Niegdyś najpiękniejsza, dzisiaj trud odcisnął się na całym jej ciele. Wciąż dba o swój wygląd, wręcz obsesyjnie, jednak jej długie, czarne futro, kiedyś takie miękkie i lśniące, zmatowiało, a kołtuny pojawiają się z zastraszającą łatwością. W jej złocistych, okrągłych oczach odbija się determinacja i zmęczenie, a przez czarny nos przechodzi drobna blizna. Pomimo wszystkich trudów jakie przeszła jej ciało wciąż zachowuje okrągłe kształty, chociaż zapasy tłuszczu wydają się pomału wyczerpywać. Gdzieś pod tą czarną plątaniną, w okolicach prawego barku, znajduje się całkiem spora, szarpana blizna, którą jednak dość dobrze ukrywa futro.
Kwiat zna swoja wartość. Kwiat jest wytrwała. Kwiat ma dość.
Z wysoko uniesionym pyskiem kroczy przez świat, absolutnie pewna, że jest najlepsza z nich wszystkich. Jest gotowa by zacząć wydawać polecenia i być słuchana. Wręcz nie może się doczekać, by znów pokazać każdemu ze swojej rodziny i znajomych, gdzie ich miejsce. Jej oczy, chociaż w tak ciepłym kolorze zdają się promieniować zimnem. A może to tylko zmęczenie? Niedożywienie? Może.
Kwiat nauczyła się również cenić samotność i ciszę. Możliwość zaszycia się w kącie i obsesyjnego czyszczenia futra uznaje za błogosławieństwo. Będąc w ciągłym ruchu, próbując odnaleźć drogę do domu, nie mogła sobie na to zbyt często pozwolić.
Ale gdzieś pod tym wszystkim wciąż jest tylko dzieckiem nagle wyrwanym z domu. Samotną kotką, która tęskni za mamą i rodzeństwem, chociaż nigdy nie powiedziałaby im tego prosto w twarz.
Pochmurny Sen (GK), Zbożowa Łapa (KRz), Chłód (KG)
Szukała dalej. Nawet jeśli miała ochotę przeklnąć co najmniej kilku gwiezdnych. Nawet jeśli cały świat zdawał się być przeciwko niej. Szukała dalej.
Bo co innego miała zrobić? Wrócić do obozu, siedzieć i się obijać? Być jak ta ostatnia niedorajda, za którą niektórzy mogli ją brać? Mogła rzecz jasna nic nie robić. Nie miała mistrza, nikt nie wiedział jaki był jej poziom umiejętności. Zawsze mogła zrobić "ojoj, ale ja przecież nie umiem", wykrzywić mordkę w podkówkę i zrobić wielkie oczy. Nikt nie był w stanie powiedzieć, czy faktycznie umiała polować czy nie. Oprócz niej samej. I ona jasno stwierdzała - umiała. I miała wszelkie podstawy, by coś upolować. I zamierzała wrócić do obozu z co najmniej jedną zdobyczą.
Raz, dwa, trzy, cztery. Wyrównała oddech. Sprawdziła w którą stronę wieje wiatr by upewnić się, że na pewno idzie pod niego. Przybrała pozycję łowiecką i ruszyła dalej, starając się coś znaleźć.
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Los bywał przewrotny i zawsze należało uważnie dobierać słowa, gdy nazywało się swoje oczekiwania. Kwitnąca Łapa znalazła coś, owszem, jednak raczej nie było to coś, co planowała znaleźć. Dostrzegła lisa - był raczej młody, miał chude, długie łapy, a jego ogon nie był tak puszysty jak u jego dorosłych pobratymców. Na szczęście nie dostrzegł terminatorki, bo sam był zajęty polowaniem; uderzył łapą w uciekającą przed nim mysz, która wydała z siebie krótki, skrzekliwy pisk, nim chwycił ją w zęby i połknął niemalże w całości, chyba nawet jeszcze żywą.
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Niegdyś najpiękniejsza, dzisiaj trud odcisnął się na całym jej ciele. Wciąż dba o swój wygląd, wręcz obsesyjnie, jednak jej długie, czarne futro, kiedyś takie miękkie i lśniące, zmatowiało, a kołtuny pojawiają się z zastraszającą łatwością. W jej złocistych, okrągłych oczach odbija się determinacja i zmęczenie, a przez czarny nos przechodzi drobna blizna. Pomimo wszystkich trudów jakie przeszła jej ciało wciąż zachowuje okrągłe kształty, chociaż zapasy tłuszczu wydają się pomału wyczerpywać. Gdzieś pod tą czarną plątaniną, w okolicach prawego barku, znajduje się całkiem spora, szarpana blizna, którą jednak dość dobrze ukrywa futro.
Kwiat zna swoja wartość. Kwiat jest wytrwała. Kwiat ma dość.
Z wysoko uniesionym pyskiem kroczy przez świat, absolutnie pewna, że jest najlepsza z nich wszystkich. Jest gotowa by zacząć wydawać polecenia i być słuchana. Wręcz nie może się doczekać, by znów pokazać każdemu ze swojej rodziny i znajomych, gdzie ich miejsce. Jej oczy, chociaż w tak ciepłym kolorze zdają się promieniować zimnem. A może to tylko zmęczenie? Niedożywienie? Może.
Kwiat nauczyła się również cenić samotność i ciszę. Możliwość zaszycia się w kącie i obsesyjnego czyszczenia futra uznaje za błogosławieństwo. Będąc w ciągłym ruchu, próbując odnaleźć drogę do domu, nie mogła sobie na to zbyt często pozwolić.
Ale gdzieś pod tym wszystkim wciąż jest tylko dzieckiem nagle wyrwanym z domu. Samotną kotką, która tęskni za mamą i rodzeństwem, chociaż nigdy nie powiedziałaby im tego prosto w twarz.
Pochmurny Sen (GK), Zbożowa Łapa (KRz), Chłód (KG)
Kwiat zatrzymała się w miejscu i zjeżyła cała. Najpierw nic nie znajdowała, a teraz się okazało, że jej znalezisko zostało zjedzone przez kogoś innego! Nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Właściwie to nie była zadowolona z tego całego polowania. Gdyby wciąż była w podróży mogłaby zignorować lisa i wycofać się gdzieś indziej, by tam zapolować. A tak? No na pewno nie zamierzała sama się nim zajmować, nie czuła by było to rozsądne. Zamiast tego zaczęła się ostrożnie wycofywać, tak by lis jej nie zauważył. Gdy była już wystarczająco daleko od lisa porzuciła wszelkie pozory postawy łowieckiej i po prostu poczęła iść w stronę obozu. Pusty pysk, pusty brzuch i tylko ponura mina na jej pysku. Musiała komuś zgłosić, że taki jegomość się tu pojawił, żeby nikt przypadkiem sam na niego nie wpadł.
Księżyce: 44 Mistrz: Chaotyczny Lot Płeć: kocur Matka: Ropusza Łapa Ojciec: Tate! (Fiołkowy Świt, nie biologiczny)
Na pierwszy rzut oka Traszka przypomina raczej kogoś, kto powinien spędzać czas w kociarni, a nie na treningu. Okrągła główka z równie okrągłymi, złotymi ślepkami, krótka szyja, przysadzista postura i zapas dziecięcego tłuszczyku nadają mu dość słodkiego wyglądu. Ponad to, mimo iż udało mu się co nieco urosnąć, wciąż pozostaje kieszonkowych rozmiarów i nie zapowiada się, aby kiedykolwiek dobił wyżej, niż do tej niższej granicy średniego wzrostu. Zaskoczeniem nie jest, że jego długie futro pozostało rude z białą plamą na bródce, jednak zaczęło naturalnie się układać, a przestało puszyć. Tygrysie pręgi są teraz niemal niewidoczne na grzbiecie, za to można je dojrzeć na głowie, szerokich łapach i wciąż ruchliwym ogonie.
Niektóre dzieci dojrzewają szybciej, inne wolniej i w tej drugiej kategorii znajduje się Aszka. Rudy urwis, mimo iż zyskał już miano Terminatora wciąż jest głośny, uwielbia biegać, wygłupiać się i bawić, a siedzenie zbyt długo w jednym miejscu, zdaje się być dla niego najgorszą karą. Co prawda widać, że horyzonty jego rozumowania z każdym dniem nieco się poszerzają, można nawet porozmawiać z nim na tematy, które wykraczają poza tarzanie w błocie i łowienie ślimaków, ale do miana filozofa czy poety jeszcze mu sporo brakuje. Poza tym pozostał wesołym, nieco zadziornym kotem, który szybciej robi i mówi, aniżeli myśli, dlatego, mimo braku wady wymowy, zdarza mu się pewnych głosek nie wymawiać, albo robić to źle.
Żabia Łapa (GK) | Popiół (KR)
Traszka nie widział Chaotycznego Lotu tego, ani poprzedniego, ani nawet dnia przed tym poprzednim. Polować nie umiał, do cioci Krokus zajrzał o poranku, przynosząc nowy mech do kociarni, a Ropuchy nie było w jej legowisku. Wszystko wskazywało więc na to, że miał dzień wolny, który mógł spędzić tak jak lubił, czyli na szwendaniu się po terenach i szukaniu szczęścia w polu. Jak się szybko okazało tym polem były Wyjące Wzgórza, na które zaplątał się w poszukiwaniu jakieś znajomej mordki wracającej z treningu, a gdy się takiej nie dopatrzył postanowił zapełnić czas zabawą w śniegu, którego spora ilość ponownie spadła na tereny, przez dzień twardniejąc nieco od ciepłych promieni słońca. I tak tworząc sobie tylko zrozumiałe śnieżne dzieło, wpadł na pewien pomysł, którego ofiarą późnym popołudniem miał zostać uprowadzony z obozu Fiołkowy Świt.
- … to teraz tutu Tate, teraz tu! – Donośny i zdecydowany głos Traszki, który niemal podskakując starał się dzielnie utrzymywać powolne tępo chodu kocura, przy którego boku trwał, zdecydowanie zdołał wypłoszyć każdą zwierzynę w tej okolicy. No miejmy tylko nadzieje, że żaden Terminator nie trenował polowania. – Jusz prawie jesteśmy! Teraz musisz głowe schylić, bo inaczej się wyrżniesz – poinstruował, gdy znaleźli się przy małej śnieżnej jaskini, nad której kopaniem spędził cały dzień. Ba! Nawet mech do niej przyniósł i go wygrzał własną pupą, żeby zamarznięta ziemia za bardzo nie doskwierała staruszkowi.
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Bardzo wysoki, atletycznie zbudowany kocur o długich łapach. Krótkowłosy, rudy, klasycznie pręgowany, z białymi znaczeniami na pysku, szyi i przednich łapach. Siwe włosy zaczynają oprószać jego pysk i grzbiet. Duże, zielone oczy coraz wyraźniej pokrywa mgła. Najbardziej widoczne blizny: rozcięcia na nosie, duża blizna na lewej pięcie i grzbiecie.
Spodziewał się wielu różnych rzeczy, ale z całą pewnością nie tego, że Traszkowa Łapa wpadnie do legowiska starszyzny i wyciągnie go z obozu z taką energią, że gdyby odmówił, to rudy terminator z całą pewnością zarzuciłby sobie starego kocura na grzbiet jak wór ziemniaków i pognałby z nim na tereny klanu tak czy inaczej. Na szczęście Fiołkowego Świtu nie trzeba było dwa razy namawiać na to, by ruszył za wnukiem, chociaż miał pewne wątpliwości do tego planu gdy tylko zorientował się, że w tym celu muszą wyjść z obozu. Nie był pewien tego, czy powinien to robić; niewiele już widział, Traszka był wciąż bardzo młodym kotem, gdyby pojawił się jakiś drapieżnik... obawiał się najgorszego, bo stanowili łatwy łup. Jedynie fakt bliskości obozu zwiększał szanse na to, że nie zostaną zaatakowani, a nawet jeżeli tak się stanie - to ktoś być może zdoła przyjść im z pomocą i stary, ślepy kocur nie będzie jedynym, co będzie stało pomiędzy drapieżnikiem, a Traszkową Łapą.
- Idę, idę - zapewnił kocurka, posłusznie drepcząc za nim. Niestety, musiał iść wolno i z niemalże całkowicie zamkniętymi oczami, bo warstewka lodu na śniegu odbijała światło słoneczne i oślepiała wrażliwego na światło Fiołka. Wiedział, że z całą pewnością było to frustrujące dla młodzika, dlatego starał się jak mógł, by iść w miarę sprawnie. - Schylić? - powtórzył za nim, marszcząc brwi; schylił nieco głowę... i okazało się, że musi jednak schylić ją bardziej, gdy zaszurał czołem o śnieg. Zmarszczył brwi jeszcze mocniej. Dopiero gdy znalazł się w środku tej... śnieżnej groty mógł otworzyć oczy i nie ryzykować olśnieniem; zamrugał i rozejrzał się po tej małej kryjówce. Widział barwną plamę u łap, więc dobrze czuł, że pod łapami miał mech.
- To twoja kryjówka? - spytał, powracając niewidzącym wzrokiem do Traszki.
قالوا:تموتبهاحبـاًً؟قلـت:ألاآذكروهاعلـىقبـريلتحيينـي they asked:"do youloveher todeath?"
I said "speakof herover my graveand
watchhow shebringsme backtol i f e"
Księżyce: 44 Mistrz: Chaotyczny Lot Płeć: kocur Matka: Ropusza Łapa Ojciec: Tate! (Fiołkowy Świt, nie biologiczny)
Na pierwszy rzut oka Traszka przypomina raczej kogoś, kto powinien spędzać czas w kociarni, a nie na treningu. Okrągła główka z równie okrągłymi, złotymi ślepkami, krótka szyja, przysadzista postura i zapas dziecięcego tłuszczyku nadają mu dość słodkiego wyglądu. Ponad to, mimo iż udało mu się co nieco urosnąć, wciąż pozostaje kieszonkowych rozmiarów i nie zapowiada się, aby kiedykolwiek dobił wyżej, niż do tej niższej granicy średniego wzrostu. Zaskoczeniem nie jest, że jego długie futro pozostało rude z białą plamą na bródce, jednak zaczęło naturalnie się układać, a przestało puszyć. Tygrysie pręgi są teraz niemal niewidoczne na grzbiecie, za to można je dojrzeć na głowie, szerokich łapach i wciąż ruchliwym ogonie.
Niektóre dzieci dojrzewają szybciej, inne wolniej i w tej drugiej kategorii znajduje się Aszka. Rudy urwis, mimo iż zyskał już miano Terminatora wciąż jest głośny, uwielbia biegać, wygłupiać się i bawić, a siedzenie zbyt długo w jednym miejscu, zdaje się być dla niego najgorszą karą. Co prawda widać, że horyzonty jego rozumowania z każdym dniem nieco się poszerzają, można nawet porozmawiać z nim na tematy, które wykraczają poza tarzanie w błocie i łowienie ślimaków, ale do miana filozofa czy poety jeszcze mu sporo brakuje. Poza tym pozostał wesołym, nieco zadziornym kotem, który szybciej robi i mówi, aniżeli myśli, dlatego, mimo braku wady wymowy, zdarza mu się pewnych głosek nie wymawiać, albo robić to źle.
Żabia Łapa (GK) | Popiół (KR)
- Nie, Tate, no co ty! – Zakomunikował podrygując nieco. W szerz, całkiem prawdopodobnie zabierał nieco więcej miejsca niż wichrowy senior, ale wzwyż zdecydowanie mniej, przez co on miał jeszcze odrobinę pauzy do sufitu i mógł sobie pozwolić na takie wygibasy. Obserwujące przy tym Fiołka ślepka stały się zupełnie okrągłe z podekscytowania informacją, którą miał mu przekazać. – To Bursztynowa Grota jest Tate! – Oznajmił mu okręcając się w miejscu. – Widzisz? Znaczy no… - zmarszczył brewki, zamierając na uderzenie serca z wzrokiem skupionym na oczach kocura. Były inne niż pozostałych. Wyglądały jakby ktoś zmącił kałużę, na której dno opadło błoto. Wiedział, że nie widział. – No znaczy, to tutaj wykopałem i wiesz, jak słońce tak tu pada, to wygląda jakby była bursztynowa! Wiesz Tate, taka jak opowiadałeś, taka jak tam gdzie byłeś z Malinowym Nosem – uśmiechnął się ciepło wyrzucając z siebie szybko kolejne słowa.
Lubił opowieści Fiołka i czasem, przyglądając się nocnym gwiazdom, myślał o tych kotach które się w nich pojawiły, a których dawno już nie było i których już nie spotka przed własną śmiercią. Co prawda część z historii przespał, zbyt zmęczony długim leżeniem w jednym miejscu, przez co czasem zacierała mu się granica pomiędzy tym co było prawdą, a co sam sobie dośnił. – Wiesz Tate, możesz sobie legnąć… - zaproponował sam padając na mech i klepiąc łapką miejsce pod brzuchem kocura. Co prawda, w jego wyobrażeniu, szli tu tak wolno, że ślimaki ich wyprzedzały, ale mogli i tak sobie trochę odsapnąć, co nie? Po czym zaczął wydawać z siebie przeciągłe szzszszsz, bo Zwinna powiedziała w końcu, że słona woda przy Bursztynowej Grocie takie dźwięki właśnie robiła, zezując na kocura cały czas w oczekiwaniu na jego reakcję.
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Bardzo wysoki, atletycznie zbudowany kocur o długich łapach. Krótkowłosy, rudy, klasycznie pręgowany, z białymi znaczeniami na pysku, szyi i przednich łapach. Siwe włosy zaczynają oprószać jego pysk i grzbiet. Duże, zielone oczy coraz wyraźniej pokrywa mgła. Najbardziej widoczne blizny: rozcięcia na nosie, duża blizna na lewej pięcie i grzbiecie.
Fiołkowy Świt zatrzymał się w połowie kroku.
- Bursztynowa Grota? - powtórzył za nim, marszcząc nieznacznie czoło. Zaraz jednak wszedł całym ciałem do kryjówki, jaką przygotował Traszkowa Łapa i odwrócił pysk w jego stronę, czekając na wyjaśnienia, o co tu chodziło. - Och, rozumiem! Szkoda, że nie mogę jej... zobaczyć - powiedział, a uśmiech na jego pysku miał zdecydowanie gorzki posmak. Nie lubił tego, że stracił wzrok. Nie przywykł do tego, choć miał niemalże dwa obiegi pór na to, by przyzwyczaić się do myśli, że prędzej czy później przestanie widzieć już całkiem.
- Cieszę się, że jednak czasem słuchałeś tego, o czym opowiadałem, a nie zasypiałeś natychmiast, gdy tylko otwierałem pysk - zażartował, mrużąc mętne ślepia i uśmiechając się, tym razem już nieco pogodniej. Zgiął powoli tylne łapy i ostrożnie przeniósł się do pozycji siedzącej, trafiając kościstym zadem na mech. Napiął mięśnie ramion i wygiął grzbiet, wypinając przy tym pierś w przód, a jego stare gnaty trzasnęły cicho, zmuszone do poruszenia się. Szybko powrócił do bardziej naturalnej pozycji, lekko zgarbionego siadu, tym razem już z nieco mniej sztywnym grzbietem, którego sztywne mięśnie ciągnęły go i nie pozwalały usiąść swobodnie i wygodnie. Uśmiechnął się i pokręcił z dezaprobatą głową, gdy Traszkowa Łapa dołączył efekty specjalne w postaci szumu fal.
- Jesteś Słoną Wodą? - spytał, klepnąwszy wnuka ogonem w... cokolwiek miał w zasięgu fiołkowego ogona. Udo? Stopę? Bok? Fiołkowy Świt wiedział jedynie, że sięgnął celu.
قالوا:تموتبهاحبـاًً؟قلـت:ألاآذكروهاعلـىقبـريلتحيينـي they asked:"do youloveher todeath?"
I said "speakof herover my graveand
watchhow shebringsme backtol i f e"
Księżyce: 44 Mistrz: Chaotyczny Lot Płeć: kocur Matka: Ropusza Łapa Ojciec: Tate! (Fiołkowy Świt, nie biologiczny)
Na pierwszy rzut oka Traszka przypomina raczej kogoś, kto powinien spędzać czas w kociarni, a nie na treningu. Okrągła główka z równie okrągłymi, złotymi ślepkami, krótka szyja, przysadzista postura i zapas dziecięcego tłuszczyku nadają mu dość słodkiego wyglądu. Ponad to, mimo iż udało mu się co nieco urosnąć, wciąż pozostaje kieszonkowych rozmiarów i nie zapowiada się, aby kiedykolwiek dobił wyżej, niż do tej niższej granicy średniego wzrostu. Zaskoczeniem nie jest, że jego długie futro pozostało rude z białą plamą na bródce, jednak zaczęło naturalnie się układać, a przestało puszyć. Tygrysie pręgi są teraz niemal niewidoczne na grzbiecie, za to można je dojrzeć na głowie, szerokich łapach i wciąż ruchliwym ogonie.
Niektóre dzieci dojrzewają szybciej, inne wolniej i w tej drugiej kategorii znajduje się Aszka. Rudy urwis, mimo iż zyskał już miano Terminatora wciąż jest głośny, uwielbia biegać, wygłupiać się i bawić, a siedzenie zbyt długo w jednym miejscu, zdaje się być dla niego najgorszą karą. Co prawda widać, że horyzonty jego rozumowania z każdym dniem nieco się poszerzają, można nawet porozmawiać z nim na tematy, które wykraczają poza tarzanie w błocie i łowienie ślimaków, ale do miana filozofa czy poety jeszcze mu sporo brakuje. Poza tym pozostał wesołym, nieco zadziornym kotem, który szybciej robi i mówi, aniżeli myśli, dlatego, mimo braku wady wymowy, zdarza mu się pewnych głosek nie wymawiać, albo robić to źle.
Żabia Łapa (GK) | Popiół (KR)
Szeroki i wesoły uśmiech terminatora zbladł z czasem, kiedy tak przyglądał się powolnym ruchom i mimice dziadka. Nigdy wcześniej nie przykuło to jego szczególnej uwagi, ani mu to nie przeszkadzało, kochał Fiołka bo był właśnie taki jaki był. Stareńki. Czasami przypominał trochę takiego wielkiego kociaka. Potykał się, albo zderzał z czymś, tak jak teraz głową zahaczył o sufit. Nie zawsze poruszał się pewnie i spał bardzo, bardzo dużo i nie umiał już biegać. Przy tym był jednak bardzo mądry i znał wiele bajek, a on sam był jego kwiatuszkiem. Teraz jednak to wszystko sprawiało, że Traszka czuł jakiś smutek na dnie serca. - No, czasami tylko - zarechotał psotnie na pytanie rudego seniora. Lubił jego opowieści, a to że stawały się na tyle realne w głowie nadaktywnego kocurka, aby uspokoić go i uśpić, potwierdzało jedynie jak bardzo. - Tak! - Nie potrafił ukryć zadowolenia z siebie, że tak dobrze udało mu się odtworzyć owe dźwięki. - Podoba ci się Tate? - Zagadnął dla pewności i przekrzywił łebek. - Wiesz myślałem sobie o tym, sze... Wiesz Tate... - zaczął dukać. Najczęściej słowa opuszczały jego pyszczek zanim zdążył w ogóle nad nimi pomyśleć, teraz jednak nie bardzo wiedział jak wypowiedzieć to, co chodziło mu po głowie od dłuższego czasu. - Kiedy Lodowa Skóra umarł to koty bardzo płakały. Wiesz Tate wydaje mi się, że kiedy ktoś umiera to ci wszyscy, którzy go kochali oni... oni bardzo za nim tęsknią - przełknął głośno ślinę wpatrując się w zaśnieżone tereny, nie potrafiąc patrzeć na Fiołka, mimo, że przecież wiedział, że ten tego nie widział. - No i pomyślałem, sze wiesz, że będzie ci się podobać być tam, gdzie byłeś z Malinowym Nosem.
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Mistrz: Korzenny Pył Płeć: kocur Matka: Stokrotkowa Łąka Ojciec: Północny Podmuch Partner: Malinowy Nos Trwałe urazy: całkowicie zamglone oczy; cztery rozcięcia na pysku; duża, stara blizna na grzbiecie i lewej pięcie
Bardzo wysoki, atletycznie zbudowany kocur o długich łapach. Krótkowłosy, rudy, klasycznie pręgowany, z białymi znaczeniami na pysku, szyi i przednich łapach. Siwe włosy zaczynają oprószać jego pysk i grzbiet. Duże, zielone oczy coraz wyraźniej pokrywa mgła. Najbardziej widoczne blizny: rozcięcia na nosie, duża blizna na lewej pięcie i grzbiecie.
Uśmiechnął się i cicho westchnął, zupełnie jakby nie był świadomy tego, jakie były młode koty. Traszkowa Łapa był delikatnie nadreaktywny, jednak widział w życiu naprawdę wiele kociąt i wiele z nich było takich, jak on. Wiedział, na co się pisze i z pełną świadomością opowiadał historie, które stawały się bajkami na dobranoc; czasem opowiadał to samo kilka razy, bo i tak nie miało to znaczenia, gdy kociak natychmiast zasypiał, czasem w ogóle zaczynał mówić losowe słowa, a czasem nawet losowe dźwięki, które nie były żadnymi konkretnymi słowami, bo nie ukrywał nigdy, że lubił dźwięk swojego własnego głosu.
- Podoba - przytaknął, kiwając głową. Gdy zaczął powoli dukać, kręcąc się wokół jakiegoś tematu i zabierając się do niego jak pies do jeża, Fiołkowy Świt poruszył uchem; nie zwracał pyska bezpośrednio w jego stronę, bo choć sam nie widział, to taki widok i tak mógł wywoływać niepotrzebną presję. Gdy w końcu Traszkowa Łapa powiedział to, co miał na myśli, rudy kocur poczuł się tak, jakby olbrzymi ciężar przygniótł jego płuca; nieprzyjemny dreszcz prześlizgnął się w dół jego kręgosłupa. Pociągnął nosem.
- ... Dziękuję - odpowiedział, gdy już był w stanie wydać jakikolwiek dźwięk. - To miłe, że zrobiłeś to... dla mnie - powiedział, zwracając pysk w stronę wnuka. Odszukał nosem jego czoło, by móc przesunąć po nim swoim szorstkim językiem. Tęsknił za Maliną. Tęsknił za Krukiem. Tęsknił... za wszystkimi, których niebawem będzie mógł znów zobaczyć. Bo czuł, że nie zostało mu wiele czasu.
قالوا:تموتبهاحبـاًً؟قلـت:ألاآذكروهاعلـىقبـريلتحيينـي they asked:"do youloveher todeath?"
I said "speakof herover my graveand
watchhow shebringsme backtol i f e"
Księżyce: 44 Mistrz: Chaotyczny Lot Płeć: kocur Matka: Ropusza Łapa Ojciec: Tate! (Fiołkowy Świt, nie biologiczny)
Na pierwszy rzut oka Traszka przypomina raczej kogoś, kto powinien spędzać czas w kociarni, a nie na treningu. Okrągła główka z równie okrągłymi, złotymi ślepkami, krótka szyja, przysadzista postura i zapas dziecięcego tłuszczyku nadają mu dość słodkiego wyglądu. Ponad to, mimo iż udało mu się co nieco urosnąć, wciąż pozostaje kieszonkowych rozmiarów i nie zapowiada się, aby kiedykolwiek dobił wyżej, niż do tej niższej granicy średniego wzrostu. Zaskoczeniem nie jest, że jego długie futro pozostało rude z białą plamą na bródce, jednak zaczęło naturalnie się układać, a przestało puszyć. Tygrysie pręgi są teraz niemal niewidoczne na grzbiecie, za to można je dojrzeć na głowie, szerokich łapach i wciąż ruchliwym ogonie.
Niektóre dzieci dojrzewają szybciej, inne wolniej i w tej drugiej kategorii znajduje się Aszka. Rudy urwis, mimo iż zyskał już miano Terminatora wciąż jest głośny, uwielbia biegać, wygłupiać się i bawić, a siedzenie zbyt długo w jednym miejscu, zdaje się być dla niego najgorszą karą. Co prawda widać, że horyzonty jego rozumowania z każdym dniem nieco się poszerzają, można nawet porozmawiać z nim na tematy, które wykraczają poza tarzanie w błocie i łowienie ślimaków, ale do miana filozofa czy poety jeszcze mu sporo brakuje. Poza tym pozostał wesołym, nieco zadziornym kotem, który szybciej robi i mówi, aniżeli myśli, dlatego, mimo braku wady wymowy, zdarza mu się pewnych głosek nie wymawiać, albo robić to źle.
Żabia Łapa (GK) | Popiół (KR)
Na okrągłym pyszczku pojawił się lekki uśmiech, gdy Fiołek stwierdził, że podoba mu się mozolnie wykona śnieżna budowla. Oczywiście wiedział, że nie przetrwa długo. Jeżeli nie zostanie zniszczona przez łapy trenujących w tym miejscu terminatorów, to zniknie pod wpływem cieplejszych promieni słońca z początkiem Pory Młodych Liści, zostając tylko jednym z wielu wspomnień spędzonego wspólnie czasu.
Usłyszał ciche sapnięcie, jakby pociągnięcie nosem, złote ślepia spoczęły jednak na sylwetce staruszka dopiero kiedy poczuł drobną pieszczotę na swojej głowie. Był pewny, że niemal ślepy kocur tęsknił za swoimi bliskimi, po części ich bliskimi, którzy jednak w jego głowie byli jedynie nienamacalnymi bajkami, przekazanymi kolejnym pokoleniom. Kimś dla kogo niedługo stanie się sam Fiołkowy Świt, a Aszka… Aszka będzie tym, który będzie tęsknił. Przechylił się wtulając bokiem w ciało starca i zamruczał cicho. - Wiesz Tate, niczym się nie przejmuj, ja tu jestem – stwierdził cicho i dość poważnie. Oczywiście, że był po prostu przy nim, ale była to też obietnica, której nie potrafił lepiej ubrać w słowa w swojej wciąż nieco dziecięcej główce. Będzie tu również, aby opowiadać innym o mądrym kocurze, który dla wielu stał się ojcem. Będzie, żeby nie tęsknili w samotności. – Oj Tate – zaczął po dłuższej chwili ciążącej mu ciszy. - Na osiedlu to też była taka duża woda, ale ona nie robiła szszszsz i nie była słona. Była kurce trochu inna i śmieszna taka... i wiesz jak tak sobie myśle, to w sumie nie była aż taka duża, to chyba ja byłem mały. Ale no, Opucha mówiła, że to się nazywa fontannana i woda to w niej sikała no tak, no do góry – podniósł się. - Wiesz Tate, raz to się chciałem w nią pobawić i usiadłem sobie w kałuży i tak tryskałem z pyszczka wodą do góry i wiesz Zwinna to chyba nie była zbyt zachwycona, ale tobie by się na pewno spodobało…
Dziś to on opowiedział mu jeszcze sporo historii, może usłyszał jakieś w zamian, o Malinowym Nosie, o krewnych, którzy nie byli już wśród nich i o tym wszystkim co Fiołek przeżył w życiu tak długim, że rudzielec tak naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić ile trwało.
Średniego wzrostu, o smukłej ale mocnej budowie ciała. Długie łapy, trójkątna głowa, spore uszy zakończone frędzlami, podłużny nos i złoto-brązowe oczy. Puszyste, wyglądające jakby się falowało futerko w mlecznym odcieniu, dłuższe na piersi, ogonie i szyi, gdzie tworzy charakterystyczną delikatną grzywę.
Baran ma radosną, otwartą naturę, jest bardzo ufny i towarzyski. Nie brakuje mu śmiałości i pewności siebie, z łatwością wchodzi w interakcje. W bliższym kontakcie jest bardzo ciepły i empatyczny. Cechuje go duża wrażliwość. Jest też bardzo opiekuńczy.
Czarnowron [S] || kiedyś Echo [MGBG]
Po skończonym treningu Barania Łapa poprosił Rysi Pomruk, żeby pozwolił mu zostać jeszcze przez jakiś czas na Wyjących Wzgórzach, kiedy sam wróci do obozu, ponieważ chciał poćwiczyć polowanie. Sam nie mógł jeszcze wychodzić, dlatego normalnie nie było to dla niego dostępne. Skorzystanie z faktu, że już tu jest wydawało się świetną okazją. Obiecał, że wróci od razu po złapaniu pierwszej zwierzyny i nie zapuści się nigdzie poza tereny treningowe. Były w końcu bardzo rozległe - i jak to łąki - obfite w małą zwierzynę, dlatego nie powinien mieć problemu z szybkim załatwieniem sprawy.
Choć bardzo miał ochotę na zwiedzanie, nie miał zamiaru łamać danej obietnicy. Od razu przeszedł do polowania, skradając się między trawami, nasłuchując i łowiąc zapachy. Z początku nie mógł wyłonić niczego. Szedł tak dobrą chwilę, po czym postanowił zmienić kierunek, ustawiając się prawie że bokiem do wiatru. W ten sposób zapuszczał się w część Wzgórz, która rozpościerała się w stronę granicy Klanu Wichru. Liczył, że w tę stronę trochę bardziej mu się poszczęści, a że wiatr był bardzo delikatny, to nie martwił się o niego aż tak bardzo. Jego woń nie poniesie się daleko.
I rzeczywiście miał szczęście. Po kilku chwilach usłyszał ptasie krzyki nadbiegające z niedaleka - podążył więc za nimi.
Księżyce: 154 Mistrz: Kuni Syk Płeć: kocur Matka: Białowąsa Ojciec: Dębowy Pień Trwałe urazy: Oderwane 2/3 lewej małżowiny usznej.
Szeroki, ciężki kocur o długiej, złotej sierści z pręgowaniem tygrysim. Ma białe znaczenia, które ciągną się od żuchwy, poprzez pierś i brzuch, aż do końca ogona. Biel rozjaśnia również końce wszystkich jego łap oraz wnętrze ud. Jego ślepia są ciemnozielone, lekko szarawe.
Z trudem wdychał parne powietrze wczesnego popołudnia; ostre światło górującego słońca mąciło mu w głowie. Nie wiedział właściwie, czy to pogoda czy gorączka, ale od kilku dni odczuwał nieubłagany żar dobiegający gdzieś z jego własnego wnętrza. Czucie w jego kończynach śnieżyło, podobnie wizja - gdziekolwiek nie spojrzał, dostrzegał znajomy wizerunek rozłożystych odnóg Czterech Dębów, ich paskudnie wykoślawionych gałęzi. Ten obraz naturalnej makabry łączył się gładko z realnymi widokami, wtapiał się niezauważalnie w monotonną, fraktalną harmonię strumieni, korzeni i żył. Jeden pień, z którego rozlewały się lepkie, bordowe odnogi, z których rozlewały się lepkie, bordowe odnogi, z których rozlewały się lepkie, bordowe odnogi...
Cztery Dęby wołały go a on odpowiedział na ich wołanie. Wiedział, że nie jest zdrowy. Było gorzej, niż wcześniej.
Chwiejnym krokiem wyminął drzewa, uparcie podążając na południowy-wschód. Szukał terenów Klanu Wichru, ale nie miał pojęcia, gdzie się zaczynają. Kuni Syk nigdy mu o tym nie powiedział. Kuni Syk... Jego mętne spojrzenie przybrało zaskakująco zbolały lub gniewny wyraz, ale nie zwalniał marszu. Musiał wyzdrowieć, nareszcie wyzdrowieć.
Nienaturalna, ostra biel mignęła mu gdzieś pośród ziarnistego pejzażu. Skierował doń pysk, dłuższą chwilę mrużąc ślepia i przyglądając się jej. To był kot. Niezbyt duży, pojedynczy. Ruszył w jego kierunku, bezwiednie prezentując jątrzącą się ranę po oderwanym uchu, które trzymał postawione. Jakby wciąż istniało.
- medyk - wymamrotał, chyba nie będąc świadomym jak cichy był jego głos.
his face lit up under yellow street light
with eyes of fear as he caught me in sight
i won't hurt him but he knows that i might
Średniego wzrostu, o smukłej ale mocnej budowie ciała. Długie łapy, trójkątna głowa, spore uszy zakończone frędzlami, podłużny nos i złoto-brązowe oczy. Puszyste, wyglądające jakby się falowało futerko w mlecznym odcieniu, dłuższe na piersi, ogonie i szyi, gdzie tworzy charakterystyczną delikatną grzywę.
Baran ma radosną, otwartą naturę, jest bardzo ufny i towarzyski. Nie brakuje mu śmiałości i pewności siebie, z łatwością wchodzi w interakcje. W bliższym kontakcie jest bardzo ciepły i empatyczny. Cechuje go duża wrażliwość. Jest też bardzo opiekuńczy.
Czarnowron [S] || kiedyś Echo [MGBG]
Zapach Gryzącej Łapy nie był przyjemny. Ostry i mocny, niepokojący. Uderzył w nozdrza Baraniej Łapy mniej-więcej wtedy, gdy kocur zobaczył sylwetkę przybysza. Nie był to kot Klanu Wichru, to było pewne. Sierść na jego grzbiecie zjeżyła się automatycznie, a po karku przebiegły mi lodowate ciarki. Akurat dzisiaj!
Myśli Baraniej Łapy galopowały na złamanie karku. Nie miał pojęcia co robić. Istniała szansa, że jeszcze nie został zauważony - ale co wtedy? Uciec? Wrócić do obozu żeby zaalarmować o wtargnięciu intruza na tereny? Czy w ogóle miał szanse? Nie, złoty kocur był zdecydowanie zbyt blisko. To raczej byłby wyścig. Ale w takim razie musiał się z nim skonfrontować, a w najgorszym wypadku - walczyć. Poczuł gwałtowny napływ adrenaliny. Ogarnął go strach, który próbował pokonać. Dopiero po chwili zorientował się, że jego łapy drżą, a on sam zatrzymał się w miejscu. Żadna decyzja nie wydawała się być dobra.
W końcu jednak zdecydował się na konfrontację i cokolwiek, co mogło z niej wyniknąć. Nie było czasu na dalsze rozważania. Zbierając w sobie całą odwagę, na jaką było go stać, ruszył do przodu, wciąż z brzuchem przy ziemi, by znaleźć się jak najbliżej intruza nie będąc zauważonym, co mogło pozwolić mu na obserwację. W miarę jak zbliżał się do niego, coraz mocniej docierało do niego, że coś jest nie tak. Widział go już teraz wyraźnie. Gryząca Łapa nie wyglądał najlepiej. Wydawało się, że ledwo chodził, a może nawet nie do końca wiedział gdzie jest i co robi. Barania Łapa poczuł przypływ nagłej ulgi, która rozlała się ciepłem po całym jego ciele, zastępując strach. Kot w takim stanie nie mógł zrobić mu niczego.
Teraz nie musiał próbować się ukrywać - stanął na wyprostowanych łapach i szybkim, zdecydowanym krokiem podszedł do przybysza, stając mu na drodze. Nie pomylił się, kiedy oceniał go z większej odległości. Było źle, co idealnie reprezentowała obrzydliwa rana na głowie. Baraniej Łapie udało się zrozumieć prośbę o sprowadzenie medyka, która równocześnie jasno wskazywała na to, że kocur, który był przed nim pochodził z Klanów. Ale nie było obecnie żadnych szans na wyciągnięcie z niego większej ilości informacji. Prawdopodobnie nie usłyszałby nawet pytań, które próbowałby mu zadać. Jedno było pewne - potrzebował pomocy, a Baran nie zamierzał mu tej pomocy odmówić.
- Poczekaj tutaj. Sprowadzę pomoc. - powiedział do kocura, dotykając nosem jego policzka. Zawrócił i popędził w stronę obozu, biegnąc najszybciej jak tylko potrafił.
Kiedy zdyszany wpadł do środka, pierwszym kotem, na którego trafił była zastępczyni, Biały Puch. Całe szczęście, bo nie musiał już próbować znaleźć jej lub Lawendowej Gwiazdy.
- Biały Puchu! - krzyknął, ledwo łapiąc oddech - Na Wyjących Wzgórzach spotkałem rannego kota, który pilnie potrzebuje pomocy! Myślę, że musi należeć do któregoś z pozostałych Klanów, ale nie wiem skąd pochodzi. Przybył ze strony Czterech Drzew. Zawołaj Lśniącą Sadzawkę, trzeba koniecznie coś zrobić, wygląda jakby nie zostało mu dużo czasu!
Był zmęczony, przez szybki bieg i stres. Potrzebował złapać oddech, poprosił ją więc, by przyprowadziła medyczkę, a w tym czasie on będzie mógł odpocząć, żeby zaprowadzić je w miejsce, gdzie zostawił Gryzącą Łapę.
Nie miał teraz siły odpowiadać na pytania. Zresztą, nie potrafiłby powiedzieć więcej niż już to zrobił. Zaraz same zobaczą, co się działo, a może uda się wtedy wyciągnąć od przybysza jakieś informacje. Kiedy Biały Puch i Lśniąca Sadzawka dołączyły do niego, odwrócił się bez słowa i pobiegł z powrotem, wiodąc je do miejsca, w którym zostawił rannego kocura.
Najmniejsze z kociąt Fiołkowego Świtu i Malinowej Gwiazdy. W klanie pod względem wzrostu wygląda jednak w miarę przeciętnie. Pijawka jest również drobna, ale na pewno nie wygląda jak chucherko! Jej ciało pokrywa śnieżnobiałe, długie futerko, a na uszach znajdują się niewielkie pędzelki. Mordkę kotki zdobią również złote oczka.
Pijawka pod względem charakteru, praktycznie w ogóle się nie zmieniła. No... może trochę. Odkąd została porwana przez dwunożnych, jest jeszcze bardziej strachliwa, niż była w lesie. Praktycznie w ogóle nie opuszcza miejsca przy szybkie okna lub pod łóżkiem młodego dwunoga. Boi się praktycznie wszystkiego, co jest głośne lub jej praktycznie nieznane... Chociaż dosyć długo żyła u ludzi to nie przyzwyczaiła się do wielu ich rzeczy... Na szczęście wreszcie wróciła na znane tereny, gdzie mimo wszystko, czuję się bezpiecznej...
Biały Puch nie robiła nic szczególnego. Z dnia na dzień robiło się cieplej, a ona unikała wysyłania patrolów w samo górowanie słońca nad terenami. Krótkowłose koty pewnie czuły się aktualnie nieco lepiej niż w zimną Porę Nagich Drzew. Ona sama jednak nie narzekała, gdyż nie było znowu jeszcze aż tak gorąco. Zdawała sobie sprawę, że to prawdopodobnie kwestia czas, ale bardziej martwiła się tym, że znowu mogło dojść do pożaru albo suszy.
I dzisiejszy dzień byłby niebywale normalny, gdyby nie fakt, że nie wiedziała, co się niedługo wydarzy. Przybiegł do niej Barania Łapa z krzykiem, a ona chwilę przetrawiała jego słowa. Na Wyjących Wzgórzach...? Jakiś kot potrzebował pomocy, przeszedł granicę ale doszedł AŻ TAK daleko? Pijawka przygryzła wargi. Będzie musiała potem wysłać dodatkowy patrol graniczny, tak na wszelki wypadek. W końcu nawet, jeśli Baranek twierdził, że to prawdopodobnie kot z któregoś z trzech pozostałych klanów, istniała możliwość, że to ktoś... z Pożogi. Wyjaśniałoby to, dlaczego tak po prostu przekroczył granicę.
- Już spokojnie, Barania Łapo. Idź usiądź... na chwilę w cieniu - miauknęła, trącając białego terminatora nosem. Sama następnie ruszyła do Ziołowego Wzgórza. Tak, zanim weszła, zapytała oczywiście o zgodę na wejście.
- Lśniąca Sadzawko. Barania Łapa twierdzi, że... na Wyjących Wzgórzach jest kot, który prawdopodobnie... potrzebuje pomocy medycznej. Prosiłabym... Chciałabym, abyś go obejrzała i sama... zdecydowała co z nim zrobić - miauknęła w stronę białej medyczki. Jeśli ta się zgodziła, ruszyła razem z nią i Barankiem na Wyjące Wzgórza aby spotkać nieznajomego.
Should I ask myself in the water What a warrior would do? Tell me, underneath myarmor Am Iloyal, brave andtrue? Am Iloyal, brave andtrue?
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Księżyce: 124 Mistrz: Każdy po kolei Płeć: kotka Matka: Zawilcowa Skórka Ojciec: Chmielograb Trwałe urazy: mała blizna na lewej przedniej łapie po ukąszeniu szczura, podłużna blizna ciągnąca się przez cały brzuch
Średniej postury, długowłosa biała kotka z jasnoniebieskimi oczami. Szczupła
Uparta, pyskata, butna. Nie sili się na miłe słówka, odbierana jako przeważnie nieprzyjemna i niemiła.
Błękitna Toń [KG] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
Segregowałam medykamenty, gdy do Ziołowego Wzgórza weszła Biały Puch z dość... niecodziennymi wieściami. Zmarszczyłam nos, słysząc to, ale bez słowa wzięłam ze składziku liść łopianu i motek pajęczyny. Jeśli okaże się, że ta pomoc tyczyła się choroby, wyślę zastępczynie po odpowiednie zioło. Albo wrócę po nie sama. Zobaczę.
Ruszyłyśmy we wskazane przez biała miejsce, a tam faktycznie czekał na nas Barania Łapa z jakąś przybłędą.
- O co chodzi? - zapytałam, patrząc prosto na naszego terminatora. Najpierw kwestia zdrowia intruza, potem dojdziemy do tego, jak on się tu w ogóle zjawił.