Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Płomyk postanowił wziąść się za siebie i znów zanurzyć się w towarzystwie. Zaczął więcej chodzić blisko granic by móc poznać nowe osobistości. Chciał korzystać póki mógł bo niedługo zdrowie mu nie pozwoli na takie długie chodzenie. Eh... A przecież niedawno był młodym i energicznym terminatorem. A teraz? Ciężko stwierdzić jaki był. Nadal miał poczucie humoru i był nadwyraz przystojny jak na swój wiek. Ale już nic go nie cieszyło prócz rozmowy z innymi. Nie miał tyle energii na brykanie i bieganie. Czasem czuł się jak głaz obrośnięty mchem. No ale starał się za bardzo o tym nie myśleć. Po prostu żył dalej i tyle. Chciał wykorzystać teraz każdą wolną chwilę. Licząc na to, że jak wyjdzie do innych to poczuje się lepiej.
Dziś wybrał się do Czterech Dębów w konkretnym celu. Chciał pogadać z rzeczniakiem. Dawno z nikim od nich nie gadał. A wydawali się być spoko. Tylko ich zapach był trochę mało przyjemny dla jego nosa.
Przycupną pośród, zakrywajacych go liści dębu. Które oświetlały tylko kawałki jego futra.
Niestety ale nikogo nie było. Jak zwykle w tym miejscu. Zaczął więc układać swoje futro by wyglądać jak najlepiej na wszelki wypadek.
A potem ta kotka stała się Wydmą. Na dzień ceremonii pięknie wyczyściła futerko i starała się, aby tak pozostało. Tylko te parę dni było do przystosowania się do rangi i tego, o z nią związane. Futro Wydmowego Wiatru więc jest teraz czystsze, niż gdy była terminatorką. Zdobyła też trochę mięśni. Nadal wysoka i długa, ruda tygrysio pręgowana z białymi znaczeniami i zielonymi oczami. Teraz już dużo w jej wyglądzie zmieniać się nie będzie, chyba, że dostanie jakieś bitewne blizny. Ale innych zmian chyba nie będzie.
Charakter wojowniczki o imieniu Wydmowy Wiatr nie zmienił się, prócz tego, że nie jest aż taka energiczna. Albo po prostu poważniejsza. Minęło trochę czasu od mianowania, więc jeszcze nie widać, czy mocno się zmieniła. Na razie jest tak, jak było, jednie jej energiczność nie jest wykorzystywana w ten sam sposób, bo teraz wykorzystuje ją do pełnienia swoich obowiązków oraz jest poważniejsza. Tyle.
Po stracie tak wielu ważnych kotów Wydmowy Wiatr posmutniała, jest bardziej na boku. Na szczęście nie odbiło się to na terminatorów. Jest lepiej, gdy spotyka kogoś kogo zna, ale jednak ciągle kogoś traci... Próbuje jednak nie ukazywać tego uczucia z głębi siebie.
Wydma chciała na chwilę odpocząć od gwaru obozu. I jakoś tak... wyszło, że zawędrowała aż na Cztery Dęby. Po drodze trochę przepłynęła, teraz jej futro powoli wysychało, nadal jednak pojedyncze kropelki wody spadały na ziemię pod nią. Zastępczyni Klanu Rzeki w końcu dotarła na teren neutralny i zdziwiła się, widząc, że już ktoś tam był. Czyścił futro. Mrugnęła raz.
Podeszła do kocura, silnie pachnącego Klanem Cienia. O nietypowym umaszczeniu, ale chyba zdarzyło się wydmie widzieć kota, który wyglądał podobnie. No, ale to chyba już żadne osiągnięcie, w końcu widziała tych kotów dość dużo. Zaczynając od takiego szylkretowego kocura.
— Dzień dobry. — przywitała się, z szacunkiem kiwając głową. — Można się przysiąść? — zapytała spokojnie, podchodząc bliżej, następnie czekała na potwierdzenie, że kocur szukał towarzystwa. Jeśli nie to go przecież zostawi.
what a glorious feeling! i'm happy again! ° i'm laughing ofclouds °
= sodarkup above = the s u n is inmyheart andIamreadyfor love!
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Jakże miał dzisiaj ogromne szczęście! Właśnie do Czterech Dębów zawitała starsza kocica która pachniała klanem Rzeki. Lepiej Płomyk mógł nie trafić. Ale chyba lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca prawda? Szybko zrobił jeszcze pare liźnięć a następnie przeczesał swój fryz łapą. Mimo iż miał gdzie nie gdzie siwe włoski to dalej miał to coś. Nadal był w dobrej formie i miał nadzieję, że rownie atrakcyjny. Ah... Co to będzie jak jego ciało całe sie zestarzeje? Nie chciałby wyglądać jak wysuszona, pomarszczona śliwka. Zwłaszcza, że dla niego bardzo był ważny wygląd.
Podniósł się na chwilę by kulturalnie się przywitać.
Wyszedł że swojego ukrycia, pokazując swoją osobę w pełnej okazałości.
Jego futro pozyskiwało przez promienie słońca a jego oczy jarzyły się brązowo-pomarańczową barwą. Bił od niego gorąc. Nic dziwnego, że dostał takie a nie inne imię.
Uśmiechnął się promiennie a następnie podszedł bliżej do nieznajomej. - Witam szanowną kotkę z klanu Rzeki. - powiedział płynnie i ciepło. - Nic innego bardziej nie pragnę. Proszę! - powiedział szarmancko a następnie ogonem machnął w kierunku ich miejsca gdzie mieli wspólnie pomówić.
Usiadł dopiero gdy wojowniczka się wygodnie umiejscowiła. - Miło, że udało mi się kogoś spotkać w tej okolicy. A zwłaszcza tak zjawiskową kocice. Mogę znać imię? - zapytał łagodnie.
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Póki co Brzózka najlepiej ze swoich wypraw wspomina wycieczkę pod Cztery Dęby. To znaczy – nie licząc wyprawy wzdłuż Grzmiącej Ścieżki podczas której poznała Rosomak. Teraz jednak już wie, że nie ma szans na ponowne spotkanie szylkretki i podświadomie unika spacerów w tamte rejony. Co zresztą jest łatwe, gdy ma się szlaban i nie powinno się wychodzić samej. Dzisiaj jednak udaje jej się zawrzeć pewien układ z Bocianem. Znaczy się, plan spotyka się ze sceptycznym nastawieniem wojownika, jednak po wejściu mu na sumienie (on był na Zgromadzeniu, gdy ona siedziała w obozie!) udaje się ostatecznie dojść do porozumienia. Przy granicy z Czterema Dębami Brzózka obiecuje na honor własnej matki, że nie odstawi żadnego cyrku o którym usłyszą Cztery Klany i szybko się żegna z Bocianem, który udaje się na polowanie. Sama, nie tracąc czasu, leci w stronę rozłożystego drzewa i wskakuje na jeden z niższych pni, by (z lepszego punktu widokowego) rozejrzeć się za potencjalnym towarzystwem. Ma szczerą nadzieję, że wkrótce się ktoś zjawi. I jakoś tak odruchowo najuważniej przygląda się Gromowej części świata, licząc na błysk szarego futerka. Długi ogon podryguje w zniecierpliwieniu. Terminatorka teoretycznie ma świadomość braku gwarancji na spotkanie z kimkolwiek, nim Bocian wróci z polowania, a jednak oczekuje, że za uderzenie serca ktoś wyskoczy zza kamienia.
Księżyce: 108 Mistrz: Kamienne Serce Płeć: kotka Matka: Drobny Płatek Ojciec: Krzywy Skok Trwałe urazy: delikatna blizna ciągnąca się od czoła do nosa kotki; małe blizny ukryte pod futrem na łapie i boku; brak połowy lewego ucha oraz brak połowy prawego ucha;
Księżyce: 108 Mistrz: Kamienne Serce Płeć: kotka Matka: Drobny Płatek Ojciec: Krzywy Skok Trwałe urazy: delikatna blizna ciągnąca się od czoła do nosa kotki; małe blizny ukryte pod futrem na łapie i boku; brak połowy lewego ucha oraz brak połowy prawego ucha;
Potężnej budowy długowłosa czarna szylkretka pozbawiona całkowicie bieli. W miejscach gdzie widoczny jest rudy kolor można dostrzec pręgowanie ticked. Największe rude plamy znajdują się na prawej stronie pyska, oraz na grzebiecie. Ślepia kotki przybrały kolor żółty. Krok Lisicy mimo wszystko nie należy do ociężałych. Porusza się dość zgrabnie, pochylając często przy tym łeb.
Ciekawa świata kotka, nie bojąca się zadawania pytań. Uwielbia rozmawiać i nie ma problemu z dostosowaniem się do rozmówcy, mimo tego jednak często jedno mówi, a drugie robi i myśli. Nie wie co to posłuszeństwo. Dlatego też nie zamierza wierzyć, w takie bujdy jak Gwiezdni..
Bez wątpienia można ją określić mianem inteligentnej, o czym niewątpliwie można się już przekonać w pierwszych chwilach rozmowy z nią.
Bobrzy Bór (KC)
Bluszczyca ostatnimi czasy coraz to częściej wypuszczała się sama poza tereny Klanu Gromu, i jakoś tak zawsze łapy prowadziły ją w stronę Czterech Dębów. Było to poniekąd centrum leśnego życia, to tutaj każdy mógł czuć się w miarę bezpiecznie i porozmawiać, spotkać się z każdym. Czuła się już trochę lepiej, choć wciąż decyzja Truskawkowego Gąszczu kąsała ją w wątrobę powodując nieprzyjemny ścisk frustracji, gdy o tym myślała.
Gdy dotarła do miejsca zgromadzeń zauważyła bez problemu niebieską koteczkę, uśmiechnęła się więc szeroko i podeszła bliżej. Bił od niej wyraźny zapach wichru. - Dzień dobry! Czekasz może na kogoś? - zaczęła bezpiecznie z delikatnym uśmiechem na pysku i czekała na reakcję wichrzaczki, która póki co górowała nad nią bowiem znajdowała się na pniaku.
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Najwyraźniej Gwiezdni lubią takie nie za mądre terminatorki i chętnie działają na ich korzyść, bo nim Brzózce zaczynają przygasać nadzieje na spotkanie innego kota, w zasięgu wzroku pojawia się ktoś z Gromowych stron. Co prawda nie szary, a czarno-rudy, ale to nie zmniejsza entuzjazmu koteczki. Potencjalne towarzystwo to potencjalne towarzystwo, a ona lubi nowe znajomości. Nim Wichrzaczka odnajduje jakąś wygodną drogę w dół by złapać i zaczepić obcy element, okazuje się, że nieznajoma ją zauważyła i sama rusza w jej stronę. No wyśmienicie! Więc Brzózka przyczaja się na pniu i czeka.
– No hej! – wyszczerza się radośnie. – I tak się składa, że czekam! Znaczy czekałam. Na ciebie. – po tych słowach zeskakuje na trawy najkrótszą drogą. – Znaczy no nie konkretnie na ciebie, bo chyba się jeszcze nie znamy, ale no to szczegół. – zaraz jeszcze uracza koteczkę lekkim sprostowaniem by nie wyjść na kłamczucha.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Machnął swoim szczurzym ogonem dookoła, odganiając od siebie spadający śnieg, który drobno prószył nad jego głową. Spadać na niego zaczął dopiero teraz, bo okazało się, że stanął idealnie w prześwicie, przez który normalnie pewnie wpada tylko światło, choć tym razem były to mroźne śnieżynki, które powoli zaczynały go irytować. Patrzył się jednak w górę zahipnotyzowany, bo pomimo, że były okropnie irytujące, były też absolutnie prześlicznie i tego nie mógł im zabrać. Sam więc czasami łapał się na tym, że zupełnie odcinał się od rzeczywistości, gapiąc się na spadające drobinki, dokładnie tak, jak teraz.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Nurt wraz z otrzymaniem rangi medyka odzyskała prawo do samotnych spacerów, co było prawdziwie orzeźwiające! Nie żeby przełom pory opadających liści i nagich drzew był wyśmienitym czasem na łażenie bez celu, zdecydowanie nie, tym bardziej, gdy miało się krótkie futro oraz niską odporność na mróz, niemniej od nadmiernego siedzenia w obozie można oszaleć, a ona oszaleć nie zamierzała. Urządziła więc sobie samozwańczy patrol po granicach, podczas którego ciekawie zaglądała, co tam słychać u rzeczniaków (kompletnie nic, nie spotkała żywej duszy), próbowała nie zabić się na zmrożonych kałużach (co nie hamowało jej przed kruszeniem lodu naciskiem swoich łap, rzecz jasna), rozgrzebywała mokry śnieg w ciekawości, czy pod spodem znajdzie szczątki medykamentów... Takie tam drobne przyjemności.
W końcu dotarła do Czterech Dębów, których nigdy nie potrafiła ominąć bez żalu; zdarzyło jej się spotkać przy nich inne zbłąkane dusze, jak mogłaby nie sprawdzić swojego szczęścia? I chociaż natknięcie się na kogoś w tym miejscu nie dziwiło, to już widok liliowej postaci medyka Klanu Rzeki należał do nieoczywistych!
– Na co tam patrzysz, Cisowa Gałązko? – zagaiła przyjaźnie, przyspieszając kroku, tak by znaleźć się nie dalej niż na lisią długość od kocura. – O rany, ale żeśmy się dawno nie widzieli!
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
I gapił się i gapił, pewnie gapiłby się jeszcze dłużej, gdyby nie to, że zaraz obok siebie usłyszał bardzo, bardzo znajomy głos. Spojrzał w stronę źródła, a gdy zobaczył zaprzyjaźnioną kotkę, na jego myszaty pysk wpłynął szeroki, olbrzymi uśmiech. Prawie mu odpadł, tak wielki był! - AAAA, GWIAZDY!!!!! Ale się za tobą stęskniłem, jak za nikim innym! - krzyknał, pomimo, że była tuż obok. Zaczął wokół niej skakać, bo szczerze się cieszył. Naprawdę! Pomimo, że nie rozmawiali wcale ze sobą tak dużo jak mogło mu się wydawać, zawsze traktował ją jako członka jego wąskiej grupy bardzo, bardzo, bardzo bliskich przyjaciół! Aż było mi przykro, gdy przestali się spotykać, głównie przez to, że Cis był zajęty i pochłonięty w całości treningiem. Zresztą, Nurt pewnie też. - NURRRTOWA ŁAPO, a ty kiedy będziesz mieć swoje imię, co??? - zapytał, bo szczerze był zdziwiony, że do ich klanu jeszcze nie wpłynęła informacja o awansie kotki. Była w końcu niewiele młodsza od niego, był pewny, że ta już swój trening skończyła!
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Odwdzięczyła się za uśmiech uśmiechem równie szerokim, takim, który odsłaniał ząbki. Po chwili – i na chwilę – zawadiacko wystawiła koniuszek języka, po to tylko, by zaraz wybuchnąć serdecznym śmiechem. No nie dało się nie uśmiechnąć przy Cisie, a śmiech to naturalne następstwo radosnego grymasu! Nie inaczej, niż miało to miejsce podczas ich poprzedniego spotkania, w mig udzieliła jej się energia towarzysza i troszeczkę pokrzyżowała mu szyki, bo włączyła się do sprężystego podskakiwania tu i tam, chcąc obskoczyć dookoła kocurka, który skakał wokół niej...!
Nie minęła dłuższa chwila, a zatrzymała się gwałtownie, ledwo wyhamowując na zakręcie. Zatoczyła powietrzny półokrąg ogonem, przechyliła trójkątną głowę do boku i poruszyła uszami, jakby straciła połączenie z bazą i starała się wrócić na odpowiednie fale.
– O, to nic nie wiesz?? – spytała z zaskoczeniem. Nie trwało ono długo, radość i dumna momentalnie wskoczyły na miejsce drobnego skołowania. Uśmiech powrócił na jasną mordkę, wątła pierś wypięła się, podczas gdy jej właścicielka ogłaszała wielką nowinę: – Coś się te gromowe patrole obijają! Miałam swoją ceremonię niedługo po twojej! Waszej, znaczy się, pogratuluj Rybołowiemu Lotowi, jak będziesz mieć okazję! Masz przed sobą nie Nurtową Łapę, a Gwiezdny Nurt, oficjalną medyczkę Klanu Gromu! Zaskoczony?
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Gdy ta wybuchnęła śmiechem, on wybuchnął razem z nią, bo przy Nurt nie dało się nie uśmiechać, tak po prostu!!!! Ostatnio zauważył, ze rzadko spotyka koty tak energiczne i rozbawione jak on sam, ale Nurt była DOKŁADNIE taka jak on, sam nie wiedział, czemu widzą się po tak wielkiej przerwie. Niebieska kotka zawsze dodawała mu multum serotoniny i stawiała go na nogi, nieważne jak koszmarnie by się czuł, więc TYM BARDZIEJ się cieszył, że ją właśnie tutaj spotkał, zupełnie przypadkiem!!!
Kotka zatrzymała się gwałtownie, a on zatrzymał się dokładnie w tej samej chwili, nim w ogóle zarejestrował, że gromowa medyczka zrobiła dokładnie to samo. - PRRRRAWIE RRRRROZDEPTAŁEM ŚLIMAKA - poinformował przerażony, bo wcale z tego dumny nie był, nie, BYŁ PRZERAŻONY, no bo co, jakby jednak zrobił krzywdę temu biednemu żyjątku??? Ominął go zgrabnie i dołączył do młodszej przyjaciółki, która chyba właśnie ponownie łączyła się z bazą danych. Tylko co się stało? - COOOOOOOOOOOOOOOOOOOO - krzyknął prosto w jej twarz, chyba trochę za głośno, bo aż wiatr się ruszył i zaczął targać liśćmi. Sami gwiezdni go usłyszeli! - Ej to nie fairrr, dostałaś lepsze imię niż ja. Ale grrrratulacje, w końcu. EJ TO ZNACZY, ŻE oboje jesteśmy już tacy wiesz, NA POWAŻNYM STANOWISKU. Ale superrrrr! I prrrzekaże Rrrrybołów, jasne! Jak tylko wyzdrrrrowieje, ale nie wiem kiedy - jego głos przy ostatnim zdaniu nieco przycichł, ale zaraz wróciła jego energia. Nie będzie się teraz zamartwiał. Nie teraz. - No i jak, jak ci się wiedzie jako oficjalna medyczka Klanu Grrromu, co????
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Sierść na jej grzbiecie nastroszyła się lekko, ciężko powiedzieć, czy za sprawą równie głośnego, co niespodziewanego krzyku ze strony rzecznego medyka, czy może od wwiercającej się w czaszkę obfitości "r", jakie mu towarzyszyły. Odrobinkę skołowana, z przesadną uwagą spojrzała na ziemię, na której w najlepsze... siedział? Leżał? Poruszał się?... istniał ślimaczek, nikomu nie wadząc. No, on może nie wadził, ale nie dało się z czystym sumieniem stwierdzić, że to działało w obie strony, bo Cisowa Gałązka prawie zawadził jemu, i to całkiem nieźle! Chociaż nieźle było tu chyba mało udanym doborem słowa...
– O rany, a on co tutaj robi! – miauknęła zaaferowana. – Nie zauważył, że to już nie ta pora na beztroskie snucie się po ziemi?? Pora nagich drzew wręcz sypie się z nieba! Co jeśli nie zdążył dotrzeć do swojej kryjówki?!
Ślimacze kłopoty musiały jednak poczekać, bo Nurt oczywiście nie byłaby sobą, gdyby zbyła gratulacje strzepnięciem ucha i była gotowa przejść do innego tematu. Poza tym, chwalić się awansem z przyjaciółmi to jedno; miała przed sobą kolegę po fachu, i to takiego, który sam niedawno otrzymał swoje imię! Czy mogło być coś bardziej ekscytującego??
– Dzięki, no i tobie też gratulacje! – rzuciła, z werwą wymachując ogonem. – A całkiem dobrze mi się wiedzie, wreszcie nikt nie może mi zarzucić braku kompetencji! Hmm... nie żeby kiedykolwiek ktoś to zrobił, no ale rozumiesz, teraz jestem medykiem a nie jakimś terminatorem, jest różnica! Ojej, Rybołów się pochorowała...? Życz jej zdrowia ode mnie, chociaż i tak pewnie w mig stanie na łapy, skoro ma taką dobrą opiekę! Fajnie wam tak swoją drogą, znaczy tobie i Rybołowiemu Lotowi, no bo chyba mieliście ceremonię wspólnie, co nie? Czy nie?! Ale to byłoby bez sensu tak łazić dwa razy...? Albo w ogóle, gdyby jedno musiało czekać przed Sadzawką na swoją kolej, no absurd jakiś! To chyba tak nie było???
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- No właśnie NIE WIEM!!! Co on nie wie, że jest śnieg i zimno i żetoniemiejscedlaniego?????? - mówił szybko, wzburzony i OBURZONY, przez co słowa jakie wypowiadał z prędkością światła wypluwał tak, że te sklejały się ze sobą. No bo nie miał czasu NACISNĄĆ SPACJI, skoro mówili o prawie-morderstwie ślimaka no!! To było poważne, bo Cis w życiu nie dokonałby takiego czyny KARALNEGO, to była wina skorupiaka, że się nagle znalazł pod jego łapami, no nie??
Uśmiechnął się szeroko, bo całkowicie ją rozumiał. - Nonono, co nie!! Terrraz możesz mówić, że jesteś, wiesz, TAKIM MEDYKIEM MEDYKIEM, a nie jakimś podlotkiem, to jest takie superrrrranckie - mówił podekscytowany, bo był podekscytowany, bardzo, w końcu mówili O ICH AWANSIE, a to było sporo, bardzo sporo, co nie!!!! - Nooooooo, przekażę, na pewno przekażę, nie ma że nie! I wyzdrrrowieje, Rrrybołów to jak rrryby, serrrrio, wiecznie zdrrrrowa - stwierdził. Musiał wierzyć, że wyzdrowieje, nie było nawet innej opcji. Innej nie akceptował, nie miał w głowie, inna dla niego nie istniała. - Tak, tak, no rrrazem no! WIESZ GDZIE MY BYLISMY!!! To był chyba starry obóz rrrrzeki, no i tam był Mrrrroźny Nos!!!!!!!! Wiesz kto to, wiesz, wiesz!?!?!?! To prrrawdziwa legenda, u nas jest Mroźna Skała, no i to po nim właśnie jest taką Mroźną! I on mi składał grratulacje, LEGENDA MI SKŁADAŁA GRRRRRATULACJE, to było takie superrr!!!
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Wzburzenie szybko jej się udzieliło. Może nie czuła się jak prawie-morderca, w końcu to nie ona o mały włos by na niego nadepnęła, ale Cis się zdenerwował przez bezmyślność jakiegoś skorupiaka, nie do pomyślenia!
– Jako ślimak powinien już w porę opadających liści zacząć się chować, jego tempem to idealnie na początek pory nagich drzew by był bezpieczny! – ogłosiła tonem znawcy wszelkich żyjątek naziemnych. No serio, chyba ślimaki powinny zdawać sobie sprawę, że demonami szybkości to one nie są?? I myśleć, chociaż odrobinkę, o swojej przyszłości! – Może powinniśmy go gdzieś przenieść, bo ja mu długiego życia nie wróżę, jak sobie będzie tak tu siedział!
Machnęła energicznie ogonem. Plan spoko, gorzej, że jej znawstwo na skorupiakach kończyło się na pewności co do żałosnych umiejętności planowania tego konkretnego osobnika. Jasne, nie powinno być go tutaj, tylko gdzie takie ślimaki zimują?
Szare uszka drgnęły, chętne do poznania szczegółów z wyprawy rzecznej eskapady. Nie słyszy się o takich rzeczach codziennie, tym bardziej trudno o możliwość porównania doświadczeń z kimś innym! W dodatku dwoma ktosiami!
– Stary obóz?! Super! Ja w sumie nie wiem, gdzie byłam, to była jakaś takaaa... nieokreślona gwiezdna przestrzeń! – miauknęła nie mniej podekscytowana od swojego rozmówcy. To by musiało być niesamowite, zobaczyć dawne tereny Gromu i w ogóle! – Aaale to chyba ten Mroźny Nos to mega stary musi być??? Kto to taki, nigdy o nim nie słyszałam!
Znała kilka imion kotów, które dałoby się podciągnąć pod legendy – Trzmiela Gwiazda chociażby, często o nim wspominano, budził wiele emocji wśród kotów, które go znały! Była też Ognisty Żar, zapamiętana przez Nurt z uwagi na bycie medykiem przed Truskawkowym Gąszczem, rzecz jasna, oraz swoją tragiczną historię. O, albo Malinowe Chaszcze, kotka, która zrobiła wiele dla klanu, a mimo to nie została doceniona, ba, została wzgardzona i zdeptana! Ciekawe, czy którekolwiek z nich znajdowało się w tłumie kotów obecnych podczas jej mianowania...? Za to o Mroźnym Nosie nie słyszała ani razu, co pewnie nie było niczym dziwnym. Na pewno nie należał do Gromu, skoro spotkał się z rzeczniakami w rzecznym obozie!
Księżyce: 93 Mistrz: Szafirkowy Pyłek, Głębinowy Minóg, Płotkowy Potok Płeć: transpłciowy kocur Matka: Trujący Kieł, Zbożowy Kłos Trwałe urazy: Zboże jako rodzic; na lewej tylnej stopie ledwo widoczna blizna po zaplątanym drucie
Niewielki, długowłosy, kremowy klasycznie pręgowany kot z bielą. Bladozielone oczy. || pełny w kp
leniuszek i obibok, prędzej ucieknie od bójki niż da w pysk || pełny w kp
Kasztanowa Łapa (KW/nkt) || Kruczy Ogon/Gwiazda, Trujący Kieł i inni
***
Szybko się zorientowałem, że Cztery Dęby nie były niczym niesamowitym. Nie, jeśli miało się więcej niż trzy księżyce i widziało się w życiu kilka dużych drzew. Spałem pod drzewem, na muł i ości, oczywiście, że kolejne wielkie pnie czy rozłożyste gałęzie nie robiły na mnie specjalnego wrażenia. Pewnie, miały jakieś tam znaczenie kulturowe, o ile można było to tak nazwać, ale z tego, co słyszałem, bardziej były świadkami kolejnych kotów, patrzących bez słowa na jednego osobnika - góra dwóch - robiącego z siebie zupełnego głupka. Nawet gdybym dostał opcję wybrania się, aby zobaczyć taki teatrzyk, to chyba wolałbym zostać w obozie. Wyspać się.
Ale teraz byłem tu ja, sam, nikogo więcej, kto mógłby zachwycać się drzewami czy ich znaczeniem dla klanów. Słońce było bliżej horyzontu niż nie i wiedziałem, że wkrótce zacznie robić się chłodniej. Miałem jeszcze chwilę, aby rozkoszować się nagrzaną wcześniej ziemią w samym środku potężnego cienia dębów. Nawet mi się podobało, jak światło padało na moje futro i chyba po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że może nie wyglądam po prostu jak bledsza, gorsza wersja Zbożowego Kłosa.