Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
No dobra, bażant, który zbudował to gniazdo prawdopodobnie został zjedzony, a nie porzucił swoje dotychczasowe lokum, ale dla Oriona bez różnicy. Lokalizacja była dobra - pod gęstym krzewem, z otaczającymi kłującymi zaroślami, które zniechęcały do urządzania sobie przechadzek bezpośrednio przez legowisko. Samo gniazdo składa się głównie z trawy i było do tego wyścielone piórkami oraz delikatniejszymi trawami.
~~
Może miejsce nie było idealne, bo przecież było tylko porzuconym przez głupie ptaszysko gniazdem. Ale Orion musiał przyznać, że akurat ten bażant to miał talent do wynajdowania dobrych miejscówek. Albo miał szczęście i tyle. Tak czy siak, niezależnie od genezy tego miejsca, cynamonowy point zdecydował się tu zamieszkać. Przy odrobinie wysiłku (jeju, jak on miał nadzieję, że tylko odrobinie) uda mu się tu zorganizować najlepsze legowisko w lesie. Był tego pewien, więc żeby nie tracić czasu, kręcił się po Kłującym Gąszczu, wypatrując porzuconego przez ptactwo puchu.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Liliowego wcale nie ciągnęło do miejsc poza obozem. Wcale. Dobra, może tylko ociupinkę, tak TYLKO TYLKO! Bo on czekał, naprawdę! Wiedział, że pakując się do lecznicy jego trening nie będzie przebiegał tak szybko jak sobie to wyobrażał, ale no halo, ILE MOŻNA. Nadal nie odwiedzili z Barwną Wodą terenów klanu rzeki, a Cis zniecierpliwiony coraz to chętniej wychylał głowę na dalsze horyzonty. I tak sobie chodził, tu i tam, szybko poogladal i z powrotem, by nikt przypadkiem go nie zobaczył i nie podkablował srebrnemu medykowi. Jak na razie mu się upiekło za każdym razem, pomarańczowooki nabierał coraz więcej pewności siebie, aż w końcu (nie wiadomo jak i kiedy) nagle pojawił się za granicą klanu. xxx- A A A A A A AAAAA A A A A A A - wykrzyczał momentalnie, gdy przed jego pyskiem pojawiła się dupa... kogoś. Ba, nie byle kogo! Wszędzie rozpoznałby tą kościstą dupę, W S Z Ę D Z I E. - Wyglądasz... JAK JA - powiedział głośno, oszołomiony tym odkryciem. No, proszę mu się nie dziwić, dotąd myślał że jedynie on, jego rodzeństwo i mamusia są dziwnymi nietoperzami bez futra. A tu proszę!
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Polowanie na ptasie pierze nie było nawet w połowie tak trudne jak polowanie na same ptaki. Ale to nic straconego, Orion nie był fanem wyzwań, jeśli te wymagały wysiłku fizycznego. Szczególnie jeśli obok nie było nikogo kto by mógł docenić jego niesamowite umiejętności. Więc jemu bardzo pasowało, że już nawet krótka przechadzka po Kłującym Gąszczu była owocna i miał pełno piórek do swojego nowego lokum. Już miał wracać, obłowiony jak na wyprzedażach, gdy dostrzegł takie ładne, płowe, pręgowane piórko na jednym z krzaków. I jako fan rzeczy ładnych oczywiście wyciągnął łapę po nowe znalezisko. I nie dosięgnął, to coś niespodziewanego. W ten oto sposób pochwycenie niezbyt kolorowego piórka stało się kwestią honoru, musiał je mieć. Gdy tak manewrował łapą by zaczepić o nie pazurami, ale jednocześnie nie wleźć samemu za bardzo w zarośla, pojawił się ktoś. I ten ktoś nie przepraszał za sam fakt swojego istnienia, nie był również burkliwym niedowiarkiem wyskakującym z czego chcesz na starcie. Nie. To był ktoś, kto spośród niezliczonych opcji zwrócenia na siebie uwagi, postanowił pokrzyczeć na orionowy tyłek. Kolejny wariat, obrońca natury, który prawie zszedł na zawał, bo nieznajomy złamał gałązkę? Nie, jeszcze bardziej niepokojąco. Ktoś twierdzący, że wyglądają tak samo. To zmotywowało cynamona do żwawszego wyjścia z krzaków i odwrócenia się przodem do nieznajomego. Krótki rzut okiem i...
- Wypraszam sobie, wcale nie. - zaprzeczył delikatnie oburzony. W porządku, jakieś podobieństwo istniało, przynajmniej w długich łapach, wielkich uszach i klinowatym pysku; tyle dobrego, że takie krzywdzące stwierdzenie nie padło z pyska jakiegoś zupełnie przeciętnego szaraczka. Uwłaczające jednak było, że w ogóle coś takiego usłyszał. On i jego perfekcyjnie zadbana szata oraz wolny od kołtunów ogon.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Zaraz na miejsce kolorowrgo tyłka pojawił się... NA WSZYSTKICH GWIEZDNYCH! Czy on miał taką superową, białą gwiazdkę na pysku? CZY TO ZNAK? CZY DOSTAŁ PIERWSZY MEDYKOWY ZNAK? Wziął głęboki wdech, jeden, drugi, czując jak mu oczy z orbit wylatują. No teraz to był pewni że są jakoś związani, przeznaczeniem z pewnością! Nie mógł przegapić takiej szansy. xxx- Nie, nie, nie kolego. Oczywiście że jesteśmy TACY SAMI! Patrrrz, ja mam takie superrr długie nogi, ty też. Duże uszy, długi pysk - ty też. JEDEN DO JEDEN! Dobrrra, ty jesteś odrrrobinę ładniejszy, bo masz znak na czole, ALE TO NIC NIE ZMIENIA! Znaczy zmienia, dużo, bo wyglądasz pięknie, tak jak żaden z moich kolegów. Tak jakoś ładniej, no na serrrio! - odpowiedział z entuzjamem, zupełnie ignorując jego nagłe oburzenie. Kto by się tam przejmował.
Cisowa Łapa skupił się nagle na gniazdku za istotą z niebios, marszcząc delikatnie brwi. Delikatnie, bo mu się zmarszczki porobią. - Mieszkasz w tym... czymś?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Jak nic trafił jednak na wariata. Taki wniosek wysnuł, obserwując jak drugi oriental walczył z własnym oddechem. Ogólnie też sprawiał wrażenie jakby zaraz miał wybuchnąć tam gdzie stał, jeszcze z dwa uderzenia serca i bum. Cynamon już powoli szukał jakiś dróg ucieczki, bo jeśli życie na ulicy nauczyło go czegoś to właśnie tego, że z szaleńcami lepiej nie zaczynać, gdy wspomniany kot znowu się odezwał. Zmrużył błękitne oczy, słysząc, że nieznajomy zamiast grzecznie przyznać się do problemów ze wzrokiem (albo analizą tego co widzi), to ciągnie temat. A nawet gorzej mu, bo uznał, że są tacy sami. Oczywiście Orion nie miałby problemów z powiedzeniem rozmówcy, że uważa go za niepoczytalnego, gdyby tylko ten dał mu dojść do głosu.
I może dobrze, że liliowy się nie zamykał, ponieważ wkrótce okazało się, że Orion jednak trafił na całkiem rozsądnego kota i niepotrzebnie oskarżyłby go o bycie ślepym. Bo jak ktoś, kto sam z siebie przyznał, że długowłosy oriental jest ładniejszy od wszystkich (jego kolegów), mógłby być posądzany o ślepotę? Widać wyraźnie, że ma ma oczy i potrafi ich używać. Samotnik oczywiście wiedział to wszystko, co właśnie docierało do rudawych uszu, jednak kto nie lubił usłyszeć o sobie paru ładnych słów? Szczególnie tych w pełni zasłużonych. Przylizał kłaczek na szyi, który splątał mu się podczas buszowania po chaszczach.
- No w porządku, może masz trochę racji. - przytaknął ostatecznie, uśmiechając się ślicznie do rozmówcy. Również powiódł spojrzeniem w stronę porzuconego gniazda. - Nie do końca. - odparł najpierw, bo przecież nie mieszkał w tym czymś. - Jeszcze nie jest gotowe, jest w takim stanie w jakim je znalazłem póki co, gdy skończę i rzeczywiście tu zamieszkam to będzie o niebo lepsze. - zapewnił z niedbałym machnięciem długiego ogona; przecież nie każdy mógł z miejsca dostrzec surowy potencjał tego miejsca. - Ale mniejsza z tym. Znak na czole. O co chodziło? - spytał z zaciekawieniem, przechylając łeb. Jasne, nie raz, nie dwa widział swoje odbicie, znał dokładnie wszystkie swoje plamki, jednak gdy to rozmówca zwracał na nie uwagę, było w tym coś niecodziennego.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Pomarańczowooki nie zdołał zobaczyć jak czyste przerażenie i zniesmaczenie zmienia się w zadowolenie i dumę, bo już nie patrzył na swojego koleżkę, a na jego marne... coś. Dopiero gdy ten się odezwał Cis wrócił spojrzeniem na nowo poznanego, a gdy zobaczył tak piękny uśmiech na cynamonowej mordce, sam uśmiechnął się trzy razy szerzej niż robił to dotąd. xxx- Zamierrrzasz tutaj mieszkać? Tak sam SAM? ALE TO NIEBEZPIECZNE! Umiesz się sam obrrronić? A zapolować? A jak coś cię zrrrani, kto cię będzie leczył? Gdzie masz swoich kumpli? Musisz ich mieć, nie prrrzeżyjesz w pojedynkę! - zaczął pytać. Cisowa Łapa nie znał innej perspektywy życia niż ta w klanie, wokół innych kotów, wokół rodziny i przyjaciół. Nie wiedział że dało się żyć inaczej, dlatego nie mógł uwierzyć w to, że Orion zamierza sobie tak o, tutaj zamieszkać, sam. Nie do pomyślenia. xxx- Znak na czole? No jak to co? PRRRZEZNACZENIE!
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Pytań było wiele, ale w zasadzie były standardowe. I słowa nieznajomego nie były przesiąknięte tym paskudnym sceptycyzmem, jak w przypadku pewnego burego kotka na Wichrowej granicy, więc cynamon nie zdecydował go zbyć machnięciem ogona. Zresztą miał do czynienia z kotem rozsądnym, tłumaczenia z pewnością pójdą gładko.
- Potrafię się bronić, polować również, inaczej bym już dawno padł z głodu. Na opatrywaniu ran też się znam... no, mniej więcej, a raczej niedługo się poznam i będę samowystarczalny. - tej sympatycznej mordce mógł się przyznać, że jego wspaniała wiedza medyczna poniekąd leżała. Istniała tylko w planach i obietnicach na ten moment. - A ty co, z klanu?
Nie pasował do stereotypowego wyobrażenia leśnych dzikusów, ale Orion mógłby się założyć o pchły matki (żarcik-kosmonaucik, jego matka była bardzo porządną, pozbawiona pcheł, kocicą), że to klanowy kot. Czemu? To proste, tylko klanowe koty widziały jakiś zgrzyt w samotniczym życiu. Przeznaczenie.
- Ach, no tak. Wszystko jasne. - pokiwał ze zrozumieniem łbem. Wcale nie, wcale nie było jasne. Po paru uderzeniach serca ciekawość ostatecznie wzięła górę, a oriental zdecydował, że zgrywanie wszechwiedzącego może poczekać. Konspiracyjnie ściszył ton. - Jakie przeznaczenie masz na myśli? Kim jesteś?
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
xxx- Ale tak sam-sam? Prrrrzecież ty tutaj, kolezko, oszalejesz! Nie da się żyć samemu - nie rozumiał. Nie rozumiał jak Orion sam, z włąsnej woli wybrał życie odizolowane od innych. Przecież to niemoralne! Cis nie wytrzymałby, jakby nie rozmawiał z kimkolwiek dwie godziny, a co dopiero CAŁĄ WIECZNOŚĆ. - Ale wiesz co. Nie będziesz sam, nie, bo ja będę do ciebie prrrrzychodzić i patrrrzeć czy jeszcze żyjesz. A jak nie będziesz żyć to ja cię ożywie, pasi? To superrr, superrr że się zgadzasz - no bo przecież go tutaj nie zostawi. Był medykiem. Musiał dbać o każdego kota w lesie, zaczynając od klanu rzeki, kończąc na przystojniakach na ziemiach niczyich. I spoko.
Zaśmiał się ciepło, serdecznie, kiedy ten zaczął dopytywać kim jest. Och, ile na to było wspaniałych odpowiedzi! - Jestem... zjawą, uuuuu!!! Przysłano mnie by.... przekazać ci.... wiadomość.... - mówił z nutą rozbawienia w głosie, z całej siły próbując powstrzymać śmiech. - A wiadomość to.........! O-d d-z-i-ś j-e-s-t-e-ś-m-y p-r-z-y-j-a-c-i-ó-ł-m-i. TADA! - oj będziesz mieć ciężko, Orionie, w tym życiu. Bardzo ciężko.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
A tymczasem Orion jak najbardziej żył sam. I jego psychika miała się wyśmienicie, nie była w żadnym stopniu skrzywiona. Był ciekawym przypadkiem, ale nie ciekawym przypadkiem psychiatrycznym.
- Taa? A w jaki sposób ożywisz, co? - chwycił się tego fragmentu, zadzierając nieco wyżej łeb, bo najwyraźniej nie miał niczego do gadania w kwestii odwiedzin. Tu już decyzja zapadła, a on mógł co najwyżej zapytać jaką herbatę liliowy preferuje na swoje wizyty. Cynamon chyba nie miał nic przeciwko, ale swoim zwyczajem powinien wyrazić dezaprobatę, pociągnąć dłużej wątek, a nie tak przystawać na wszystkie warunki bez walki. Rzecz w tym, że oriental zahaczał o wiele tematów jednocześnie i przeskakiwał po nich z prędkością światła, więc ciężko było przyczepiać się jak ten rzep do jednego i męczyć rozmówcę. Szczególnie takiego niezainteresowanego odpowiadaniem na wszystkie pytania.
Głupio się przyznawać, ale pointa przeszedł nieprzyjemny dreszcz, gdy nieznajomy zasugerował, że jest zjawą. Duszkiem, umarlakiem, przybłędą cmentarną. Ogólnie Orion uważał się za kota faktów i logiki, ale w tym wypadku fakty były takie, że istnienie duchów to było najgorsze co mogło spotkać świat. Niby żaden go jeszcze nigdy za ogon nie złapał, ale to o niczym nie świadczyło! Szanse, że nietoperz przed nim był zjawą były niskie, ale nie zerowe. Chociaż sądząc po jego rozbawieniu to może jednak zerowe, więc i cynamonowi udzielił się dobry humor, a kamień z serca spadł tak głośno, że go pewnie tamten typiarz z Wichru usłyszał. Jednak wracając do teraźniejszości - Orion potrzebował chwili, ale chyba wreszcie zaczynał rozumieć z jakim rodzajem kota ma do czynienia, na tyle w każdym razie by nie czuć się jak zagubione kocię we mgle i zacząć doceniać nowe towarzystwo. Bo było zdecydowanie ciekawsze niż statystyczne leśne kotki, a oriental więcej do szczęścia nie potrzebował. Zdecydowanie nie będzie udawał, że nikogo nie ma w domu, gdy liliowy wpadnie w odwiedziny. Trzepnął uchem, gdy rozszyfrował niezwykle tajną wiadomość. A raczej poskładał literki do kupy. - Ach tak? - uśmiechnął się przekornie, odchylając nieco łeb do tyłu. - To chyba zaszła jakaś pomyłka, nic mi nie wiadomo o żadnych przyjaźniach ze zjawami. Trafiłeś pod zły adres. - wskazał pyskiem w stronę nieco dalszych zarośli by spytać z teatralną powagą. Bo to bardzo istotne kwestie. - Jesteś absolutnie pewien, że nie chodziło o mieszkańca z tamtych krzaków, co?
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- Noooo, jakimiś tam ziołami, jak już się ich nauczę. Mówię, ci prrrzy mnie będziesz bezpieczny jak nikt inny, ZAPEWNIAM! - dotknął łapą swojej piersi, jakby składał jakąś przysięgę. No bo przy kim innym, jak nie przy medyku można czuć się bezpiecznie? Co prawda do medyka Cisowi jeszcze daleko, ale nikt nie mówi że Orion planuje umrzeć jutro. Może za trzydzieści księżyców, kto wie, a wtedy to już na pewno syn Zachodzącego Światła z dumą będzie nosił swoje medyczne imię.
Ha, to młody nietoperz wszystko by oddał by zobaczyć jakiegoś ducha! Zjawę, umarlaka, nawet zombi! Wszystko, naprawdę, wszystko co było niecodziennie było niesamowicie ciekawe. No, codzienne rzeczy tez były ciekawe, ALE NIE AŻ TAK! Kocur bez problemu mógłby się podjął jakiegoś eksperymentu z wywołaniem duchów, rysowaniem pentagramów na mokrej ziemi i tańcowania w deszczu. Wszystko, by coś nagle zeszło i powiedziało mu super tajemną TOP SECERET tajemnicę. - No, powiedzieli mi że mam trrrrafić na wysokiego, olśniewającego i pięknego nietoperrrza, to chyba jednak dobre miejsce, co?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Jakimiś tam ziołami.
- No, od razu czuję się bezpieczniejszy, skoro mam być pod opieką takiego specjalisty. Jak ja ci się kiedykolwiek odwdzięczę? - rzucił niezwykle poważnie, z trudem powstrzymując się od przewrócenia oczami. Te wszystkie zapewnienia były miłe; jasne, robiło się od nich cieplej na sercu, łatwo było się zachwycić tym gestem, odczuć jakiś cień sympatii, ale w gruncie rzeczy niewiele znaczyły. W chwili obecnej pewnie równie dobrze sam by się naprawił jakimiś tam ziołami, co jego samozwańczy bohater.
No ale trzeba przyznać, że jak usłyszał ten podryw roku to aż nie wiedział co powiedzieć. Z wrażenia, oczywiście. Ostatecznie uważnie przyjrzał się swoim białym paluszkom przednich łap, odwrócił łeb by pobieżnie obejrzeć resztę sylwetki, zupełnie jakby poważnie coś analizował. Błękitne oczy skupiły się na mordce jednolitego nietoperza.
- No, opis jakby pasował, rzeczywiście. - przytaknął, niezbyt dokładnie kryjąc swoje zadowolenie. Ale następnie zrobił krok w stronę liliowego i w jego mimikę wkradło się pewne zakłopotanie. - Ale widzisz, jest pewien problem... Śmiertelnie boję się zjaw, nie wydaje mi się bym był gotów na takie relacje.
Takie to właśnie życie z Orionem, który uwielbia zbędne dyskusje.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- To się jeszcze okaże - uśmiechnął się szeroko za nazwanie go "specjalistą". Może rzeczywiście teraz nie mógł popisać się obszerną wiedzą, ale spokojnie, jeszcze parę księżyców i nawet z najcięższego krwotoku będzie ratował.
No, Cisowa lapa to ogólnie kobieciarz i spec od podrywania, więc nic dziwnego że jego teksty walą z nóg. W prawdzie nawet przez ten jego wielki łeb nie przeszło mu o żadnych, fuj, związkach, seksach i dzieciach, co to to nie, ale taki żartobliwy poziom relacji tez mógł być fajny. - Tak myślałem - mruknął zadowolony. - Ale wiesz co? To ze zjawami to żaden problem, bo nie wiem czy słyszałeś, ale przy spotkaniu swojej niesamowitej bratniej duszy jest takie cyk i zamieniamy się w normalne koty, cztery nogi, cztery uszy... dwoje uszu, dwa oka i pięć pręg. Wszystko się zgadza, nie ma się co bać.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Och, gdyby atmosfera chociaż minimalnie spoważniała, Orion ewakuowałby się jako pierwszy. Rozpłynąłby się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie garść złotego brokatu. Póki istniała wiarygodna furtka ziom, to taki żarcik-kosmonaucik był, cynamon mógł beztrosko uczestniczyć w rozmowie, bez zastanawiania nad konsekwencjami każdego słowa i czynu.
- Mówisz, że to takie proste, przemyślane i starczy bratnią duszę spotkać? - spytał powątpiewająco. Po niezwykle teatralnym hmm zbliżył się by przyjrzeć się uważnie jednokolorowej mordce. Tak jakby zamierzał analizować każdy jeden włosek na niej. Przy okazji musiał się upewnić czy nietoperz miał standardową liczbę uszu, czy jednak to nie było tylko drobne przejęzyczenie (za wielkimi trójkątami nie kryła się zapasowa, mniejsza para). - No nie wiem, nie widzę wyraźnej różnicy... - wyprostował się, odsuwając te pół kroku. I co teraz? Zaświeciła mu żaróweczka nad głową, a no jasne! - W takim razie udowodnij, że nie jesteś zjawą. - dodał, ożywiony swoim sprytnym planem. Jasne, mógłby sam dotknąć krótkiego futerka, uznać, że no zjawy by się tak nie dało, pogratulować sobie geniuszu i zakończyć temat. Ale po co? Liliowy głupi nie był, więc na pewno wymyśli coś ciekawego.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- No, totalnie. Taki sens życia zjawy - odpowiedział całkiem poważnie. Podobała mu się wizja postaci którą stworzył. Ktoś, kto jest takim duszkiem, zjawą, nagle zamienia się w kogoś prawdziwego dzięki znalezienia prawdziwej BRATNIEJ DUSZY! On by chciał być bratnią duszą, byłby na pewno NAJLEPSZĄ jaką ktokolwiek mógłby sobie wymarzyć.
Słysząc ostatnie zdanie kocura, uniósł brwi do góry. Jeszcze mu nie wierzył? Przecież już nie wyglądał jak zjawa, na pewno nie! Sam spojrzał w górę by sprawdzić, czy nie ma mniejszej, dodatkowej pary uszu, ale gdy zrozumiał, że nie da rady tego sprawdzić, mógł tylko ufać intuicji. Zaraz jednak pokiwał głową. Rozejrzał się dokładnie za czymś, co pomoże mu w jego występie, a gdy spostrzegł niewysokie, młode drzewo, uznał je za idealne. - Dobrrra niedowiarrrku, pa terra - uśmiechnął się szeroko. Podszedł do jasnej brzozy, która teraz, pozbawiona liści, wygldała okropnie nago. Wspiął się na drzewo, dostając się na najwyższą gałązkę. Stanął na niej niestabilnie, po czym obmyślił swój plan. Chciał skoczyć. Tylko jak? Czy to bezpieczne? Nawet jeśli, to chyba nie umrze od upa....
BUMBUMBUMBUMBUMBUMBUMBUMBUMBUMBUMBUMBUM
Terminator medyka huknął o ziemię, zapadając się pionowo w dół. Najwyższa gałązka okazała się także najbardziej cienką gałązką, a Cis okazał się... nie tak lekkim, jak sobie to wyobrażał. Rozpłaszczył się więc na ziemi, pod sobą mając ułamaną, zdradliwą gałąź. - No, nie tak to miało wyglądać, ale rrrraczej by sie to cholerrrrstwo pod zjawą nie podłamało, nie?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Pa tera.
A on patrzył, owszem, jak najbardziej uważnie obserwował przedstawienie. Normalnie fan z pierwszego rzędu, któremu niestraszne były akcje angażujące publiczność. Tylko że tym razem publiczność nie była wciągana na scenę, za to mogła z bliska obserwować akrobacje na wysokości. Liliowy wdrapał się na sam szczyt brzozy i gdyby tylko w Orionie pojawił się jakiś przebłysk rozsądku to by mu kazał złazić na dół. Ale nie. Ani jednej rozsądnej myśli w tej ślicznej główce, jedynie bardzo naukowa chęć obserwacji kota-nie-zjawy na drzewie. I sobie tak stał oczarowany, zadzierając łeb do góry, gdy nagle gałąź strzeliła, a point profilaktycznie odskoczył. I wymsknęło mu się w tym szoku słowo, którego ze względu na młodociane mrówki w okolicy, nie przystoi powtarzać. Długi włos na ogonie napuszył się, więc oriental machnął kilka razy kitą, by uklepać ją ruchem powietrza.
- Santa Mozarella, co to było? - mruknął do siebie, by szybciej przyswoić zaistniałą sytuację, gdy szedł na inspekcję zwłok. Takich całkiem... żywych i rozmownych zwłok. Nie narzekał, mógł odetchnąć z ulgą i nie wchodzić w rolę odpowiedzialnego kota. Fujka. - To jak to miało wyglądać? Zresztą nie, mniejsza. Już ci wierzę, nie jesteś zjawą, w porządku. - zgodził się by zaraz, ciszej, na jednym wdechu dodać. ‐ Ale-tylko-zjawa-by-się-nie-uszkodziła-po-takim-upadku. - o właśnie, chwila, przecież leżał i nie wstawał. Orion trącił nosem szare uszko. - Jesteś cały? Czy potrzebujesz jakiś magicznych ziółek? Bardzo szczerego i empatycznego ojoj? Albo nie wiem, buzi w czółko?
Orion znał się na zielsku jak na trygonometrii, ale już zdążył sobie wmówić, że sytuacja tragiczna nie jest, więc raczej wątpliwe by musiał przynieść coś co autentycznie ma właściwości lecznicze.