to stary dziad. Nawet medykiem nie był — wytłumaczył się oraz westchnął na wspomnienie Chłodnego Nosa.
— Pa pa! Zobaczymy się jeszcze! Najlepiej już jako... współgrupowicze. — Bo przecież nie jako partnerzy, co nie? Poczekał kilkanaście uderzeń serca, aż Jenot się oddali oraz sam wkierował się ku gromowi.
Dwa księżyce, wzgórze za Grzmiącą Ścieżką.
Dwa księżyce, wzgórze za Grzmiącą Ścieżką.
Dwa księżyce, wzgórze za Grzmiącą Ścieżką.
...
Patrzył na to z innej perspektywy, a na pewno się nie smucił. Szedł z uśmiechem. W końcu to tylko dwa księżyce, a później... zamierza żyć z Jenotem u boku. Zauroczył się za wcześnie... i to porządnie.
/z.t. post na granicy pojawi się jeszcze dzisiaj! ewentualnie jutro
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Grzmiąca Ścieżka okazuje się dzisiaj wyjątkowo ruchliwa, więc szylkret prędko odrzuca od siebie myśl o wytarzaniu się w asfalcie. Przez resztki gryzącej woni osiadłej na postrzępionym włosie zaczyna przebijać się naturalny koci zapach, co działa na samopoczucie Minoga jak drzazga w łapie. Jednak nawet dziesięć drzazg między opuszkami nie jest w stanie skłonić go do podjęcia takiego ryzyka. Pora na plan B. Szkoda jedynie, że poszukiwania roślin o intensywnym zapachu bywają frustrujące. Miło jest znać się na ziołach i kwiatkach by wiedzieć, gdzie spodziewać się tych potrzebnych, jednak lwią część dotychczasowego życia samotnik spędził w osiedlowych uliczkach. Chęć zaznajomenia się z florą nachodzi go dopiero teraz, gdy podczas swojej wędrówki dociera do bardziej zdziczałych zakątków świata.
Wreszcie do dwukolorowego nosa dociera intensywny zapach. Nie kojarzy go w żadnym stopniu, jednak ewidentnie pochodzi od tych wysokich kwiatków o omszałych łodygach. Minóg zatrzymuje się przed rośliną i przez moment ogląda biały kwiatostan przypominający baldach, analizuje szarozielone liście ułożone w rozetę. Z jednej strony chce się bezmyślnie wytarzać w tych kwiatkach (to one najintensywniej pachną, jest o tym przekonany), a z drugiej kojarzy istnienie roślin, lekko mówiąc, niesympatycznych. Raczej nie da się umrzeć od samego nacierania chwastami, jednak bolesna wysypka brzmi już bardzo prawdopodobnie, a jego futro i bez takich atrakcji wygląda już tragicznie od maniakalnego drapania. Więc stoi naprzeciw roślinki z miną jakby próbował ją zmusić do wyjawienia swoich właściwości samym spojrzeniem. Końcówka postrzępionego ogona kołysze się w napięciu.
//Płomyk!
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Podobieństwo do Promiennej Mordki zniknęło tak szybko, jak się pojawiło bowiem z początkowej drobnej, niezapowiadającej imponujących gabarytów budowy, zostało tyle, co nic... Geny Wężowego Błysku zdecydowanie przeważyły i niemal na pierwszy, przelotny rzut oka, rozwiązane zostają wątpliwości, czyim synem jest Płomyk. Z drobnego, wiotkiego kocięcia przeistoczył się we wprost ogromnego, wysokiego jak drzewko, choć nadal trzcinowatego i wątłego kocurka. Oprócz okazałego wzrostu, po ojcu odziedziczył budowę kota orientalnego wraz z wszystkimi dla niej charakterystycznymi cechami. Jest nazbyt szczupły, pozbawiony mięśni, nieco kościsty, o długim tułowiu i równie długich, patykowatych i może ciut chwiejnych (to z ekscytacji!) lapach. Giętki, szczupły grzbiet, pokryty białymi kępkami futra, tworzącymi koliste kształty na rudym tle. Ogon jakby przydługi, biczowaty i cienki, podrygujący wiecznie z radości. Pyszczek Płomyka jest trójkątny i szczupły, o widocznie zaznaczonych kościach policzkowych i z lekka garbatym, szarym nosie. Klinowata głowa. Uszy, charakterystyczne dla kotów orientalnych, są ogromne, trójkątnawe, jakby ukradzione nietoperzowi. Oczy ma duże, skośne, przywołujące skojarzenie z kształtem migdała, z upływem czasu wybarwione na żywą barwę świeżej trawy, wiecznie błyszczą, ukazując radość i zainteresowanie ich właściciela. Natura postanowiła spłatać mu figla, jakby wygląd Płomyka nie był już dość osobliwy i obdarzyć go umaszczeniem rudy karpati. Jest trochę jak jego rodzeństwo - ale w odwróconej kombinacji (odwrócony point)! Jego krótkie, przylegające płasko do ciała i lśniące, rude futro na pysku, ogonie i łapach przybiera mlecznobiałą barwę, co Płomyk osobiście uważa za coś wyjątkowego, odróżniającego go od reszty kociąt. Często pokryte kurzem, pyłem, czym Płomyk nieszczególnie się przejmuje, wręcz przeciwnie - są one mile widziane! Co jeszcze w nim charakterystycznego? Wystająca z pyszczka końcówka bladoróżowego języka i uśmiech, tak szeroki, że wydawać by się mogło, że wykracza poza ramy pyszczka kocura. Płomyk porusza się, choć trudno określić czy zgrabnie, czy bardziej niezgrabnie (chyba jednak to drugie...), ukazując pełnię energii i gotowości do podboju świata, jakby lekko unosząc się nad ziemią, podskakując.
Gdyby umieścić radość w ciele kota to za całą pewnością byłby to Płomyk, jest on bowiem chodzącą definicją, uosobieniem tej emocji. Do życia podchodzi z ogromną dozą entuzjazmu. Prostolinijny, można czytać z niego jak z otwartej książki. Jest otwarty, może aż nadto otwarty, altruista o tak ogromnym sercu, że pomieściłby w nim każdego kota i zapewne jeszcze więcej. Zawsze pozytywny, łagodny i pewnie znów w nadmiarze przyjacielski, gdyby tylko mógł, z całą pewnością zaprzyjaźniłby się nawet z psem czy drzewem stojącym na drodze. Gadulstwo to następna cecha charakteryzująca Płomyka - nie ma siły, której udałoby się zamknąć mu pyszczek! Bywa wścibski - przecież łączy się to z ciekawością, prawda? A zaciekawiony otaczającym go światem jest bardzo, więc i bywa, że zdarzy mu się wcisnąć nos w nieswoje sprawy, ale nie ma wcale złych intencji! Posiadanie tak ogromnego serca jednak ma swoje wady - Płomyczkowi zdarza się być dość naiwnym, przecież nie byłby w stanie oskarżyć kogoś o nie do końca dobre zamiary! Nie jest pamiętliwy, szybko zapomina o sprawionych przykrościach, a i on sam za wszelką cenę unika sprawienia komuś takowej. Jest ogromnym pacyfistą, o wizji świata pełnego pokoju i piękna. Najwyraźniej klanowe matki, z którymi to spędził tyle czasu wszczepiły mu wrażliwość i chęć niesienia dobra. To właśnie jest celem Płomyka - niesienie dobra! A także próby uczynienia świata lepszym, przyjaźniejszym miejscem, co wychodzi mu z różnym skutkiem... Idealista, zakochany w idei utopijnego świata. Marzyciel, wiecznie z głową w chmurach, może przez to nieco oderwany od otaczającej zewsząd szarej rzeczywistości. Odważny, ale absolutnie nie butny, stroni od konfliktów i walk za wszelką cenę. Właściwie to zamiast polowań, chętnie łapałby małe gryzonie tylko po to, by przyjrzeć się temu, jakie piękne, maleńkie istoty chodzą po świecie... Nie jest leniwy, jednak nie ma ambicji do maniakalnego stawania się najlepszym, nie lubi wykonywać zadań, do których został przymuszony. Brak mu asertywności - jest zapatrzony w innych, szczególnie starszych od siebie wojowników. Stara się być grzeczny, bo przecież zasad się nie łamie, chyba że świat zza granic obozu sam go do siebie przywoła, jak tu odmówić światu, który sam uchyla mu drzwi do swoich jakże ciekawych tajemnic, jest tyle miejsc do odkrycia i kotów do poznania! W dużym skrócie: może i nie będzie z niego najsilniejszego wojownika w całym lesie czy też najpotężniejszej Gwiazdy, za to jego celem jest budowanie lepszego świata - takiego, w którym każdy czuje się kochany i zrozumiany, a wszystko dookoła mieni się w jasnych barwach!
Obiecał.
Obiecał Kamienistej Łapie, że odnajdzie Świerszcza. Odnajdzie jego ukochanego brata. I szukał, jak tylko potrafił, starał się wywiązywać ze swych przysiąg, zaglądał w każdy kąt, sprawdzał każde miejsce, mimo że nie wyruszyli jeszcze na wspólną wyprawę. Tego jednak nie mógł się spodziewać. Nie wyobrażał sobie tego w najczarniejszych scenariuszach.
Zawsze pomagał innym, tym razem to jednak on potrzebował pomocy.
Wełna przygasł. Stawał się coraz to mniej dostrzegalny w obozie. Stawał się duchem, przemykającym z kąta w kąt, nieosiągalnym, niewidocznym. Aż pewnego dnia zniknął. I nie pojawił się nigdy więcej. A wraz z nim wygasła część Płomyka. Czuł ból, rozrywający smutek i przygnębienie. Rodzeństwo od zawsze stanowiło istotną część jego życia. A kiedy jedno z nich zaginęło, wraz z nim odszedł brakujący element.
Nie poddawał się jednak. Mimo żalu rozrywającego wnętrze i wilgoci uparcie okalającej pysk, bez zastanowienia wyruszył. Przed siebie, gotów przemierzyć cały świat w poszukiwaniu Wełnianej Łapy. Przyprowadzić go do domu. Znów być razem, znów być blisko siebie. Nie myśląc wiele, dając się prowadzić, ponieść emocjom, darł przed siebie. Przedzierał się przez wysokie chaszcze, pokonywał kolejne długości drzew. Aż w końcu suche kończyny odmówiły posłuszeństwa, opadając z sił. Zanurzył się w gęstym gąszczu, przymykając oczy, wyczerpany, niemal zapadając w sen. Gdy do jego nozdrzy dostała się surowa woń, ożywił się. Nie był to jednak znajomy, ciepły zapach jednego z synów Wężowego Błysku, którego to w danej chwili pragnął poczuć, lecz... potrzebował towarzystwa. Wsparcia, rozmowy. Chciał trwać tuż obok kogoś, wyzbyć się wypalającej samotności. Powlókł się naprzód, próbując wykrzesać z siebie, choć cień bladego uśmiechu. Przystanął.
- Dzień dobry - przywitał się - Ja-ja szukam kogoś. Mój brat zaginął, nigdzie go nie ma. Ma na imię Wełniana Łapa, Wełenka. Szukałem cały dzień, ale nie tracę nadziei, chociaż chcę mi się płakać. Ma takie puszyste futerko, rudawą mordkę i oczy w kolorze bezchmurnego nieba. Może go widziałeś? Byłbym bardzo wdzięczny, bo tak strasznie tęsknię. I jego zaginięcie łamie mi serce, nie chcę, żeby moja rodzina się martwiła, bo ja martwię się już wystarczająco bardzo. Za bardzo kocham ich wszystkich, zrobiłbym wszystko, żeby nie cierpieli. I żeby odnaleźć braciszka.
Westchnął, opuszczając spojrzenie załzawionych ślepiów.
- A poza tym... jestem Płomyk, Płomienna Łapa. Z Klanu Gromu. A tobie jak na imię? Bardzo miło cię poznać, szkoda tylko, że w takich okolicznościach... Ale trzeba być dobrej myśli, no nie? Przynajmniej to miejsce jest takie ładne! Te kwiatki mają w sobie dużo uroku, są bielutkie jak śnieg. Za to ty masz takie kolorowe futro! I oczy. Naprawdę wyjątkowe! Wełna, gdyby cię zobaczył, na pewno powiedziałby to samo. Spodobałoby mu się.
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Nim roślince udaje się udzielić odpowiedzi (ha, jakby w ogóle zamierzała!), uwagę Minoga skrada przybysz. Kocur podnosi łeb, uważnie się przyglądając nowoprzybyłemu przez krótki moment, nim decyduje się do niego w pełni obrócić frontem, a nie jedynie wyginać sobie chudą szyję. Zostaje zaraz zalany prawdziwym potokiem słów, więc prędko odrzuca od siebie myśl od wyczekiwaniu odpowiedniego momentu na wcięcie się w słowo i skupia się na słuchaniu. Historia zaginionego brata wzrusza serce szylkreta, to oczywiste, przecież nie jest potworem i sam czuje łzy zbierające się w kącikach oczu. Od razu łapie go sympatia względem orientala. I rzecz jasna współczucie – to okropne, gdy członek rodziny znika bez śladu.
– Nie widziałem niestety nikogo o podanym rysopisie, przyjacielu. – zaczyna od złych wieści, och jak mu źle, że nie jest w stanie pomóc! Ale chwila, przecież jest. – Ale mogę pomóc ci szukać zaginionego brata, sam wiem jak to jest stracić najbliższych i nikomu tego nie życzę. Czy wiesz chociaż w którą stronę mógł się udać? – trzeba działać od razu. Im szybciej wyruszą tym większe szanse, że do wieczora odnajdą Wełnianą Łapę!
– Miło mi ciebie poznać, Płomienna Łapo z Klanu Gromu. Chwila... czyżbyś pochodził z tych klanów? Czy znajdują się one niedaleko?? – oczy mu błyszczą z ekscytacji na myśl o odnalezieniu celu swojej podróży, zaraz jednak się reflektuje, że zapomniał się przedstawić. – Ach, właśnie, gdzie moje maniery. Ja jestem Minóg. Pochodzę z daleka i właśnie odbywam podróż wraz z moim towarzyszem, którego tu teraz nie ma, której celem jest odnalezienie klanów. I jestem ciekaw czy są związane z tym klanem, z którego pochodzisz, czy może to jedynie zbieg okoliczności. A kwiatki faktycznie urokliwe, chociaż najbardziej interesuje mnie ich zapach. Powiedz mi przyjacielu, czy kojarzysz może jak one się nazywają? Albo jakie są szanse, że dostanę okropnej wysypki, jeśli wetrę je sobie w futro? Prezentują się całkiem niegroźnie, ale może to tylko pozory. – spogląda jeszcze raz w stronę kwiatka, którego próbował wcześniej przesłuchiwać. – I dziękuję za miłe słowa, jednak nie zasługuję na nie. Z nieznanych mi względów moje futro zawsze znajduje się w okropnym stanie, jakkolwiek dobrze bym się nie starał o nie dbać. Za to twoja szata prezentuje się niezwykle godnie! Nigdy takiego ułożenia barw podczas mojej podróży nie widziałem.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Podobieństwo do Promiennej Mordki zniknęło tak szybko, jak się pojawiło bowiem z początkowej drobnej, niezapowiadającej imponujących gabarytów budowy, zostało tyle, co nic... Geny Wężowego Błysku zdecydowanie przeważyły i niemal na pierwszy, przelotny rzut oka, rozwiązane zostają wątpliwości, czyim synem jest Płomyk. Z drobnego, wiotkiego kocięcia przeistoczył się we wprost ogromnego, wysokiego jak drzewko, choć nadal trzcinowatego i wątłego kocurka. Oprócz okazałego wzrostu, po ojcu odziedziczył budowę kota orientalnego wraz z wszystkimi dla niej charakterystycznymi cechami. Jest nazbyt szczupły, pozbawiony mięśni, nieco kościsty, o długim tułowiu i równie długich, patykowatych i może ciut chwiejnych (to z ekscytacji!) lapach. Giętki, szczupły grzbiet, pokryty białymi kępkami futra, tworzącymi koliste kształty na rudym tle. Ogon jakby przydługi, biczowaty i cienki, podrygujący wiecznie z radości. Pyszczek Płomyka jest trójkątny i szczupły, o widocznie zaznaczonych kościach policzkowych i z lekka garbatym, szarym nosie. Klinowata głowa. Uszy, charakterystyczne dla kotów orientalnych, są ogromne, trójkątnawe, jakby ukradzione nietoperzowi. Oczy ma duże, skośne, przywołujące skojarzenie z kształtem migdała, z upływem czasu wybarwione na żywą barwę świeżej trawy, wiecznie błyszczą, ukazując radość i zainteresowanie ich właściciela. Natura postanowiła spłatać mu figla, jakby wygląd Płomyka nie był już dość osobliwy i obdarzyć go umaszczeniem rudy karpati. Jest trochę jak jego rodzeństwo - ale w odwróconej kombinacji (odwrócony point)! Jego krótkie, przylegające płasko do ciała i lśniące, rude futro na pysku, ogonie i łapach przybiera mlecznobiałą barwę, co Płomyk osobiście uważa za coś wyjątkowego, odróżniającego go od reszty kociąt. Często pokryte kurzem, pyłem, czym Płomyk nieszczególnie się przejmuje, wręcz przeciwnie - są one mile widziane! Co jeszcze w nim charakterystycznego? Wystająca z pyszczka końcówka bladoróżowego języka i uśmiech, tak szeroki, że wydawać by się mogło, że wykracza poza ramy pyszczka kocura. Płomyk porusza się, choć trudno określić czy zgrabnie, czy bardziej niezgrabnie (chyba jednak to drugie...), ukazując pełnię energii i gotowości do podboju świata, jakby lekko unosząc się nad ziemią, podskakując.
Gdyby umieścić radość w ciele kota to za całą pewnością byłby to Płomyk, jest on bowiem chodzącą definicją, uosobieniem tej emocji. Do życia podchodzi z ogromną dozą entuzjazmu. Prostolinijny, można czytać z niego jak z otwartej książki. Jest otwarty, może aż nadto otwarty, altruista o tak ogromnym sercu, że pomieściłby w nim każdego kota i zapewne jeszcze więcej. Zawsze pozytywny, łagodny i pewnie znów w nadmiarze przyjacielski, gdyby tylko mógł, z całą pewnością zaprzyjaźniłby się nawet z psem czy drzewem stojącym na drodze. Gadulstwo to następna cecha charakteryzująca Płomyka - nie ma siły, której udałoby się zamknąć mu pyszczek! Bywa wścibski - przecież łączy się to z ciekawością, prawda? A zaciekawiony otaczającym go światem jest bardzo, więc i bywa, że zdarzy mu się wcisnąć nos w nieswoje sprawy, ale nie ma wcale złych intencji! Posiadanie tak ogromnego serca jednak ma swoje wady - Płomyczkowi zdarza się być dość naiwnym, przecież nie byłby w stanie oskarżyć kogoś o nie do końca dobre zamiary! Nie jest pamiętliwy, szybko zapomina o sprawionych przykrościach, a i on sam za wszelką cenę unika sprawienia komuś takowej. Jest ogromnym pacyfistą, o wizji świata pełnego pokoju i piękna. Najwyraźniej klanowe matki, z którymi to spędził tyle czasu wszczepiły mu wrażliwość i chęć niesienia dobra. To właśnie jest celem Płomyka - niesienie dobra! A także próby uczynienia świata lepszym, przyjaźniejszym miejscem, co wychodzi mu z różnym skutkiem... Idealista, zakochany w idei utopijnego świata. Marzyciel, wiecznie z głową w chmurach, może przez to nieco oderwany od otaczającej zewsząd szarej rzeczywistości. Odważny, ale absolutnie nie butny, stroni od konfliktów i walk za wszelką cenę. Właściwie to zamiast polowań, chętnie łapałby małe gryzonie tylko po to, by przyjrzeć się temu, jakie piękne, maleńkie istoty chodzą po świecie... Nie jest leniwy, jednak nie ma ambicji do maniakalnego stawania się najlepszym, nie lubi wykonywać zadań, do których został przymuszony. Brak mu asertywności - jest zapatrzony w innych, szczególnie starszych od siebie wojowników. Stara się być grzeczny, bo przecież zasad się nie łamie, chyba że świat zza granic obozu sam go do siebie przywoła, jak tu odmówić światu, który sam uchyla mu drzwi do swoich jakże ciekawych tajemnic, jest tyle miejsc do odkrycia i kotów do poznania! W dużym skrócie: może i nie będzie z niego najsilniejszego wojownika w całym lesie czy też najpotężniejszej Gwiazdy, za to jego celem jest budowanie lepszego świata - takiego, w którym każdy czuje się kochany i zrozumiany, a wszystko dookoła mieni się w jasnych barwach!
Przysiadł bliżej, rozemocjonowany, wciąż żałośnie dygocąc. Rozglądnął się dookoła jeszcze kilka razy, desperacko próbując dostrzec, wyczuć choćby najmniejszego śladu zostawionego przez Wełnianą Łapę i chociaż ostatnim pozostawionym przez kocura znakiem, była jego własna woń zmieszana z silnym odorem psa - Płomyk ani przez chwilę nie zwątpił, że jego brat gdzieś jest. Wierzył, że ten czeka na jego pomoc, czeka, aż ktoś go odnajdzie. Tym samym żywił wielką nadzieję, że napotkany samotnik mógł się na niego natknąć, całego zalanego strachem, szukającego powrotu do Klanu Gromu, ale żywego, całego i zdrowego. Skulił się, wydając z siebie cichy dźwięk bliski kwilenia, na wieść, że kocur o fantazyjnie ubarwionym futrze na nikogo takiego nie natrafił. Jednakże następne z słów wypowiedzianych przez drugiego ponownie rozpaliły w nim promyk nadziei. Płomienna Łapa, mimo cierpienia kłującego prosto w serce, przenikającego cały umysł i ciało, zdobył się na uśmiech. Uśmiech szczery, pełen wdzięczności i sympatii. Świadomość, że nie jest w tym sam i może liczyć na czyjeś wsparcie, koiła odczuwany ból, podnosiła na duchu. A potrzebował tego tak mocno, jak nigdy wcześniej.
- Och - westchnął, pełen żalu - Miałem nadzieję, że może jednak... że może jednak coś widziałeś, coś wiesz. To szkoda, ale dziękuję i tak. Naprawdę mógłbyś pomóc? Bo ja potrzebuję pomocy i byłbym ci dozgonnie wdzięczny! Chciałbym mieć kogoś obok, nie być w tym samotnym. Ja zawsze starałem się pomagać innym, ale nie wiedziałem, że i ja będę tego potrzebować. Mój przyjaciel też stracił brata i obiecałem mu go odnaleźć. Pomyślałem wtedy, że nie przeżyłbym chyba utraty swojego rodzeństwa, a jednak los chciał inaczej... ale-ale, nie mogę się poddać. Nigdy. Nie, póki go nie odnajdę, nie póki znów nie będzie obok. Nie bardzo wiem, gdzie mógłby być, zgubiłem trop. A jego zapach zmieszał się z wonią psa, ale ja i tak wiem, że on gdzieś jest. I będę szukać wszędzie, gdzie tylko się da, tak, żeby nie pominąć żadnego kąta i żadnej nory.
Pytanie zadane przez Minoga, a także entuzjazm, z jakim przyswoił informację przekazaną przez Płomyka, pozwoliła mu na moment oderwać się od dręczących, przykrych myśli. Odwzajemnił, choć szczątkowo, ekscytację rozmówcy o dwubarwnych ślepiach.
- Noo, zdaje się, że z tych! Są jeszcze trzy inne Klany i taki, hmm, rodzino nie-klan. Czyżbyś ich poszukiwał? Bo skoro ty zaoferowałeś pomoc w poszukiwaniu mojego braciszka, to i ja chętnie pomogę z tym tobie! Od tego jestem. A Klany są, nie tak daleko, jak mogłoby się zdawać, ale łapy trochę bolą po całym dniu takiej wyprawy. Chociaż nie na tyle, żeby nie móc tam dojść! Czy szukasz jakiegoś konkretnego miejsca? Grom to naprawdę wspaniałe miejsce, mój ukochany dom i jeśli jego szukasz, to, nie wiem, czy Żubrza Gwiazda byłaby zachwycona twoją wizytą, ale ja będę! W tej kwestii możesz liczyć na mnie i moją gościnność. No, ale jeśli to nie Grom jest celem twojej podróży, to i tak spróbuję się podzielić jakimiś wskazówkami, wszystkim, co wiem!
Zainteresowany, skory do pomocy, wsłuchiwał się wnikliwie w historię przekazywaną mu przez Minoga.
- Minóg? To bardzo ciekawe imię! Czekaj, minogi to... ptaki? Jaszczurki? Nie, ryby! To ryby, prawda? Albo coś, co przypomina rybę, bo chyba żyje w wodzie. To może poszukujecie Klanu Rzeki, w takim razie? Oni są ekspertami od ryb. I od pływania. Graniczą z moim Klanem, tak samo, jak Cień, bo Wicher jest trochę dalej. A te kwiaty... hmm, niedługo, mam nadzieję, stanę się terminatorem medyka, chyba powinienem coś o tym wiedzieć... Teraz szczególnie zależy mi, żeby nim zostać, bo nie tylko pomagałbym potrzebującym, ale może nawiązałbym kontakt z bratem, dzięki dobroci Gwiezdnego Klanu? A! Bo w klanach są medycy, takie koty, które zawsze leczą, pomagają, kontaktują się z przodkami w potrzebie, marzę, żeby zostać kimś takim. No, a wracając do kwiatów, rzeczywiście wyglądają niegroźnie, wręcz przeciwnie, są dość pocieszne! - po chwili dostał - No co ty, ja sądzę, że naprawdę się wyróżnia! Moje chyba też? Przynajmniej niektórzy tak twierdzą, ale bardzo je lubię! I tak cieszą mnie miłe słowa, szczególnie teraz, kiedy przygnębienie daję mi w kość... Bardzo się cieszę, że się spotkaliśmy, Minogu. Może sam Gwiezdny Klan cię tutaj przysłał? Żebyśmy wspólnie dotarli do tego, czego poszukujemy? To spotkanie nie może być przypadkowe, jakoś tak... naszła mnie taka myśl.
Wodząc wzrokiem po wyrastających wysoko łodygach, stwierdził:
- To mogą być... trzciny? Taki mi się wydaję, bo one zazwyczaj rosną blisko wody, to takie jakby wodne kwiatki. Nie jestem pewien, ale chyba są bezpieczne. Jeśli masz problem z futrem, to na pewno da się to jakoś rozwiązać. Przy okazji, zdobyłbym jakąś wiedzę medyczną, jeszcze przed samym treningiem! Truskawkowy Gąszcz pewnie byłaby mile zaskoczona. Hmm... może warto spróbować? Ale tak bardzo ostrożnie. Możesz zostać moim pierwszym pacjentem, a jeśli to naprawdę ci pomoże, to będę bardzo szczęśliwy. A jeśli o to chodzi, ciekawe czy istnieją jakieś rośliny dające szczęście? Może trzciny coś w sobie mają? Na pewno cieszą oko swoją urodą!
Księżyce: 71 Mistrz: Płotkowy Potok Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Karasiowa Ość [*], Płotkowy Potok [*]
długowłosy, niebiesko-kremowy szylkret z białymi znaczeniami na szyi, brzuchu i łapach; prawe oko zielone, lewe pomarańczowe; wypłosz z przerzedzoną sierścią, wysoki, choć często się garbi; pachnie mieszaniną wszelkiego zielska i Grzmiącej Ścieżki; ma pojedyncze siwe włosy na pysku
Zależny od układu gwiazd na niebie. Punktem stałym jest unikanie konfliktów i planów na odległą przyszłość.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– Niestety. – potwierdza z namacalnym wręcz smutkiem w głosie. – W życiu bym nie skłamał w tak poważnych okolicznościach! I oczywiście, moja oferta pomocy jest jak najbardziej prawdziwa, to mój moralny obowiązek pomagać innym, szczególnie rodzeństwu cierpiącemu przez rozłąkę. Nie chciałbym obarczać ciebie swoimi udrękami, przyjacielu, jednak widzisz. Moja siostra zaginęła tak dawno temu, że pozostało mi po niej jedynie imię, Pijawka, nic więcej. Wszystkie wspomnienia zatarły się w mojej pamięci, ale wciąż tli się we mnie nadzieja, że kiedyś się jeszcze odnajdziemy, jeśli taka jest wola Przodków. – ociera szarym nadgarstkiem łzy gromadzące się pod zielonym okiem. – Nie łam się jeśli zgubiłeś jego trop, po prostu poszukiwania będą dłużej trwać, ale z pewnością go znajdziemy! Jesteś dobrym kotem, który pomaga potrzebującym, prawda? A Przodkowie zawsze przychylniej patrzą na poczynania takich kotów. Oferują im swoje mądrości i wskazują kierunek! Powiedz tylko gdzie i od czego zaczynamy. – wierzy w swoje słowa. Dałby sobie łapę odgryźć, że jeśli zbłądzą w trakcie tych poszukiwań to Przodkowie nakierują ich z powrotem na właściwy tor.
– Och, Żubrza Gwiazda, cóż za intrygujące imię! Ale akurat nie Klan Gromu jest celem mojej podróży, to fakt, więc doceniam twoja szczodrą ofertę, jednak raczej nie odwiedze twojego domu, szczególnie jeśli Żubrza Gwiazda nie patrzy przychylnie na takie odwiedziny. Nie chcę robić kłopotu. – dziękuje, kłaniając się z kurtuazją. Jest szczerze wzruszony, że napotkał tak sympatycznego kota na swojej drodze. – Minogi żyją w wodzie, to fakt. Jednakże są pasożytami, nie poczciwymi rybami, na których to właśnie żerują. Noszę jednak to imię z dumą, jako że zostało mi nadane przez moją matkę. – zarzeka się, żeby przypadkiem oriental nie pomyślał sobie, że mu jakkolwiek miano dzielone z pasożytem uwłacza. – Ale dokładnie, przyjacielu! Poszukujemy Klanu Rzeki, z którego pochodziła moja matka i w którym mieszka rodzina mojego towarzysza. – potwierdza radośnie, chociaż szczerze mówiąc ani trochę do niego nie dociera, że cel podróży jest już na wyciągnięcie łapy. Trochę szumi mu w uszach. – Och! Ścieżka medyka rzeczywiście brzmi wspaniale, aż zazdroszczę ci tej możliwości, przyjacielu! Czy chętni muszą spełniać jakieś specjalne wymagania, by ubiegać się o taka rangę? – pyta z żywym zainteresowaniem, bo i on czasem czuje ciągotki w stronę takiej formy pomocy. Ze względu na nadrzędny cel, odnalezienie Klanu Rzeki, nie ma jednak czasu się im przyjrzeć. – Ale tak. Myślę, że interwencja Przodków brzmi bardzo prawdopodobnie! Przecież to nie zrządzenie losu nas postawiło na swoich drogach, akurat dzisiaj, akurat tutaj. I również się cieszę, że dane mi było ciebie spotkać. – uśmiecha się szeroko, ale zaraz i jego uwaga przekierowuje się na roślinki. Słucha w skupieniu teorii towarzysza, jednak nie jest w stanie się z nią zgodzić.
– Wydaje mi się, że już widywałem trzciny w swojej podróży i miały inne kwiatki... ale jeśli są bezpieczne to tyle mi starczy! I tak zależy mi jedynie na tym by wetrzeć sobie w sierść ten zapach, nie muszę wiedzieć od czego pochodzi. – zapewnia, jednak zamiast zerwać roślinkę, kontynuuje. – A widzisz, mój problem jest taki, że mam takie... miejsca gdzie sierści jest mniej. I zupełnie nie mam pojęcia z czego to wynika! Więc jeśli masz na to jakąś radę, albo pomysł, byłbym bardzo wdzięczny.
︶⊹︶︶୨୧︶︶︶⊹︶︶⊹︶︶︶୨୧︶︶⊹︶ shadowssettleontheplace – that you left – Our mindsare{ t r o u b l e d } by the emptiness
We are the reckless, we are the wildyouth ⋅౨ৎ‧₊C h a s i n g.visions of { our futures } One day, we'll revealthe truth That one{ will die } . . . . . ◟੭. . . . . . . . . . . . . . . . . . .beforehegetsthere
Chuda, wysoka, nieco koścista kotka o krótkim, ulizanym futrze w kolorze bieli, różowym nosie i jadowicie żółtych, okrągłych oczach.
Życie zdążyło nauczyć Mimozę, że czasami pewnych rzeczy lepiej jest nie mówić. Nie po to, by kogoś nie zranić, a przede wszystkim po to, by łatwiej daną osobę przeciągnąć na swoją stronę - chociaż wciąż potrafi obdarować innych nieprzyjemnymi uwagami. Jest egoistką do granic możliwości, niezainteresowaną losami otaczających jej osób, gotową poświęcić je tylko dla własnych korzyści. Nie potrafiąc wykrzesać z siebie mocniejszych emocji, nauczyła się grać, zakładać maski i wirować wśród kotów tak, by nikt nie spostrzegł jej faktycznej natury; zepsutej, podgnitej i zobojętniałej. Nienawidzi ograniczeń i służby pod czyjeś dyktando, ceni własną niezależność i wolność... Dlatego stara się dążyć do tego, by być wyżej, ponad innymi, bowiem w ten sposób nikt nie będzie jej mówić, co ma robić. Wciąż poszukuje mocniejszych wrażeń, które zapełnią pustkę jątrzącą się w jej wnętrzu.
Jaszczurza Łapa (kr), Lete (s)
_____
Nie usłyszałaby cichego, równego szumu, gdyby nie podeszła bliżej specyficznej konstrukcji. Rzuciła jej się w oczy już z oddali, toteż przyspieszyła kroku, by znaleźć się tuż obok niej. Nigdy nie miała najlepszego słuchu, ale gdy tylko zbliżyła się, do jej uszu dopadł ten dźwięk. Zamrugała, całkiem zaskoczona. Nie miała pojęcia z czym ma do czynienia, ale najwyraźniej coś tam żyło... Albo to kolejne urządzenie dwunogów, które wydawało własne dźwięki tak, jakby było żywe. Nie rozumiała tylko dlaczego ludzie mieliby pozostawiać je pośrodku niczego, więc szybko odrzuciła tę tezę. Zaczęła się za to zastanawiać jak dowiedzieć się, co jest w środku, a także czy w ogóle powinna to robić. Jeśli nie... To tylko tym bardziej chciałaby to zrobić. Stanęła na dwóch łapach i oparła się o dziwaczny twór, który zabrzęczał nieco mocniej pod wpływem krótkiego szturchnięcia. A to ciekawe. Trzepnęła uchem, przysłuchując się i przyglądając obiektowi, na moment zapominając o otaczającym ją świecie.
/toń
well then, if we agree, it is not odd
that one manʹs devil is anotherʹs god
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Ciężki do uchwycenia osobnik, wyraźnie lubiący kamuflować się wśród leśnej roślinności, dzięki swojemu ciemnemu umaszczeniu. Imponującego wzrostu, atletycznie zbudowany, smukły kocur. Łapy ma długie i szczupłe, a gibkie i sprężyste ciało zwinnie porusza się między drzewami i krzewami. Na klatce piersiowej widnieją delikatne zarysy żeber, pysk ma suchy, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Czarna, miejscami nieco zbrązowiała od słońca. krótka sierść jest szorstka, mocno poczochrana i zmierzwiona, często brudna. Ślepia szaroniebieskie. Dziąsła i język poplamione są ciemnymi znaczeniami, a kilka jego wibrysów połamało się lub skrzywiło.
Chodzi ścieżkami, które sam sobie wyznacza. Powsinoga i włóczykij, kocha wałęsać się całymi długimi godzinami, a nawet i dniami po lesie, i robi to non-stop, od kiedy zostawił za sobą swój Klan i wszelkie pętle zakładane na łapy, które go ograniczały. Wolność dodała mu wyraźnej werwy i chęci do zwiedzania tego, czego jeszcze nie odkrył. Nie toleruje słabeuszy, miękkich kotów, które nie są w stanie udowodnić swojej siły, nieważne, czy psychicznej, czy fizycznej, bo on sam musiał nauczyć się na przestrzeni księżyców przeskakiwać wszystkie kłody, jakie życie rzuca pod łapy. Nie brak mu pewności siebie i brawury. Wolna dusza o niewielkich hamulcach i małych pokładach cierpliwości.
XXXXPrzechodził w okolicy, akurat natrafiając na dziwną sytuację. Przyglądał się przez jakiś czas kotce i nie mógł wyjść ze zdumienia, kiedy ta uderzyła w drewnianą konstrukcję, denerwując pewnie wszystkie pszczoły, jakie tam były. Pamiętał, jak unikał tego miejsca przed zimą, bo wtedy dało się zaobserwować latające owady, ale od kiedy zrobiło się zimniej, a śnieg spadł, nie widział ich, ale wiedział, że są w środku. Czy chciał ostrzec tą samotniczkę, która ewidentnie do mądrych nie należała? Niekoniecznie, chociaż... XXXX– Śmiało, uderz mocniej! – zawołał w jej kierunku, unosząc biczowaty ogon w powitalnym geście, tym samym pokazując, że nie ma złych zamiarów i biała nie musi się go obawiać. Na razie. – No dawaj, co złego może się stać, jeśli będziesz bić w budkę, w której siedzi stado pszczół – rzucił z przekąsem, nie kryjąc uśmiechu, jaki wlał się na jego suchy pysk. Nie krępuj się, uderzaj dalej, to musiała być świetna zabawa. Od razu przyszło mu do głowy, że samotniczka musiała być nietutejsza, skoro tak żywo zainteresowała się tym tworem i nie wiedziała, co znajdowało się w środku, pewnie niedawno przybyła na tereny. Albo jej głupota nie znała granic. Bo z Klanu żadnego nie była, a przynajmniej nie pachniała jakimkolwiek.
Wysoka, chuda, o długich łapach; o krótkiej, cętkowanej rudej sierści z burymi rękawkami i stópkami. Białe plamki na mordce, piersi, brzuchu i łapkach. Rozbiegane, szalone, duże oczy o piwnej tęczówce.
peron dawno jej odjechał
Droga z miejsca, w którym się zatrzymali, by dotrzeć aż tu, trwała wyjątkowo długo. Być może gdyby szła sama, to udałoby jej się tu dotrzeć w dwa dni, może półtora, jednak ze względu na towarzystwo Ciepłego Wiatru, który nie był w stanie tak po prostu utrzymać stałego tempa marszu przez wiele godzin, zajęło im to nieco dłużej. Teoretycznie byli już niedaleko - doskonale znała te okolice, bo czasem zapuszczała się w te rejony ze Złotym Językiem, gdy udawali, że przerabiali materiał treningowy. Czasem za nim tęskniła.
- Zatrzymajmy się na chwilę - zarządziła nagle, unosząc wzrok na niebo. Było południe, mieli jeszcze bardzo dużo czasu do końca dnia. Chciała jednak w międzyczasie zebrać myśli, omówić plan, przejść raz jeszcze przez wszystkie elementy. Nie miała wcześniej wątpliwości, choć teraz, tak blisko granicy Klanu Gromu, zaczęła się bać. - Jak się czujesz?
Zdecydowanie nie był w stanie utrzymywać tempa. Nie ważne jak bardzo by chciał, towarzyszyły mu możliwie najgorsze przejawy oderwania się, gdzie to większość czasu preferował niemal płakać i błagać Róg o to, żeby go dobiła, a potem mówił że ma mu pomóc bo się boi że umrze. Oczywiście, momentami też było lepiej, bo chociaż nadal szedł paskudnie wolno, tak jakby miał świadomość, że zaraz coś ich zaatakuje i zabije, to przynajmniej szli, a nie stali w miejscu i czekali, aż Wiatr się uspokoi.
Aż w końcu - stanęli. Niemal w stu procentach obce dla Wiatru, ale szczerze, chyba ni trochę się tym przejmował. Na informację o postoju, położył się czym prędzej na ziemi, pysk zasypując w połowie czymkolwiek, co miał pod łapami. W pół rozmokły śnieg, błoto, liście - byleby tylko jak najmniej był widoczny. Bo w końcu, jak nie widać mordy, to tak jakby w ogóle go nie było, co nie? Dokładnie tak, niech lepiej nikt nawet nie wyprowadza go z tego błędu. - Jest w porządku - mruknął cicho, ale w miarę pogodnie. Bo było w porządku, nic go nie bolało, ani nie czuł się jakoś słabo. - Mam wrażenie, że zaraz padnę!!
Dorzucił ciut głośniej, na moment spinając wszystkie mięśnie. Moment - bo już po chwili się rozluźnił i łapy tylko docisnął do głowy. Nie ma go, jest bezpieczny. Póki był w swojej śmiesznej kryjówce z błota i innych śmieci, nic mu nie groziło. - Jesteśmy już blisko, co nie? Wygląda jakbyśmy... byli blisko. Nie capi już - dodał po chwili, jedno, otwarte oko przenosząc na nią. Ona mogła się patrzeć. Nie ważne jak paskudnie się bał i stresował, Rożek była... była okej. Ufał jej. Mogła go zabić już dawno temu, nie zrobiła tego! Była godna zaufania, zdecydowanie.