Ciemno-bury klasycznie pręgowany, krótkowłosy, wysoki kocur z nadwagą. Ślepia ma zielone. Jego prawe ucho jest oderwane w połowie, natomiast lewe lekko rozerwane. Ma też małą bliznę ciągnąca się znad brwi aż po oko. [KP]
[KP]
Pszeniczny Kłos, Kolczasta Łapa, Słoneczna Łapa
Alojzy znał takich co to wierzyli, że leczony katar trwał siedem dni, a nieleczony tydzień. Cóż, nie każdy z nich przeżył na długo, żeby dojść do wniosku, że to zwykła bzdura. Szczęśliwie Pajęczyna zdążył dojrzeć do decyzji o leczeniu zanim było za późno i z pomocą kilku kotów bez problemów namierzył kogoś, kto mógł mu w tym pomóc. Może nie do końca bez problemów, bowiem znachor nie pozostawał zbyt długo w jednym miejscu, ale ostatecznie syn Lśniącej Sadzawki dojrzał poszukiwanego.
Rudy kocur właśnie nawijał małą pajęczynę na patyk i nucił sobie coś pod nosem, wyraźnie zadowolony ze znaleziska. Tego nigdy nie było za dużo.
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Księżyce: 84 Mistrz: Przepiórczy Śpiew Płeć: kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Barwna Woda Trwałe urazy: blizna po rozcięciu na lewym barku + ślad w kształcie psich zębów na prawej, przedniej łapie + łyse placki na lewym policzku oraz długa blizna ciągnąca się od odsłoniętego kła aż do policzka
Duży, silny | Długie, białe futro i uszy zakończone pędzelkami | Bladoniebieskie oczy | Różowy nos | Dużo blizn na pysku, jeden wiecznie odsłonięty kieł
Zawiedziony i odrzucony przez większość kotów, na których mu zależało. Wygnany raz za razem, znienawidzony, pokrzywdzony… tak zawsze widział siebie Pająk i to oczywiście się nie zmieniło. Trzyma się dawnych przeżyć jakby bez nich miał umrzeć, pozwala, aby wciąż kierowały jego decyzjami. Nadal jest okropnie uparty, humorzasty, dramatyzujący i gniewny. Wraz z upływem księżyców zaczął wracać do dawnych sposobów na wyładowanie emocji - wyżywania się na innych. Mimo wszystko, może chociaż trochę dojrzał i coś się w nim zmieniło, albowiem Pajęczyna jest nieco poważniejszy i mniej skłonny do wygłupów. To znaczy, gdy robi coś durnego, przynajmniej robi to z poważną miną.
Rosomak (martwi), Raniuszek (nkt)
Znalazł go.
Alojzy zdawał się nieprzejęty, nieświadomy tego co miało tutaj miejsce. Może i dobrze, że nie obchodziło go to, jak bezbronny był w tej chwili Pajęczyna. Pokazywał się z tej strony bo musiał, bo wiedział, że w innym przypadku jego stan jedynie się pogorszy. Podszedł do samotnika, rzucając mu ponure, równocześnie nieco niepewne spojrzenie.
- Alojzy, tak? Jestem Pajęczyna... - zaczął, z tą samą chrypką która coraz mocniej uprzykrzała mu każdą próbę powiedzenia czegoś. - I potrzebuję twojej pomocy. - dodał, pociągając zaraz nosem jakby dla podkreślenia swojego nieprawidłowego stanu zdrowia. Jasna wydzielina nie dawała mu spokoju najdłużej ze wszystkich objawów. Kocur przysiadł przed drugim samotnikiem i owinął ogon wokół łap, starając się wyglądać jak najbardziej dostojnie, mimo wszystko. - Coś mi cieknie... z nosa. Ciężko mi się mówi, no i mam tak dziwnie ciepłe... nad oczami. - mówił, krzywiąc się, z nadzieją że to wystarczy. Musiało wystarczyć. Nie będzie się mimo wszystko płaszczył przed jakimś Alojzym. Ale teraz musiał spróbować się mu podlizać. - Podobno jesteś mądry, więc na pewno mi pomożesz, hm?
Ciemno-bury klasycznie pręgowany, krótkowłosy, wysoki kocur z nadwagą. Ślepia ma zielone. Jego prawe ucho jest oderwane w połowie, natomiast lewe lekko rozerwane. Ma też małą bliznę ciągnąca się znad brwi aż po oko. [KP]
[KP]
Pszeniczny Kłos, Kolczasta Łapa, Słoneczna Łapa
Znalezienie Alojzego do najłatwiejszych zadań nie należało. Rudy kocur bowiem, jeżeli nie był umówiony, nie posiadał stałego miejsca pobytu. Trochę tu, trochę tam. Szczęśliwie jego profesja sprawiała, że był dość znany wśród samotników i można było od kota, do kota w końcu dowiedzieć się o miejscu, gdzie ostatnio był widziany. Przyzwyczajony do spotkań wszelakich, nie przerwał dotychczasowego zajęcia, jakim było zbieranie cennej pajęczyny. Jedynym dowodem tego, że zupełnie nie zignorował przybysza, było zwrócone w jego kierunku ucho. Chętnie przekazałby pacjentowi, żeby poczekał sekundkę lub dwie, ale z patykiem w pysku nie było to łatwe. W każdym razie już kończył!
- Pajęczyna? No popatrz, a myślałem, że mam Cię tu. Co za zbieg okoliczności. Wiesz, kiedyś spotkałem również Pokrzywę, a wcale jej wtedy nie zbierałem! - mruknął rozbawiony własnym żartem, wskazując nosem ledwo co zdobyte motki. - Dobrze trafiłeś, mhm, zobaczmy... - powiedział, podchodząc do rozmówcy, aby przyjrzeć się wydzielinie cieknącej z nosa. Ewidentnie biała, a ciepło nad oczami musiało pochodzić od gorączki.
- Niedobrze. Oj, niedobrze, ale nie bój nic, zaraz coś zaradzę - to oznajmiając odwrócił się i odszedł kilka kroków do kupki usypanego śniegu, którego resztki jeszcze leżały tu i ówdzie. - Dobrze, że nie chodziłeś z tym dłużej, bo skończyłoby się na czarnym kaszlu. A wtedy, oj... Wtedy byłoby już Bardzo Niedobrze, bo widzisz na ten moment nawet nie mam przy sobie ani kocimiętki, ani miodunki, która mogłaby na to pomóc. Przynajmniej nie tutaj. Ale! Mamy do czynienia z białym kaszlem, a tak się składa, że ledwo wczoraj odłożyłem tutaj, rozumiesz, liście wrotyczu. Oh, cudowny medykament leczy nie tylko biały, ale także zielony kaszel, chociaż niezalecany ciężarnym. Ale ty, Pajęczyno raczej nie spodziewasz się kociąt, prawda? - opowiadał nadal, w dalszym ciągu szukając odłożonego medykamentu tylko na chwile odwracając łeb w kierunku białego, gdy zdał mu pytanie.
- Aha! Tu jest. Zjedz ten liść proszę i staraj się dużo pić i odpoczywać. Za jakiś czas objawy powinny ustąpić. Nic już nie będzie ciekło z nosa i zniknie ciepło nad oczami. Mam nadzieję, że wtedy odwiedzisz staruszka z jakimś drobnym podarkiem, hm? Mysz albo mała sikoreczka będą w sam raz - powiedział, delikatnie sugerując, że jego usługi wcale darmowe nie były. Nie będzie jednak schorowanego młodzieńca wysyłać na polowanie, bo z leczenia nic by wtedy nie wyszło.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Ulubiona pora Oriona trwała sobie w najlepsze, ozdabiając okoliczne morza zieleni mocą barw. I trzeba było przyznać, że klan Wichru trafił w dziesiątkę ze swoim umiejscowieniem, ich łąki faktycznie były teraz zjawiskowe. Szkoda jedynie, że oriental kochał świat bez ogrodzeń i zamiast grzecznie podziwiać cuda własnego trawnika, wolał sprawdzać jak się trzyma okolica. Tym razem wywiało go za tereny Gromu, gdzie mógłby już z zamkniętymi oczami wędrować między najważniejszymi punktami. Ale to by rozmijało się z celem jego wycieczki, którym było zbieranie kwiatków, a nie jak najszybsze przechodzenie z punktu A do punktu B, prawda?
Więc nim dotarł do Szorstkich Skał, zahaczył o okoliczne pola uprawne, na których udało mu się wypatrzeć różowe płatki kąkoli. Ironiczne, że gdy rudzielec przebywał w okolicy to nie szło ich uświadczyć, a teraz całkiem sporo mógł ich sobie wpleść w jasne futerko. Cóż, jak taka była cena tych kwiatków, to był ją w stanie ewentualnie zaakceptować. Po drodze znalazł jeszcze goździki kropkowane, które dołączyły do kąkoli, a także parę przerośniętych stokrotek, które skończyły jako bukiet, jako że ich białe płatki i tak zginęłyby na tle równie jasnej szaty. Zamierzał jeszcze znaleźć coś niebieskiego, chociaż nie miał w głowie konkretnej wizji za czym się rozglądać.
Księżyce: 98 Mistrz: Kunie Gardło †, Muchomorowy Bór †, Rześki Zmierzch, ˙✦Wędrujące Światła˙✦ Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga † [npc] Ojciec: Płonący Liść † [npc] Rodzic: Iskra ♥ † (Roziskrzona Gwiazda) Partner: Serce oddane tylko jednej Trwałe urazy: blizna po psich zębach na grzbiecie, poniżej karku;
Wielka, wysoka i szeroka; długie rude, wręcz ogniste futro, pręgowane tygrysio z dodatkiem bieli na brodzie, piersi, brzuchu, końcówce ogona i czterech łapkach (tylko do kostek, jeden palec rudy u prawej przedniej łapy); wielkie miodowe oczy; różowy nosek; patyczki i liście w sierści to codzienność tak samo z drobinki ziemi, jedynie kwiatki wsadza w nie sama, bo lubi. Lekki krok, praktycznie bezszelestny, a mimo to z gracją.
Tonąca w żałobie, pijąca winę, obmyta w smutku, spokojna, cierpliwa, lojalna, ciekawa świata, nadal starająca się zachować radość i szczęście, rozważniejsza oraz powolna.
Dzisiaj zamierzałam wybrać się gdzieś dalej, gdzieś gdzie może i bym zniknęła na chwilę, ale zamierzałam wrócić to było oczywiste, nie zostawiłabym ważnych dla mnie kotów; sądziłam, że wolność była ważna, ale nie była najważniejsza. Lubiłam samotność, dobrze się czułam w swoim własnym towarzystwie, ale czy potrafiłabym tak na dłuższy czas? Czy w końcu nie łaknęłabym tego co dają mi bliscy? Sądziłam, że znam odpowiedź, dlatego też nie zamierzałam zniknąć, dopóki bliscy mnie trzymali, ja zamierzałam siedzieć i balansować swoim życiem jak najlepiej potrafiłam.
Zdziwiłam się widząc jakiegoś kota, który niósł w pyszczku bukiet kwiatów, ale nie trwało to długo, bowiem jak zauważyłam jak zjawiskowe futro posiadał nie omieszkałam otworzyć pyszczka w zachwycie. Piękne, zadbane i przyozdobione różowymi kwiatkami, nie mogłam przestać wpatrywać się w zjawiskowość osoby jaka się przede mną prezentowała; zamierzałam podejść i pochwalić kota za taki wspaniały gust. Sama miałam trochę brudne futerko, gdzieniegdzie posiadałam patyczki lub liście, ale dziś stokrotki gościły w mojej sierści; miałam nadzieję, że się dogadamy, bardzo chciałam się zaprzyjaźnić z kimś takim, chociaż jeszcze aktualnie moje serduszko zabiło szybciej. Piękność.
Podchodząc bliżej dopiero zrozumiałam, że był to kocur i nic od niego nie chciałam innego, niż przyjaźni, aczkolwiek zachwyt został ze mną i nie mogłam przestać uśmiechać się od ucha do ucha.
– Pięknie dziś wyglądasz, bardzo ładny bukiecik również!
Heartswill xxxxzxxxxzx╰┈➤dream again Lungswill﴾breathe in﴿
Wash awaythesins
It'swhereitbegins
Feet won'txfail you now Arms won'txlet you down Wash awaythesins
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Widział kątem oka rudego kota, gdy truchtał przed siebie, ale nie poświęcał mu uwagi, jako że zwykle wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. To uległo zmianie, gdy usłyszał wypowiedź skierowaną w jego stronę. Przyduże uszko drgnęło lekko i w ślad za nim cały smukły łeb odwrócił się w stronę nieznajomej. Orion posłał jej wdzięczny uśmiech przez trzymane kwiatki i zdecydował się odłożyć bukiecik przed swoimi łapami.
– Ja zawsze pięknie wyglądam. – poprawił młodą koteczkę tonem dopasowanym do sympatycznego grymasu przyklejonego do mordki. – Ale chyba się jeszcze nie znamy, co? Nie wydaje mi się bym kojarzył twoje futerko, a akurat mam pamięć do takich spraw. – przechylił lekko łeb w bok, a uszka podążyły jego śladem, uginając się pod własnym ciężarem. I przyjrzał się nieznajomej, chociaż miał stuprocentową pewność, że widzi ją pierwszy raz. Albo przynajmniej pierwszy raz zwraca uwagę, taka możliwość też istniała. – Zaś co do bukietu, dziękuję. Widziałaś może w okolicy jakieś kwiatki o niebieskich płatkach?
Księżyce: 98 Mistrz: Kunie Gardło †, Muchomorowy Bór †, Rześki Zmierzch, ˙✦Wędrujące Światła˙✦ Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga † [npc] Ojciec: Płonący Liść † [npc] Rodzic: Iskra ♥ † (Roziskrzona Gwiazda) Partner: Serce oddane tylko jednej Trwałe urazy: blizna po psich zębach na grzbiecie, poniżej karku;
Wielka, wysoka i szeroka; długie rude, wręcz ogniste futro, pręgowane tygrysio z dodatkiem bieli na brodzie, piersi, brzuchu, końcówce ogona i czterech łapkach (tylko do kostek, jeden palec rudy u prawej przedniej łapy); wielkie miodowe oczy; różowy nosek; patyczki i liście w sierści to codzienność tak samo z drobinki ziemi, jedynie kwiatki wsadza w nie sama, bo lubi. Lekki krok, praktycznie bezszelestny, a mimo to z gracją.
Tonąca w żałobie, pijąca winę, obmyta w smutku, spokojna, cierpliwa, lojalna, ciekawa świata, nadal starająca się zachować radość i szczęście, rozważniejsza oraz powolna.
– Nie widziałam Cię codziennie, ale ufam Twoim słowom, bo tak zjawiskowe futerko nie może źle wyglądać. Przyjmij więc moje najszczersze przeprosiny! – zachichotałam lekko i posłałam orientalowi słodki uśmiech, pełen niewinności, bo oczywiście nie naśmiewałam się! Jedynie zauważyłam dobrą opcję do pośmiania się i miałam nadzieję, że zostanie ona odebrana jak niewinne śmieszki, które miały tylko rozweselić sytuację. – Jak najbardziej masz rację, nie znamy się, jestem Trufla, chociaż teoretycznie Truflowa Łapa, ale nie używałabym tego imienia. A Ty jak się nazywasz? – zapytałam wesoło i również przyjrzałam się, ale jego bukiecikowi, który położył pod łapami, by móc ze mną porozmawiać. Była to naprawdę ładna kolorystyka i przyjemnie dobrane zapachy, ale dopiero następne pytanie przywróciło moją uwagę na rozmówcę. – A szukasz bardziej chabrów, czy szafirków? – dopytałam, bo akurat oba wiedziałam gdzie mniej więcej leżą i mogłam zaprowadzić nowo poznanego cynamona.
Heartswill xxxxzxxxxzx╰┈➤dream again Lungswill﴾breathe in﴿
Wash awaythesins
It'swhereitbegins
Feet won'txfail you now Arms won'txlet you down Wash awaythesins
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
– Skoro najszczersze to pozostaje jedynie przyjąć przeprosiny. – skinął łbem z przerysowaną powagą. Odnotował z tyłu głowy jej pierwszy komentarz, bo dni, w których okoliczne koty zwracały głośno uwagę na takie rzeczy to nic tylko z pozłacaną ramką w kalendarz wpisywać. Jakoś tak zawsze woleli się skupić na tym, że oriental był arogancki czy zwyczajnie niegrzeczny ze swoimi stwierdzeniami.
– O, Trufla w takim razie. Ale skoro tak to niech będzie, że mogę być Azalią. – strzepnął przydużym uchem po odklepaniu formułki i bez ociągania przeskoczył do tej (potencjalnie) ciekawszej kwestii. – Czemu byś nie używała Truflowej Łapy? Ze względu na nielogiczne brzmienie, niechęć do strzępienia języka, pogardę dla klanowych tradycji czy jeszcze inny powód? – skoro czuła potrzebę przedstawienia się pełnym imieniem tylko po to by od razu dorzucić swoją opinię to istniały spore szanse, że cisnęło ją by rozwinąć ten temat przed kimś. Nieco mniejsza, ale proporcjonalnie dużo bardziej rozczarowująca była możliwość, że Trufla należała do kotów mających tysiąc myśli na sekundę, ale bez dołączanego w pakiecie filtru do pyszczka, więc paplała co ślina na język przyniosła i Orion dowie się jedynie, że po prostu by nie używała, bo kotka nie miała pojęcia skąd u niej takie preferencje. Ta, na to też był gotowy.
Ale na to, że spotka dzisiaj kota kultury? No to było niespodziewane, aż przechylił łeb i uniósł brwi w delikatnym uznaniu. Ale nie byłby sobą. gdyby po prostu wybrał jedną z zaprezentowanych opcji i tyle. Bo przyczajone wyzwanie, ukryta prowokacja i te sprawy. A on przecież kochał i by nie minął obojętnie.
– Myślałem bardziej o czymś drobnym, jak niezapominajki czy przetaczniki, żeby nie przyćmiły pozostałych kwiatów. Ale jeśli wybór leży tylko między tymi dwoma gatunkami to cóż, zmienię wizję, chabry będą w porządku.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Bezimienny przemierzał tereny bez krzty ostrożności. Był zmęczony przede wszystkim pogodą, która dawała się we znaki od dłuższego już czasu, a ciemne futerko nie pomagało w przezwyciężeniu palącego słońca. Z początku przyjście na nagrzane, szorstkie skały w tak upalny okres wydawało się być bardzo głupim pomysłem, ale jednak dzięki uważnej kalkulacji i doświadczeniu, Szczerbatek dotarł na miejsce o takiej porze, kiedy jedna strona głazów dawała miły cień. A tak na serio to po prostu tak wyszło, ale bardzo szczęśliwie, ponieważ były rzeczniak posadził tyłek pod skałą od razu, jak tylko dotarł do celu.
Oślepiony jasnym słońcem, przymknął na chwilę oczy, a chwila wydłużyła się w dłuższą i dłuższą chwilę, aż ostatecznie zdawał się spać na leżąco z jedynie podniesionym łbem.
Imię. Ba, w ogóle, był wojownikiem. Znowu! Czy coś się zmieniło? Absolutnie, totalnie, nic. Nadal pracował tyle ile wcześniej, tylko teraz jak wychodził to aż takiej siary i problemu by nie było jak za bycia terminatorem. Bo wiadomo, mniej był obserwowany... czy coś! Na pewno nie musiał być na każdy jeden rozkaz i zawołanie. A to już plus.
Po dzisiejszym patrolu, odpowiedniej ilości odpoczynku, i zjedzeniu myszy, wyruszył na spacer. Cel miał ten co zawsze, be zmiennie szukał Szczerbatka... i, o proszę, a co to? Marne, chude, z długimi zębami. Proszę bardzo!!! - Że cię kark od spania nie boli!!! - krzyknął do niego wesoło, truchtając nieco bliżej.
To spotkanie będzie milsze. Teraz już w końcu wiedzieli co i jak, więc... no, nie było aż tyle stresu co poprzednim razem.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Miał wrażenie, że towarzystwo dostawał za każdym razem tylko wtedy, kiedy najmniej go oczekiwał. Kiedy za to potrzebował kogoś pozaczepiać, to zupełnie jakby nagle każdy wyparował, ot, nikogo już nie było, Bezimienny pozostawał sam na świecie i taki już czekał go los. Całe szczęście, że tym razem nie był to byle jaki kot, nie był to ktoś, kto chciał mu przetrzepać skórę czy ugryźć w kark. Towarzystwo Szpona zawsze był w stanie zaakceptować i zawsze chętnie by go przyjął do siebie.
- Że cię gardło od paplania nie boli! - po tylu księżycach wiecznej gadaniny, biały wciąż utrzymywał głos. Intrygujące! - Co słychać nowego?
- Całkiem sporo! Oddali mi imię. Mam terminatora i... no, ten. Siniak ma młode - co wypadało powiedzieć. Chyba. Nawet jak nie był w Klanie czy mniej się interesował wszystkim co z nim powiązane, tak dla samego faktu informacja mogła chyba się przewinąć tu i tam. Nie, aby skupiali się na niej jakoś bardzo... o ile Szczerbatek sam nie wyrazi takiej chęci. - I miałem dwóch na naukach. No jedna właśnie jest teraz moim terminatorem! A ty, jak się tam trzymasz stary? Żyjesz jakoś?
Zagadał, zaraz ciężko kładąc się obok - nie - na nim. Trzasnął całym swoim cielskiem na jego bok. W końcu, chyba to nic nie szkodzi?? Nie pierwszy raz jakby się przytulali!
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Zamrugał powolnie, jakby nie zrozumiał za pierwszym razem. Albo właściwie to zrozumiał doskonale, ale nie umiał tego przetrawić. Chciał pogratulować przyjacielowi imienia, terminatora, to znaczy, że odzyskał rangę po tym, jak głupio je potracili, ale...Informacja o siostrze nieco wytrąciła go z równowagi? Co miał zrobić z tym faktem? Porzygać się, rozpłakać? - Czy ona jest aby normalna? - prychnął, przewracając oczami. Nie bardzo umiał się pogodzić z faktem, że miał siostrzeńców, którzy tym razem faktycznie byli młodsi od niego. No i przede wszystkim pozostawał fakt, z kim miała te bękarty. - ...Noc? - dopytał cicho, jakby głupio wierzył, że to wcale nie z tym durniem chciała układać dalej życie. Jak ona to sobie w ogóle wyobrażała? Niby nie jego sprawa, no ale jednak czuł, że w pewnym sensie jego.
- Ja? Ja żyję. W sumie tak jak ciągle. Stwierdziłem, że co ja się będę przejmował tymi całymi klanami. Bo jakby...co Rzeka zrobiła dla mnie, co nie? - poprawił tylne nogi, by pozwolić się kolosowi wygodnie ułożyć na nim. - I nie że zmieniłem zdanie, w sensie, kiedyś wrócę. Dla ciebie chociażby. Ale dla nikogo innego, bo nikogo innego tam nie obchodzę. Ale mieć towarzystwo jednego ciebie w tłumie takich półgłówków a nie mieć nikogo, to faktycznie się rzucę w tych dzikusów, co nie? Doceń!
- Na nieszczęście każdego - tak. Noc. I nie musiał tego mówić na głos, bo oboje wiedzieli, że Siniak dokonała chyba możliwie najgorszego wyboru w całym swoim życiu. I... cóż, nic specjalnie z tym faktem, nie ważne jak bardzo by się teraz starali. Nie mogli cofnąć czasu. Nie mogli też zmienić niczego, co się już stało. Jedynie młodym współczuć, że ojca mieli takiego. - Tyle dobrze!! Wiesz, jak kiedyś gadałem z Łabędziem, to nadal jest chętny ci oddać imię i w ogóle też, nie?? Więc trochę byś odczekał, może nawet ja bym cię pilnował, że no no, co za Wojownik z ciebie, że aż głowa mała, a potem cyk, znowu być odebrał temu frajerowi imię - bo to chyba była najlepsza część tego wszystkiego... a przynajmniej dla Szpona. Ułożył się ciut wygodniej, wzrok skupiając na Szczerbatku. - Siniak obchodzisz. Ale fakt faktem, jakbyś wrócił bylibyśmy znowu najlepsi! A, ten... co do tej wyprawy. Planujemy to niedługo. Chcesz domówić szczegóły jakieś, żebyś wiedział gdzie nas szukać... czekać na nas bardziej, o! i w ogóle?...
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
- Fajnie, świetnie - westchnął ciężko. Jak pierwsze co zobaczył Szpona, był gotów na miłą, uroczą rozmowę, jakieś śmieszki. A tu co? Chwilę go nie ma, a jego siostra postanowiła urodzić temu bęcwałowi młode! Co prawda była to jedyna zła wiadomość spośród tych wszystkich, a jednak była na tyle zła, że Szczerbatek nie umiał jej przetrawić i zapomnieć.
- Nie, Szpon, coś ty. Nie jestem już taki głupi. Po co mi kraść imię od frajera, skoro to dalej imię od frajera, co nie? Stworzę coś lepszego. Własnego. Tak, że się zesra, że takiego nie ma. Tylko jest jakimś durnym Szkwałem. Co to niby jest w ogóle? - nigdy się nie zastanawiał, tak właściwie to nawet nigdy go nie obchodziło. Nie leżało mu na języku dobrze, niewygodnie się myślało, cholera wie co znaczyło.
- Chcę, pewka. W którą stronę to się właściwie idzie? Bo mógłbym wtedy, wiesz, nagle zza krzaków wyjść i się dołączyć!