Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Cisowa Łapa przewrócił się na plecy, czując jak jego patyczkowate nogi pulsują z bólu. No, nie ma co, mocno huknął o ziemię, jednak nie na tyle, by martwić się o swoje zdrowie. Chodził poobijany przez całe życie, z siniakami i drobnymi rozcięciami, bo na każdym etapie swojego krótkiego życia pchał się wszędzie bez zbytniej analizy, a potem... kończyło się to jak się kończyło. No trudno. - W sumie to nie wiem. Ale uwierrzyłeś? Uwierrzyłeś! Czyli się udało, super! - miauknął z lekkością, nie robiąc z tego żadnego cyrku. Może i z perspektywy widza wyglądało to jak krwawa scena śmierci, ale dla niego to nic nowego, spadanie z wysokości to on akurat miał PRZE-ĆWI-CZO-NE.
Nie odlepiał od niego wzroku, gdy ten podszedł i zaczął zadawać pytania. Cisowa Łapa wyglądał na zamyślonego gdy ten zaczął proponować różne środki pomocy. - No, buzi w czółko brrzmi jak coś, co rrrzeczywiście by pomogło - mruknął w końcu, wybierając trzecią opcję. Dopiero po tym zdaniu podniósł się na równe łapy, stając przed kocurem. Był trochę zakurzony i brudni z ziemi, ale oprócz tego to jak młody bóg, zdrowy jak ryba!
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
W zasadzie... racja, uwierzył to uwierzył, niepodważalny argument i powód do zakończenia tematu. Tak więc Orion nie zamierzał już podważać prawdziwości liliowego kocura - no zjawa by tak głośno nie łupnęła, nie? Koniec tematu... jednocześnie nie chciał go konczyć - czy normalny kot nie powinien się teraz chociaż krzywić z bólu? Nie powinno go ruszyć jakos bardziej, że zleciał z drzewa? Nie, no dobra, miał być koniec.
Cis wyglądał... w porządku. I to nie w sensie, że ładnie, czy przystojnie czy cokolwiek w tym guście (chociaż i tego nietoperzowatej zjawie nie można było odmówić), ale pod względem obrażeń. Czy raczej ich braku. Bez problemu się podniósł, nie krzywił mordki z bólu, no ogólnie albo szok pourazowy, albo okaz zdrowia. Point optymistycznie obstawiał to drugie, co prowadziło do wniosku, że buzi w czółko było zbyteczne. No ale skoro już zaoferował to nie będzie się wycofywał jak byle frajer, nie? Mógł się tylko cieszyć, że została wybrana ta najmniej problematyczna opcja. Więc gdy już Cis stanął przed nim na czterech łapach, w całej swojej zakurzonej krasie, Orion wyprostował się i podszedł by przejechać szorstkim językiem między nietoperzowymi uszami.
- I proszę bardzo. Myślę, że pomogło. Nie ma szans żeby nie pomogło. - odparł z asymetrycznym uśmiechem, a następnie odsunął się by przyjrzeć się nie tylko liliowej mordce, ale no, całości. Okiem znawcy, rzecz jasna, bo oceniał leczniczą magię teraz i tylko przy okazji strzepnął nieco pyłu z szarego futerka. Niby kolorostycznie wtapiało się idealnie, ale nie byłby sobą, gdyby powstrzymał się od pozbycia chociaż odrobiny syfu.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Był nieodpowiedzialny. I wiedział dobrze, że Barwna Woda byłby na niego zły, gdyby patrzył co teraz wyrabia jego podopieczny. Ale go nie było prawda? Nie było srebrzystego medyka obok, nie mógł mu powiedzieć, że to co robi jest głupie i nieodpowiedzialne, że nie może tak narażać swojego zdrowia, że jest medykiem i powinien się zachowywać jak na medyka przystało. Był ważny w klanie i rzeka nie może stracić jednego z terminatorów medyka, nie tak wcześnie. Ale jego mistrza nie było, nikt się nie dowie. A czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal. - Pomogło - uśmiechnął się. Był przyzwyczajony do szorstkiego uczucia między uszami, bowiem niemalże codziennie może takie dostać od Barwnej Wody, więc to, co zrobił Orion nie było dla niego niczym specjalnym. Ba, nawet uważał, że to naturalny odruch czułości, wszystko spoko.
Spojrzał na niebo, które jakimś magicznym cudem zrobiło się kolorowe. Nie, że niebieskie, takie jak zawsze, a... złoto-różowe. Cisowa Łapa wstrzymał oddech, szepcząc ciche "ładnie", a potem uderzyło go to, że to nie magiczne stworki zakolorowały niebo, a słońce, które powoli zniżało się na ziemie. Cholera. - Ty, muszę wrrracać. Mam w klanie przynajmniej czterrry koty, które powyrrrywają mi uszy gdy wrrócę po zmrrroku. Ale zobaczymy się? Kiedyś. Jeszcze? Prrrroszę - dodał na końcu, patrząc na niego. I, dopiero po odpowiedzi orientala, pożegnał się raz jeszcze i zawrócił w stronę rzecznego obozu.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Umknął mu jakoś upływ czasu, dobra? No trochę przypał, że tak się skupił na liliowym orientalu, że nie zauważył ani nieba przybierającego cieplejsze barwy, ani wydłużających się cieni krzewów. A niby taki spostrzegawczy i w ogóle! A jednak dopiero na wspomnienie wracania po zmroku ocknął się, że rzeczywiście jakoś tak późno się zrobiło.
- Noo, to by była duża strata, gdyby ci te uszy pourywali. - przytaknął. Kto to widział nietoperza bez jego uszu, co? Ale jako, że komuś tu zależało na czasie, to nie przedłużał, nie trzymał w niepewności przed udzieleniem odpowiedzi, tylko skinął klinowatym łbem. - No ja mam nadzieję, przecież wiesz gdzie mieszkam i miałeś mnie odwiedzać, nie? - żadne tam och, też mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy, byłoby mi źle w duszę, gdyby nie, a bardzo zgrabne stwierdzenie, że następne spotkania są nieuniknione ze względu na wcześniejsze ustalenia. Wspaniale.
Gdy oriental zniknął z pola widzenia, Orion wrócił do dekorowania gniazda.
z.t ♥
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
Było zimno, cholernie zimno, ale Izabela nie mogła pozwolić sobie na ciepłe wylegiwanie się w swojej norze. Zdążyła wyścielić ją ogromną ilością mchu i to chyba przez to bardzo chciała w niej zostać na cały dzień. Ale nie powinna! Żyjąc jako samotnik trzeba radzić sobie samemu, bo nikt za ciebie nie zapoluje. Jeśli ona sama tego nie zrobi to będzie chodziła głodna, a będąc głodnym ciężej jest się skupić na... Czymkolwiek, bo się myśli tylko o tym głodzie, który tworzy coraz to większą dziurę w żołądku. Ah! Tym razem znowu zatęskniła za lecznicą, w której nie musiała się martwić praktycznie o nic, bo karmiła ją dwunożna. Brązowa, bobkowata karma wcale nie była taka zła! Może i sucha oraz trochę twarda, ale... Po jakimś czasie zdołała się do niej przyzwyczaić.
Początkowo zamierzała polować na "swoich" terenach, jednak kompletnie jej to nie wychodziło, więc zmuszona była przekroczyć Grzmiącą Ścieżkę. Gdy już to zrobiła, ruszyła wzdłuż niej, niedaleko terenów Klanu Wichru, a później Rzeki. Mogłaby iść po stronie Topiołków i dopiero na wysokości Łanu Rzepaku przejść przez ulicę, ale w tamtych okolicach... Chyba coś mieszkało. Znaczy, czuła silny zapach, zupełnie taki, jakby jakaś grupa kotów znaczyła granice. Może mieszka tam jakiś gang? Cóż, jeszcze tego nie sprawdziła i... Obecnie nawet nie chciała tego robić. Na Osiedlu szajki kotów były codziennością i wcale nie traktowały obcych zbyt przychylnie. Nie chciała ryzykować.
Doszła do Łanu Rzepaku, który o tej porze roku nie wyglądał zbyt imponująco. Brakowało złocistych, wysokich roślin. Pole było łyse, przykryte grubą warstwą śniegu, który obecnie padał, ale niezbyt intensywnie. Izka poprawiła szaliczek, wiążąc go tak, by nie szurał po ziemi. To mogłoby przeszkodzić jej w polowaniu! Zaczynała się robić głodna, a to dobrze nie świadczy, zważając na to, że jeszcze nic nie złapała. Zabrała się za poszukiwania, jedynie rzucając krótkie spojrzenie na gniazdo ukryte wśród zarośli. Zapewne jest zamieszkiwane przez bażanta. Może uda jej się go znaleźć? Taki duży zwierz zapewne starczyłby jej na więcej, niż jeden posiłek.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion był w zasadzie rzadkim gościem w swoim własnym legowisku, które służyło mu do szybkiego ładowania baterii przed kolejnym ekscytującym dniem, ale nie przesiadywał tam nadmiernie. Jasne, wciąż zadbał o odpowiednie udekorowanie tego miejsca, kolorowe piórka i suszone kwiaty, więc gdyby tylko szylkretka na dłuższy moment spojrzała w stronę gniazda niż jedno uderzenie serca, to szybko by doszła do wniosku, że bażanta to tu nie uświadczy. Ewentualnie niezwykle rozwiniętego, takiego co to aż szkoda zabijać.
No ale mniejsza z tym. Bażanta nie było, nie ma więc co się nad nim rozwodzić. Za to był oriental wracający z polowania. Udanego, rzecz jasna, bo gwiazdy nie zapominały o swoim ulubieńcu i dbały o to, by nie głodował w tym niezwykle malowniczym, ale jednak ciężkim okresie. Chociaż gdyby ktoś go spytał o zdanie to dużo bardziej wolał ten mróz od błotnistej wilgoci oblepiającej jasne futro. Więc poprawka - ciężkim okresie dla wszystkich poza nim. On tu rozkwitał, promieniał i inne takie. Jak ten pierwszy przebiśnieg, który wywołuje największe emocje. Tak się właśnie czuł, gdy przemierzał kolejne zaspy ze średniej wielkości królikiem, którego wyłowił z nor bliżej Gromu. Zbliżając się do swojego lokum wyczuł zapach innego kota, zapach, który chyba nie był do końca obcy, ale zważywszy na ilość kotów, które się przewijały przez jego życie, nie potrafił od razu przyporządkować woni do konkretnego osobnika. Zresztą nim zdążył się w ogóle zastanowić, dostrzegł kędzierzawe futerko między ośnieżonymi krzakami. I o ile z zapachem był problem, tak starczył mu ułamek sekundy by mieć stuprocentową pewność do kogo należą czarno-rude loki. Więcej czasu potrzebował na zrozumienie, że wzrok go nie oszukuje, albo że to nie zjawia, a fizycznie obecny kot. Upolowany królik stracił znaczenie, więc Orion go upuścił na ziemię, a następnie przeskoczył by ruszyć w stronę szylkretki.
- To ty! - zawołał radośnie w stronę oddalającej się kotki, niezbyt przejmując się tym, że chyba przerywa jej łowy (a może to był spacer, co?). Widzicie, zawołałby po imieniu, ale nigdy się sobie nie przedstawili, pozostawało tylko wieśniackie per ty. Nie przeszkadzało mu to jakoś. - Żyjesz! Co się z tobą działo? Te pajace nie chciały mi o niczym powiedzieć. - zastanawiał się nawet czy nie dołączyć do tego całego Klanu Wichru i nie przeprowadzić dochodzenia, ale trochę po drodze weszło mu nieco więcej innych planów. Doganiając kotkę w kilku susach dostrzegł sporą bliznę na kolorowym grzbiecie. Uh oh.
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
Liczyła na spokój i ciszę, bo właśnie to w polowaniu się liczy. Powinna być również cierpliwa, ale w obecnej chwili nawet nie miała okazji się wykazać! Coś, a raczej ktoś szybko je przerwał, powodując hałas. Początkowo tylko zmarszczyła brwi (z czystego niezadowolenia), jednak jej twarz chwilę później przybrała normalny, codzienny wyraz. Podniosła się do pozycji stojącej i odwróciła się, aby widzieć zbliżającego się do niej kota i... Ah! Spostrzegła tego samotnika, którego spotkała przy Krzywym Drzewie chwilę przed swoim zaginięciem. Wtedy kocur był młodym podrostkiem, a teraz... Wyrósł! Bardziej w górę, niż wszerz, trzeba przyznać. Był od niej sporo wyższy, ale zauważyła to dopiero w momencie, gdy się zbliżył.
- ... - Otworzyła buzię, aby się przedstawić, bo zawołał ją na "ty". Nic dziwnego, przecież tamtym razem się sobie nie przedstawili. Chyba. Nie miała pewności. No, ale nawet jeśli tak, to kocur mógł zwyczajnie nie pamiętać imienia kotki, z którą rozmawiał raz w życiu. - Izabela. - Powiedziała w końcu, dochodząc do wniosku, że jej imię się zmieniło. Że nie jest już Wierzbową Gałązką, bo to imię przeznaczone było dla wojowniczki Klanu Wichru. Pilnej, ułożonej i pracowitej. Teraz jest samotniczką, jakby innym kotem, bo trzeba przyznać, że osiedle ją zmieniło. Takie miała wrażenie. Ale no, mimo tego nie wściekałaby się, gdyby ktoś nazywał ją starym imieniem. Jeśli kiedyś wróci do klanu, to pewnie znowu będzie Wierzbą. - Pajace? Masz na myśli... Klan Wichru? - Zapytała, lekko zaskoczona tym określeniem. Chociaż... Bardziej chyba zainteresował ją fakt, że kocur kogokolwiek o nią pytał. Dlaczego? Czy polubił ją aż tak? Sądziła, że o niej zapomniał, tak jak ona zapomniała o nim, gdy beztrosko mieszkała sobie w lecznicy. Chociaż wtedy, mogłaby rzec, że zapominała o całym swoim poprzednim, leśnym życiu. Ale to już mniejsza! - Cóż, no... Nie było mnie, to fakt. - Zaczęła powoli. Chciał wyjaśnień, a ona nie widziała powodu, dla którego miałaby je przed nim ukrywać. - Wcale nie miała zamiaru znikać i to na tak długi czas, ale sprawy się... Pokomplikowały - Na jej twarzy pojawił się nerwowy, ale jednocześnie słaby uśmiech. Co sobie myślała tamtego dnia, a raczej tamtej nocy, gdy wpadła na pomysł wyruszenia za Traszką i jego matką? Czy naprawdę sądziła, że będzie w stanie tę dwójkę znaleźć? O ile w lesie byłoby to możliwe, to na osiedlu nie. Przekonała się, że jest zbyt wielkie i bardzo łatwo się na nim zgubić. - Miałam plan. To miała być kilkudniowa wyprawa poszukiwawcza, ale... Ugh, zgubiłam się na osiedlu. Znalezienie drogi powrotnej wcale nie było takie łatwe! Tak właściwie odprowadził mnie tu pewien kot. Gdyby nie on, zapewne byśmy się tu nie spotkali. - Dodała kolejną część historii, zastanawiając się, czy nie jest to wystarczająco. Nie miała zamiaru opowiadać kocurowi szczegółów tej długiej, nieprzyjemnej tułaczki. Tak naprawdę większość niej wcale nie była ciekawa. Odkąd Izkę zabrano do lecznicy, nie działo się praktycznie nic, co można by uznać za warte wysłuchania. A przed tym? No dobra, przed tym było dość ciekawie, ale codzienność zazwyczaj opierała się na tym samym. - Wyrosłeś. - Zauważyła, niezbyt dyskretnie przejeżdżając wzrokiem po jego ciele. No, zapamiętała go inaczej. Jako małą, białą kulkę, wiekiem podobno do świeżo mianowanego terminatora.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
-Izabela. - powtórzył, gdy się przedstawiła. Nie bez cienia zdziwienia w spojrzeniu błękitnych oczu, bo... no klanowe imię to nie było z pewnością, a gdy pierwszy (i ostatni) raz się spotkali, szylkretka przecież była terminatorką z Klanu Wichru i to taką na ostatniej prostej do ukończenia treningu, prawda? Jednak życie wojownika nie było tak piękne jak ostatnio przedstawiała? Dopyta ją o to później, chyba że uda się wyciągnąć jakieś naturalne wnioski z jej słów bez dopytywania. Zobaczy się. Tymczasem... - Orion. - również się przedstawił, skoro już znaleźli się przy tym temacie.
- No, nie Klan Wichru jako taki, nie całościowo. Ale ci wojownicy i terminatorzy, których pytałem. - sprostował, bo jakkolwiek z reguły przewrażliwione dusze leśnych kotków nie były jego problemem, tak wolał teraz zminimalizować ryzyko, że urazi uczucia Izabeli nazywając jej pobratymców pajacami. Nawet jeśli takie były fakty.
Nie było jej. O, czyli jednak to nie choroba zmiotła kotkę z planszy, to nie drapieżnik ją zmiótł z tego świata. Więc... jak na jego wszystko w porządku i tyle by mu starczyło (tylko dlaczego nikt z tego smutnego klanu nie chciał się przyznać, że im terminatorka-wojowniczka zaginęła?), ale skoro Izabela kontynuowała to cynamon nie zamierzał jej przerywać, przecież chętnie posłucha co tam u niej się działo. Posłał jej jedynie wyrozumiały uśmiech, gdy uznała, że sprawy się pokomplikowały, bo przecież zdarzało się tak! Co prawda jemu niezwykle rzadko akurat, ale innym owszem. Chociaż jeśli to miała być kilkudniowa wycieczka a skończyła się jako... kilkumiesięczna, to rzeczywiście sprawy musiały się nieco pokomplikować. Zastrzygł jeszcze tylko uchem przy haśle akcja poszukiwawcza. Zakończona niepowodzeniem, skoro nic nie wspominała o swoim sukcesie? Ale za to mówiła o zgubieniu i odprowadzeniu przez jakiegoś pewnego kota. Nie, zdecydowanie misja zakończona porażką.
- Ach, rozumiem, to rzeczywiście... przygoda ciebie spotkała. - tak zdecydował ostatecznie podsumować opowieść. Jeśli taką, a nie inną, ilość szczegółów chciała zdradzić to bez problemu, Orion nie chciał naciskać, nie na samym początku rozmowy, w każdym razie. Bo od blizn aż po szalik... no trochę do rozpakowania tu było. Machnął cynamonową kitą, by dorzucić ofertę lekkim tonem. - Ale jak następnym razem będziesz planować taką wyprawę na osiedlę czy gdziekolwiek to możesz zgłosić się do mnie, obiecuję, że się nie zgubimy, przypilnuję tego.
Co prawda na osiedle się już nie zapuszczał praktycznie, pochłonięty swoimi badaniami nad klanami i Nowym Świtem, ale niewątpliwie był bardziej przystosowany do zmiennego środowiska niż koty spędzające większość życia w granicach swoich klanów. Więc jego propozycja była całkiem realna, a nie jedynie grzecznościowa. Był gotowy pójść na taką wyprawę w razie potrzeby, może nie z czystej sympatii do kotki, a w dużej mierze również z miłości do przygód i odrywania się od rutyny dnia codziennego (chociaż na montonność nie narzekał, jeszcze nie).
Zastrzygł uchem. Czy rzeczywiście wyrósł? No, możliwe, nie miał zbytnio porównania, zmiany następowały stopniowo, nie wystrzelił pewnego dnia w górę, tracąc bezpowrotnie wszelkie kocięce rysy. Nie zauważał ich, widział jedynie swoje odbicia w kałużach, które zawsze równie piękne i tyle mu wystarczało.
- Ty również się zmieniłaś. - stwierdził, zawieszając na krótki moment spojrzenie na szaliku. Ale przecież nie o niego mu chodziło, a także nie o blizny, więc powrocił do kolorowej mordki. - Pamiętam jak twierdziłaś, że nie byłabyś w stanie wybrać się na tak odległą wycieczkę na osiedle. Że to niebezpieczne. A jednak poszłaś. Przeżyłaś. Wróciłaś. - przechylił łeb, a na język wręcz cisnęło się kolejne pytanie. Co zamierzała dalej w takim razie? Czy jej plany różniły się od tamtych należących do terminatorki-idealistki? Wstrzymywał się jednak przed zadaniem go.
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
Nie przegapiła zaskoczonego spojrzenia kocura, gdy zdradziła mu swoje imię, które z resztą powtórzył, więc jego zdziwienie musiało być duże. Dlaczego? Ah! Szybko zorientowała się, że ich pierwsze spotkanie odbyło się, gdy była jeszcze terminatorką Klanu Wichru. A klanowe imiona, jak wiadomo, brzmią nieco inaczej. Jej obecne wskazuje raczej na to, że jest samotniczką, aniżeli wichrzakiem. W sumie nie powiedziała mu jeszcze, że nie należy już do klanu, a sam nie był w stanie się zorientować.
- Tak. Jestem teraz samotniczką. - Wyjaśniła więc teraz, gdy jej się przedstawił. Orion. Szybko domyśliła się, że imię to musiało być nadane przez dwunożnego albo bardzo pomysłową matkę. Tak właściwie point nigdy nie mówił jej o swoim pochodzeniu. Może urodził się na osiedlu, u dwunożnych? Może nie zawsze mieszkał w lesie? Mogłaby zapytać o genezę i znaczenie tego imienia, ale... Może zrobi to później.
- Cóż... Nie mam pojęcia dlaczego starali się ukryć moje zaginięcie, nie będę ich tłumaczyć. - Powiedziała jedynie, zastanawiając się z kim miał okazję rozmawiać Orion i dlaczego te koty nie chciały nic zdradzić. Może powinny? W końcu samotnicy nierzadko wiedzą więcej o lesie albo o osiedlu i ich wiedza mogłaby być przydatna w poszukiwaniach. Chociaż... Nie chciała od razu zakładać, że klan jakkolwiek próbował jej szukać. Równie dobrze Lawendowa Gwiazda mogła nie robić nic w kierunku odnalezienia swojej wojowniczki. Tamtego dnia, gdy oznajmiła przywódczyni, że wyrusza na poszukiwania i wróci zapewne za kilka wschodów słońca, nie wróciła, mimo, że bardzo chciała. Przeliczyła siebie i swoje możliwości. Wyruszenie na osiedle będąc kotem, które totalnie go nie zna było skrajnie nieodpowiedzialne. Ale na dłuższą metę chyba wyszło jej to na dobre. Dużo się nauczyła i... Nie jest już taką miękką bułą.
- Dziękuję, ale obecnie chyba starczy mi przygód. - Odparła, dodając do tego lekki, łagodny uśmiech. Propozycja Oriona była miła i... Być może nawet kiedyś z niej skorzysta, jeśli przyjdzie jej ochota na jakieś ekscytujące wyprawy. Pytanie tylko, czy wtedy kocur wciąż... Będzie. Po prostu będzie. W końcu nie jest pierwszym, który proponuje jej towarzystwo w razie dłuższej wycieczki. Przed nim był ktoś taki jak Aleksander. Mimo upływu czasu szylkretka wciąż gdzieś z tyłu głowy miała podobnego do niej kocura. Był pieszczochem i nosił miękki, czerwony sweterek. Obiecał jej, że kiedyś wybiorą się na osiedle, ale później ślad po nim zaginął. Być może jego człowiek zamknął go w swoim domu już na zawsze. Szkoda, bo fajny się wydawał.
- Tak... I szczerze mówiąc, gdyby nie wymagała tego sytuacja, nie wybrałabym się tam. - Odparła zdecydowanym głosem. Misja na osiedlu była spowodowana przez Traszkę oraz Owieczkę, a nie zwykłe zachcianki szylkretki. Gdyby jej ukochane koty wciąż były w klanie, zapewne byłaby teraz obok nich, razem z Szyszką. Właśnie, Szyszka. Wyprawa poszukiwawcza sprawiła, że kocica została bez żadnej rodziny obok. Izabela zostawiła swoją przyszywaną matkę samą, starą i coraz słabszą. Teraz nawet nie ma pewności, czy ona żyje. Świetnie. Dlaczego pomyślała o tym akurat teraz, a nie wcześniej, gdy prędkim, nerwowym krokiem podążała za śladami Traszki i Ropuchy wprost do bram osiedla? - To, co zrobiłam, wcale nie było przemyślane. Kierowałam się... Chyba emocjami i sercem? Wiesz, jeśli kogoś bardzo kochasz, nie myślisz racjonalnie. - Wyjaśniła po chwili. Gdyby sobie tak wszystko podsumowała, doszłaby do wniosku, że więcej straciła, aniżeli zyskała. Ale to mogłaby analizować godzinami, a teraz nie ma na to czasu! Mogłaby się mocno przy tym zamyślić i Orion zostałby... W sumie sam, bo mimo, że ciałem byłaby tu, na ziemi, to głową błądziłaby gdzieś w krainie własnych myśli. - Ale już mniejsza z tym. Nie będę płakać nad rozlanym mlekiem i... Co się stało to się nie odstanie, co nie? Opowiadaj lepiej co u ciebie. Wciąż wiedziesz życie samotnika? - Zapytała nieco bardziej pogodnie. To gniazdo zapewne należy do kocura, a nie do bażanta, jak początkowo zakładała. Jeśli rzeczywiście tak jest, to musi mu przyznać, że świetne miejsce sobie wybrał! Blisko klanów co prawda, ale... Może to nieprzypadkowe?
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Skinął tylko łbem w odpowiedzi, bo szczerze mówiąc, nie było zbytnio czasu na bardziej rozbudowaną reakcję w tym momencie. Tylko gdzieś z tyłu głowy sobie zanotował tę informację.
- Nie ma nawet potrzeby ich tłumaczyć. - wtrącił tylko ze wzruszeniem barkami. Opinię o klanowym ogóle miał już wyrobioną i wiedział, że po jego członkach najlepiej w pierwszej kolejności spodziewać się najbardziej rozczarowującej opcji i ewentualnie dać się pozytywnie zaskoczyć. Chociaż kłamstwem by było stwierdzenie, że wszystkie spotkania i próby dopytania o szylkretkę były zupełną stratą czasu, przecież jeden z tych niewspółpracujących osobników został jego ulubionym materiałem do nękani... nie, wróć, olśniewania swoim towarzystwem.
- Jasne, rozumiem, to tak... na przyszłość. - powiedział na zakończenie tematu propozycji wycieczkowych. I już więcej o tym nie myślał, kwestia szybko uciekła z jego głowy, chociaż, rzecz jasna, o swojej obietnicy zapominać nie zamierzał. I jak kiedykolwiek kędzierzawa kotka zdecydowałaby się na odległą wyprawę to nie odprawiłby jej z kwitkiem przecież.
Przy kolejnych słowach rzucił jedynie krótkie rozumiem, by nie wnikać w jej osobiste sprawy. Tyle że sytuacja tego wymagała zdążył już wywnioskować z tego, że wspomniała o akcji poszukiwawczej. Aż zaczynał powoli myśleć, że źle odczytał jej postawę i Izabela chciała opowiedzieć więcej o swojej wyprawie. Czy może raczej - wyżalić się z niej i jako porządny kot powinien użyczyć jej ramienia do wypłakania się czy cokolwiek tam było jej potrzebne. Tylko cały haczyk tkwił w tym, że Orion zbawcą świata nie chciał być, nie miał w sobie odruchu chęci pomocy każdemu napotkanemu kotkowi. No, co prawda Izabela nie była każdym napotkanym kotem. Jasne, nie chciał swoją postawą zniechęcać do otwierania się, ale też nie zamierzał robić pierwszego kroku, zachęcać do rozwinięcia myśli. Całą decyzję zrzucał na szylkretkę. - No, emocje nie są najlepszymi doradcami, nie ma co ukrywać. Ale są sytuacje, w których, hm, ciężko kierować się rozsądkiem. - przełknął ślinę, dobierając kolejne słowa. - Więc masz rację, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Możesz co najwyżej zastanowić się czy żałujesz swojej decyzji, czy jednak bardziej żałowałabyś, gdybyś nie posłuchała serca i nie spróbowała przynajmniej. Czy wtedy byś się ciągle nie zastanawiała co by było gdybyś jednak ruszyła na poszukiwania. - i dopiero wtedy przeszedł do tematu swojego aktualnego życia, momentalnie przeskakując na lżejszy ton. - Ach, u mnie to wiesz. Niby po staremu, ale ciągle dzieje się coś nowego. Nowe koty, nowe znajomości, no... miejsca niekoniecznie nowe, bo jak widzisz wciąż się kręcę po okolicy. Póki co. No, ale nie będę ciebie zanudzał szczegółowymi historiami, nie? - rzucił wesoło, chociaż bardziej z grzeczności niż faktycznego przekonania, że jego dotychczasowe poczynania były nudne. Bo wręcz przeciwnie, były fascynujące, ale rzecz w tym, że Orion miał też własne pytania do zadania i akurat była okazja by je wtrącić w miarę naturalnie. - W sumie to jak już wróciłaś to co zamierzasz dalej?
Była samotniczką, ta? Kręcenie się w okolicach terenów swojego dawnego klanu brzmiało średnio.
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
Czy rzeczywiście chciała Orionowi powiedzieć o szczegółach swojej długiej, niebezpiecznej wycieczki? Cóż.. Tylko jeśli kocur chciał o niej usłyszeć. W przeciwnym razie milczałaby jak grób, bo po co miałaby opowiadać, jeśli nie byłaby słuchana albo byłaby, ale z niezainteresowaniem? Sama nie miała jakiegoś wielkiego parcia na chwalenie się całą tą historią. W końcu większość z tego czasu, który spędziła na osiedlu był dość... Rutynowy. Dni opierały się na tym samym, aż do momentu wypadku. Wtedy trafiła do lecznicy, ale tam w końcu też przybiła ją rutyna, mimo licznych i różnorodnych spacerów po okolicach. Ciekawym urozmaiceniem były na pewno zwierzęta, szczególnie koty, które codziennie tam przychodziły, razem ze swoimi dwunożnymi. Ci pacjenci zazwyczaj nie wypowiadali się zbyt dobrze o lecznicy, ale Izabela nigdy nie rozumiała dlaczego. Co było tam takiego złego?
- Chyba żałuję...? - Dość niepewnie powiedziała, ale raczej do siebie samej, niż do kocura. W tamtym momencie nawet nie patrzyła mu w oczy, bo spojrzenie wbiła w ziemię, chcąc rzeczywiście się zastanowić nad tym wszystkim. Doszła do wniosku, że wyprawa była bezcelowa. Gdyby wcześniej wiedziała, że osiedle jest takie ogromne, to nigdy nie próbowałaby na nim kogoś szukać. Szybko straciła tam trop Traszki, a nawet i swój własny, przez co zgubiła drogę. No, a dalsza historia jest już znana.
- Na pewno nie są nudne! Lubię słuchać, więc jeśli chciałbyś się czymś podzielić to... Zrób to. - Powiedziała lekko, a na jej twarz wstąpił zachęcający uśmiech. Nowe miejsca, nowe koty, to może brzmieć ciekawie! Chociaż równie dobrze rzeczywiście może być codzienną codziennością, o której opowiadanie byłoby żmudne.
- Cóż... Przyznam, że... Nie wiem. Chyba nie chcę jeszcze wracać do klanu. Trochę się... Obawiam? Na razie żyje sobie samotnie, mieszkam za ulicą, tam w okolicach Borsuczych Pagórków. Może wpadniesz kiedyś? - Tereny za Grzmiącą Ścieżką są równie ciekawe co te w pobliżu klanów. Izabela była nawet skłonna twierdzić, że są CIEKAWSZE. Jest plaża, wielkie wrzosowisko, którego... Co prawda jeszcze nie miała okazji zobaczyć, gdy jest pełne kwiatów, jednak to na pewno się zmieni. Są też Borsucze Pagórki, no i... Te tereny wyżej, w okolicach Wysokich Traw, ale tam szylkretka jeszcze się nie zapuszczała. Nie podoba jej się ten zapach, który sprawia wrażenie jakby mieszkający tam kot (lub raczej koty), znaczyły swoje granice. Po spotkaniach z szajkami chyba miała dość eksplorowania czyichś terenów.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Skrzywił się nieco na niepewną odpowiedź Izabeli. Co prawda nim oderwała spojrzenie od swoich łapek, cynamonowa mordka powróciła do neutralniejszego wyrazu, ale jednak nie można zaprzeczyć, że przez moment to niezadowolenie było obecne. Bo nie trafił - kotka najwyraźniej żałowała tej wycieczki, nie dostrzegała jej pozytywnych aspektów. Czy pozostawienie tego bez komentarza było równoznaczne z przyznaniem się do porażki? Chyba nie skoro słowa nawet nie były kierowane do niego. A przekonywanie jej, że nowe doświadczenia, że więcej zyskała niż straciła to były w sumie grząskie tematy, skoro nie miał żadnych danych. Machnął więc tylko końcówką puchatej kity, pozwalając rozmowie zejść na weselsze tory.
- No, jeśli tego sobie życzysz to mogę coś opowiedzieć. O kotce, która przez całe życie wyprzedza śmierć zaledwie o krok. Albo o wielkim dywanie, łące, różowych kwiatów i ich strażniku. Do wyboru. - zaoferował na początek, zduszając w zarodku pomysł opowiadania o swoim ulubionym piesku łańcuchowym - z pewnością go znała. Z opowieści o wygnańcu-mordercy również zrezygnował, tłumacząc sobie, że to zbyt ciężki temat na sympatyczną rozmowę. Chociaż w gruncie rzeczy po prostu nie chciał dzielić się Kąkolem z innymi.
- Obawiasz? Czego? - spytał z cieniem zdziwienia. Rozumiał niechęć do powrotu do nudnej, klanowej rzeczywistości i towarzyszących jej obowiązków, ale obawy? Przed czym, czyżby klany były nieprzychylne względem klanowiczów co zniknęli na moment? W sumie... był w stanie sobie wyobrazić odpowiedź pewnego burasa na ten temat. I awersje do wszystkich kotów unikających obowiązków (z Orionem i jego stylem bycia na czele) w dwukolorowych oczach, od których ciężko było oderwać spojrzenie. - Ale jasne, chętnie ciebie odwiedzę, to tam kawałek od tego jeziora czy stawu, nie? - wolał się upewnić, bo z tymi wszystkimi nazwami nigdy nie wiadomo. Ale miał wrażenie, że bez trudu trafiłby w tamte okolice. I zastanawiając się nad tym przypomniał sobie o czymś, machnął łbem w stronę gniazda. - Ach, właśnie, ja tu mieszkam. Więc w sumie można tam usiąść zamiast tak na środku niczego gadać? Jeśli masz czas.
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
Który z zaproponowanych przez Oriona tematów wydawał się być ciekawszym? Cóż, oba brzmiały równie interesująco i początkowo nie potrafiła się zdecydować, co skwitowała milczeniem. Doszła jednak do wniosku, że opowieść o dywanie różowych kwiatów bardziej ją przekonuje. Jeżeli jednak nie będzie wystarczająco zaspokajająca to... Można kocura poprosić, by opowiedział tę drugą historię o kocicy i śmierci. To też brzmiało ciekawie, jednak Izabela obawiała się, że może być brutalne i niezbyt wesołe. Ale równie dobrze może być to tylko jej złudne wrażenie, którym nie powinna się w ogóle kierować!
- Wybieram to drugie i... Zamieniam się w słuch. - Odparła, próbując już teraz domyślić się, o którym miejscu będzie mówił Orion. To zapewne coś blisko klanowych terenów. Jakaś duża, kolorowa łąka. Do głowy przychodziło jej jedynie Wrzosowisko obok którego mieszka, ale... To chyba nie to miejsce. W końcu chwilę później szylkretka powiedziała kocurowi o nim, a on zapytał czy to tam obok jeziora. Musiał albo nie bywać tam zbyt często, albo po prostu nie znać nazw tego miejsca. Są dość intuicyjne, ale... Nie zawsze. Nie chciała jednak zwracać mu uwagi w związku z tym, bo zwyczajnie nie czuła takiej potrzeby.
- Całego tego procesu. Nie jestem w stanie przewidzieć jak zareaguje przywódczyni i, co gorsza, cały klan. Nie zdążyłam się jeszcze dowiedzieć jaka obecnie w Wichrze jest sytuacja, znaczy, czy Lawendowa Gwiazda wciąż rządzi. - Kocica nie jest liderką surową, więc z ponownym przyjęciem do klanu raczej nie byłoby żadnego kłopotu, jednak szylkretka gdzieś z tyłu głowy miała jakieś obawy. Chociaż bardziej niż samego powrotu bała się... - No i moja... Matka. Zostawiłam ją samą, starą i słabą. Boję się, że utrata dwóch córek, jedynych bliskich jej kotów i to w tak krótkim czasie, mogła na nią źle wpłynąć. Wiesz, co mam na myśli... - Nie mogło przez gardło jej przejść, że Szyszka nie żyje. To był jej największy lęk i jednocześnie coś, przez co potęgowała w sobie poczucie winy. Powinna przy Szyszce zostać i być aż do końca. Tymczasem wymyśliła sobie eskapady i mimo, iż zapewniała, że wróci, nie wróciła. Każda matka byłaby zmartwiona! - Tak, to tam obok jeziora. Okolica jest dość ładna i cicha. Nie spotkałam się tam jeszcze z żadnym niebezpieczeństwem. - Odpowiedziała, wspominając wszystkie dni, które spędziła na Topiołkach. Przeniesienie się tam było świetnym pomysłem. Stara nora na pewno przypominałaby jej Szczura, a w dodatku musiałaby być uważniejsza mieszkając w niej, ponieważ była położona blisko granic Klanu Cienia. Ryzykownym byłoby dalsze bytowanie w niej. - Mam go aż za dużo! Tak właściwie to przyszłam tutaj zapolować, no i ten... Masz może coś do jedzenia? - Zapytała dość nieśmiało, bo właśnie przypomniała sobie dlaczego w ogóle tutaj jest. Za sprawą rozmowy udało jej się zapomnieć o głodzie i... Może to dobrze? Teraz jednak znów go czuła i miała wrażenie, że ze zdwojoną siłą! Mogłaby wrócić do polowania, ale to oznaczałoby koniec rozmowy, dlatego wolała jasnowłosego zapytać, czy coś ma. Nie było to jednak wcale komfortowe uczucie, bowiem czuła, że... Nie powinna wyżerać mu zapasów, szczególnie teraz, gdy mróz i śnieg utrudniają łowy.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
A on cierpliwie czekał aż szylkretka wybierze, jednocześnie porządkując sobie w głowie obie historie. Tak by się w nich nie poplątać, gdy już dojdzie do opowiadania. Gdy zdecydowała, skinął łbem i odchrząknął.
– Więc widzisz, pewnego dnia wybrałem się na drugą stronę jezdni. – a jednak miał na myśli dokładnie to wrzosowisko, o którym Izabela myślała. – Wiesz, jeszcze zanim spadły wszystkie liście z drzew, gdy wciąż było względnie ciepło i kwitnęły wrzosy. Przypadkiem je znalazłem, bo nie bywam tam aż tak często, ale to był dosłownie cały dywan drobnych, różowych kwiatków. Piękny widok. Ale widzisz, słyszałem kiedyś, że jeśli nazrywasz wrzosów i zaśniesz z nimi pod głową to w śnie zobaczysz obrazy z przyszłości. To brzmi nieco zabawnie, absurdalnie wręcz, ale pomyślałem sobie, że hej, skoro już mam tyle wrzosów przed sobą to czemu by nie spróbować? Nie zaszkodzi, a kwiatki na tyle ładne, że zawsze można ich użyć do ozdoby jak z czarami nie wyjdzie. – gdzieś w trakcie tej opowieści przysiadł sobie na śniegu. – I tu właśnie zaczynają się komplikacje, bo ledwo zerwałem kilka kwiatków, pojawił się kot. Zdewastowany moją postawą, porządnie oburzony i o krok od rzucenia mi się do gardła, tak bym to opisał. Kazał mi wypluć zerwane kwiatki, zaczął z nimi rozmawiać, pytać czy dobrze się czują i ja na przykład w tym momencie zacząłem się zastanawiać czy ten typ się dobrze czuje, że z kwiatkami gada. Ale widzisz, tego się nigdy nie dowiedziałem, bo był trochę odklejony. Nalegał bym wsadził z powrotem te kwiatki do ziemi, bo wtedy może przeżyją. I wiesz, specjalistą od roślin nie jestem, ale z tego co się orientuję to potrzebują korzeni by rosnąć, a to były same łodyżki z kolorowymi kwiatami. – przerwał zerkając na kotkę. To w sumie była najciekawsza część historii, więc może miała jakieś pytania nim przejdzie do zakończenia?
Już chciał się odezwać, stwierdzić, że rozumie, ale na moment się zawahał i w tym czasie Izabela przeszła do kwestii matki. Och i to skomplikowało sprawę. Oriental położył uszy po sobie, nie potrafiąc przez moment znaleźć odpowiednich słów. Rzeczywiście prawdopodobne było, że kotka mogła nie poradzić sobie z podwójną stratą, więc gorliwe wmawianie, że wszystko jest w porządku, a matka cała i zdrowa nie wydawało się odpowiednie.
– Wiesz... myślę, że w takim wypadku tym bardziej nie ma co zwlekać z powrotem. – odparł ostatecznie. – Utrata córek mogła... pogorszyć jej stan, ale jeśli dalej się trzyma dzięki nadziei, że wkrótce wrócisz to klanu to wtedy każdy dzień może być... kluczowy. – zakończył niepewnie, a myśli mimowolnie popłynęły w stronę jego matki pozostawionej bez słowa na osiedlu. Potrząsnął łbem. To nie chwila na myślenie o niej. Rzucił wątły, ciepły uśmiech towarzyszce. – Też nie wiem jak zareaguje klan i przywódczyni, ale z tego co mi wiadomo, nie było żadnych zmian na stołkach w Wichrze. – chociaż trzeba było przyznać, że zasadniczo mało wiedział w tym zakresie.
Przy instrukcjach i opisach tylko skinął łbem. Zapamięta je.
– Ach, polowałaś... to ci chyba nieco je zepsułem swoim wołaniem, co? – rzucił niby głuchy na jej lekkie zakłopotanie. Bo jak chciał to potrafił jakoś ładniej manewrować słowami. – To w takim razie chyba ci wiszę jakąś piszczkę. Ale widzisz, dobrze się składa, bo zobaczyłem ciebie wracając z polowania, więc nie ma problemu, gdzieś tu porzuciłem... – odwrócił się by wrócić swoimi śladami, zadowolony z tego jak to rozegrał. I cyk, to nie tak, że okradała z zapasów biednego, głodującego orientala, a po prostu był jej winny jakiś posiłek. Sprytne. Chwilę później dostrzegł futerko porzuconego królika, więc doskoczył do niego i podniósł z triumfalnym uśmiechem, a następnie zaprowadził szylkretkę do swojego kącika. – Proszę bardzo. – rzucił, odkładając piszczkę i podsuwając ją lekko w stronę Izabeli.
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
Orion zaczął opowiadać swoją historię. Opisał owe Wrzosowisko tak, jak się Kusa spodziewała, czyli łąka pełna różowych kwiatów. Znów pomyślała o miejscu, w którego pobliżu mieszka, będąc coraz bardziej pewną, że to właśnie je kocur ma na myśli. Ale pewności mieć nie mogła! W końcu w lesie może być pięćdziesiąt innych, takich samych wrzosowisk, prawda? To, że Izabela nigdy innego nie widziała, nie oznacza, że takowych nie ma. Fakt, zwiedziła już sporo, ale jeszcze nie wszystko. Tak właściwie bardziej są jej znane tereny po stronie klanów, niż te po drugiej stronie Grzmiącej Ścieżki, gdzie mieszka.
Wysłuchała opowieści Oriona do końca. Porozmawiali chwilę na ten temat oraz na kilka innych. Skorzystała też ze zwierzyny, którą podsunął jej pod łapy. Zjadła ją sama lub razem z nim, jeśli tylko był głodny. Dopiero później zorientowała się o zbliżającym się wieczorze oraz ciemnościach, które nadchodzą wraz z nim. Musiała wtedy pożegnać się z samotnikiem i wrócić na swoje rewiry. Wolała nie szlajać się po ciemku, bo... Nie byłoby to bezpieczne, szczególnie jeżeli po drodze ma do przekroczenia Grzmiącą Ścieżkę. Po zmroku nie jest zbyt ruchliwa, ale... Lepiej nie ryzykować.