Dla Wiatru wycieczki miały być tymi ostatnimi. Rozpoczęcie treningu z Żubr powinno w końcu doprowadzić go do tego, że będzie miał zajęcie w ciągu dni... I mniej czasu na bzdury. Wreszcie, wreszcie będzie mógł się rozwijać. Wreszcie przestanie siedzieć jak zbity pies i z dnia na dzień tylko przewracać się na bok. To była najcieplejsza myśl na chłodny dzień.
Stąd też - jak zakładał - dziś będzie wyjątkowe. Wzdłuż granicy szedł bez większego powodu, myślał jedynie o tym, by na końcu spotkać Dziadka, jak zrobił to wieki temu. Los niemniej spłatał mu figla, bowiem smrodliwy teren wskazał mu nie kota, o którym myślał, a... kogoś zupełnie obcego. Cud? Są inne koty od Wichrzaków? - Cóż za dzień! Dość zimny, nie sądzisz? - rzucił luźno, posyłając w stronę nieznajomego uśmiech. Delikatny, drobny. Jakiś wstęp do luźnej rozmowy.
Średniego wzrostu kocur, posiadający krótkowłose niebieskie futro i intensywnie zielone oczy. Nie jest jakoś wybitnie zbudowany - zalicza się bardziej do kotów wątłych.
Dziwny - tak można by opisać Oko. Kocur ma dziwny zwyczaj patrzenia się na innych z oddali tymi swoimi wielkimi ślepiami, a żadne słowa, żadna kara czy żadna boska siła nie jest w stanie go tego oduczyć. Wchodzenie z nim w konwersację może być męczącym zadaniem, ponieważ ten odpowiada z opóźnieniem, obmyślając to, co powie, a kiedy nie dostanie odpowiedzi na swoje pytanie, to będzie je zadawał do skutku. Zazwyczaj jest bardzo paranoiczny oraz ma przeświadczenie, że wszyscy z niego szydzą, oceniają, a każde złe słowo to oznaka, że ktoś chce go skrzywdzić, albo nawet zabić.
Oko ma także problemy z pamięcią, więc czasami prosi innych, by powtórzyli coś kilka razy.
Przytulna Łapa [KRz]
Czyżby dzisiejszy dzień okazał się dla Przejrzystej Łapy tym szczęśliwym?
Kocur był tak zajęty wpatrywaniem się w tereny klanu gromu, że stał się głuchy na otoczenie. Powoli odpłynął w krainę swoich myśli, w głowie odgrywając przeróżne scenariusze spotkania z nieznajomym gromniakiem. Jedne kończyły się przyjazną rozmową, drugie walką, a jeszcze inne niezręcznym rozejściem się w swoje własne strony - Oko oczywiście preferował te pierwsze. Zatracony w swoich rozmyślaniach nie usłyszał kroków zbliżającego się nieznajomego co poskutkowało tym, że kiedy Wietrzna Łapa spróbował zacząć luźną konwersację, niebieski podskoczył, a na jego spokojnym pyszczku wymalował się wyraz zaskoczenia. Syn Błękitnego Poranka instynktownie wygiął plecy w łuk i najeżył sierść, wbijając swoje przestraszone zielone ślepia w czarnego pointa. Owy obcy nie wyglądał na wrogo nastawionego, wręcz przeciwnie, posyłał w jego stronę delikatny uśmiech, co trochę uspokoiło nerwy rzeczniaka i pozwoliło mu wrócić do zwykłej pozycji po chwili stania w defensywnej pozycji, lecz nie rozwiało niepewności związanych z poznawaniem kogoś nowego, spoza swojego własnego klanu.
Gdy oddech Przejrzystej Łapy trochę się uspokoił a serce przestało bić jak szalone, kocur wreszcie miał szansę, by odpowiedzieć.
- Przepraszam... Przestraszyłeś mnie. - westchnął. - Jesteś z klanu gromu? Wszyscy z waszego klanu lubią tak straszyć innych? - zaśmiał się cicho. Trochę humoru po nieprzyjemnym spotkaniu mogło pomóc rozluźnić atmosferę.
- Masz rację. Jeśli wszystkie rośliny przykryte kołdrą śniegu czują takie zimno każdego dnia, to szczerze im współczuję. - odpowiedział, posyłając niepewny uśmiech w stronę kota stojącego niedaleko. Nie wykonywał żadnych kroków, nie spuszczał wzroku z nieznajomego i nie opuszczał swojej czujności. Wolał przetestować grunt, na którym się teraz znajduje. Zawsze mógł to być jakiś pomyleniec, który po miłym powitaniu rzuci się na niego z pazurami.
Rzecz jasna, widok tego, że kogoś przestraszył... mało go cieszył! W pierwszej chwili sam zareagował równym szokiem - było to odruchem, na który nie miał większego wpływu. Tuż po tym, zajrzał się za siebie, sprawdzając czy czasem nie ma za nim jakiegoś lisa, co by to nieznajomego doprowadził do takiej, a nie innej reakcji... ale nic! Byli sami! - Och... nie, nie! Ja też zrobiłem to przypadkiem, przepraszam! - odpowiedział zaraz, wykrzywiając niezręcznie pysk w nieco szerszy uśmiech. Tym razem był on po prostu zmieszany, a nie szczery. Przecież nie miał w interesie nikogo straszyć... a tym bardziej aż tak! Szybko jednak zdołał się uspokoić, nie słysząc innych głosów na temat tego przestraszenia. Może w praktyce nie był zły. - Z tego co wiem, a nie wiem zbyt wiele, rośliny w takiej porze umierają... a potem żyją na nowo. To dość dziwne i niejasne, ale może to dla nich lepiej? Inaczej faktycznie, byłoby okropnie im źle, gdyby dziennie czuły ten chłód. No, to jest, drzewa czy krzewy go czują... ale wyglądają na niewzruszone! Dobrze dla nich!
Zaśmiał się cicho. Nie było mowy o agresji. Mimo, że Wiatr był miłośnikiem walki... nijak mu się widziało atakować byle cel, bez najmniejszego powodu.
Księżyce: 125 Płeć: Kotka Matka: Zachodzące Światło Ojciec: Kornikowy Konar Trwałe urazy: znamię na szczycie głowy w kształcie krzyża
Czarna orientalka. Idealna mieszanka mamusi i tatusia – smukła rasa orientalna ze strony Zachodzącego Światła i głęboka, czarna barwa od rodziny Kornikowego Konara. Jest średniej wielkości i postury – duże, odstające uszy zwykle postawione na sztorc czujnie nasłuchują wszystko dookoła. Jej oczy są wciąż szarawe, lecz niebawem wybarwią się na zielono-turkusowy kolor. Na podobieństwo całej jej sylwetki ma długi, smukły ogon. Na szczycie łebka ma dwie plamy-znamiona, przykryte futrem, przypominające bliznę – jedno znamię łączy jedno ucho z drugim, zaś drugie, bardziej podłużne, biegnie od szczytu łebka do tyłu, gdzie krzywo przecina się z pierwszym i kończy się tam, gdzie zaczyna szyja.
Zdeterminowana jak nikt wcześniej – do tego stopnia, że wydarła się z łona matki jako pierwsza. Oprócz energii i pogodności, która zwykle dopisuje kociakom, cechuje ją lekki narcyzm – nie przesadny (jeszcze) jednak zdecydowanie ma dużo pewności siebie. Nie boi się konfrontacji ani rozmowy z innymi, wszędzie wściubie nos i podsłucha ale też użyczy łapy, gdy ktoś chciałby się jej wypłakać. Nie jest jednak kotką, która płakałaby wraz z kimś – ma inne metody na podnoszenie na duchu i jest to zwykle ruch i pogoda ducha, a także dobitne dogadanie, że nie ma powodów, by się smucić. Chodzi dumnie i pogodnie przez środek Obozu niczym przez swój własny i dokonuje próby grabieży serc całego Klanu Rzeki.
Biegła - ile tylko sił w łapach. Nie pamiętała, kiedy ostatnio wysiliła się tak bardzo - dotychczasowo ledwo mogła rozprostować kości u Dwunogów, a teraz pędziła jak kulejący struś wśród traw, krzaków i gałęzi, nie zatrzymując się niezależnie od tego, co słyszała - a słyszała wiele. Słyszała krzyki Dwunogów, wołających imię - te, które jej wybrali, ale na które ona nie reagowała. To nie było jej imię. Słyszała jak powtarzają je, raz z troską, później z frustracją, aż w końcu z wściekłością, krzycząc i tym bardziej dając jej znać, w którym kierunku uciekać. Ale słyszała też śpiew ptaków - słyszała dźwięki natury, delikatny wiatr między uszami i swój własny, cichy i słaby śmiech. Dwunodzy może i byli zmartwieni - jej wygramolenie się przez szparę w niewidzialnej barierze Potwora Dwunogów musiało ich zaskoczyć. Zwłaszcza, że Blizna pogodziła się już z tym, co zamierzali jej zrobić - nie miała wątpliwości, że zamierzali zabrać ją do Obcinacza. To nie tak, że Blizna płonęła miłością do dzieci i jej instynkt macierzyński robił jej dyskotekę z hormonów, nie nie - nikt nie chce poddawać się jakiejś niepotrzebnej i pewnie nieziemsko bolesnej operacji. Widziała na osiedlu takich, którzy wrócili - byli otępieni, nijacy. Dlatego, gdy tylko zobaczyła w oddali Cztery Dęby, a przez jej krótkie futro zahulał wiatr, wiedziała, że może to zrobić. Że zaryzykuje wszystko i wyskoczy, nawet jeśli może jej się nie udać.
Narobiła niezłego bałaganu, gdy szarpiąc się i krzycząc, zawisła brzuchem w połowie wyjścia z Potwora, gdy ten jeszcze się poruszał. Czuła, że panicznie próbują ją wciągnąć z powrotem, niewątpliwie podarowała mnóstwo zadrapań temu odważnemu, który próbował chociaż zbliżyć się do części Blizny, która była jeszcze w Potworze Dwunogów. Ale nie trwało to długo - Blizna wyszarpała się z zacisku Potwora (a jakże nieprzyjemne było to leżenie na wpół!) i wypadła na Grzmiącą Ścieżkę, skąd potoczyła się do rowu. W kontakcie z ziemią zawyła głośno, czując, jak jej przednia, prawa łapa wykręca się w jakiś podejrzany sposób, ale nie było czasu na płakanie - widziała, że w oddali Potwór z Dwunogami zatrzymał się.
Uciekała ile tylko mogła, nie oszczędzając nawet tej uszkodzonej łapy, kierując się w stronę tych drzew, tych dziwnie podobnych drzew, które po krótkim biegu okazały się nie być TYMI Czterema Dębami. Zacisnęła wargi prawie do krwi, ale zanim zdążyła poddać się i usiąść w trawie, jej nozdrza wyczuły znajomy zapach.
I tak oto jesteśmy teraz w okolicy Bobrowej Tamy, gdzie Blizna kontynuuje swoją szaleńczą ucieczkę, mrucząc pod nosem wszystkie możliwe kocie przekleństwa, zaklinając Gwiezdnych, by pozwoliły jej w końcu dotrzeć w jednym kawałku tam, skąd ją zabrano. Resztką sił przeszła przez Bobrową Tamę, jej łapy dygotały, a ona zatrzymała się momentalnie, odwracając łeb. - Bobrowa... Tama? - mruknęła słabo, mrużąc oczy. Jej wzrok stał się rozmyty, zmęczenie uderzyło do niej ze zdwojoną siłą, a adrenalina powoli znikała. Wróciła jednak wzrokiem przed siebie, niepewnie stawiając kilka kroków, utykając na prawą łapę. Obrgryzione... coś tam. Jakoś tak się to nazywało. Obgryzione Brzozy? Nie, tu nie ma brzóz, głupia. - Niech to piorun... - wymruczała jeszcze, kołysząc się na boki, aż w końcu upadła, wśród Obgryzionych Drzew, zostawiając swoją przyszłość losowi.
rana 2 st. - skręcenie przedniej prawej łapy
omdlenie
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Cisowa Gałązka z potężnymi worami pod oczami dreptał sobie wzdłuż granicy. Bez większego powodu, w głowie miał głównie zioła. choć... no dobrze, Oriona też miał, faktycznie. Niemniej nie był on głównym celem jego podróży, na pewno nie dzisiaj. Nie miał dużo czasu przed ceremonią, teraz tylko nieco oswajał się z myślą, że miałby go odwiedzić, więc tak, dokładnie tak to wyglądało. Chodził sobie chodził, w pysku trzymał nieco marnych ziół zawiniętych w dość spory liść, choć wątpił by cokolwiek z nich było - wszystkie były dość marnej jakości, właściwie tragicznej. Niemniej nie tracił nadziei, to był Cis, Cis nie tracił nadziei.
Cis też nigdy nie tracił rodziny. Więc gdzie się podziewała, och, no gdzie? Cis nigdy nie tracił zmysłów. Więc gdzie były, gdy przemęczał się w lecznicy, choć obiecał, naprawdę obiecał Barwnej Wodzie, że nie będzie tego robił? Cis też nie był słaby. Niósł szczęście, radość, uśmiechał się energicznie. To akurat się nie zmieniło, bo pomimo wszystkiego co wokół się działo, cały czas chodził uśmiechnięty, cały czas starał się, by jego problemy nie wpłynęły bardzo ani na niego, ani na innych. Może te emocje czasami były sztuczne, czasami oszukane, bo przecież nie mógł wyjść z swojej roli. Ale były.
Nagle poczuł zapach dwunogów i momentalnie się zestresował. Dwunogów? Czy pieszczochów? Nie wiedział czy to jakaś różnica, niemniej wyczuł, a on po prostu się bał, bo był sam, nie mógł walczyć. Nie mógł, a jeżeli ci będą chcieli coś mu zrobić, to będzie bezradny. I co teraz, co teraz? Im bliżej jednak podchodził, tym bardziej w powietrzu wyczuwał ból i cierpienie, strach większy od swojego. Wyczuwał desperację i nadzieję, walkę o śmierć i życie. Może ktoś był ranny?
Jeszcze bliżej, bliżej, jeszcze troszeczkę. Nagle zobaczył. Ciemne, chude ciało, szczurzy ogon, pysk i uszy, dokładnie jak on. Kto to, kto to, któż się zabłądził w tych terenach? Będzie musiał poprosić, by jednak się oddaliła przecież to nie były jej tere... - BLIZNA - wydyszał sam do siebie. Nie wiedział czy to ona, ale przecież wygląd się zgadzał, WSZYSTKO się zgadzało. Momentalnie z jego pysku wypadły zioła, cóż, pewnie i tak były nie do użytku. Zaczął biec, choć kierowały go tylko nadzieję, równie dobrze mógł biec w śmiertelną pułapkę. Nieważne. Cis był głupi, naiwny. Zdesperowany. Blizna była wszystkim, czego mu teraz brakowało. To musiała być ona, to musiała być pomoc podsunięta z gwiazd. Mroźny Nos musiał usłyszeć jego modlitwy, musiał pomyśleć, że to ona była rozwiązaniem jego wszystkich problemów. I była. - To ty, gwiazdy piękne, to naprrrrawdę ty - mówił, bo gdy zbliżył się już wystarczająco był pewny. Tylko jego siostra była tak piękna, tylko ona lśniła pomimo matowej czerni na skórze. Tylko ona wyglądała tak pięknie nieprzytomna, tylko ona... nieprzytomna? - Słońce, gwiazdko, wstań, prrroszę. Już jestem, halo, słyszysz? Jestem. I mama czeka, i... i tata też, i Mrozik, i jeszcze Kostek, wiesz? Są wszyscy, prrrrawie wszyscy, i Rrrybołów tez jest, ucieszy się! Łabądź, pamiętasz? On... on nas uczył jak byłyśmy kociętami, on jest prrrzywódcą, on cię prrrrzyjmie! A ja jestem, ja... Blizna? Blizno, prrrosze, prrrosze wstań - gdzieś w połowie zaczął płakać, nie wiedział. Rozgadał się spanikowany, w szlochu, nie wiedząc co zrobić. Nie żyła? Czy Gwiazdy chciały, by o tym wiedział? Nie, ale nie mogła. Przyłożył jej łapę do brzucha, do piersi. Podnosiło się. Oddychała, żyła. - Już, już jestem, już dobrrrze. Wezmę cię ze sobą, Blizna, to ja. Ja. Cis. Duo. Cis-Blizna duo, pamiętasz? Jesteśmy nierrrrozłączni - mówił do niej, pomimo, że ta nie słuchała. Zaraz potem, pomimo miękkich łap przez płacz, wziął ją na grzbiet i wolno zaczął się toczyć do obozu.
Księżyce: 98 Mistrz: Kunie Gardło †, Muchomorowy Bór †, Rześki Zmierzch, ˙✦Wędrujące Światła˙✦ Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga † [npc] Ojciec: Płonący Liść † [npc] Rodzic: Iskra ♥ † (Roziskrzona Gwiazda) Partner: Serce oddane tylko jednej Trwałe urazy: blizna po psich zębach na grzbiecie, poniżej karku;
Wielka, wysoka i szeroka; długie rude, wręcz ogniste futro, pręgowane tygrysio z dodatkiem bieli na brodzie, piersi, brzuchu, końcówce ogona i czterech łapkach (tylko do kostek, jeden palec rudy u prawej przedniej łapy); wielkie miodowe oczy; różowy nosek; patyczki i liście w sierści to codzienność tak samo z drobinki ziemi, jedynie kwiatki wsadza w nie sama, bo lubi. Lekki krok, praktycznie bezszelestny, a mimo to z gracją.
Tonąca w żałobie, pijąca winę, obmyta w smutku, spokojna, cierpliwa, lojalna, ciekawa świata, nadal starająca się zachować radość i szczęście, rozważniejsza oraz powolna.
Wędrowałam sobie zadowolona z życia, że mogę przebywać sama i nie smarkam przy tym jak szalona, nie mogłam z całej radości jaka mnie przeszywała, zawsze ktoś koło mnie był, zawsze kogoś słyszałam, zawsze kogoś widziałam i czułam, a tutaj? Sama.
Samotność była dziwna, czułam się tak pierwszy raz i nie potrafiłam za bardzo porównać tego do czegokolwiek, oczywiście sama natura mnie otaczała, nie mogłam tego uznać za całkowitą samotność, ale fakt braku kogoś do kogo mogłabym otworzyć pyszczek był ciekawy. Nie przeszkadzało mi to ani trochę, zawsze wiedziałam, że jak wrócę do obozu to czekać będzie na mnie Sal albo ja poczekam na nią i będę mogła się wygadać ze wszystkiego co mnie spotkało albo kogo spotkałam. Wyciszenie się było jednak tak przyjemne, że gdy przystanęłam usłyszałam śpiew ptaszków, który starałam się cicho naśladować, a cała melodia brzmiała w całym moim ciałku, przeszły mnie dreszcze. Byłam szczęśliwa, ale gdy odwróciłam głowę w stronę... innego zapachu, który do mnie dotarł trochę się spłoszyłam, pachniał jakoś rybniej, rzeczniej, nie potrafiłam się jednak zbytnio skradać zawsze zapominałam patrzeć pod łapy, więc po prostu delikatnie podeszłam do drzewa, by wyjrzeć zza niego i zobaczyć...
– Och, wow – wyszeptałam cicho do siebie, a moje serduszko przyspieszyło. Prześliczne futerko i krucha istota stojąca przy brzegu jakiejś rzeczki, nie mogłam przestać oglądać jej fruwających delikatnie kłaczków przy każdym lekkim podmuchu wiatru, ona sama zaś skrzyła się ślicznie w słońcu. Nie potrafiłam powiedzieć nawet słowa, ale wiedziałam co mogę innego zrobić, dlatego szybko odbiłam się od drzewa i pospiesznie zaczęłam szukać... szukać... szukać... nie odchodź... szukać... szukać... daj mi jeszcze chwilę... panika... tylko nie to... nigdzie... jest.
– Ekhm – odkaszlnęłam delikatnie z nieśmiałością na pyszczku i odchylonych do tyłu uszkach przez skrępowanie, nie chciałam by się mnie wystraszyła, wtedy też ujrzałam... jej brak oczka. Była przepiękna. Kładąc przed nią prezent w postaci nieskazitelnie białego kamyczka, który był dosyć wysoki, ale bardzo owalny na dole i górze, gdy po bokach był lekko kanciasty, uśmiechnęłam się lekko. – Dla Ciebie – wymamrotałam delikatnie i czekałam z bijącym sercem na jej reakcje.
róża :blush:
Heartswill xxxxzxxxxzx╰┈➤dream again Lungswill﴾breathe in﴿
Wash awaythesins
It'swhereitbegins
Feet won'txfail you now Arms won'txlet you down Wash awaythesins
Księżyce: 100 Mistrz: Zmierzchająca Nadzieja Płeć: kotka Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: brak lewego oka
Róża jest kocięciem niedużym, drobnym, co jest jeszcze widoczniejsze, gdy postawić ją obok w większości wyrośniętego rodzeństwa. Nie widać u niej typowej dla kociąt w tym wieku pulchności. Sprawia wrażenie kruchej i delikatnej, a pokrywające ją długie futerko, które gładko przylega do ciała, niespecjalnie pomaga w ukryciu tego wrażenia. Sierść kotki jest buro-ruda, pokryta czarnymi i ciemno-rudymi cętkami, a miejscami pojawia się także biel. Po lewej stronie jej ciała dominuje rudość - większe plamy obejmują udo, fragment boku i niemal całą przednią łapę. Po prawej stronie rudy koncentruje się na udzie i w postaci dwóch niewielkich plam na łopatce i przy grzbiecie. Biel pokrywa niewielki pyszczek, ciągnie się przez szyję, aż do brzucha, na łapkach formuje nierówne skarpetki; krótką, obejmującą trochę więcej niż same palce na lewej przedniej i nieco dłuższą, sięgającą do nadgarstka na prawej, z tyłu biel sięga do połowy ud. Uszka Róży są małe, nos różowy, a co najbardziej dla niej charakterystyczne - urodziła się bez jednego oczka. Prawe ślepko jest szaro-niebieskie, a w przyszłości nabierze ciemno-zielonej barwy.
Pszeniczny Kłos [w], Pokrzywa [nś], Kolec [w]
XXX Nie zdążyła na dobre oswoić się z myślą o posiadaniu rodzeństwa, a maluchy zdążyły się przez ten czas nie dość, że urodzić, to jeszcze urosnąć do tego komunikatywnego etapu kocięctwa. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego, a pozostawanie w obozie tylko ją narażało na kontakty. Dlatego, choć niechętnie opuściła znane sobie otoczenie – wyszła na tereny. XXXRóży brakowało poczucia przestrzeni i kierunku, więc chociaż starała się trzymać w pobliżu znajomych miejsc ostatecznie skończyła tu – gdziekolwiek to było. Jedyne co wiedziała, to że w tym miejscu zapach Rzeki mieszał się z tym należącym do innego klanu. Nie podobało się jej to. A co jeśli ją napadną? Ta myśl najwyraźniej wywołała wilka z lasu, bo ledwo chwile później usłyszała czyjeś chrząknięcie. Drgnęła nerwowo i odwróciła się do źródła dźwięku. XXX– Dla mnie...? – dopytała niepewnie, subtelnie spoglądając na boki, jakby zaraz zza jakiegoś krzewu miał ktoś wyskoczyć i wyśmiać, że dała się tak nabrać. Zbliżyła się do ślicznej rudo-białej kotki, rzucając jedno spojrzenie na prezent. XXX– J-jaa... Dziękuję, ale nie mogę tego przyjąć. To kamień z waszych terenów. Nie chciałabym... Nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że go ukradłam – wyjaśniła pośpiesznie, z bijącym ze stresu sercem. Co jeśli to doprowadziłaby do jakieś wojny? Nie mogła do tego dopuścić. Była już wystarczająca porażką dla swojej rodziny i klanu, wywołanie konfliktu z sąsiadami byłoby już ostatnim kopczykiem piachu nad jej grobem. – A-ale to bardzo ładny kamyk... Podoba mi się.
yourheart istoobigforyourbody it iswhyyouwill notfitinside youpouritout whereeveryonecansee tearsfalltotheground youjustletthemdrown
Księżyce: 98 Mistrz: Kunie Gardło †, Muchomorowy Bór †, Rześki Zmierzch, ˙✦Wędrujące Światła˙✦ Płeć: Kotka Zaimki: ona/jej Matka: Wysoka Łodyga † [npc] Ojciec: Płonący Liść † [npc] Rodzic: Iskra ♥ † (Roziskrzona Gwiazda) Partner: Serce oddane tylko jednej Trwałe urazy: blizna po psich zębach na grzbiecie, poniżej karku;
Wielka, wysoka i szeroka; długie rude, wręcz ogniste futro, pręgowane tygrysio z dodatkiem bieli na brodzie, piersi, brzuchu, końcówce ogona i czterech łapkach (tylko do kostek, jeden palec rudy u prawej przedniej łapy); wielkie miodowe oczy; różowy nosek; patyczki i liście w sierści to codzienność tak samo z drobinki ziemi, jedynie kwiatki wsadza w nie sama, bo lubi. Lekki krok, praktycznie bezszelestny, a mimo to z gracją.
Tonąca w żałobie, pijąca winę, obmyta w smutku, spokojna, cierpliwa, lojalna, ciekawa świata, nadal starająca się zachować radość i szczęście, rozważniejsza oraz powolna.
Kotka była nieśmiała, mogłam spostrzec to na pierwszy rzut oka, a jej reakcje na mnie i prezent ode mnie były bardzo wdzięczne, ale strachliwe. Nie zamierzałam robić nic co mogłoby ją wystraszyć dlatego też mój uśmiech był delikatny, ale oczy na pewno mnie zdradzały, byłam wręcz wniebowzięta, że udało nam się zamienić parę słów.
– Ja Cię na pewno nie wydam, a nikogo oprócz nas tutaj nie ma. Ty znasz każdy kamyczek na terenach jaki istnieje? Ja na pewno nie, chociaż się bardzo staram – odpowiedziałam pogodnie i zaczęłam powolnie podsuwać prezent bliżej pięknej nieznajomej. – Nikt nie zauważy, a będzie mi przykro, że nie chcesz kamyczka, który Ci się podoba! – rzuciłam markotnie, chociaż było to jak najbardziej łagodne. Inna sprawa była taka, że miałam sprytny plan, który chciałam wykonać i byłam pełna nadziei, że szylkretka się ode mnie nie odsuwała; zostając w tym samym miejscu, bowiem chciałam być bliżej i móc się przyjrzeć jej niesamowitej urodzie z bliska. Dlatego jeśli się nie odsuwała byłam pewna, że coś źle wymierzyłam i gdy podniosłabym głowę przestając przysuwać kamyczek mógłby nas dzielić ledwo pazur odległości od naszych nosków.
Heartswill xxxxzxxxxzx╰┈➤dream again Lungswill﴾breathe in﴿
Wash awaythesins
It'swhereitbegins
Feet won'txfail you now Arms won'txlet you down Wash awaythesins
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
przyjazny, spokojny, zdystansowany, chętnie pomaga innym, niepewnie czuje się w większych grupach nieznajomych i przyzwyczaja się do nich powoli, kolekcjoner rupieci
No i faktycznie nic się nie zmieniło. Minął z jakiś kolejny księżyc od tamtej ceremonii gdzie wszystko poszło zdecydowanie nie tak a Szpon dalej siedział w lecznicy z nieogarniętą łapą. Artem jako -nawet jeśli były- znachor nie mógł tego tak po prostu zostawić samemu sobie, więc zgodnie ze swoją wcześniejszą propozycją, postanowił pomóc białemu kocurowi w szukaniu pomocy na granicy. Trzeba było Szpona podeprzeć, jednak jeden kot mógł do tego nie wystarczyć, tak więc ciemnobrązowy point postanowił poprosić o pomoc swojego ziomka Warczące Gardło, żeby był drugim asystentem w tej wyprawie. Oczywiście, pójście do Gromu z tym wszystkim było bardziej podyktowane osobistymi preferencjami niż czymkolwiek innym, bo do Klanu Wichru zbliżał się raczej niechętnie przez różne wspomnienia, które czasami dalej go dręczyły. No, ale to swoją drogą, teraz on, Szpon i Warczące Gardło mieli ważniejszą misję, więc na niej Artem się głównie skupił i o matko, całkiem szybko -jak na stan tej wycieczki- udało im się dotrzeć do granicy. Teraz tylko czekać na patrol, który mógłby chociażby przekazać informację, że potrzebna jest pomoc medyka.
//Szpon
✩✪✩
Są takie rzeczy, których nie chcesz robić,przysięgasz, że ichnie zrobisz,zabraniasz sobie, a potem tonagledzieje się samo.
Nie da sięich nawet przeanalizować, nie podlegająprocesom myślowym.
Dzieją się i już,pozostaje tylko patrzeć na siebie ze zdziwieniem i zapewniać, że nie ma w tym twojej winy, po prostu samo się stało.
Mijały kolejne wschody... I nie, nie było lepiej. Gorzej też nie, ale brak poprawy stawał się irytującą codziennością, z jakiej bohatersko wyciągnąć go mieli Atrem i Warkot. Szpon będąc sobą, nawet długo nie myślał kiedy zaproponowano mu pomoc z obietnicą poprawy, więc gdy tylko się pojawili, od razu pozwolił sobie być na ich łasce.
Dojście do granicy nie było bardzo trudne, gdy podtrzymywany był przez dwójkę kotów. Inną sprawą był generalny stres, że znów pójdzie coś nie tak... Ale kto wie? Może tu akurat nie ma się o co martwić i pomoc dostanie szybko i bez problemu?... - Co powiemy? Rybołów... - szepnął do Chłodu, odsuwając uszy do tyłu. W końcu opatrunek, nowy, po księżycu znikąd by się na jego łapie nie wziął.
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
przyjazny, spokojny, zdystansowany, chętnie pomaga innym, niepewnie czuje się w większych grupach nieznajomych i przyzwyczaja się do nich powoli, kolekcjoner rupieci
-A co mamy powiedzieć? To ona powinna się wstydzić, że nie wykonuje swojej pracy -powiedział, bo Artem naprawdę nie lubił jak ktoś się obijał. Zwłaszcza medyk, który powinien być teoretycznie na każde zawołanie pacjenta. Nawet jeśli najgłupsze czy najdrobniejsze. To było medycznym obowiązkiem i kocur nie mógł tego tak zostawić. Skoro miał możliwość pomóc to zamierzał to zrobić i tyle. Najwyżej Rybołów będzie się drzeć jak na ceremonii i tyle. Ciemnobrązowy point wysłucha jej krzyków, ale nie będzie się czuł jakoś specjalnie przejęty. On wiedział że zrobił dobrze i nikt mu nie wmówi, że jest inaczej.
✩✪✩
Są takie rzeczy, których nie chcesz robić,przysięgasz, że ichnie zrobisz,zabraniasz sobie, a potem tonagledzieje się samo.
Nie da sięich nawet przeanalizować, nie podlegająprocesom myślowym.
Dzieją się i już,pozostaje tylko patrzeć na siebie ze zdziwieniem i zapewniać, że nie ma w tym twojej winy, po prostu samo się stało.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Nurt była Zaintrygowana przez duże zet, kiedy patrol przekazał jej, kogo, gdzie i z jaką sprawą spotkał. Jakiś złamas (bo ze złamaną łapą!) czekał na granicy z Klanem Rzeki i wymagał pomocy medycznej. Ona była taką pomocą, i chyba lepsza z niej opcja na tę misję niż Truskawkowy Gąszcz, która prawdopodobnie poradziłaby delikwentom poprosić o przysługę Gwiezdnych, skoro ci tak chętnie uczyli ich medyków! Ciekawe, doprawdy ciekawe, bo okazywało się, że miała leczyć już drugiego Rzeczniaka. A wcześniej przydarzyła jej się dwójka cienistych. Co się dzieje z tymi Klanami, to ona nie ogarnia!
W każdym razie daleka była od pogonienia wojowników i zignorowania problemu. Naprędce przygotowała pakunek — w liść łopianu zapakowała ziarenko maku, liść żarnowca, korzeń żywokostu i motek pajęczyny, do kompletu zgarnęła jeszcze mocny i prosty patyk, po czym taka obładowana ruszyła w drogę. Nigdy nie zajmowała się złamaniem!! Towarzyszył jej lekki stresik; starała się zagłuszyć go sprężystym, pewnym siebie krokiem.
Przyspieszyła, gdy po dłuższej wędrówce jej oczom ukazała się dwójka oczekujących kocurów.
– Dzień dobry! – przywitała się równie wesoło, co niewyraźnie, bo umówmy się, mówienie z zielskiem i patykiem w mordce do prostych nie należy. Stanąwszy przy granicy, odstawiła sprzęt na bok i bystro przyjrzała się najpierw kremowo-brązowej postaci, a później tej młodszej, śnieżnobiałej. Czyli to on wymagał opatrzenia, hmm? – A ponoć to Klan Rzeki ma najwięcej medyków! Co się dzieje??
Wierzył towarzyszowi. Co prawda, nie powiedział zbyt wiele, ale... jeśli przyjdzie co do czego, to nie było nic co zrobili źle. Poszli po pomoc... I tyle. Przełknął ślinę, spojrzał w dół i... tyle. Wmówi sobie, że jest okej i że będzie okej, że nie ma stresu. Wyjątkowo, chyba, bardziej się przejmował niż jak zwykle. Ale to chyba nic dziwnego? Nawet jak gdzieś miałby wszystko na dobrą sprawę, tak ochrzan zbierać znowu byłoby kiepsko. - No... w teorii... - szepnął po machnięciu głową na "cześć". - Mam ponad księżyc złamaną łapę. Biłem się z puchaczem, bo zaatakował mojego przyjaciela. No... i nie ma zmian...
To mówiąc, łapę wyciągnął przed siebie. - Generalnie ostatnio się podziało że hej!... ale na ploteczki może... może innym razem, co? Hah, o ile byś miała czas i chciała, wiesz... - dodał, bo... bo nie dałby rady teraz. Jak nigdy się nie stresował, tak teraz wszystkie nerwy, kęłbiące się w nim ostatnich dwadzieścia księżyców nagle wyszły na świat. I zdecydowanie, chyba nie chciał się z nimi bawić i próbować gadać.
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
Księżyce: 88 Mistrz: Nagietkowy Prześwit Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Latte [NPC] Ojciec: Suchy [NPC] Partner: what is love? Trwałe urazy: spora blizna po pazurach na prawym udzie po kłótni z nieznajomym kotem, blizna na grzbiecie po zerwaniu płatu skóry przez łabędzia
przyjazny, spokojny, zdystansowany, chętnie pomaga innym, niepewnie czuje się w większych grupach nieznajomych i przyzwyczaja się do nich powoli, kolekcjoner rupieci
Artem był zły na tę całą medyczną sytuację w Klanie Rzeki, jednak mimo wszystko rozmawiać o tym z klanowiczem to było inaczej niż rozmawiać o tym z kotem z innego Klanu. Gdyby ciemnobrązowy point był jeszcze samotnikiem to może by mu to aż tak to nie przeszkadzało, ale teraz kiedy był już rzecznym kotem to chyba nie wypadało paplać o wszystkim co się działo w obozie. I tak już bardzo dużo zdradzili, przychodząc tutaj z kotem który ma problemy z leczeniem i tak dalej. Tak więc Artem zamiast wyżalić się, postanowił podejść do tego jakoś bardziej dyplomatycznie.
-Mogłabyś mu pomóc? -powiedział- Brak jakiejkolwiek poprawy przez tak długi czas zdecydowanie nie jest niczym dobrym... -dodał i już czekał na decyzję gromowej medyczki. Oby im pomogła, bo inaczej to chyba będzie tragedia.
✩✪✩
Są takie rzeczy, których nie chcesz robić,przysięgasz, że ichnie zrobisz,zabraniasz sobie, a potem tonagledzieje się samo.
Nie da sięich nawet przeanalizować, nie podlegająprocesom myślowym.
Dzieją się i już,pozostaje tylko patrzeć na siebie ze zdziwieniem i zapewniać, że nie ma w tym twojej winy, po prostu samo się stało.
Niska, drobnej budowy, szczupła, o smukłym pysku. Niebieski, tygrysio pręgowany, krótki włos. Z rozjaśnieniami na pysku, szyi oraz brzuchu i białymi znaczeniami na palcach przednich łap. Ceglasty nosek, jasnozielone oczy, poduszeczki w kolorze nosa, gdzieniegdzie splamione ciemniejszą barwą.
Ciekawska, lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy, dopytywać, dyskutować, rywalizować oraz wdawać się w głupie gierki. Mała gaduła. Często najpierw robi, potem myśli. Pod otoczką nonszalancji kryje się troskliwa, otwarta na nowe znajomości kotka, która co prawda potrafi być choleryczna, ale nie chowa urazy na długo. I wydaje jej się, że inni też nie powinni, co wzmaga tendencję do narzucania się.
Coś musiało być na rzeczy, o czym świadczyło wspomnienie, że się podziało, ale Rzeczniacy uparcie trzymali pyski na kłódkę. Nurt zmarszczyła ceglasty nosek, niezadowolona z tej powściągliwości. Pewnie, nie było czemu się dziwić, nikt nie rozpowiada na lewo i prawo, co za nieprawidłowości się w Klanie dzieją, tyle że świadomość mechanizmu działania wojowników nie uśmierzał bólu niewiedzy. Lubiła wiedzieć, a już szczególnie wsłuchiwać się w ploteczki.
Pokiwała głową.
– Spoko, to może zaczekać! – zgodziła się z uśmiechem, w serduszku żegnając się z szczegółami i szczególikami, jakich najpewniej nigdy nie będzie dane jej poznać. Nie po to przyszła, nie? Miała ważniejsze zadanie do wykonania. W dodatku ranny wyglądał na mocno przybitego, warunki niesprzyjające wtrącaniu się w nieswoje sprawy. – W porząsiu, kładź się, zaraz się temu przyjrzę. Najpierw wcinaj to, pomoże na ból. Na pewno wiesz, że to dość bolesny proces! ...bo ktoś ci wcześniej opatrywał tę łapę, nie?
Nie dałby rady przez ponad księżyc ukrywać złamania przed watahą medyków, racja? Medyczka rozwinęła pakunek, delikatnie wyciągnęła ziarenko maku i położyła je na zdrową łapę białego kocura.
– Aha, Gwiezdny Nurt jestem! Bo nawet się nie przedstawiłam – miauknęła, mając nadzieję, że jej towarzysze też nie będą specjalnie ukrywać swoich personaliów. Zaskakująco często nie poznawała imion pozagromowych pacjentów, tymczasem oni zwykle wiedzieli, z kim mieli do czynienia!!
Przycupnęła przy poszkodowanym. Końcówka szarego ogona drgała, gdy Nurt wprawnym okiem przyglądała się złamaniu. Wewnętrznemu, więc tak na dobrą sprawę niezbyt widocznemu.
O rany, fajnie byłoby mieć wsparcie Truskawkowego Gąszczu. Ona nie miałaby wątpliwości, jak się za to zabrać!
– Muszę ją nastawić; bez sensu, żeby się miała krzywo zrosnąć – wytłumaczyła, choć wierzyła, że doświadczony przez życie Rzeczniak doskonale znał przebieg leczenia. Tylko czemu mu się nie poprawiało? Czy to od łażenia po granicach? – Możesz znaleźć nam jakiś patyk?? Albo trochę mchu – zwróciła się do starszego kota. – Mak powinien uporać się z częścią bólu, ale przyjemnie nie będzie tak czy siak. Niech ma coś, na czym może zacisnąć zęby.
Przyniesiony przez nią patyk miał mieć inne zastosowanie, a że był idealnie dobrany do sytuacji, nie chciała ryzykować złamania go na pół przez silne szczęki. Zresztą, korzystnie się składało – przeciwbólowe ziarenko potrzebowało czasu, nim zacznie działać, więc przy okazji zapewniała mu ten czas, proszę bardzo, wszystko przemyślane.
Kiedy przygotowania były za nimi, zabrała się do pracy. Pomacała napuchniętą łapę, szukając dokładnego miejsca złamania, a potem zdecydowanym, mocnym ruchem nacisnęła gdzie trzeba, modląc się do wszystkich Gwiezdnych, że słusznie czyni i omyłkowo nie wyrządzi większej szkody. Nigdy wcześniej nie nastawiała kości, ale odnosiła wrażenie, że akurat ta czynność z natury podlegała losowości. Nie miała rentgena w oczach! Ba, nie wiedziała o istnieniu rentgena!!! Ale coś (kość!), zdaje się, wskoczyło na swoje miejsce, zgodnie z tłumaczeniami Truskawkowego Gąszczu. To raczej dobry znak???
– I po krzykuu, teraz będzie z górki – wymruczała ni to do pacjenta, ni to do siebie. Opuszki jej się spociły z nerwów, jednak pysk pozostawał spokojny. Skupiony. – Nie ruszaj się jeszcze, czas na opatrunek.
Wzięła czekający na liściu łopianu korzeń żywokostu i rozdrobniła go aż do formy maści, którą rozprowadziła po łapie Rzeczniaka. Dziwne uczucie, do tego smaku nie była przyzwyczajona! Później chwyciła za liść żarnowca i zrobiła z niego okład. Nie wiedziała, na ile pomocny będzie znajdując się nad złamaniem, ale skoro działał na to, co działo się pod skórą, to chyba dodatkowa warstwa maści nie powinna robić mu różnicy??
Następny w kolejce był patyk – ułożyła go równolegle pod kończyną, tak, by robił za usztywnienie, a później pozostało jedynie związać jedno z drugim, do czego wykorzystała przyniesiony motek pajęczyny. Wkrótce nie było widać ani medykamentów, ani patyka, ani sporej części łapy kocura; wszystko zostało szczelnie zakryte opatrunkiem z pajęczej nici. Fiu.
– O, i tak to powinno wyglądać – rzuciła z zadowoleniem, wyprostowując się i wycierając łapy o trawę. – Byle utrzymało się to w tej formie do powrotu do Obozu! I dłużej – od teraz ty i ten kijek jesteście jednością, rozumiemy się? Staraj się nie stawać na tę łapę w ogóle, trzymać ją unieruchomioną, niech się zrasta spokojnie. Żadnych wycieczek na granicę, gdziekolwiek indziej też nie! Aha, i niech ci Cisowa Gałązka albo Rybołowi Lot zmieniają opatrunki, ale to sami będą wiedzieć.
Inna sprawa, czy biały się do nich zwróci, bo chyba istniał między nimi problem na tle komunikacji. Przecież on nie powinien był opuścić lecznicy, o długich wyprawach nie wspominając!