Cywilizowana rozmowa jej nie wyszła jednak. W jedno krótkie pytanie przelała całą podejrzliwość i inne emocje, które nie miały prawa się tam znaleźć. To przecież nie była wina Łabędzia, że Karaś miała beznadziejne relacje z Szerszeniem (a w zasadzie nie miała żadnych). Nie powinien obrywać, bo nic złego nie zrobił. Spuściła tylko wzrok na łapy, nie odzywając się wcale, nie przerywając monologu kremowego. Słuchała, myślami wciąż była obecna i wszystkie te słowa odkładały się jej gdzieś z tyłu głowy. Bo w tym momencie nie była w stanie ich analizować, myśleć nad nimi, było ich zbyt wiele jednocześnie.
Aż w pewnym momencie zamilkł i ruszył w stronę wyjścia, a Ość zalała fala paniki. No to poważnie spartoliła sprawę. Przecież nie chciała żeby zniknął, może te parę chwil temu, po tej niefortunnej wypowiedzi, ale nie teraz. Nie miała czasu na rozważanie czy zatrzymywanie go byłoby egoistyczne z jej strony czy nie (jakimś cudem). Skoczyła by zagrodzić mu wyjście.
- Nie idź. - rzuciła stanowczo... jak na nią. Nie miała pojęcia co powiedzieć, a cicha nadzieja, że słowa same przyjdą do głowy, gdy się ruszy, przygasała. - Znaczy... nie chcę żebyś sobie szedł. - poprawiła się zaraz. I dalej pustka, żałosny mózg, nigdy nie współpracował, gdy było trzeba. - Tylko... no... jakby ja... hm... ja... nie wiem. - machnęła zirytowana ogonem i odsunęła się z przejścia. - To nie ma sensu, przepraszam, chcesz to idź.
Może tak będzie lepiej? Przecież za parę minut i tak pewnie znowu by się na niego rzuciła za jakąś głupotę. To nie tak, że teraz nagle magicznie stanie się lepszą przyjaciółką, taką mniej egoistyczną.
To nie była żadna gra z jego strony, naprawdę zamierzał odejść, uznawszy to za najrozsądniejsze wyjście. Nie mógł cofnąć wyrobionych szkód, ale miał szansę powstrzymać się przed zrobieniem kolejnych. To był idealny moment na to, by skierować kroki do swojego wojowniczego legowiska i - jak na wojownika przystało - potężnie się rozpłakać. Już teraz błękitne oczy kocura lśniły zdradziecko, gdy przesyt uczuć zechciał znaleźć ujście z jego wnętrza. I wszystko przebiegłoby zgodnie z tym nowym planem, gdyby nie to, że Karaś zagrodziła mu drogę. Na krótko, ale ten drobny gest w połączeniu z wypowiedzianymi przez kotkę słowami sprawiły, że Łabędź ponownie się zawahał.
- Co... nie ma sensu? - spytał ostrożnie, ważąc każde słowo.
Przez moment zastanawiała się nad odpowiednimi słowami, rzeczywiście starała się ułożyć w głowie odpowiedź na zadane pytanie. Jednak po chwili pokręciła jedynie głową ze zrezygnowaniem; nic z tego.
- To. Nie wiem co ci powiedzieć. - wyjaśniła, w rzeczywistości nie wyjaśniając przy tym niczego i dodała ciszej. - Jestem zmęczona, idę spać.
I na potwierdzenie tych słów wróciła zwinąć się w kłębek na wygrzanym już mchu, uznając rozmowę za zakończoną. Bo i tak nic z niej już nie będzie.
***
Łabędź rzeczywiście przestał ją nachodzić. Mogła spędzać tyle czasu ile chciała na ukrywaniu się w różnych zakamarkach obozu i byciu smętną bułą. Z jednej strony było to nawet zadowalające, bo mogła być kocim wrakiem tak bardzo jak chciała, bez przejmowania się, że swoją postawą będzie tylko dorzucać zmartwień kremowemu (i tak jej średnio wychodziło udawanie normalnego, zdrowego kota). Ale z drugiej... to zaczynało robić się niepokojące. Czy rzeczywiście aż tak go uraziła? Czy aż tak wyraźnie dała mu odczuć, że sobie nie życzy jego towarzystwa? Ale przecież nie życzyła go sobie tylko w tamtym jednym momencie, nie chciała przecież żeby na zawsze znikał z jej życia.
I w ten sposób stopniowo zaczęły do niej wracać myśli o wznowieniu poszukiwań siostry. Skoro już zawaliła sprawę z Łabędziem to w Klanie Rzeki nic jej nie trzymało. Mogła pójść na osiedle szukać Agrest, bez tłumaczenia się komukolwiek dokąd wyrusza, bo z niewiadomych względów nikt nie uważał tego planu za rozsądny. Przecież to nie była misja samobójcza, Karaś wbrew oczekiwaniom potrafiłaby o siebie sama zadbać, gdyby musiała. Chyba. No, taką miała nadzieję przynajmniej. Nie była tylko pewna czy potrafiłaby się obronić w razie czego, na ile mogłaby liczyć na instynkt, gdy brakowało jej jakiegokolwiek doświadczenia w walkach. Oraz wiedzy teoretycznej. Dlatego przed ostateczną wyprawą w nieznane miała jeszcze jedną rzecz do zrobienia. Tylko, że tu się zaczynały schody. I to takie kręte co to raz szły w dół, raz w górę, a czasami trudno było określić ich kierunek. Tutaj problem był taki, że jedynym kotem, który mógł jej pomóc był Łabędź. A nie rozmawiała z nim od tej ostatniej niefortunnej rozmowy. Myślała, że jak przeczeka to znowu on pierwszy wyciągnie łapę, a ona będzie mogła udawać, że nic złego się wcześniej nie wydarzyło. Tak się jednak nie stało. Z drugiej strony, dziwnym zrządzeniem losu, ich ostatnia rozmowa dotyczyła właśnie walki, więc może jej prośba nie byłaby aż taka podejrzana. Musiałaby tylko pozwolić kremowemu uwierzyć, że chce poznać tajniki prania się po mordach ze względu na potencjalną walkę z Szerszeniem. Dokładnie, musiała go tylko nieco okłamać. Powinna się z tym czuć źle, ale świadomość, że i tak już jest najpodlejszym pasożytem w okolicy, skutecznie zagłuszała wyrzuty sumienia, gdy szła w stronę legowiska wojowników. Miała czas by ułożyć sobie wypowiedź wcześniej w głowie, by nie tracić czasu na durne wicie się na miejscu. Na szczęście zastała Łabędzia na miejscu, więc zatrzymała się przed nim.
- Łabędź. - zaczęła, by zwrócić jego uwagę. - Chciałabym nauczyć się walki.
I tyle. To ta cała wielka wypowiedź, którą starannie układała od paru dni. No, co prawda chciała najpierw wybadać grunt po prostu, bo nie mogła zakładać, że kremowy teraz rzuci wszystko by bez pytania wyjaśniać jej walkę, ale uznała, że krótsze wypowiedzi są bezpieczniejsze. Zmniejszały szanse na potknięcie. Nie chciała mu wyjaśniać skąd taka decyzja teraz, bo istniał cień szansy, że zgodzi się bez dociekania co nią kieruje, albo zostawi te myśli dla siebie. No i przede wszystkim nie zamierzała odnosić się nijak do poprzedniej, nieprzyjemnej rozmowy bez powodu, zdecydowała się udawać, że wszystko jest w porządku.
Ostatnie dni były długie i nieprzyjemne. Łabędź starał się nie myśleć o tym, jak kilkoma słowami, niewypowiedzianymi przecież w złej wierze, zrujnował przyjaźń z Ością. Tak samo starał się nie myśleć o reakcji Ćmiej Gwiazdy, kiedy spyta wreszcie, co z tym treningiem, jak im idzie i dlaczego nikt nie widzi go z terminatorką na Kocim Grzbiecie. Zawalił na całej linii i nigdy więcej nie podejmie się trenowania kogokolwiek, ba, nie zostanie dopuszczony do uczenia, ale czym bardziej się martwił, albo raczej kim, była Karaś. Nie łudził się, że nadal darzyła go choć minimalną dawką sympatii, nie miał prawa jej zaczepiać, zwłaszcza wymagać czegokolwiek, i tylko ze względu na ich nowozyskane "rodzinne" powiązania mógł czasami dowiedzieć się co u niej. A u niej nie było lepiej. I chociaż naprawdę usilnie starał się zapomnieć, przestać się przejmować, uznać temat za skończony - nie potrafił. Wykonywał swoje wojownicze obowiązki jak wcześniej, jednak z mniejszym przekonaniem i bardziej mechanicznie, niż z poczucia misji. A w czasie wolnym leżał w legowisku i myślał, myślał, myślał. Liczył na to, że odwiedziny w kociarni go rozerwą, ale częstotliwość odwiedzin kremowego zmniejszyła się, gdy odkrył, że nie ważne, jak bardzo absorbuje go co innego od Karasiowej Łapy i tamtego dnia, to podskórnie czuje to tępe uczucie smutku.
Najgorsze było układanie się do snu, bo wtedy w głowie tworzyły mu się alternatywne wersje ich ostatniej rozmowy. Co mógł powiedzieć, co powinien był zrobić, jak wiele by to zmieniło? I wciąż, wciąż od nowa, kolejne scenariusze, jeszcze inne przebiegi zdarzeń. Wyobrażał sobie też, co powiedziałby teraz, jak by przeprosił, jak się wytłumaczył. Ale wiedział, że nic z tego nie będzie miało miejsca w prawdziwym życiu. Bo najpewniej nie zamienią ze sobą słowa ani w najbliższej przyszłości, ani w tej dalszej. No, chyba że po tym, jak Karaś zostanie wojownikiem tak się niefortunnie złoży, że zostaną razem wyznaczeni na patrol, ale i w takiej sytuacji raczej nie miałby co liczyć na coś więcej niż grzecznościowe formułki.
Ujrzenie Ości w legowisku wojowników, tuż przed nim, było nie lada zaskoczeniem. Łabędź podniósł głowę i spojrzał na szarą jak na ducha, mając przy tym głupio pytający wyraz. Z opóźnieniem dotarł do niego - tak dogłębnie dotarł, od oczu aż do mózgu - fakt jej obecności, a kiedy do tego doszło, potrzebował ponadprzeciętnie wiele uderzeń serca na zrozumienie jej... prośby. Chyba tak dało się nazwać to zdanie oznajmujące. Odruchowo poprawił się, nieco uniósł, nie wychodząc jednakże z pozycji leżącej. Mówiła do niego tak, jakby nic się nie wydarzyło, jakby te dni udręki wynikały wyłącznie z tendencji kocura do przesady. No cóż, powinien wreszcie dojrzeć do myśli, że się mylił i wcale nie łączyło ich tak wiele, jak mu się dotychczas wydawało. Kiedy jemu coś ciążyło, gotowy był wałkować temat bez opamiętania, dopóki obie strony nie zrozumieją się nawzajem i nie dojdą do konsensusu. Karaś wolała unikać konfrontacji i na znak pokoju udawać, że nic się nie wydarzyło. To Łabędziowi nie wystarczało, by poczuć wewnętrzy spokój, ale musiało wystarczyć, jeśli chciał uniknąć kłótni. Albo straty przyjaciółki na zawsze.
- W porządku - powiedział i na słowach skończyła się jego reakcja, nie ruszył się na milimetr. - Przejdziemy się na Koci Grzbiet?
Czekanie na jakąkolwiek reakcję Łabędzia dłużyło się niemiłosiernie. Czas płynął dużo wolniejszym tempem niż zwykle, na wzór przedzierania się przez zdradliwe błota. Sama Karaś zresztą się czuła teraz jak na jednej z takich przepraw i tylko czekała aż ją błotko pochłonie. Zaczęła się zastanawiać czy dobrze zrobiła przychodząc tutaj, czy może przypadkiem był to jednak jeden z jej najgorszych (dotychczasowych) egoistycznych wyskoków. Może rzeczywiście przesadziła ostatnim razem i stare dobre udawanie, że nic się nie stało nie było akceptowalnym rozwiązaniem. Gdy wreszcie doczekała się reakcji kremowego, była ona raczej oszczędna. Jak na Łabędzią Szyję - wręcz bardzo uboga. Przyjęła to jako dowód na to, że kocur nie chce mieć z nią już nic wspólnego. A jednak z niewiadomych względów zgodził się na naukę i nawet nie dopytywał skąd to nagłe zainteresowanie tematem. Pewnie z grzeczności się zgodził, tak jak pomógłby każdemu klanowiczowi. A nie pytał o nic, bo go to nie interesowało. Prosta sprawa. Teraz starczyło tylko przez pół dnia (czy ile im tam zejdzie) udawać, że szarej to wcale nie boli.
- Jasne. Możemy iść. - przytaknęła, również tkwiąc w miejscu. Czekała na ruch ze strony Łabędzia by za nim podążyć na wzgórza treningowe, ale za nic nie chciała przewodzić tej wycieczce.
Łabędź przyjął słowa Karasia jako próbę pojednania - bo czyż to nie jemu zależało, żeby wmanewrować koteczkę w naukę walki? Przez myśl mu nie przeszło, że jej prośba mogła mieć jakieś drugie dno. To, że nie posądzał jej o podstęp to jedno, szara przecież nie chciała walczyć. Przejawiała tym tematem ujemne zainteresowanie, co niby mogło się zmienić przez kilka wschodów słońca? Gdyby miał wysilić szare komórki i znaleźć inny powód, to zgadywałby, że Ość pożałowała wtedy swojej reakcji i w przyszłości, w podobnych okolicznościach planowała zdzielić delikwenta o niewyparzonej gębie w dziób.
Na jej kolejne słowa kocur kiwnął głową i podniósł się. Bez zwłoki, aczkolwiek nie spiesząc się nadto, ruszył w stronę wyjścia z obozu. Kilkanaście kroków szedł w milczeniu. Dotychczas to on decydował, kiedy i czego będą się uczyć. Miał czas mentalnie się przygotować i wejść w odpowiedni tryb skupienia. Teraz czuł się wybity z rytmu i potrzebował czasu na zebranie informacji do kupy. Chciał, by jego słowa wybrzmiały przejrzyście i miały sens. Dlaczego to takie trudne?
- Póki jesteśmy w drodze, możemy przejść przez podstawy - zapowiedział w nadziei, że dzięki temu uniknie rozczarowania, że nie zaczynają z grubej rury. Choć Gwiezdnymi a prawdą, do tej pory Karasiowa Łapa musiała zauważyć, że Łabędź lubił sobie pogadać, nim przejdzie do konkretów. Zdobył się na łagodny półuśmiech. Jest w porządku. Zapomniał o ich ostatniej rozmowie w momencie przejścia przez wyjście ze Zrośniętych Drzew. - Kodeks nawołuje do niezabijania innych, chyba że w samoobronie, albo kiedy przeciwnik jest wyjęty spod Kodeksu Wojownika.
Skinęła głową na zgodę. Jasne, podstawy mogą być, nie żeby Ość miała z walką więcej wspólnego niż z wyższą matematyką, więc taki plan jak najbardziej jej odpowiadał. Szczególnie dlatego, że rzeczywiście był i mogła iść koło Łabędzia, jak gdyby nigdy nic, rozmawiając o jakiś głupotkach, które pewnie w normalnych okolicznościach wcale by jej nie interesowały.
- Mhm, coś słyszałam o tym. - odpowiedziała, stawiając cicho kolejne kroki. - I nie rozumiem dlaczego ten punkt w ten sposób brzmi. Czy koty wyjęte spod Kodeksu rzeczywiście się tak różnią? To brzmi jakby zabijanie innych było w porządku. - i po chwili wahania dorzuciła jeszcze - W pewnym sensie.
Nie podobała jej się dowolność interpretacji w przypadku punktów dotyczących cudzego życia. Szczególnie, że mogło chodzić o życie jej siostry, której statusu nie była pewna. Czy Agrest była wyjęta spod Kodeksu, jako że nikt w Rzece nie widział jej od parunastu dobrych księżyców? Czy może mu podlegała, bo urodziła się w Klanie? Ten podział też wydawał się jej niejasny, ale raz jeszcze - dowolność interpretacji, więc nie było nawet co pytać o uściślenie. Pozostawało jedynie krytykowanie przy każdej okazji.
- Ja też nie. Może to miało odnosić się głównie do zdrajców i potencjalnie niebezpiecznych kotów? Wyjęty spod Kodeksu zdaje się to trochę sugerować. Ale ja wiem, że nie potrafiłbym zabić kota bez poważnego powodu, więc w moim przypadku to przyzwolenie niewiele zmienia - powiedział. Kiedy usłyszał od Kornikowego Konara o tej zasadzie, również miał wątpliwości i jakkolwiek pierwsza część zasady, ta o niezabijaniu, jak najbardziej mu odpowiadała, to w tej drugiej coś mu zgrzytało. Ale ostatecznie nikt go do niczego nie zmuszał, a w życiu nie słyszał o tym, by ktoś kogoś zabił z tego tytułu, kiedy nie było to konieczne. Zdawał sobie sprawę, jak mało jest zorientowany w tym, co się dzieje na świecie, niemniej wierzył w rozsądek i dobro. Klan Rzeki nie dawał mu podstaw do obaw.
- Kolejną ważną rzeczą, jaką trzeba znać, są czułe punkty na ciele kota. Znasz je? - spytał.
- Może. - mruknęła jedynie. Może taki był zamysł twórców, ale jako że nie pozostawili jasnych zasad to ten cały ich zamysł guzik dawał. Mogli mieć dobre intencje, ale wyszło z tego paskudne bagno i tyle. Nie komentowała już dalej tego tematu, bo i w jej przypadku to przyzwolenie życia jej nie rewolucjonizowało, a w zasadzie zmieniało tyle co nic, poza dorzucaniem kolejnych powodów do martwienia się o siostrę.
- Mhm, brzuch, gardło, większość pyska. - odpowiedziała krótko, być może nie na tyle precyzyjnie na ile Łabędź by sobie życzył, ale szara nie miała sobie nic do zarzucenia.
Wojownik nie musiał się martwić, że jeśli przejdą przez całą teorię w mgnieniu oka, to narażą się na niezręczną ciszę, gdzie żadne z nich nie będzie miało pojęcia, co powiedzieć oraz czy w ogóle rozsądnie jest mówić cokolwiek. Nie mieli daleko, wkrótce wyszli z obozu, skąd już dało się zobaczyć Koci Grzbiet. Bardziej martwił się samą praktyką, walka bowiem nie przestała magicznie być jego najmniej ulubionym elementem treningu. Poza tym absolutnie nie czuł się autorytetem w tej dziedzinie. Nie żeby w innej się czuł.
- Dokładnie. Uszy, oczy... - rzucił luźno. - Zasady są proste, celować w czułe punkty przeciwnika, jednocześnie dbając o to, by chronić swoje. Warto też zwrócić uwagę na to, z kim masz do czynienia. Jakie są mocne strony oponenta? Jakie są słabe? Poprawna interpretacja cielesności drugiego kota pozwoli ci dostosować ataki i uczynić je bardziej efektywnymi, podobnie z unikami zresztą. A ty? Myślisz, że jakie masz mocne strony?
... nos. dokończyła w myślach odruchowo, ale nie otwierała mordki by nie przerywać kremowemu. To co starał się jej obecnie wytłumaczyć było jasne i klarowne... w teorii, bo w praktyce nie miała pojęcia jak to niby osiągnąć. Mógł podać jej kilka przykładów, a nie liczyć na jej znikomą inteligencję. I już chciała mu na to zwrócić uwagę, gdy wyskoczył z pytaniem. Z pytaniem, na które była w stanie jedynie prychnąć z rozbawieniem.
- Żadne. - rzuciła jakby to była największa oczywistość (bo w zasadzie była, ok). Spodziewając się jednak, że taka odpowiedź Łabędzia nie usatysfakcjonuje zamyśliła się na moment. - No na pewno nie siła czy wzrost.
Resztą też nie powalała, ale dużo łatwiej było wskazać na jakich płaszczyznach już w ogóle leżała.
Poruszył uszami na dźwięk prychnięcia Ości. Prawdę powiedziawszy nie spodziewał się innej odpowiedzi. Przypomniała mu Drobną Łapę, który podczas omawiania teorii spytał Kornikowego Konara, czy to możliwe nie mieć żadnej mocnej strony. Mistrz udzielił mu wtedy takiej ładnej odpowiedzi, której morał brzmiał: każdy się do czegoś nadaje. Nie trzeba być zaraz orłem z walki. Co nie znaczy, że należy postawić krzyżyk na swoich umiejętnościach i nie dążyć do samodoskonalenia.
- Na pewno jakąś masz - powiedział stanowczo. - To nic, że jeszcze nie wiesz jaką. Po to też się trenuje. Powalczysz trochę, lepiej poznasz swoje ciało, zobaczysz, z czym się lepiej czujesz i w czym sobie lepiej radzisz. No i to nie tak, że rodzisz się z jedną najlepszą cechą i nic tego nie zmieni. Nad wszystkim da się pracować. Teraz możesz nie być zbyt silna, ale kto wie, co będzie w przyszłości?
Koci Grzbiet stawał się coraz wyraźniejszy w ich oczach. Zaraz będą na miejscu, a Łabędź wcale nie czuł się gotowy na treningowy sparing z Karasiową Łapą. Może byłoby jej raźniej, gdyby o tym wiedziała? Lub odwrotnie, wzięłaby to za znak, że coś z nią nie tak, a kocur boi się zrobić jej krzywdę, bo jest taka nieporadna. Brzmiało absurdalnie, że mogła podobnie pomyśleć, ale zarazem brutalnie prawdopodobnie. A co, jeśli uznałaby, że do walki nie da się przyzwyczaić? Tylko by ją zniechęcił, mimo że to nawet nie tak.
- Kolejna sprawa to otoczenie. Piasek czy śnieg mogą być twoim sprzymierzeńcem. Jak rzucisz nimi w oczy przeciwnika, to uda ci się go tymczasowo oślepić. Kreatywność jest zawsze na plus, dobrze wykorzystać teren, na którym się znajdujesz.
- No dobra, ale jakie są opcje? W czym można być dobrym? Skąd mam wiedzieć jakie są mocne strony przeciwnika? - odparła, bo mimo że zapewnienia, że z niej też coś będzie były miłe (choć oderwane od rzeczywistości) nie pomagały jej nijak w tym temacie. Wciąż nie wiedziała co zrobić, gdy trafi na przeciwnika wielkiego jak dąb. Czy w ogóle są jakieś opcje poza ucieczką wtedy? Tego musiała się dowiedzieć.
- Mm, postaram się zapamiętać. - zapewniła, zrobiła parę kroków i jednak dodała jeszcze parę słów. - Chociaż brzmi jak nieczyste zagranie. Aż ciężko uwierzyć, że sypanie piachem po oczach nie jest dozwolone jedynie względem kotów wyjętych spod Kodeksu.
Skoro wojownicy i tak nie tłukli się na śmierć to aż podejrzane, że na treningach uczono ich takich podłych taktyk. Jasne, lepiej dla Ości, jak trafi w oczy drugiego kota to może wynik walki nie będzie taki z góry przesądzony, ale... ale dawno nie narzekała, dobra?
Zastanowił się krótko.
- No to weźmy na przykład Potężny Strumień. Jest wysoki, umięśniony, ma masywne łapy. Po jednym rzucie oka da się stwierdzić, że ma w sobie dużą siłę i ty, jako drobniejsza od niego, raczej nie celowałabyś w bezpośrednie ataki, bo by cię po prostu staranował. Ale skoro jest taki duży to możesz założyć, że ciężko będzie mu reagować na szybkie, zwinne ruchy. Nie zawsze uda ci się ocenić mocne strony od razu, albo ocenić poprawnie, dlatego obserwacja podczas walki jest wskazana - powiedział. Trochę go ta rozmowa stresowała, wiedział, o czym chciał powiedzieć, ale klarowne sformułowanie myśli nastręczało trudności. Jakim cudem Kornikowy Konar opowiadał o walce tak spokojnie, bez mrugnięcia okiem? - Hmm, co jeszcze... O właśnie, wytrzymałość. Przeciwnik pozornie mający przewagę, niekoniecznie będzie miał ją po dłuższej potyczce, kiedy się już zmęczycie; to, co dla ciebie będzie jak połknięcie płotki, jego może nieźle nadwyrężyć. A zmęczony kot to mniej uważny, wolniej reagujący kot. I co do sypania piachem... Podczas nauki możemy schować pazury i nie używać zębów, a i tak się nauczymy tego, co trzeba. Używania otoczenia udawanymi ruchami nie opanujesz, a to istotna umiejętność. No bo co byś zrobiła, gdyby trafił ci się silniejszy, szybszy i zwinniejszy przeciwnik? Wtedy nie zostaje nic innego jak poleganie na sprycie i kombinowanie.
- Wtedy to raczej pozostaje tylko ucieczka. I nadzieja, na to, że nie będzie mnie gonił. - rzuciła otrzepując krótką sierść. Śmierć w walce nie była zbyt wysoko na liście preferowanych opcji zejścia z tego świata. Żadne sypanie piachem jej nie pomoże, gdy przeciwnik będzie miał aż tak wyraźną przewagę. No chyba, że do zdezorientowania go nim rzuci się do ucieczki. Zastanowiła się jednak nad resztą słów, bo jednak przyszła się czegoś nauczyć, a nie jedynie krytykować wszystko co usłyszy.
- Czyli mogę założyć, że... ogólnie powinnam stawiać na szybkie ruchy, chyba że jakimś cudem trafię na kogoś mniejszego ode mnie? Albo nie tyle co mniejszego, ale no nie jakiegoś dużo większego i masywnego? - spytała, bo tyle plus minus wyciągnęła z tej wypowiedzi. Im bliżej było faktycznej walki tym bardziej tego sobie nie potrafiła wyobrazić. W ogóle sam pomysł udawanych walk (czy treningowych, jak zwał tak zwał) średnio jej podchodził. Rozumiała po co to było, ale brzmiało jak festiwal niezręczności.