Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Nieśmiały? On? Teraz to już w ogóle nie wiedział jak ma zareagować. Co zrobić? Nie miał pojęcia czy Deszczyk ma racje, czy może się myli. Co on sam by o sobie powiedział? Hm... Na pewno nic dobrego, nie ma zbyt wysokiej samooceny. Raczej wymieniłby więcej swoich wad, niż zalet. O ile ma jakieś zalety, nie wydawało mu się. No bo czy zaletą jest to, że jest nieśmiały (jeśli jest) albo miły? No... Miły to na pewno plus. Czyli jednak.
-No... Mosze troche- przyznał, zerkając na nią. Przez chwilę mogła mieć wrażenie, że się skulił, zupełnie jakby ta rozmowa była dla niego niekomfortowa. I w pewnym sensie taka była. Nie przepadał za rozmawianiem na jego temat, przecież jest masa ciekawszych tematów. Nawet teraz mógłby jakiś narzucić, gdyby tylko pomyslał. O czym mogliby rozmawiać? Może tym razem o Deszczyk? Powinien chyba ją skomplementować, jeśli ona powiedziała mu miłe słowo. Jak powiedzieć komplement? Co mogłoby ją ucieszyć? -Za to ty jesteś... Mądra- powiedział po chwili namysłu. To było... Głupie! Od razu ukrył mordkę w łapach, jakby znowu się zawstydził. Głupek! I w dodatku mało brakowało, żeby się tak przy niej nazwał. Czy mogłoby być coś gorszego? Zdecydowanie powinien popracować nad kontaktem z innymi kotami i nad tym jak z nimi rozmawiać, żeby nie wyjść na głupka. A może lepiej będzie nigdy z nikim nie rozmawiać i już do końca życia siedzieć samotnie w swojej norze? Hm...
-N...Nie wiem. Nigdy nie próbowałem z nikim walczyć tak naprawde. To rysykowne, moszna nabawić sie niepotszebnych ran, a nawet i stracić szycie- odpowiedział jej, zerkając na nią zza zasłoniętej mordki. W dalszym ciągu nie wiedział czy dobrym pomysłem będzie spojrzenie na nią po tym wszystkim. Bo może dla innych to nic takiego, ale dla małego Morwy wielka tragedia! Przez chwilę poczuł się naprawdę jak stary on. A może starego jego nie ma i dalej jest tym samym kotem? Ludzie się nie zmieniają, ze zwierzętami pewnie też tak jest.
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
Był jeszcze bardziej nieśmiały! Ach, obserwowanie go było bardzo dziwnym wydarzeniem; nieszczególnie wiedziała, jak zachować się w towarzystwie kogoś tak miłego i niepewnego siebie. Choć, naturalnie, wiedziała, że mogła go o n i e ś m i e l a ć. - A masz jakiś... klan? Albo rodzinę? - spytała się go, zastanawiając się, czy to może być temat, który wreszcie sprawi, że zachowa się w sposób jakkolwiek schematyczny, jednocześnie czymś ją zaskakując. Bo... każdy miał rodzinę, prawda? A ona sama, jak się właśnie zorientowała, nie wiedziała, jak wygląda ten temat u sanotników. - Och, wiem. W moim klanie słynę właśnie głównie z mądrości - powiedziała kocurowi, wystawiając z pyska końcówkę języka, starając się w ten sposób zamaskować częściowo drżące lekko w półuśmiechu końcówki pyska. Prawda była taka, że znana była przede wszystkim z pojawiania się i znikania, niemniej jednak... tego kocur nie musiał wiedzieć. - B o i s z się walczyć? - spytała się go, unosząc jedną brew. Odpowiedź kocura sprawiła, że aż schowała swój język do pyska. Ach, cóż można takiemu powiedzieć! I jakiego zagrożenia mogłaby się spodziewać po kocie, który otwarcie przyznaje, że bałby się zostać zraniony...? Trudno było tu znaleźć cokolwiek, co przyprawiłoby ją o szybsze bicie serca. Sytuacja była co najmniej dziwna.
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Kiedy Deszczyk spytała go o klan i rodzinę, poczuł lekkie ukłucie żalu. Bolało go to, że najprawdopodobniej jego rodzina go nienawidzi. Znaczy tylko siostry, bo matka dawno odeszła, a ojciec... Nawet nie wiedział gdzie on teraz się znajduje. Trochę smutne, że Rydzowa rodzina tak szybko się wykruszyła. Może gdyby został w klanie, byłoby inaczej? Kto wie...
-Mam rocine, ale... To skomplikowane. Oni żyją w klanie, a ja poza nim. Nawet sie nie witujemy- odparł po chwili milczenia. Musiał się dobrze zastanowić nad odpowiedzią, żeby nie zdradzić jej zbyt wiele. Nie chciał się przyznawać do swojej ucieczki przed kolejnym kotem. Czy musi robić z siebie jeszcze większego tchórza? Huh, będzie musiał w końcu wymyślić jakąś fałszywą historyjkę, aby wciskać kit wszystkim napotkanym kotom. Przecież i tak nigdy nie dowiedzą się jaka jest prawda, no nie? Znaczy pewności nie może mieć, ale z drugiej strony kto mógłby się wygadać? Tylko Żurawina (ahhh, po co jej o tym mówił, był naprawdę głupi) oraz Kuna. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Deszczyk się z nimi spotka i padnie akurat temat Morwy? Pewnie zerowe.
-A wiec na pewno jesteś w klanie lubianą i szanowaną wojowniczką- odparł, domyslając się. Czy tak jest? Nie miał pojęcia, ale wydawało mu się, że tak. No bo jeżeli kot jest mądry i w dodatku tak interesujący jak ona, to musi być kimś dobrym, otaczanym przez masę kotów, które chodzą do niego po rady. Był pewny, że takie coś po pewnym czasie musi być uciążliwe. No bo ciągłe dawanie rad i słuchanie cudzych problemów nie jest fajne, bynajmniej nie dla niego. Ale jak kto woli.
-Hmm... Boje to za duszo powieciane. Po prostu tego unikam. Kto mnie wyleczy, jeśli zostane powasznie zraniony?- spytał. Czy istniał jakiś medyk samotnik? Nie miał pojęcia, nikogo nigdy o to nie pytał. Teraz żałował, bo taki kot naprawdę mógłby mu się przydać. Mógłby go leczyć (oczywiście nie za darmo) lub nawet nauczyć najważniejszych medykantów. To byłoby bardzo dobre rozwiązanie i być może wtedy Morwa szkoliłby się w walce. Bo zbytnio tego nie potrafił. To tak się kończy opuszczanie treningów.
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
Och, a więc stojący przed nią samotnik był kiedyś klanowiczem! To tłumaczyłoby, dlaczego jest tak pozbawiony charakteru, choć, z drugiej strony... można było się spodziewać, że ktoś, kto jest nastawiony tak pokojowo, może nie pasować do klanów, gdzie uczono między innymi, jak stosować wobec innych siłę fizyczną. Tej kwestii można się było raczej domyślić. - Byłeś częścią klanu? Co się stało? Wyrzucili cię? - spytała, poruszając końcówką ogona, jakby w wyrazie podekscytowania. Było to częściowo prawdą, z drugiej zaś strony musiała się poruszyć, czuła bowiem, że w przeciwnym razie wyskoczy z własnego ciała i stanie obok. Pomijając fakt, że jednocześnie pozostawała, cóż, dość senna. - Och, tak, niemalże tak bardzo, jak Czerwona Gwiazda - powiedziała, pozwalając, by kąciki jej pyska drżały dalej. Nie wiedziała w sumie, dlaczego brnęła w to dalej, skoro jednak już zaczęła, to nie mogła nagle odpuścić. - Nie macie jakiegoś medyka-samotnika? - spytała się. Cóż, ta kwestia faktycznie była dość poważna, z drugiej jednak strony... - Albo... nie możesz pójść po prostu do medyka z klanu? - zadała kolejne pytanie. Nie wiedziała, jak takowi traktowali samotników, ale, cóż, zawsze mogła to zrobić dzięki temu tutaj... prawda?
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Morwa spodziewał się pytań ze strony wojowniczki. Na jej miejscu też byłby ciekawy co się z nim stało, że teraz jest nagle samotnikiem. Również zadawałby pytania, bez zastanowienia czy kot z którym rozmawia chce poruszczać ten temat. Czy Deszczyk się tym przejmowała? Sam nie wiedział. Ale nie miało to dla niego większego znaczenia, bo stwierdził, że może kłamać. Nie musi mówić jej prawdy, ona i tak się nie zorientuje. No chyba, że kocur zacznie mieszać w zeznaniach i sam sie wkopie. Musi tego pilnować. W głowie szybko wymyślił historyjkę, że został porwany. Tak po prostu, zaszedł za daleko i dwunodzy pochwycili go, żeby zanieść go do swojego gniazda.
-Tak, byłem. Nie wyszucili mnie. Byłem głupi i pewnego dnia zaszedłem za daleko. Gcieś w okolicy Sietliska Koni ludzie, czyli dwunocy złapali mnie. Próbowałem sie im wyrwać, ale byli silniejsi.- powiedział, krzywiąc się. Chyba kłamanie wychodziło mu nieźle. No cóż, nie ma co się dziwić, w końcu podczas pobytu na osiedlu dużo się nauczył. Nawet zmądrzał trochę. Co z tego, że w dalszym ciągu jest głupi. Od zawsze był, tylko teraz jst trochę mniej. Kiedyś się zmieni. Może.
-No to gratuluje. Mosze kiedyś tesz zostaniesz pszywótcą- odparł zdumionym głosem. Czy naprawdę miał przed sobą taką mądrą i szanowaną kocicę? Nie wpadł na to, że może być okłamywany. Przecież nie miał powodów, żeby jej nie wierzyć. Mówiła spójnie, z resztą on nie był zbyt dobry w odróżnianiu kłamstwa od prawdy, szczególnie jeśli rozmówca idealnie potrafił wciskać innym kotom bujdy. No cóż, może jest zbyt naiwny, ale... Każdy ma jakieś złe cechy, prawda?
-Z tego co wiem to nie.- odpowiedział krótko, przygryzając wargę. Może powinien się zająć szukaniem takowego kota. Czy pytanie każdego napotkanego samotnika czy zna się na ziołach jst normalne? Nawet jeśli nie, to trudno, był zbyt zdesperowany by zdać sobie z tego sprawę. Życie jest ważne. -Nie wiem czy klanowy medyk by mnie wyleczył. Na granicy jestem traktowany jak intrus- dodał po chwili. Nie wiedział czy spotkanie medyka na terenach niczyich jest możliwe. Czy oni wychodzili tak daleko?
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
Ach, najwyraźniej jej rozmówca był jednym z tych kotów, które gubiły się, nie potrafiąc potem znaleźć drogi do obozu, a potem były łapane przed Dwunogów. Zastanawiała się, jak można było się dać ot tak takiemu dwunogowi złapać - byli przecież dość sporzy, można było więc ich zobaczyć z daleka. Nie wspominając już o tym, że zachowywali się bardzo głośno i mieli intensywne zapachy. Ona sama dostrzegła takowych kiedyś w oddali, siedząc ukryta w koronie drzewa rosnącego nieopodal Topiołków. Z jednej strony kusiło ją wtedy mocno sprawdzenie, czy dałaby przed takowymi uciec, z drugiej jednak... - W jakim klanie byłeś? - drążyła, zastanawiając się, kto wypuszcza na tereny tak niewyedukowane jednostki. Nie, żeby ona nie pozwoliła swoim terminatorom - których obecnie nie otrzymywała - robić to, co im się żywnie podobało, niemniej jednak... - O. Zabrali cię do gniazda? - spytała się kocura, ciekawa dalszego rozwoju historii. Skoro nie mogła się podczas tej konwersacji bać, to mógł przynajmniej dowiedzieć się co nieco na temat Osiedla, na które planowała się w przyszłości wybrać i na temat dwunogów, którzy je zamieszkiwali. - Och, mam nadzieję, że nie - odpowiedziała, pozwalając, by kąciki jej pyska drżały dalej. Gdyby była przywódcą i jednocześnie kontynuowała swoje eskapady - a z nich z pewnością by nie zrezygnowała - szybko zostałaby wyniesiona z obozu, zupełnie, jakby była nie z klanu rzeki, a z klanu wichru. - Cóż, jeśli będziesz ranny, to chyba nie będziesz miał wyboru - stwierdziła, jednocześnie mimowolnie nadając wypowiedzianemu przez siebie zdaniu dość pytający ton. Skoro i tak miałby umrzeć od ran, równie dobrze mógł zaryzykować, istniała bowiem nadzieja na wyleczenie. Chyba.
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Za to on doskonale rozumiał koty porwane prze dwunogów. Na własne oczy widział poczynania ludzi i nie raz przekonał się na własnej skórze jacy są silni. Jednak mimo wszystko miał o nich dobre zdanie. Karmili go i opiekowali się nim, czasem dawał im się dotknąć. Oczywiście unikał mówienia o tym, co by sobie pomyślały klanowe koty? Może znalazła by się część, która słuchałaby tego z podziwem, ale wydawąło mu się, że większość raczej by go wyśmiała. Dobrze wiedział jakie zdanie o dwunożnych miał Klan Gromu. Znaczy znał zdanie tylko kilku kotów, nie całego klanu. Chociaż takich rzeczy można się domyślić, leśne koty raczej nie będą dawały się traktowac jak pieszczoszki. I jako kociak też tak uważał. Wtedy nie przypuszczał, że będzie musiał kiedyś skorzystać z ich usług. Mimo to, nie żałował tego. Przynajmniej przekonał się jacy są ludzie i do czego mogą się posunąć.
-W Klanie Gromu- odparł krótko. Przez chwilę chciał ją spytac, czy kojarzy ten klan, ale na szczęście w porę się opamiętał. Przecież ona była wojowniczką, więc raczej wiedziała takie rzeczy. Musiałą wiedzieć, w przeciwnym razie nie piastowała by tej rangi. -Tak. Daleko stąd. Posieciałem u nich troche, asz w końcu udało mi sie uciec. Potem żyłem troche na osietlu, to barco ciekawe miejsce.- powiedział. Połowicznie mówił prawdę, bo żył na osiedlu przez jakiś czas. No i naprawdę mu się tam podobało, dowiedział się tyle różnych rzeczy! Poznał słowa, których leśne koty nie znały. Mógł nawet powiedzieć, że jest odważniejszy niż inni, bo nie reaguje na widok potwora krzykiem. Nauczył się, że samochody są kierowane przez dwunożnych i wcale nie polują na koty. Teraz uśmiechał się, gdy wspominał jak będąc kociakiem bał się samochodów. To było... Głupie.
-Dlaczego? Bycie pszywótcą pewnie jest ciekawe- spytał, przekrzywiając głowę w bok. Czy sam chciałby zostać kimś tak ważnym? Nie. Ale tylko dlatego, że wiedział, że nie poradziłby sobie na takim stanowisku. Obowiązki pewnei by go przerosły. Wszystkie te ceremonie i wysłuchiwanie innych kotów. Czy przyódcy w ogóle mają czas dla siebie?
-No... Masz racje. W takiej sytuacji warto byłoby zarysykować- stwierdził po chwili zastanowienia. Może to przekona go do walki? Kto wie. Będzie musiał się nad tym poważnie zastanowić, bo cena jest wielka i dużo ma do stracenia.
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
- Nie wyglądasz na gromiaka - wypaliła jedynie, nie mogąc się powstrzymać od wypowiedzenia tych słów. Cóż miała poradzić na to, że faktycznie był dość, cóż, chuderlawy? Słowa same wypłynęly na zewnątrz. - Na osiedlu? - spytała retorycznie, teraz już znacznie bardziej zaciekawiona słowami kocura. Przysunęła się do niego, podnosząc prawą przednią kończynę z zamiarem położenia jej na barku byłego gromiaka. On był niski, ona zaś wysoka - z technicznego punktu widzenia nie powinna mieć z tym problemu. O ile tamten, oczywiście, się nie odsunie. - Musisz mi wszystko odpowiedzieć - powiedziała, tym razem usiłując polizać tamtego za uchem. Ot tak, żeby zmniejszyć między nimi dystans. Żeby się nie krępował, bo mogą tu usiąść jak dwie stare psiapsiuły ze starszyzny i poopowiadać sobie o starych dziejach. Dotyczących chociażby, ot, takiego pobytu na osiedlu właśnie. - Obowiązki. Siedzenie w obozie. I... obowiązki - powiedziała jedynie zgodnie z prawdą. Ach, wesoło byłoby korzystać z tego, że jej słowo było prawem, wesoło byłoby kazać wdanym w spór kotom walczyć na śmierć i życie... ale ile by to wszystko potrwało? To była jedyna opcja rozrywki kota będącego przywódcą, przynajmniej taka, przez którą nie mówiliby o niej jako o kotce, która doprowadziła klan do ruiny, a i tak za nią wynieśliby ją z obozu żywcem.
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Słowa kocicy wcale go nie zdziwiły. Dobrze wiedział, że stereotypowy gromiak jest wielki, umięśniony i groźny. A on? Był totalnym przeciwieństwem tego opisu. Mały, chudy i w dodatku raczej unikający konfliktów. Może urodził się nie w tym klanie co trzeba? W sumie to nie powinien się urodzić w żadnym z nich. Lepiej byłoby mu, gdyby od zawsze był pieszczochem lub gdyby nie było go w ogóle. Ale na to wpływu nie miał. Może to i lepiej?
-No... To prawda. Ale nie kaszdy gromiak jest wielki i agresywny. Znam takich, któszy są podobni do mnie. Oczywiście nie są tacy mali jak ja.- odparł z błyskiem w oku. Czy cieszył się z tego, że był jednym z mniejszych w klanie? Nie miał większego zdania na ten temat. Czasem wolał być takim maluchem, a innym razem zazdrościł większym kotom. Każdy wzrost miał swoje zalety oraz wady. Jedną z wad takiego krasnalstwa było to, że większe koty bez problemu mogły go dotykać. Tak jak przed sekunda zrobiła to wojowniczka. Położyła mu łapę na braku. Nie zdązył się odsunąć, huh. Czy żałował? Trochę. W dalszym ciągu jej nie ufał, przecież dopiero co się poznali. Dlaczego ona już chce się do niego tak zbliżyć? Nie było to nic wielkiego, ale jednak coś... O ile położenie na nim łapy nie było dla niego czymś wielce złym, to próba polizania już tak. Odsunął lekko głowę, dając jej znak, że sobie tego nie życzy. Poczuł się przez chwilę jakby był małym kociakiem, a ona jego matką. No bo matki tak robiły swoim dzieciom. Przynajmniej on tak pamięta Zamrazniętą Sadzawkę.
-Wszystko? Starsznie duszo tego. Musielibyśmy siecieć tu barco długo- powiedział, nawet zdobywając się na lekki uśmiech. No kto by pomyślał. Ale to nie ze względu na obecność kotki, tylko dlatego, że dobrze wspomina osiedle, żeby było jasne! -Nie lepiej byłoby, gdybyś wybrała sie kietyś na osietle? Naprawde warto- dodał z błyskiem w oku, patrząc na kocicę. Gdyby go spytała, to byłby nawet w stanie ją tam zaprowadzić. Nie miał zamiaru siedzieć wiecznie w lesie, był on o wiele mniej ciekawy niż miasto. No i tam nikomu nie zawadzał, a tutaj? Jeden zły krok, naruszenie granicy i już go nie ma! Brzmi starsznie.
-A to pszywótca nie mosze wychocić z obosu?- spytał. Może i było to głupie pytanie, takie które zadają kocięta, ale on naprawdę nie wiedział. Podczas pobytu w klanie nigdy nie widział, żeby Trzmiel gwiazda opuszczał obóz. czy każdy przywódca siedzi na dupie w obozie przez cały czas, czy to tylko ten gromowy jest taki leniwy, żeby się gdziekolwiek ruszyć?
Wysoka tak samo, jak i rodzice. Ma drobinę dłuższy od przeciętnego trójkątny pysk o prostym profilu, nisko osadzone, nieco dłuższe od przeciętnych uszy, smukła szyja, bardzo szczupła ( niemalże przesadnie! ) sylwetka, długie, bardzo chude łapy, długi, bardzo wąski ogon. Większość ciała jasna; pysk, uszy, łapy i ogon szaro-bura z czarnymi pręgami, sierść na grzbiecie z widocznym zarysem tygrysich pręg, nieco ciemniejsza od tej na bokach. Oczy w kształcie migdałów, o barwie lodowego błękitu odziedziczonej po ojcu.
O ile w wypadku wyglądu większość cech odziedziczyła po matce, o tyle charakter Deszczyk przypomina bardziej ten posiadany przez ojca, nie przez matkę. Na całe szczęście nie jest takim gburem, jak on - ma jednak raczej pesymistyczne nastawienie do świata i często nie ukrywa go przed światem, czasem bez jakiegokolwiek taktu - nierzadko ironicznie - komentuje jednak brak logiki w cudzych działaniach, ma też tendencję do podważania cudzych decyzji. W przeciwieństwie do ojca nie unika jednak kontaktów z innymi, inaczej bowiem nie mogłaby się z nich od czasu do czasu żartobliwie natrząsać. Najprawdopodobniej w przyszłości nie będzie także unikać walki - pokojowe zachowanie za wszelką cenę wydaje się jej bowiem nie dość, że naiwne i głupie, to jeszcze ją drażni, niemniej jednak nie wygląda na to, by miała rzucać się na innych praktycznie bez większego powodu
- Och, czyli gromiacy stają się s ł a b s i? - spytała się kocura, ciekawa, co właściwie jej na to odpowie. Zwyczaje nakazywały, by każdy klanowicz zapewniał swojego rozmówcę o tym, jaka to jego grupa nie jest potężna, przejedzona i przesadnie rozmnażająca się, ale... stojący przed nią niziołek nie był już członkiem klanu, więc, w teorii, wszystko mógł jej opowiedzieć. Nie, żeby wiedziała, jak te informacje wykorzystać.
W odpowiedzi na fakt, że odsunął pysk mogła zrobić jedynie smutną minę. Ach, miała wobec niego przecież same bardzo przyjazne zamiary, on zaś ją o d p y c h a ł. Cóż. Musiała się z tym faktem jakoś pogodzić... - Och, z a m i e r z a m - odpowiedziała kocurowi, pozwalając sobie na zupełny błysk w oku. Chciała wybrać się na osiedle i chciała to zrobić sama, aby to jednak było możliwe, musiała wiedzieć na jego temat niezbędne minimum. A już na pewno musiala poznać podstawy dotyczące dwunogów, nie po to bowiem zasłynęła już ze swoich całonocnych - co najmniej - wędrówek, by zostać zamknięta w jakimś tam gnieździe. Poza tym, informacje pozwoliłyby jej na dowiedzenie się, gdzie pójść, by wycieczka okazała się jak najobfitsza w atrakcje i jakich miejsc unikać, by nie pozbawić się niepewności i przyspieszonego bicia serca. - Na pewno nie na tak długo, na ile chciałabym z niego wychodzić ja - odpowiedziała zgodnie z prawdą, ot, ze skromności, zdejmując przednią łapę z karku kocura i kilkukrotnie przesuwając po niej językiem.
Mistrz: nie Płeć: kocur Matka: Zamarznięta Sadzawka [*] Ojciec: Lepszy Rydz niż nic Partner: cisza
Bury lynx point. Z budowy mały, kruchy, jego sylwetka jest zawsze zgarbiona. Ku chwale jego futro daje wrażenie jakby był trochę większy. Jak każdy point, ma niebieskie oczy. Nos jest czarny. Na uszach ma małe pędzelki, a w środku uszu jasne włoski.
Słabsi? A czy on jest słaby? Przez chwilę poczuł oburzenie i zmarszczył brwi, ale niemalże natychmiast wyraz jego mordki się zmienił. To dlatego, że szybko doszedł do wiosku, że kocica ma racje... Był słaby, bardzo słaby. Nie byłby w stanie się obronić w razie ataku. Pozostawała mu ucieczka, tak jak wtedy, gdy natrafił na Żurawinę. Nie było mu z tego powodu wstyd. Można powiedzieć, że był obojętny, może i walka była potrzebna, ale jak widać, da się żyć bez tego. Jeśli on potrafi, to każdy inny da radę.
-Nie, nie, nie- zaprzeczył szybko. W sumie mógł przyznać jej rację, bo nie należał już do Klanu Gromu i nie musiał twardo go bronić, tak jak kiedyś. Ale mimo to zrobił to, tylko dlatego, aby nie niszczyć Gromowi reputacji, czy coś. Niech się cieszą, jeśli mają z czego. Chociaż z drugiej strony nakłamanie Deszczowej na niekorzyść gromiakom trochę go kusiło. Nie, to zły pomysł. Dobry kot ma same dobre pomysły i tego postanowił się trzymać. -Chociło mi barciej o wygląd. Niektószy są maleńcy, ale grośni. O na pszykład Żubsze Gardło- dodał. Nie znał zbyt wielu wojowników w byłym klanie, więc wymienienie zastępczyni było najprostszym co mu do głowy wpadło. Przynajmniej się nie skompromitował. -Są tesz tacy, któszy na ogól są mili, ale potrafią nieśle zranić- dodał. Tutaj nie wiedział kogo mógłby wspomnieć, więc nie zrobił tego. Miał nadzieje, że Deszczowej starczy to co powiedział i zwątpi w słabnięcie klanu Gromu. Z resztą powinna interesować się swoim klanem. Jak jest w Rzece? Chciał się tego dowiedzieć, tylko po co? Czy ta wiedza była mu koniecznie potrzebna? Nie. A więc postanowił, że nie spyta u po prostu zapomni. Tak więc spojrzał na kocicę, dziwiąc się. Miała smutną minę. Oh, co się stało? Czy to dlatego, że nie dał się jej... Polizać? Morwa jako miękka buła, poczuł wyrzuty sumienia. Przysunął do niej swoją głowe, aby mogła zrobić to, co chciała przed chwilą. Lecz to, czy to zrobi to już jej decyzja. Jeśli nie, to i lepiej. Nie chciał by tak się do niego zbliżała, ale nie chciał też mieć poczucia winy. Huh...
-Sama? To niebespieczne. Powinnaś iść z kimś- I mówić to niekoniecznie miał na myśli siebie. No dobra, miał, ale gdyby wojowniczka nie chciała, to by zrezygnował. Nie będzie się narzucał, ani zmuszał jej. Z drugiej strony czy wytrzymaliby w swoim towarzystwie? Jak na razie rozmawiało mu się bardzo dobrze. Może i w pewnych momentach czuł się niekomfortowo, ale to raczej z jego winy. Nigdy nie przepradał zbytnio za tym jaki jest. Normalny kot na pewno chętniej dawałby się jej dotykać, a on? Cóż.
-Ah no tak. Takie ciągłe siedzenie w obosie musi być nudne. Nic tam nie ma do roboty!- powiedział. Co prawda nie wiedział tego dobrze, bo w obozie spędził tylko dzieciństwo, nie całe z resztą. Jednak wiedział swoje i doskonale pamiętał jak bardzo nudziło mu się będąc wyrośniętym kociakiem, czy już terminatorem. Na treningi nie chodził, więc cały czas spędzał na leżeniu. Nic ciekawego.
Wiele nie trzeba mówić, szwendał się po terenach. W obozie nie spędzał wiele czasu, jedyne co to przynosił zdobycze na stos i ewentualnie wybierał się na patrole z innymi, jeśli musiał; stronił od towarzystwa bardziej, niż zwykle. Odrzucał od siebie tak naprawdę wszystkich, którzy próbowali z nim porozmawiać, bo wszystko przypominało mu o Kukułce. Włóczył się więc coraz dalej, coraz śmielej przekraczał granice. A że pogoda była, jaka była, to coraz częściej sypiał poza obozem, może nie czując się dobrze z samym sobą w samotności, ale za to nie czuł się przytłoczony współklanowiczami.
Kichał na niebezpieczeństwo, wychodził więc coraz dalej. Tego dnia też, zdecydował się ruszyć za Kłujący Gąszcz, pooglądać sobie ot, co tam jest dalej. Znalazł dziwne rośliny rosnące niczym ogromny las w skupisku w jednym miejscu. Nie chciał wchodzić w rzepak, wolał otwarte tereny, skręcił więc i ruszył sobie wzdłuż niego, aż doszedł do Drogi Grzmotu. Sam przystanął i syknął sam na siebie. Ta wędrówka nie zapowiadała się zbyt ciekawie.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Wzbierająca doskonale wiedziała, że każde takie zbędne wyjście tylko przedłuża jej pobyt poza obozem. Co myślą klanowicze? Czy uznają ją za zmarłą? Czy za zaginioną? A może stwierdzili, że sama odeszła i nie wpuszczą jej do Klanu z powrotem? Ona zamiast wracać tego samego dnia do Klanu, a już od ponad paru księżyców szukała Algi. Na darmo. Nie znalazła niczego. Poszlaki wśród samotników, kępek futra, niczego co mogło by wskazywać na to, że Alga żyje lub jest martwy. Nie ważne jaką dostałaby odpowiedź, chciała ją znać. Miała dość swojej naiwność i bezsensownej nadziei, że kiedyś wszystko się ułoży. Zmarł dziadek, czyli ostatni ważny dla niej kot. Czy jest sens wracać do Klanu? Za pewne nie. I tak jej nie przyjmą... Nie potrafi nawet wytrenować jednego terminatora! Och, czemu wszystko jest przeciwko niej? Westchnęła. Nie będzie po raz kolejny płakać. Musi być silna, ale każda sytuacja wydawała się być przytłaczająca. Chciała uciec od ciągłego cierpienia, ale wszystko przypominało jej każdego zmarłego przyjaciela. Było ich naprawdę mało, a wszyscy musieli gdzieś zniknąć. Powstrzymując łzy, ruszyła dalej. Tym razem nie była to zwyczajna przechadzka. Zawędrowała koło drogi grzmotu. Nie spodziewała się, że kogokolwiek tu spotka, a jednak.
- Wschód...? - spytała patrząc na znajome futro oraz zagradzając mu przejście łapą.
A więc okazało się, że jednak ta wycieczka może być ciekawa, za sprawą pewnej... Hm, koleżanki z dawnych księżyców.
Wschód zastanawiał się, co robić dalej. Czy wędrować sobie wzdłuż Grzmiącej Ścieżki, a może faktycznie wleźć w kwiatki i zobaczyć co jest w polu? Stał zamyślony, z pochylonymi uszami, kiedy usłyszał, jak ktoś wypowiada jego imię. Odwrócił się zaskoczony, i od razu odskoczył w drugą stronę, by zwiększyć dystans między kocicą, a nim samym. Dzieliło ich tak czy siak parę długości ogona, wojownik jednak po prostu zrobił to instynktownie. Tak jak uderzenie serca później instynktownie zjeżył sierść.
Poczuł zapach kocicy, i choć było w nim coś znajomego, co mu się kojarzyło, to jednak nie wyczuł zapachu żadnego z klanów. A więc samotniczka, no proszę. Przyjrzał się jej. Nie jeżyła się, nie chciała go zaatakować, rudy więc nie wyciągnął pazurów... Jak na razie.
- No, Wschód. - odpowiedział, może niezbyt elokwentnie, ale udało mu się coś wydukać. Może i głupio było przyznać, ale po księżycach niezbyt pamiętał kotkę, choć wydawało mu się, że kiedyś już ją spotkał; na to wyjście też sugerowałoby to, że znała jego imię.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Fala miała dziwne przeczucie, że kocur jej nie pamiętał. A może ją pamiętał, tylko nie chciał o niej wspominać? Może nie chciał jej znać? Ale relacje mieli dobre. Bardzo dawne, zapomniane przez Falę, ale mieli je pozytywne. Czemu więc kocur jej nie lubił? A może po prostu jej nie pamięta? Może w jego życiu wydarzyło się coś, przez co zapomniał o swojej przyjaciółce? Możliwe, że wystarczy mu przypomnieć. Co jej szkodzi? I tak nie ma nic do stracenia.
- Cześć... Pamiętasz mnie? - spytała najpierw, może i trochę niepewnie. Nie wiedziała czy na pewno powinna z nim rozmawiać. Nie wiedziała niczego, czego chciała, ale taki był jej żywot i zdążyła sie do tego przyzwyczaić. - To ja... Wzbierająca Fala! Na czy Wzbierająca Łapa! Spotkaliśmy się dawno temu. Jest... byłam z Klanu Cienia - wymruczała starając się poddać jak najwięcej szczegółów, aby kocur przypomniał sobie o niej cokolwiek. Przydałby jej się nowy przyjaciel, zwłaszcza w tej chwili, bo nie wie, czy powinna nazywać siebie Cienistą. Może powinna zostać Falą i by się samotnikiem? Wtedy nikomu by nie przeszkodziła... Na razie musi czekać na rozwój wydarzeń. Może Wschód przekona ją do powrotu?