budowa europejska, smukła, przeciętny wzrost, krótka czarna sierść z bielą na łapach, pysku, szyi, brzuchu i czubku ogona. Po wybarwieniu prawe oko niebieskie, a lewe złote
melancholijny, spokojny, chłodny || Las nie jest jak typowe kocię. Można porównać go do lasu iglastego z pustą przestrzenią między pniami, pokrytą jedynie mchem i z wysokimi sosnami skrzypiącymi na wietrze. Spokojny i melancholijny niczym stare omszałe sosny, chłodny i osamotniony jak nagie pnie, obserwujący jak korony drzew, przepełniony myślami będącymi jak ciche szepty wiatru i głębokimi jak zimne jaskinie. Ciekawią go tajemnice otaczającego świata, natury, lecz nie uczucia, których nie rozumie. Chciałby poznać budowę, znaczenie i pochodzenia wszystkiego co materialne bądź nie, w tym Gwiezdnego Klanu.
Słysząc syk, zmrużył oczy i napiął mięśnie, a gdy wojownik zaatakował, spróbował odskoczyć w bok. Starał się osłaniać łbem szyję, a uszy położył po sobie, by zmniejszyć szansę na otrzymanie ran. Dobrze wiedział, że nie ma szans z wojownikiem starszym od niego o wiele księżyców. Gdyby Skała był jego rowiesnikiem, to może jeszcze mogliby walczyć jak równy z równym, ale w obecnej sytuacji musiał postawić na defensywę i próby przemówienia do szczątkowego rozumu tego rybiego móżdżka. -Czyli, że nauczyłem go regułki oraz ją rozwinąłem.- Powiedział w trakcie próby uniku.
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
O czym on w ogóle mówił? Jakich regułach? Tych, o polowaniu? Tak, opowiadał o tym Patykowi jakieś głupoty, ale nie to było najważniejsze.
Po swoim pierwszym ataku nie zamierzał przestawać. To było za mało, nie osiągnął jeszcze nic. A Mglista Łapa najwyraźniej pomiędzy wszystkim innym, kim był, był również tchórzem, który jedynie potrafił odskakiwać przed uderzeniami, zamiast wyprowadzić jakikolwiek własny. - A o tym, że każdego kota można zastąpić? Że nie szkodzi, jak ktoś umrze? - Zaraz się okaże, kto tak naprawdę był jednym z niewielu kotów, które mogły odejść i nic by to nie zmieniło. Których nawet nie trzeba było zastępować, bo nie spełniał żadnej wystarczająco ważnej funkcji w klanie, żeby było to konieczne.
Tym razem nie zamierzał się już bawić w jakieś machanie łapami. Jego kolejnym atakiem było rzucenie się w stronę szyi terminatora, by wgryźć się prosto w nią swoimi zębami.
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be
budowa europejska, smukła, przeciętny wzrost, krótka czarna sierść z bielą na łapach, pysku, szyi, brzuchu i czubku ogona. Po wybarwieniu prawe oko niebieskie, a lewe złote
melancholijny, spokojny, chłodny || Las nie jest jak typowe kocię. Można porównać go do lasu iglastego z pustą przestrzenią między pniami, pokrytą jedynie mchem i z wysokimi sosnami skrzypiącymi na wietrze. Spokojny i melancholijny niczym stare omszałe sosny, chłodny i osamotniony jak nagie pnie, obserwujący jak korony drzew, przepełniony myślami będącymi jak ciche szepty wiatru i głębokimi jak zimne jaskinie. Ciekawią go tajemnice otaczającego świata, natury, lecz nie uczucia, których nie rozumie. Chciałby poznać budowę, znaczenie i pochodzenia wszystkiego co materialne bądź nie, w tym Gwiezdnego Klanu.
-Mówiłem o obowiązkach. Inni muszą płynnie przejąć cudze obowiązki, by klan funkcjonował.- Odparł, choć było to jedyne w połowie prawdą.
Chętnie wytłumaczyłby dokładniej co miał wtedy na myśli, oczywiście nieco manipulując faktami, ale niestety Skała nie dawał mu takiej możliwości, kontynuując atak. Mglista Łapa ponownie spróbował wykonać unik w bok, nie chcąc poczuć zębów przeciwnika na własnej skórze. Miał jeszcze wiele do odkrycia czy zrobienia dla klanu i musiał przeżyć.
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
Atmosfera była tak gęsta, że można było ją ciąż pazurami i widmo tragedii ciążyło nad dwójką kuzynów. Na całe szczęście, bądź dla niektórych nieszczęście, ktoś miał ich w opiece i pilnował, by nic się nikomu nie stało. Dlatego też kolejny atak Skalistego Zbocza okazał się niepowodzeniem, gdyż Mglista Łapa bez problemu odskoczył do tyłu.
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
Nie słuchał już praktycznie słów Mglistej Łapy. Jego wyjaśnienia stały się już zupełnie nieistotne, w głowie wojownika krążyła już tylko jedna skierowana do niego myśl, która niedługo wydobyła się z jego pyska w postaci kolejnego warknięcia: - Przestań uciekać. – Czy naprawdę nie mógłby chociaż przestać być tak irytujący pod tym względem? Wbić własne pazury w niego, skoro tak bardzo chciał upadku całego klanu Rzeki? Pozbyć się go tak jak powinien, zamiast musieć czekać aż jakiś pies wykona całą pracę za niego? Był żałosny.
Tym razem Skaliste Zbocze spróbował wskoczyć na grzbiet swojego kuzyna, wbijając się przy tym pazurami w jego plecy. Ruch, który jeśli wykonany wystarczająco dobrze, powinien zdecydowanie utrudnić mu dalsze odskakiwanie.
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be
budowa europejska, smukła, przeciętny wzrost, krótka czarna sierść z bielą na łapach, pysku, szyi, brzuchu i czubku ogona. Po wybarwieniu prawe oko niebieskie, a lewe złote
melancholijny, spokojny, chłodny || Las nie jest jak typowe kocię. Można porównać go do lasu iglastego z pustą przestrzenią między pniami, pokrytą jedynie mchem i z wysokimi sosnami skrzypiącymi na wietrze. Spokojny i melancholijny niczym stare omszałe sosny, chłodny i osamotniony jak nagie pnie, obserwujący jak korony drzew, przepełniony myślami będącymi jak ciche szepty wiatru i głębokimi jak zimne jaskinie. Ciekawią go tajemnice otaczającego świata, natury, lecz nie uczucia, których nie rozumie. Chciałby poznać budowę, znaczenie i pochodzenia wszystkiego co materialne bądź nie, w tym Gwiezdnego Klanu.
-Nie jestem głupi- Odparł na tyle spokojnie, na ile pozwalało mu ciągłe skakanie. Starał się kontrolować swój oddech i utrzymywać w równym rytmie, by nie przyspieszyć zmęczenia. Grał na czas. Miał do wyboru albo poczekać, aż wojownik się zmęczy, albo sprintem ruszyć do obozu z nadzieją, że uda mu się dobiec, nim napastnik go dopadnie. Zdawało się, że nie mógł już liczyć, iż przemówi przeciwnikowi do rozumu. Postradał go całkowicie. Po raz kolejny spróbował uskoczyć w bok, nie chcąc zostać zgniecionym przez masę wojownika.
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Księżyce: 96 Mistrz: Bursztynowy Wschód Płeć: kocur Matka: Mysi Krok [*] Ojciec: Bukowa Kora [*] Partner: Księżycowe Jezioro Trwałe urazy: podłużna blizna na prawym udzie, blizna na szyi po wyrwanym płacie skóry, wyszczerbiona małżowina na lewym uchu, brak prawego ucha
Masywny, wysoki kocur o długim, burym futrze o pręgowaniu ticked. Oczy ma ciemnożółte. Jego normalny wyraz pyska jest raczej dość nieprzyjemny, obojętny, nawet jeśli kocur jest całkiem ciepły i przyjacielski. Ot, takie sprawie wrażenie na pierwszy rzut oka.
Można go nazwać fanatykiem, w pewnym sensie. Uważa, że każde wydarzenie w jego życiu jest swego rodzaju znakiem od Gwiezdnych. Darzy szacunkiem każdego starszego od siebie kota - rangą i wiekiem. Cały czas ma znudzony, zażenowany wyraz pyska, przez co wydaje się być nieprzyjemnym typem, co nie do końca jest zgodne z prawdą.
Szkoda słów, by opisać to co się stało wymyślnymi metaforami, bo sprawa była jasna. Skaliste Zbocze znów spróbował zaatakować, a Mglista Łapa ponownie mu odskoczył. I tyle.
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
Co było z nim nie tak? Nie wierzył, że jego własne ataki miałyby być aż tak słabe, by żaden z nich po prostu nie był w stanie dosięgnąć terminatora. To w nim musiało być coś więcej, jakaś siła powodująca, że nie dało się go pokonać w normalny sposób. Czy na pewno? Postanowił jednak po raz ostatni spróbować, machnąć łapą z wyciągniętymi pazurami po jego pysku, wracając do tego co chciał zrobić n samym początku.
Jeśli to się nie uda? Trzeba się będzie go pozbyć w inny sposób. I wtedy pozostanie mu jedynie wybrać się do Szepczącej Sadzawki ze Szponem, tak jak planowali już od dawna, by poprosić o ich pomoc również w tym, jeśli sam naprawdę nie miał nawet szansy tego zrobić.
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be
budowa europejska, smukła, przeciętny wzrost, krótka czarna sierść z bielą na łapach, pysku, szyi, brzuchu i czubku ogona. Po wybarwieniu prawe oko niebieskie, a lewe złote
melancholijny, spokojny, chłodny || Las nie jest jak typowe kocię. Można porównać go do lasu iglastego z pustą przestrzenią między pniami, pokrytą jedynie mchem i z wysokimi sosnami skrzypiącymi na wietrze. Spokojny i melancholijny niczym stare omszałe sosny, chłodny i osamotniony jak nagie pnie, obserwujący jak korony drzew, przepełniony myślami będącymi jak ciche szepty wiatru i głębokimi jak zimne jaskinie. Ciekawią go tajemnice otaczającego świata, natury, lecz nie uczucia, których nie rozumie. Chciałby poznać budowę, znaczenie i pochodzenia wszystkiego co materialne bądź nie, w tym Gwiezdnego Klanu.
Choć Mglistą Łapę dziwiła nieefektywność ataków wojowników, zrzucił to na karb przyćmienia przez emocje. Sam starał się zachować panowanie nad sobą i precyzyjnie oraz z gracją wykonywać uniki, lecz on miał znacznie więcej do stracenia od wojownika. Nie mógł pozwolić sobie na choć jeden błąd, gdyż mogłoby go to kosztować życie, a miał jeszcze wiele do zrobienia przed śmiercią. Widząc ruch łapy przeciwnika, ponownie spróbował odskoczyć, tym razem starając się jak najbardziej zwiększyć odległość między nimi.
Cóż. Nie można powiedzieć, że było idealnie, ale Skaliste Zbocze w końcu zdołał zrobić Mglistej Łapie cokolwiek. Terminator w trakcie skoku się potknął, przez co nie oddalił się na tyle na ile powinien i został lekko zadrapany w policzek. Nie było jednak krwi, jedynie lekkie, nieprzyjemne poszczypywanie.
whenthis worldisno more ★them o o nis allwe'll see★ I'll ask youtofly awaywith me untilthe starsall falldown they emptyfrom thesky but Idon't m i n d if you'rewith me ≡theneverything'salright≡
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
Czy naprawdę mogło mu się udać, czy przynajmniej go dotknął? Czy może było to tylko złudzenie, jakaś kolejna sztuczka, mająca dać mu tylko nadzieję, że cokolwiek miało się udać? W momencie zastanowienia się nad następnym ruchem, wzrok Skalistego Zbocza natrafił na ciało Skrzącego Słowa, znów w pełni przypominając sobie, co się tu wydarzyło. I sprawiając, że zatrzymał się bezruchu na chwilę odrobinę dłuższą, wyłączając go z trybu natychmiastowej gotowości do kolejnego ataku.
Gwiezdni ześlą na Mglistą Łapę los gorszy niż cokolwiek, co on sam mógłby teraz zrobić. Tak. Musiał w to wierzyć, bo inaczej wyszłoby na to, że sam nie umiał zrobić czegoś nawet tak prostego jak porządne go zaatakowanie. - Zajmij się tym. – syknął, robiąc kilka kroków w tył i wskazując łbem w kierunku psa. Niezbyt obchodziło go, co terminator mógłby chcieć zrobić z ciałem drapieżnika, liczyło się przede wszystkim to, że nie zamierzał go z pewnością dopuszczać do swojego ojca, do którego sam podszedł, decydując się na nieco bardziej okrężną ścieżkę, by nie podchodzić teraz zbyt blisko do kuzyna. Chwycił za kark martwego wojownika, zaczynając go ciągnąć w stronę Obozu.
Niedługo to wszystko rozwiąże. Na pewno. Nie miał innego wyjścia. I to były jedyne myśli, które towarzyszyły mu w tej chwili.
// zt?
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be
budowa europejska, smukła, przeciętny wzrost, krótka czarna sierść z bielą na łapach, pysku, szyi, brzuchu i czubku ogona. Po wybarwieniu prawe oko niebieskie, a lewe złote
melancholijny, spokojny, chłodny || Las nie jest jak typowe kocię. Można porównać go do lasu iglastego z pustą przestrzenią między pniami, pokrytą jedynie mchem i z wysokimi sosnami skrzypiącymi na wietrze. Spokojny i melancholijny niczym stare omszałe sosny, chłodny i osamotniony jak nagie pnie, obserwujący jak korony drzew, przepełniony myślami będącymi jak ciche szepty wiatru i głębokimi jak zimne jaskinie. Ciekawią go tajemnice otaczającego świata, natury, lecz nie uczucia, których nie rozumie. Chciałby poznać budowę, znaczenie i pochodzenia wszystkiego co materialne bądź nie, w tym Gwiezdnego Klanu.
Potknął się, ale miał na tyle szczęścia, że został jedynie zadrapany. Szykował się do kolejnego uniku, jednakże atak już nie nadszedł. Odetchnął cicho, lecz wciąż zachowywał ostrożność na wypadek, gdyby zaniechanie walki okazało się pułapką, mającą na celu opuszczenie jego gardy. Skała jednak zajął się rdzawym truchłem, rozkazując Mglistej Łapie, by ten zrobił coś z psem. Ale co? Podszedł do martwego pchlarza, a następnie zwrócił łeb w stronę odchodzącego wojownika i przyglądał się, zastanawiając przez chwilę. Powinien za nim iść, by móc ewentualnie obronić się, gdyby ten rzucał fałszywymi oskarżeniami na pogrzebie? Lecz nie miałby żadnych dowodów poza własnym czystym futrem. Spojrzał na psa, pochyliwszy głowę. Nie dałby rady sam zanieść zwłok, ale potrzebował chociaż jakiejś części. Wstał i mozolnie własnymi szczękami dokonał dekapitacji trupa. Czynność trwała na tyle długo, iż kocur podejrzewał, że były przeciwnik zdążył w tym czasie dotrzeć do obozu lub chociaż znaleźć się w połowie drogi. Gdy skończył, westchnął ze zmęczenia, ale nie mógł jeszcze pozwolić sobie na odpoczynek. Zakopał resztę, a następnie z głową w pysku ruszył do obozu. Nawet jeśli nie przyda mu się jako dowód, to przynajmniej dołączy do kolekcji do czaszki jenota z zabójcy matki.
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
przyjazny, spokojny, zdystansowany, chętnie pomaga innym, niepewnie czuje się w większych grupach nieznajomych i przyzwyczaja się do nich powoli, kolekcjoner rupieci
Ostatnio Artem nie czuł się zbyt dobrze. Podupadł zdrowotnie i gdzieś w głębi serca wiedział, że wizyta u medyka w tym nic nie pomoże. Wiek dopadł go zdecydowanie wcześniej niż ciemnobrązowy point się tego spodziewał… ale jakoś, o dziwo, nie zamierzał się z tym kłócić i rzucać. Z nieuchronnością śmierci już pogodził się dawno temu, nie zamierzał z tym walczyć. Artem nie miał łatwego życia, dużo go stracił na siedzenie w Nowym Świcie, ale przynajmniej końcówka była całkiem przyjemna. Mógł spełnić się bardziej niż kiedykolwiek w Nowym Świcie. Mógł poczuć się jakkolwiek doceniany ze strony innych kotów. Zyskał nowych znajomych i przyjaciół. Na sam koniec jego losy się odwróciły i tyle mu do szczęścia wystarczyło. Szkoda było, że nie udało mu się osiągnąć wszystkich rzeczy, które chciał zrobić w życiu, ale dalej był z niego zadowolony, mimo wszystko.
Tego ranka Artem postanowił się wybrać na granicę z Wichrem. Tutaj chciał pożegnać się z życiem, w nadziei, że Orion nie będzie żył w nieświadomości i zastanawiał się co się z nim stało, czemu nagle przestał się gdziekolwiek pojawiać. Point wziął ze sobą lampion, który kiedyś znalazł i ten komiks, który towarzyszył mu od najwcześniejszych samotniczych czasów. Chciał, żeby Orionowi została po nim jakaś pamiątka.
Artem położył obie rzeczy w miejscu, którego śnieg jeszcze nie zdążył zasypać, a później sam ułożył się tuż obok, owijając siebie wraz z nimi ogonem. On wiedział, że kiedy zaśnie, to już się nie obudzi, jednak był na to gotowy. Może przy okazji spotka gdzieś tam znów matkę i ojca, może rodzeństwo, kto wie?
Ciemnobrązowy point zamknął oczy, powoli pogrążając się we śnie. Chłodny Pył… ładne imię, jednak tak jakoś do końca nigdy mu nie pasowało. Nigdy w sumie nie myślał o sobie jako o Chłodnym Pyle. Artem. Tak się nazywał od zawsze, i tak będzie się nazywał na sam koniec.
//zt
//Orion
✩✪✩
Są takie rzeczy, których nie chcesz robić,przysięgasz, że ichnie zrobisz,zabraniasz sobie, a potem tonagledzieje się samo.
Nie da sięich nawet przeanalizować, nie podlegająprocesom myślowym.
Dzieją się i już,pozostaje tylko patrzeć na siebie ze zdziwieniem i zapewniać, że nie ma w tym twojej winy, po prostu samo się stało.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Słoneczny patrol (bez Słonecznego w składzie; ale za to z Korzeniem, Świt i Orionem) maszerował raźnie wzdłuż granicy z klanem Rzeki. W miłym towarzystwie oriental mógł nawet zignorować, że technicznie właśnie uczestniczył w grzecznym wykonywaniu powierzonych mu obowiązków. No właśnie, głównie dlatego że jedynie technicznie. Praktycznie zaszczycał dzieciarnię Iskry swoją osobą i urozmaicał im dzisiejszy spacer swoimi przemyśleniami, Świt raczej to samo, w sumie miał bardzo silne podejrzenia, że z ich trójki jedynie Korzeń pamiętał o oryginalnym powodzie dla opuszczenia obozu w taką pogodę.
Bo klimat wyprawom nie sprzyjał, nie było co się oszukiwać, dlatego też widok nieruchomych, ciemnych uszu na wśród zasp wzbudzał lekki niepokój. Szczególnie że uszka były przyprószone śniegiem, ewidentnie znajdowały się już tam troszeczkę, dostępnych scenariuszy wiele nie było, a fakt, że sylwetka należała do znajomych wcale nie pomagał w zachowaniu obojętności. Urwał w pół słowa swoją opowieść, nie pamiętając już nawet co za kit młodej wciskał, by ruszyć sztywnym krokiem w stronę ciała, zostawiając towarzystwo bez wyjaśnień. A im mniejszy dzielił go dystans, tym mniejsze robiły się również wątpliwości co do tego jaki obrazek tu zastał. A jednak, cień nadziei trzymał się na ostatnim włosku, aż do szturchnięcia nosem czekoladowego pointa. Sztywniał już, czy to od pogody, czy pośmiertnie. Orionowi przebiegł zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Nie było wątpliwości, że na jakąkolwiek pomoc już za późno, ale... były samotnik rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek co tu zaszło. Przecież Artem nie był stary, że mózg się marszczy, żeby naturalną koleją rzeczy było, wzorem starych psów, uciec z domu i umrzeć po cichu. Ale przestrzeń dookoła nie nosiła śladów walki, sam Artem też nie wyglądał na wymęczonego przedłużającą się chorobą, on po prostu... spał. Spał tuląc do siebie lampion i... komiks, którego okładkę Orion doskonale znał.
Zamrugał intensywnie.
Gwiazdy najjaśniejsze, ciemny point jednak był jak stare psy.
– Artem, frajerze... – mruknął pod nosem. Zamknął na moment oczy, odetchnął głęboko i odwrócił się do nadciągającej reszty patrolu z przepraszającym uśmiechem. – Obawiam się, że czeka nad nieplanowana wycieczka i nie dokończymy obchodu po granicach.
Nie było mowy o pozostawieniu pogrzebu w łapach Rzeczniaków. Artem tutaj, wraz z paroma personalnymi drobiazgami, był dość jasnym przekazem dla orientala. Jeśli Korzeń był innego zdania, niestety nie miał tu nic do gadania. Po Świt nie spodziewał się sprzeciwów.
Szaremu przydzielił transport ciała, młodej lampionu, a sam chwycił ostrożnie komiks, kierując procesję pogrzebową na obchód dookoła Rzeki i Gromu.