29.04.2026 15:50
Przyciemnione światło stajni było bardzo przyjemne i dawało ulgę umęczonym oczom Bazyliszka, który to dość miał jak na jeden dzień załzawionych kącików i piekących spojówek. Do domu ruszy jak się ściemni bardziej, prześpi kolejną noc u swojego Pana, a z rana ruszy dalej. Zaczynał się zastanawiać, czy nie powinien całkowicie przestawić się na nocny tryb podróży, gdyby nie to, że dochodzące zewsząd pohukiwania sów tudzież skowyty bliżej niezidentyfikowanych zwierząt sprawiały, że nie mógł nawet wziąć nóg za pas, tylko stawał w miejscu z nadzieją, że w ten sposób nic go nie dostrzeże. Jak sarna na autostradzie.
Wewnątrz szukał odpowiedniego kąta, by się zaszyć, skulić i przeczekać, ale uwagę przyciągnęło mu migające zachęcająco w słabnącym słońcu odbicie. Było położone wysoko, ludzie nie byli na tyle duzi, by tam sięgnąć, a nawet jeśli, to ktoś musiał się bardzo natrudzić, by schować to akurat w tamtym miejscu, więc musiało być wyjątkowe albo wystarczająco ciekawe, by nie pałętać się po podłożu. Było to też coś znajomego. Bazyliszek kojarzył światełka, miewał je w domu, widywał za oknem i na mieście, gdy opuszczał bezpieczny grajdołek, w jego głowie dawały mu przyjemny komfort tego, co znane, a czego tak bardzo brakowało w tym opuszczonym przez wszystko co święte miejscu.
Wstrzymał oddech, by wskoczyć na drażniące siano, wspiął się po drewnianej konstrukcji i dorwał się do belki, zawieszonej wysoko nad ziemią, wiedziony ciekawością. Przytrzymał się mocno pazurami, by nie zlecieć i powolnymi krokami ruszył do skarbu. Skarb ten był owalnego kształtu, po powąchaniu śmierdział metalicznie, raczej nieprzyjemnie, ale jednocześnie w nietypowy, zachęcający sposób, od którego nie mógł się początkowo oderwać. Chciał to nawet polizać, by sprawdzić, czy smak na języku pozostanie taki, jak sobie wyobrażał, gdyby nie to, że z ziemi usłyszał szmer, a następnie dostrzegł wchodzącego do środka kota, z którym wcale a wcale nie miał ochoty rozmawiać. Smukłej budowy nieznajomy szczycił się ładnym profilem i zadbanym futerkiem, które zdawało się być na tyle miękkie, że Bazyliszek miał potrzebę dotknięcia go i sprawdzenia faktury albo zatopienia w nim mordki. Dominowało jednak zmęczenie dniem, bolały go łapy i miał znalezisko, nad którym chciał móc posiedzieć w spokoju, ale jego raczej mało taktyczny umysł nie podpowiadał mu opcji, by zwinąć się ze stajni ze skarbem i uniknąć dostrzeżenia przez kocura. Wcisnął więc przedmiot pod klatkę piersiową, a sam przycisnął się płasko do belki, z nadzieją, że nie zostanie dostrzeżony, a przybysz zaraz się znudzi pustką stajni i wyjdzie, zostawiając go w spokoju.
Wewnątrz szukał odpowiedniego kąta, by się zaszyć, skulić i przeczekać, ale uwagę przyciągnęło mu migające zachęcająco w słabnącym słońcu odbicie. Było położone wysoko, ludzie nie byli na tyle duzi, by tam sięgnąć, a nawet jeśli, to ktoś musiał się bardzo natrudzić, by schować to akurat w tamtym miejscu, więc musiało być wyjątkowe albo wystarczająco ciekawe, by nie pałętać się po podłożu. Było to też coś znajomego. Bazyliszek kojarzył światełka, miewał je w domu, widywał za oknem i na mieście, gdy opuszczał bezpieczny grajdołek, w jego głowie dawały mu przyjemny komfort tego, co znane, a czego tak bardzo brakowało w tym opuszczonym przez wszystko co święte miejscu.
Wstrzymał oddech, by wskoczyć na drażniące siano, wspiął się po drewnianej konstrukcji i dorwał się do belki, zawieszonej wysoko nad ziemią, wiedziony ciekawością. Przytrzymał się mocno pazurami, by nie zlecieć i powolnymi krokami ruszył do skarbu. Skarb ten był owalnego kształtu, po powąchaniu śmierdział metalicznie, raczej nieprzyjemnie, ale jednocześnie w nietypowy, zachęcający sposób, od którego nie mógł się początkowo oderwać. Chciał to nawet polizać, by sprawdzić, czy smak na języku pozostanie taki, jak sobie wyobrażał, gdyby nie to, że z ziemi usłyszał szmer, a następnie dostrzegł wchodzącego do środka kota, z którym wcale a wcale nie miał ochoty rozmawiać. Smukłej budowy nieznajomy szczycił się ładnym profilem i zadbanym futerkiem, które zdawało się być na tyle miękkie, że Bazyliszek miał potrzebę dotknięcia go i sprawdzenia faktury albo zatopienia w nim mordki. Dominowało jednak zmęczenie dniem, bolały go łapy i miał znalezisko, nad którym chciał móc posiedzieć w spokoju, ale jego raczej mało taktyczny umysł nie podpowiadał mu opcji, by zwinąć się ze stajni ze skarbem i uniknąć dostrzeżenia przez kocura. Wcisnął więc przedmiot pod klatkę piersiową, a sam przycisnął się płasko do belki, z nadzieją, że nie zostanie dostrzeżony, a przybysz zaraz się znudzi pustką stajni i wyjdzie, zostawiając go w spokoju.

5
Siła
S
7
Zręczność
Zr
3
Szybkość
Sz
5
Zmysły
Zm
60
Punkty Życia
HP
40
Wytrzymałość
W
![[Obrazek: onyo.gif]](https://sig.grumpybumpers.com/host/onyo.gif)