Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Śnieg zaczynał topnieć, skrzący się blado pod śreżogą światła, ostatnio coraz częściej i chętniej wyglądającego zza chmur – wiatr nie szarpał już tak mocno, nie mierzwił ryżego futra, choć to pozostawało chronicznie w rozchełstanym nieładzie (a być może tak mu się tylko zdawało, bo przebywał zbyt długo w towarzystwie Oriona, którego sierść była zawsze, niezależnie od warunków pogodowych, miękka i gładka), odpoczynek nad jeziorem nie był zatem tak uciążliwy. Kra jego gładkiej tafli rozkuła się zresztą nareszcie, podmywając piach przy samym brzegu – wiosna w swej szczodrości spojrzała na niego i jego spragnione słońca lico, a on chyba urzekł ją chwilowo, bo promienie nagle wydały mu się cieplejsze i bardziej pomarańczowe.
Szedł po trawiastym pasie niewysokiego wzniesienia, dopiero w miejscu, gdzie zejście na brudny piach było łagodniejsze i nie tak wąskie, jak pośród szuwarów, podchodząc bliżej do brzegu, jak sroka zwabiona błyskającymi cekinami światła odbijającymi na tafli niemrawo falującej powierzchni Topiołek. Słońce świeciło mu prosto w oczy, zmuszając, by mrużył je wyraźnie, przy końcowym odcinku prawie nie widząc, dokąd szedł, a czując jedynie, że grunt pod jego łapami stał się ziarnisty i miękki – przez tę chwilową niedyspozycję dopiero w ostatniej chwili zauważył, że nie znajdował się nad wodopojem sam, raptem zatrzymując się w miejscu, by nie wpaść na burą szylkretkę, która dostrzegła go zapewne dużo wcześniej, niż on dostrzegł ją. Zganił się w myślach; powinien być ostrożniejszy.
– Woda zimna...? – zaryzykował, wmuszając na pysk niezręczny uśmiech i stając przy samej linii brzegu, by, nie uzyskawszy jeszcze odpowiedzi, poczuć ją pod łapami; trochę zimna, ale czego się nie robiło.
Klisza po raz pierwszy w życiu czuła się źle. Bo jakoś tak dziwnie jej było, że nie rozmawiała z nikim... długo, że się odcięła. Źle jej było samej, ale czuła, że jakikolwiek kontakt z kotem mógłby jeszcze wszystko pogorszyć. Bo, z wszystkich rzeczy możliwych, nie spodziewała się że pokłóci się z Cytrynką. No, to znaczy, czy one się pokłóciły? Może nie. Może tylko Klisza to tak odebrała. Może tylko ona miała złamane serce i próbowała je - bardzo nieskutecznie - leczyć. Nie wiedziała, a z każdym dniem napawały ją nowe wątpliwości. Pierwszy raz w życiu nie była samej siebie pewna i wcale jej się to nie podobało. Wcale.
Leżała nad płytką wodą Grzmiącej Rzeki, patrząc pusto na taflę. Lubiła to miejsce za to, że było ładne. Lubiła podziwiać piękno i tylko na nim w większości się skupiała. I nagle, gdy do gry wkroczyły emocje, straciła kontrole, co absolutnie jej się nie podobało. Absolutnie. - Trochę - odpowiedziała, a dopiero później przerzuciła wzrok na kogoś, kto postanowił zagadać. Nie znała go, absolutnie. Wyglądał... dziwnie. Niewiele w swoim życiu widziała rudych kotów, więc było to dla niej coś, co przykuło jej interesowanie. Z jednej strony cieszyła się, że podszedł. Potrzebowała rozmowy, jakiejkolwiek, by jej ekstrawertyczna dusza tutaj nie oszalała. Z drugiej strony ten, kogo właśnie widziała przed sobą, nie był w jej typie. Był młodszy, był rudy, i... taki jakiś nijaki. A o wiele łatwiej rozmawiało jej się z kimś, na kim mogła wymusić pikantniejsze emocje, niż tylko te takie... przyjazne. - Czegoś... potrzebujesz? Jak to twój teren to sorry, nie wiedziałam. Chyba nie jest oznaczony.
Pociąga mnie twe ciało i wciąż mi go za mało
Pociąga mnie twe ciało i wciąż mi jego brak
Pociąga mnie twe ciało i wciąż mi go za mało
Pociąga mnie twe ciało i wciąż mi jego brak
Księżyce: 127 Mistrz: sam sobie panem, żeglarzem, okrętem Płeć: kocur Matka: Mokry Kwiat Ojciec: Podniebny Lot
Przeciętnej budowy, rudy kocur o tygrysio pręgowanym umaszczeniu, zdobionym białymi znaczeniami (od nasady nosa, w dół klatki piersiowej oraz różnej długości skarpetki na wszystkich czterech łapach), bursztynowe oczy
Matka nigdy nie pozwalała mu podchodzić zbyt blisko do brzegu – przez dłuższą (bo chłodną i surową, a skostniale dni zawsze mijały wolniej, niż te ciepłe i słoneczne) część roku woda w jeziorze burzyła się i charczała, poganiana podmuchami uporczywego wiatru, który sprawiał, że rosnący wokół tatarak szeleścił głośno, wypełniając okolicę dźwiękiem przypominającym syk ogromnego węża. Nad wodę przychodzili Dwunodzy, woda była zimna, groźna i wroga – on lubił tymczasem stać na samym jej brzegu, tak, by chłód dotykał jego łap, drocząc się z nim prawie prowokacyjnie, lubił wsłuchiwać się w szum łagodnego falowania, patrzeć tam, gdzie horyzont lśnił błękitem, jak gdyby Topiołki nie miały końca, rozległe niczym Wielka Słona Woda, lubił nagle zdawać sobie sprawę, że był w obliczu tego ogromu mikry i nieistotny, potrzeby tej ziemi prawie tak samo mocno, co drobne czerwce potrzebne były liściom pechowych roślin. Orion uznałby zapewne te przemyślenia za nużące i nieadekwatne, ale jemu zdawały się być kojąco pokrzepiające.
– Nie, nie... – zaczął, nagle wyraźnie zmieszany pytaniem burej szylkretki, zaraz przysiadając jednak na wilgotnym piachu, oplatając ogon wokół łap tak, że jego biała końcówka dotknęła chłodnej wody. – Nie chciałem cię nachodzić. – sprostował, wydając z siebie cichy pomruk zastanowienia, po czym odwracając wzrok od skrzącej się tafli, by zatrzymać spojrzenie bezpośrednio na licu nieznajomej. – Szukałem miejsca, w którym mógłbym pomyśleć. Problem w tym – zwiesił na chwilę głos – że nigdy nie szło mi to za dobrze.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Orion wystarczająco długo siedział już w Klanie Wichru by od nosa po koniuszek ogona przesiąknąć jego zapachem. A to oznaczało jedno – za długo tkwił na tym ładnie ogrodzonym kawałku trawnika i potrzebował się z niego wyrwać nim zacznie szczekać jak reszta towarzystwa. Na ten moment nie mógł sobie jeszcze pozwolić na wyślizgiwanie się z obroży wedle upodobań; musiał chociaż zachować pozory respektowania swojego kawałka sznurka jeśli nie chciał by posypał się cały misterny plan. Więc trzymał się granic, chodził na polowanka, stawiał się na ceremoniach i zastanawiał ile czasu należy dać Jaśniejącemu na przetrawienie sytuacji nim zrzuci na niego kolejną bombę jaką z pewnością okaże się wspólny trening.
Były jednak pewne granice tego ile czasu mógł spędzić w granicach klanowych bez uszczerbku, więc pod pretekstem oficjalnej przeprowadzki wyruszył na spacerek. Na wszelki wypadek informację przekazał Bocianowi, a nie Jodle, bo ta jeszcze zechciałaby iść z nim by się upewnić, że to będzie szybka akcja, a nie szlajanie się.
Na szczęście Jodły nie było. Mógł się szlajać. Piękna sprawa. Mając jeszcze przynajmniej pół dnia do zmarnowania zahaczył o jeziorko by poprawić rozwiane przez wiatr kłaczki. Większość wody przy brzegu była skuta taflą lodu, ale udało mu się wychwycić miejsce w którym mógł na spokojnie obejrzeć swoje odbicie nim przystąpił do ukladania jasnej szaty.
Już sama Czarcia aparycja jest dowodem na chaos drzemiący w smolistym larwiątku i ... diabelski rodowód, pochodzenie. Za to imię Czart zdaje się idealnie pasować do jego posiadacza wszak, na razie, niewielkich rozmiarów kulka, pokryta jest długim, smolistym futrem, o oleistym połysku, nieco postrzępionym i odstającym we wszystkie strony świata, zupełnie tak, jak czarny pasożyt, po którym nosi miano. Po drugim z ojców - Kościstej Łapie, odziedziczył orientalną urodę, z mocno zarysowanymi kośćmi jarzmowymi, klinowatą głowę zwieńczoną szpiczastym pyskiem, ogromnymi, nietoperzymi uszami i no właśnie, kościstą, kanciastą sylwetką. Pokrzywioną, w dodatku. Nadrabia za to, trzeba przyznać, okazałym, wprost nieprzeciętnym wzrostem, co jak można się domyślić, jest zasługą genów Raniuszka. Czart osadzony jest na długich, pokracznych, tyczkowatych łapach. Grzbiet wyciągnięty i szczupły, z widocznym zarysem kręgów przykrytych warstwą czarnej sierści z odstającymi żebrami u boku. Pysk Czarta, nierzadko wykrzywiony w złośliwym uśmieszku, zdobią powykrzywiane, białe wibrysy, a także garbaty nos. Cechą wyróżniającą go na tle innych, egzotycznej urody braci i sióstr, są oczy, odziedziczone po liliowym ojcu i jego rzecznych przodkach - w kształcie migdała, skośne, jasnobłękitne, niemal przejrzyste z widoczną siecią czerwonych żyłek w okolicy tęczówki, o dziwnie zwężonej źrenicy. Doszukać się w nich można, jeśli nie obłędu, to pobudzenia i żywotności. Czart porusza się dziwnie... sprawia wrażenie, jakoby bardziej lewitował nad ziemią niżeli po niej stąpał, do tego przemieszcza się z miejsca na miejsce w takim tempie, że właściwie dostrzec go można wyłącznie kątem oka. Sam chód pozbawiony jest dostojności, a postawa - zgarbiona. Za to głos Czarta jest skrzekliwy, jednocześnie słyszalna jest w nim charakterystyczna chrypka. Ot, takie to dziecię, jakby nie z tego świata.
Niecnota i to wcale nie taka mała! A jakby tego było mało, to jeszcze niezłe ziółko. Niepokorne, niesforne i potwornie psotliwe, pakujące w kłopoty nie tylko siebie, lecz także innych. I złośliwe. Trudnym zadaniem byłoby sprawować nad nim kontrolę, wszak jest to istna czarna kula chaosu, wprowadzająca niemały zamęt i zamieszanie, wszędzie dookoła. Niezdyscyplinowany i nie do poskromienia. Pełen dziwactw, sprawiający wrażenie nieco oderwanego, żyjącego we własnym świecie i tak właściwie, to w nim żyjący. Bardzo ciekawski, ściślej mówiąc - wścibski, a na domiar złego - okropnie nachalny i nierzadko naprzykrzający się. Wszędzie go pełno - przemieszczenie się z jednego kąta do drugiego zajmuje mu kilka uderzeń serca. Mówi dużo, często bez opamiętania, kłamie dla zabawy, celowo wprowadza innych w błąd, opowiada niestworzone rzeczy, istne dziwy. Roztacza wokół siebie mistyczną aurę. Ciekawy świata i chętnie go odkrywający, zafascynowany tajemną, niedostępną wszystkim wiedzą. I żyje, tak jak chce, nie kierując się właściwie żadnymi ustalonymi, narzuconymi z góry zasadami. Ma swój pomysł i wizję życia w stadzie, a także dość... osobliwy pogląd na otaczającą rzeczywistość. Przewrotny, przebiegły i dla zasady przekorny. Ot, trickster i mały łotrzyk. Swoimi psikusami niejako testuje cierpliwość innych kotów, wydobywając z nich ich prawdziwą naturę, można rzecz - obnażający ich hipokryzję. Można by również uznać, że lawiruje na granicy tego, co uznawane jest za dobro i zło. W gruncie rzeczy jednak nie jest kotem złym, wręcz przeciwnie! Całkiem sympatyczna z niego postać, powiedzmy. Chce dobrze, ale... kłopoty przyciąga jak magnes. Zdarza się jednak i to wcale nierzadko, że wychodzi to jednak na dobre. A, jako że Czart jest istotą młodą i plastyczną, kto wie, może z czasem zadziorny, swawolny temperament zostanie stonowany lub, co również jest możliwym do spełnienia scenariuszem - wręcz przeciwnie!
Chaos na wolności. Dwa nawet - w postaci dwóch, och jakże biednych i niewinnych, stęsknionych za ojcem, prawie że półsierot. Na pierwszy rzut oka - stęsknieni synowie pragnący odnaleźć nieodkryte korzenie, nieznanego ojca - na drugi, trzeci i każdy kolejny zaś - materiał na kłopoty. Chodząca apokalipsa. Dwie apokalipsy, tak właściwie.
Wyruszyli, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak i oczywiście, nie wiadomo gdzie, to jednak wcale nie osłabiało drzemiącego w ciałach niedorostków - łotrzyków entuzjazmu. Wystarczyło im najwyraźniej ciekawość świata, odziedziczone po Kościstym Wybrzeżu zapędy do siania zamętu i zniszczenia, zabawa i rzecz jasna, krótki, acz wystarczający, zarysowany przez Raniuszka rysopis postaci rzecznego ojca - jak on - szczurzomordego, kościstego (stąd najwyraźniej to miano!), z paskudnym grymasem na pysku, ciętym językiem i uwaga, tu najważniejsza część, Czart nosił jego oczy! Kostek więc dziwnie był Czarci, Czart zaś... Kościsty? - syn swego ojca, po nim właśnie odziedziczył nie tylko przejrzyste ślepia, cechę charakterystyczną ich wielkiego rodu, a także diabelskie usposobienie, wygląd również niecodzienny - inni powiedzieliby: szczury, ki diabeł wiedział skąd wzięty. W każdym razie, wyrzec by się ich nie mógł.
Zwięźlej, krótko mówiąc: wędrowali tak sobie i wędrowali, tak, że towarzyszem ich podróży stał się również księżyc, raz obijając się o ich grzbiety, później górując wysoko nad nimi. Kto wie ile wschodów słońca by minęło, gdyby nie to - gdyby nie on! Wysoki (Raniuszek... nie wspomniał wcale o wzroście), długowłosy (o tym też, zdawało się, nie nie napomknął), ale niebieskooki i o mordzie szczura, szczupłej, wyciągniętej w przód, z takim nosem! Los kochał swych synów - to musiał być on! Opcji innej nie było, a nawet gdyby... to chaos testował swych synów, wodząc ich i rzucając pod łapy takie kąski. Widowisko czas zacząć, czas pojednać synów z ojcem. Czas, by dziecięta padły w ojcowskie ramiona! Czas na to, by świat za ich sprawą obrócił się i przewrócił, niedowierzając.
- Och, Obieżyświecie! Bracie najmilszy, bracie kochany, spójrzże tylko!! To ojciec nasz, to on! Obieżyświecie, świat, jako synów swoich kochać nas musi nad życie, skoro nam go tu zesłał, wprost pod łapy! Podobnie ojciec ten tutaj, kiedy już nas zobaczy... Prowadź bracie, odwaga to twoja najszlachetniejsza cecha. Prowadź, do naszego kochanego taty! Ileż on musiał się wytęsknić...
Poza tym, że Czart wyprowadzał w pole innych, niekiedy zabierał tam też siebie, ale... czego nie robi się dla rodziny?! Czego nie robi się dla ojca o sercu pękającym z tęsknoty?! Będzie wprost zachwycony, tego wyczekiwał przecież od dnia ich narodzin.
- TATA! TATUSIU! TO MY! CZART I OBIEŻY!
I wyskoczył z zarośli wprost przed oblicze cynamonowego (bo jakim kolorem był cały ten liliowy?) rodziciela. No, a przynajmniej kogoś, kto potencjalnie mógłby nim być, w sumie - co za różnica. Tak czy siak, było to przeżyciem nie do podrobienia, ha!
Masywny, o długiej puszystej sierści umasczonej na niebiesko. Jego oczy są szaroniebieskie (później bladozielone). W skrócie ideał kota.
Przymilny, flirciarz, uwielbia wszystko co piękne, nie wie co to przestrzeń osobista, siebie samego uważa za epigeum piękna, aczkolwiek nie jest egoistą, nie uważa że z tego powodu należy mu się więcej, że każdy inny to tylko brzydka miernota, on po prostu dobrze czuje się ze swoim wyglądem.
Chaos na wolności. Chociaż jedynie jedno z potomków Kości chciało szerzyć go w rzeczywisty sposób. Drugie zaś kroczyło przez las z częściowo innymi myślami. Zajęte otaczającą je przestrzenią. Kocurek z wielką dokładnością przyglądał się niemalże wszystkim drzewom, krzewom, o kamieniach nie zapominając. Chłonął nowe zapachy, aż zaczynało mu brakować tchu. Szczególnie zachwycił go zapach wody. Dla niektórych zatęchły i niezbyt przyjemny zapach błotnistych brzegów, dla niego zapach nowości, czegoś co wyrwane zostało ze słodkich chwil dzieciństwa, a co było tak bardzo przyciągające. Podobnym zainteresowaniem cieszył się księżyc wraz z otaczającymi go gwiazdami. Na pierwszy rzut oka nie różniły się praktycznie niczym od tych, które widywał ponad obozem Nowego Świtu, a jednak całkowicie były one inne, dzikie i wolne. Rozległe i piękne. Lśniły całkowicie innym blaskiem.
I wtedy znaleźli jego. To właśnie przez niego niemalże wpadł na Czarta. Szczurza piękność o długiej, biało-cynamonowej sierści. Puchaty ogon, duże uszy i wysunięty pysk, prawie takie same jak u brata. No może poza ogonem. Uwagę od napotkanej urody odwrócić mógł jedynie Czart, którego słowa spotkały się z ekscytacją. Ogon porusza się niespokojnie, a pazurki wysuwają się radośnie. - Wpadliśmy na niego tak szybko, nie wiem czy to zrządzenie losu czy przeznaczenie, a może on sam zdecydował się nas odnaleźć. - Łapy już miały się podnosić, ale Czarcie ciało wypadło wprost przed nim. Nie pozostało mu nic innego jak gonić za bratem. A więc biegł. W ciszy, nie krzyczał, jednak dotrzymywał bratu kroku.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Ogólnie dzień był spokojny, może z lekka chłodnawy, ale na szczęście nie był łysym szczurem by stanowiło to jakikolwiek problem. To znaczy do czasu. Do czasu, gdy jakaś czarna pokraka wyskoczyła przed niego rozchlapując płytką wodę. Oriental rzucił krzywe spojrzenie sprawcy zamieszania i uniósł szczupłą kończynę by strzepnąć z niej te dwie czy trzy krople wody, co go trafiły, gdy dotarł do niego sens słów niespodziewanego towarzystwa. I go momentalnie zmroziło. Co.
Przeskakiwał spojrzeniem od jednego do drugiego podrostka, a w błękitnych oczach malowało się przerażenie. Że on by miał być ojcem czegoś takiego? Nie, wróć. Że on w ogóle miałby być ojcem?? No to się w głowie nie mieściło, ogólnie nie miało przecież najmniejszego sensu, bo w życiu nie dotknąłby kotki, no szanujmy się. Nie miał tak tragicznego gustu jak Onyks, więc...
... chwila. No właśnie. Onyks. Była w okolicy, wiedziała że on tu jest. Lubiła idiotyczne żarty w przeszłości, więc pewnie nadal z nich nie wyrosła. Prychnął cicho.
– Mhm, mamusiu od razu. – rzucił chłodno, skupiając się na dzieciarni. – Nie wyszło wam. I nie wiem co wam Onyks obiecała za tę akcję, ale zdradzę wam sekret. Na pewno nie dotrzyma słowa. Żegnam. – podniósł się i ruszył w stronę przeciwną do jeziora.
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Księżyce: 125 Mistrz: Jesionowa Kora/Wiewiórczy Ogon Płeć: kotka Matka: Jesionowa Kora (*) Ojciec: Słodki Język/Markiz (*) Trwałe urazy: cztery głębokie cięcia na głowie: od nasady żuchwy, ciągną się przez skroń aż po czoło, wyrwane prawe ucho
Czarno-rudy szylkret o bardzo wyrazistych barwach | biel: klatka piersiowa, brzuch, łapy, połowa pyska | czerń: uszy, znaczna część grzbietu, lewa strona pyska, prawe oka | rude plamy: na całym ciele, lewe oko | zielonożółte oczy | krótkie futro |
Może i omal nie umarła, ale przynajmniej tak gwałtowne ruchy i rozmowa, spowodowały, że Fala zaakceptowała swój los i bardzo stara się przetrwać w samotniczym świecie. Wierzy, że kiedyś wszystko wyjdzie na prostą, a Jesionowa spojrzy wtedy na nią z dumą. Nie poddaje się, a w walce o przeżycie jest zaciekła.
Kos nie miała prawie żadnego doświadczenia w medycynie. Prawie.
Była jednak w takim wieku, że wiedziała to i owo o ranach. Wiedziała tyle: trzeba je przemyć i, jeśli krwawią, nałożyć na nie pajęczynę. Tak, rany przydałoby się oczyścić maściami czy czymś, by nie wdała się infekcja, jednak to wychodziło poza jej wiedzę. Poza tym wiedziała, jak wygląda kocimiętka i że na jagody powinna uważać, ale to nie była w tym momencie przydatne.
Z racji samotności, nie miał kto jej przemyć uszu. Ruszyła więc nad wodę i zanurzyła w niej ranne ucho, starając się uprzednio wymytą łapą oczyścić rany z czegokolwiek, co mogło by jej zaszkodzić. Starała się być przy tym ostrożna. Rozglądała się w międzyczasie po okolicy z nadzieją na znalezienie motka pajęczyny, którego mogłaby użyć. Czy wyjdzie? Zobaczymy.
// rana 1. stopnia: rozcięcie na brzegu lewego ucha
rana 1. stopnia: rozcięcie na czubku lewego ucha
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Jaki z charakteru, taki i z wyglądu lisi. Po tacie.
Wyrósł chłopak wysoki jak dąb, nieprzeciętnie wręcz - no właśnie - tyczkowaty, bo objętości wszerz to mu natura poskąpiła - orientalna budowa. Na ciele Paliwody dopatrzyć się można przebijającego się przez skórę zarysu kręgosłupa, czy kości miednicy, dobrze, że tę kocią marność długie futro przykrywa, bo całość wychodziłaby dość zaostrzona i kanciasta. I to jakie futro! Jak anielskie włosy... jasne, z paluszkiem prawej łapy skąpanym w bieli; tylko pyszczek ma ognisty, płomienisty, rudy - gdzie też ujawniają się jego tygrysie pręgi, jak pioruny na wzburzonym niebie, okalające całość (flame lynx point). Płomienie te i rudość sięgają również jego uszu oraz łap. Z tego klinowatego pyszczka, o nosie szlachetnie prostym i wyraźnie zarysowanych kościach jarzmowych, spoglądają oczy... och, i jakież to ślepia! Łagodne, poczciwe, o kształcie migdału i w pięknym szafirowym kolorze... każdy w końcu widzi to, co chce widzieć. Harmonię tylko te pokrzywione jak antenki stojące wąsy nieco psują, mała fabryczna wada, ot co - uroku tylko dodaje. Postawione na sztorc uszy, trójkątne i górujące jak u nietoperza, ogon jak lisia ruda kita. Grzbiet wyciągnięty, łapy niebotycznie długie. Krok za to ma dziarski, pełen energii, werwy i żywiołu. Na pierwszy rzut oka widać, że to takie narwane. A na drugi to już nie ma co do tego wątpliwości, dobrze, że tym uroczym szczurzym pyskiem nadrabia za całe zło świata!
Imię zobowiązuje. Paliwoda to... istny paliwoda. Kot w gorącej wodzie kąpany, narwany taki, choleryczny trochę, ale chłopak dobry, potrafi 'dzień dobry' powiedzieć i przez ruchliwą drogę przeprowadzić, o ile takie przedsięwzięcie w jakikolwiek sposób mu się opłaca, wszak samotnicze życie nauczyło go merkantylnego podejścia do codzienności. Street smart, bystry, sprytny, ale też i przebiegły, wycwaniony, cyniczny, osiedlowy filozof, jak mu się zachce coś od serca powiedzieć. I tak samo, jak Pędziwiatr, niekiedy maniery to ma nienaganne, potrafi czarować, łagodne spojrzenie, miły uśmiech i słówka jak miód słodkie... ale z reguły to pluje pod łapy i plag egipskich życzy. Bywa gwałtowny, porywczy, ale i lekkomyślny. Lekkoduch z niego jak mało kto. Najtrafniej jednak byłoby nazwać go małym łotrzykiem, nieszkodliwym takim, co najwyżej mysz ci zwędzi. Trochę blagier, trochę łgarz, ale, musicie dać wiarę, chłopak w sercu niewinny jak jagnię, tylko taki... niesforny trochę. Z problemami, dzieciństwo miał trudne. Z wiekiem mu przejdzie.... miejmy nadzieję!
Co tu robił?
Skomplikowana sprawa, rodzina się powiększyć miała i to, tym razem, nie za jego sprawą, a dobry brat, filozof, filantrop, finansista i w ogóle, musiał o rodzinę zadbać. Dlatego zniknął z ich pola widzenia na cały dzień.
Na ryby, a gdzie? Z pustymi łapami nie wróci.
Wysoka, górująca nad większością Rzeczniaków. Szeroka i osadzona na masywnych łapach, z mięśniami i o mocnej budowie.
Pokryta długim, białym futrem o maści czarny point; przyciemniony jest jej pysk; z czernią rozlewającą się po bokach oczu i policzkach, aż po uszy, wszystkie cztery łapy oraz ogon. Przygnębiającą czerń przecinają białe znaczenia: na środku pyska, gdzie przypominają szerszą klepsydrę, biel zaczyna się na czole, spływając pomiędzy oczami w niewiele węższą strugę i rozlewa się na mordce i brodzie, bielą obdarzone są też wszystkie cztery kończyny, gdzie jasny kolor zabarwia jej palce (aż po łokcie w przypadku przednich łap).
Pysk wiecznie neutralny, niewyrażający wiele — z osadzonymi na nim błękitnymi, jakoby wiecznie znużonymi oczami.
nieodczuwająca silniejszych emocji | obojętna, apatyczna | obowiązkowa | introwertyczka | skupiona na sobie i swoich celach
Treningi, polowania, patrole, poszukiwania Kolczastego Kasztanu. I tak to życie się toczyło.
Pamiętała, gdy mistrz pokazywał jej granicę z Grzmiącą Ścieżką, smród, który wtedy od niej poczuła. Nigdy nie czuła specjalnej ochoty, by się do niej zbliżać... ale cóż, poszukiwania miały to do siebie, że nie mogła wybrednie wybierać pomiędzy terenami, na których mogłaby znaleźć choć cień tropu, którym mógł podążyć czekoladowy kocur.
Kaszląc lekko, w końcu pojawiła się po drugiej stronie Grzmiącej Ścieżki, mając to szczęście, że nie napotkała żadnych agresywnych potworów — okolica była czysta, a Rzeczniak... zawsze pozostanie Rzeczniakiem, a łapy instynktownie poprowadziły ją w kierunku jeziora, być może Kolczasty Kasztan odwiedził to miejsce? Może znajdzie tu jakąś poszlakę? Lub po prostu... spędzi ten dzień na spacerze z dala od terenów, powracając przyniesie z powrotem parę piszczków, lub przyda się jakoś inaczej.
Aczkolwiek nie czekała na nią czekoladowa sylwetka mistrza, a... ktoś nieznajomy, jak zawsze. Nawet jej to nie dziwiło — koty zdawały się wyrastać gdziekolwiek nie pójdzie, jak grzyby na deszczu.
— Dzień dobry. Pogoda idealna na ryby, nie? — A jak inaczej mógłby przedstawić się Rzeczniak, jak nie byciem pasjonatem ryb, fanatykiem wędkarstwa? Być może nie wygrała Połowu Rozkwitu, stos świeżej zwierzyny nie kłamał, kiedy wracała ze swoich wycieczek.
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Jaki z charakteru, taki i z wyglądu lisi. Po tacie.
Wyrósł chłopak wysoki jak dąb, nieprzeciętnie wręcz - no właśnie - tyczkowaty, bo objętości wszerz to mu natura poskąpiła - orientalna budowa. Na ciele Paliwody dopatrzyć się można przebijającego się przez skórę zarysu kręgosłupa, czy kości miednicy, dobrze, że tę kocią marność długie futro przykrywa, bo całość wychodziłaby dość zaostrzona i kanciasta. I to jakie futro! Jak anielskie włosy... jasne, z paluszkiem prawej łapy skąpanym w bieli; tylko pyszczek ma ognisty, płomienisty, rudy - gdzie też ujawniają się jego tygrysie pręgi, jak pioruny na wzburzonym niebie, okalające całość (flame lynx point). Płomienie te i rudość sięgają również jego uszu oraz łap. Z tego klinowatego pyszczka, o nosie szlachetnie prostym i wyraźnie zarysowanych kościach jarzmowych, spoglądają oczy... och, i jakież to ślepia! Łagodne, poczciwe, o kształcie migdału i w pięknym szafirowym kolorze... każdy w końcu widzi to, co chce widzieć. Harmonię tylko te pokrzywione jak antenki stojące wąsy nieco psują, mała fabryczna wada, ot co - uroku tylko dodaje. Postawione na sztorc uszy, trójkątne i górujące jak u nietoperza, ogon jak lisia ruda kita. Grzbiet wyciągnięty, łapy niebotycznie długie. Krok za to ma dziarski, pełen energii, werwy i żywiołu. Na pierwszy rzut oka widać, że to takie narwane. A na drugi to już nie ma co do tego wątpliwości, dobrze, że tym uroczym szczurzym pyskiem nadrabia za całe zło świata!
Imię zobowiązuje. Paliwoda to... istny paliwoda. Kot w gorącej wodzie kąpany, narwany taki, choleryczny trochę, ale chłopak dobry, potrafi 'dzień dobry' powiedzieć i przez ruchliwą drogę przeprowadzić, o ile takie przedsięwzięcie w jakikolwiek sposób mu się opłaca, wszak samotnicze życie nauczyło go merkantylnego podejścia do codzienności. Street smart, bystry, sprytny, ale też i przebiegły, wycwaniony, cyniczny, osiedlowy filozof, jak mu się zachce coś od serca powiedzieć. I tak samo, jak Pędziwiatr, niekiedy maniery to ma nienaganne, potrafi czarować, łagodne spojrzenie, miły uśmiech i słówka jak miód słodkie... ale z reguły to pluje pod łapy i plag egipskich życzy. Bywa gwałtowny, porywczy, ale i lekkomyślny. Lekkoduch z niego jak mało kto. Najtrafniej jednak byłoby nazwać go małym łotrzykiem, nieszkodliwym takim, co najwyżej mysz ci zwędzi. Trochę blagier, trochę łgarz, ale, musicie dać wiarę, chłopak w sercu niewinny jak jagnię, tylko taki... niesforny trochę. Z problemami, dzieciństwo miał trudne. Z wiekiem mu przejdzie.... miejmy nadzieję!
W gruncie rzeczy - nie narzekał.
Jasne, nikt nie mówił, że będzie kolorowo. Ale nikt nie wspomniał też o tym, że Spalony Bażant, jak na kota, potrafił odróżnić nader wiele kolorów. Nikt o tym nie wspomniał zapewne z uwagi na to, iż był to zwyczajny stek bzdur, lecz... wracając. Ryby.
I nagle do jego nozdrzy dociera charakterystyczny, nieco wilgotny, nieco trącący bardziej rybą niż myszką zapach. Odwraca się, ogląda za siebie. Kobieta, młoda, widać od razu, że stworzona do łapania ryb, a i zapewne wprawiona w tej sztuce, bo czym innym mogli zajmować się szczodrzy i dumni Rzeczniacy?
- Ta. - odpowiada - Dołączysz się?
Wszak dwa razy pytał nie będzie. A może i zapyta, bo taka znajomość, cóż, mogla w tej konkretnej okazji stać się niezbędna.
- Ty się pewnie znasz na rzeczy. - mówi - Tam u was, w Rzece, jak się to robi, hę?
Sposoby i sposobiki. On swoją technikę miał, ale tylko muł się nie rozwijał. A on to przecież żaden muł. Tylko najprawdziwszy Bażant.
Wysoka, górująca nad większością Rzeczniaków. Szeroka i osadzona na masywnych łapach, z mięśniami i o mocnej budowie.
Pokryta długim, białym futrem o maści czarny point; przyciemniony jest jej pysk; z czernią rozlewającą się po bokach oczu i policzkach, aż po uszy, wszystkie cztery łapy oraz ogon. Przygnębiającą czerń przecinają białe znaczenia: na środku pyska, gdzie przypominają szerszą klepsydrę, biel zaczyna się na czole, spływając pomiędzy oczami w niewiele węższą strugę i rozlewa się na mordce i brodzie, bielą obdarzone są też wszystkie cztery kończyny, gdzie jasny kolor zabarwia jej palce (aż po łokcie w przypadku przednich łap).
Pysk wiecznie neutralny, niewyrażający wiele — z osadzonymi na nim błękitnymi, jakoby wiecznie znużonymi oczami.
nieodczuwająca silniejszych emocji | obojętna, apatyczna | obowiązkowa | introwertyczka | skupiona na sobie i swoich celach
Poruszyła nosem — Cienisty, jak znalazł. Nie musiała nawet pytać, mimo, że nie dzielili granicy. Tak jej podpowiadał umysł, przynajmniej, ale przy wędkowaniu każdy to przyjaciel.
— Chętnie. — Odpowiedziała wprost, bezkonfliktowo, jak to miała w zwyczaju. Odmówić połowu ryb, w taką pogodę? Zgrzeszyłaby na swoją Rzeczną krew, na pewno. Jeszcze dziadek Skrzące Słowo patrzyłby na nią z pogardą ze Srebrnej Skórki — choć, słuchając tego, jaki podobno był, może i bez tego byłby niezadowolony. Kto go tam wie. — Topolowy Bór. Z Rzeki. — Przedstawiła się. Tak, żeby było uprzejmie i odpowiednio, jak ją uczono.
Podeszła bliżej do tafli wody, przyglądając jej się przez chwilę, zanim odwróciła się z powrotem do starszego kocura i skinęła głową. W Klanie Rzeki każdy korzystał z tej samej techniki, aczkolwiek... nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, jak ryby łowiły koty spoza jej społeczności.
— Mhm. Siedząc przy brzegu, musisz być w bezruchu, oraz upewnić się, że nie rzucasz swojego cienia na wodę. — Dlaczego miałaby mu nie przekazać takiej wiedzy? Uważała się za kota dosyć otwartego, tak sądziła, a dzielenie się swoją kulturą to też... jakiś sposób bycia otwartym, nie? Wyłowienie wszystkich ryb z terenów Rzeki poprzez przekazanie komuś innemu swojego sposobu na połów ryb raczej im nie groziło. — Musisz cały czas o tym pamiętać. I zanurzasz albo palec przedniej łapy, albo końcówkę ogona pod wodą, o, tak o... czekasz, aż coś podpłynie, jak cię skubnie, to szybko zaczepiasz wtedy o rybę pazurami i wyciągasz na brzeg. — Sama zanurzyła jeden z białych palców pod wodą, by jak najdokładniej przekazać opisywaną przez nią technikę. Bardzo proste, nie?
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Jaki z charakteru, taki i z wyglądu lisi. Po tacie.
Wyrósł chłopak wysoki jak dąb, nieprzeciętnie wręcz - no właśnie - tyczkowaty, bo objętości wszerz to mu natura poskąpiła - orientalna budowa. Na ciele Paliwody dopatrzyć się można przebijającego się przez skórę zarysu kręgosłupa, czy kości miednicy, dobrze, że tę kocią marność długie futro przykrywa, bo całość wychodziłaby dość zaostrzona i kanciasta. I to jakie futro! Jak anielskie włosy... jasne, z paluszkiem prawej łapy skąpanym w bieli; tylko pyszczek ma ognisty, płomienisty, rudy - gdzie też ujawniają się jego tygrysie pręgi, jak pioruny na wzburzonym niebie, okalające całość (flame lynx point). Płomienie te i rudość sięgają również jego uszu oraz łap. Z tego klinowatego pyszczka, o nosie szlachetnie prostym i wyraźnie zarysowanych kościach jarzmowych, spoglądają oczy... och, i jakież to ślepia! Łagodne, poczciwe, o kształcie migdału i w pięknym szafirowym kolorze... każdy w końcu widzi to, co chce widzieć. Harmonię tylko te pokrzywione jak antenki stojące wąsy nieco psują, mała fabryczna wada, ot co - uroku tylko dodaje. Postawione na sztorc uszy, trójkątne i górujące jak u nietoperza, ogon jak lisia ruda kita. Grzbiet wyciągnięty, łapy niebotycznie długie. Krok za to ma dziarski, pełen energii, werwy i żywiołu. Na pierwszy rzut oka widać, że to takie narwane. A na drugi to już nie ma co do tego wątpliwości, dobrze, że tym uroczym szczurzym pyskiem nadrabia za całe zło świata!
Imię zobowiązuje. Paliwoda to... istny paliwoda. Kot w gorącej wodzie kąpany, narwany taki, choleryczny trochę, ale chłopak dobry, potrafi 'dzień dobry' powiedzieć i przez ruchliwą drogę przeprowadzić, o ile takie przedsięwzięcie w jakikolwiek sposób mu się opłaca, wszak samotnicze życie nauczyło go merkantylnego podejścia do codzienności. Street smart, bystry, sprytny, ale też i przebiegły, wycwaniony, cyniczny, osiedlowy filozof, jak mu się zachce coś od serca powiedzieć. I tak samo, jak Pędziwiatr, niekiedy maniery to ma nienaganne, potrafi czarować, łagodne spojrzenie, miły uśmiech i słówka jak miód słodkie... ale z reguły to pluje pod łapy i plag egipskich życzy. Bywa gwałtowny, porywczy, ale i lekkomyślny. Lekkoduch z niego jak mało kto. Najtrafniej jednak byłoby nazwać go małym łotrzykiem, nieszkodliwym takim, co najwyżej mysz ci zwędzi. Trochę blagier, trochę łgarz, ale, musicie dać wiarę, chłopak w sercu niewinny jak jagnię, tylko taki... niesforny trochę. Z problemami, dzieciństwo miał trudne. Z wiekiem mu przejdzie.... miejmy nadzieję!
Instynkt przetrwania jakiejś płotki, nie ma co.
A może zwyczajnie Spalony Bażant przestał przypominać typa spod ciemnej gwiazdy, nawet jeśli włosy i żebra sterczały mu we wszystkie strony świata. A niech jej będzie, że jest przyjacielska. Jak trzeba było, on też potrafił wyciągnąć z kieszeni maniery. Nawet jeżeli takowych nie miał.
Kieszeni, rzecz jasna, nie manier.
- Spalony Bażant, wiadomo skąd. - odpowiada - Chyba, że ci węch nawala. Ale ten, po co te formalności, nie? One to, nie wiem, do nudności prowadzą, co najwyżej. Może być Paliwoda, Bażant, nie takie imiona się nosiło.
Odsłuchał, raz lewym, raz prawym uchem, co młodsza wojowniczka miała mu do przekazania. Ciekawe. Sensowne? No, nawet, ale syn Bolinogi nigdy nie był tym, kto znajdowałby się blisko logiki i zdrowego rozsądku.
- Aha. - mówi - Ja zazwyczaj liczyłem na szczęście, nie? Albo, że się spodobam jakiejś rybie. Z kobietami działało.
Może to i niegłupie. Może nawet spróbuje.
- Ale... weź zaprezentuj może. Wyłów coś.
Wysoka, górująca nad większością Rzeczniaków. Szeroka i osadzona na masywnych łapach, z mięśniami i o mocnej budowie.
Pokryta długim, białym futrem o maści czarny point; przyciemniony jest jej pysk; z czernią rozlewającą się po bokach oczu i policzkach, aż po uszy, wszystkie cztery łapy oraz ogon. Przygnębiającą czerń przecinają białe znaczenia: na środku pyska, gdzie przypominają szerszą klepsydrę, biel zaczyna się na czole, spływając pomiędzy oczami w niewiele węższą strugę i rozlewa się na mordce i brodzie, bielą obdarzone są też wszystkie cztery kończyny, gdzie jasny kolor zabarwia jej palce (aż po łokcie w przypadku przednich łap).
Pysk wiecznie neutralny, niewyrażający wiele — z osadzonymi na nim błękitnymi, jakoby wiecznie znużonymi oczami.
nieodczuwająca silniejszych emocji | obojętna, apatyczna | obowiązkowa | introwertyczka | skupiona na sobie i swoich celach
Widziała w życiu już wiele kotów. Ci mniej dziwni, ci dziwniejsi, o wszystkich możliwych kolorach, osobowościach — dlatego sposób mowy, jak się dowiedziała, Spalonego Bażanta, nie zdziwił jej w żaden sposób, aczkolwiek... Gdzieś w głębi duszy nawet rozbawił ją swoim sposobem bycia. W Klanie Rzeki zdecydowanie wcześniej takiego kota nie widziała nigdy. Różne imiona? Znane jej, jak mysz powszednia. Przez Rzekę przechodziło więcej znajd i hm, delikatnie mówiąc, przybłęd, że mieć tylko jedno imię było czymś rzadziej spotykanym.
— Jeśli działało, to nie był głupi pomysł. — Skomentowała. Klasycznie, jak coś jest głupie, a działa, to wcale nie jest takie głupie. Chyba, że Spalonemu Bażantowi kompletnie wtedy nie szło. To słabiej wyglądała sprawa. Wypuściła powietrze nosem, lekko rozbawiona kolejnym komentarzem. — Mną żadna zainteresowana do tej pory. Chociaż ryby łowię nie najgorsze. Taki pech. — Cóż, najwidoczniej Rzeczny rynek randkowy jeszcze nie znalazł chęci dla takiej, jak ona. Z mięśniami jak skały, od których fale się odbijały... A szkoda, szkoda. Nie wiedziały co tracą. Ale żeby Jesion, hm... przyjaźnił się z kimś bliżej szybciej, niż ona? Najwidoczniej jak większość rzeczy robili wspólnie, tak w tej kwestii brat ją wyprzedził.
Skinęła pointowi głową. Usiadła tak, żeby nie nastraszyć ryb, a i żeby cienisty mógł przyglądać się jej poczynaniom. Upewniła się, że jej cień nie pada na wodę, w ciszy, w skupieniu, ostrożnie wsunęła biały palec pod taflę wody i czekała. Błękitne oczy wpatrywały się w miejsce, gdzie zarzuciła swoją "przynętę", chwilę odczekali i...
Gdy tylko ryba skubnęła ją w palec, Topolowy Bór szybkim ruchem zahaczyła pazurem o jej łuski, z łomotem wyciągając na brzeg, gdzie rybka wydała z siebie swoje ostatnie tchnienie, na rzecz bycia dzisiejszą prezentacją. Ah, znowu wzięłaby udział w Połowie Rozkwitu. Albo pójdzie z Karpim Strumieniem na ryby przy najbliższej okazji.
— Ryby same się na ciebie rzucają przy tej technice. — Skoro na łut szczęścia, że spodoba się rybkom, Bażant nie mógł liczyć przy swoim własnym sposobie, to może akurat tutaj i teraz, dzięki nowym umiejętnościom, jego los się odmieni. — Próbujesz?
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Jaki z charakteru, taki i z wyglądu lisi. Po tacie.
Wyrósł chłopak wysoki jak dąb, nieprzeciętnie wręcz - no właśnie - tyczkowaty, bo objętości wszerz to mu natura poskąpiła - orientalna budowa. Na ciele Paliwody dopatrzyć się można przebijającego się przez skórę zarysu kręgosłupa, czy kości miednicy, dobrze, że tę kocią marność długie futro przykrywa, bo całość wychodziłaby dość zaostrzona i kanciasta. I to jakie futro! Jak anielskie włosy... jasne, z paluszkiem prawej łapy skąpanym w bieli; tylko pyszczek ma ognisty, płomienisty, rudy - gdzie też ujawniają się jego tygrysie pręgi, jak pioruny na wzburzonym niebie, okalające całość (flame lynx point). Płomienie te i rudość sięgają również jego uszu oraz łap. Z tego klinowatego pyszczka, o nosie szlachetnie prostym i wyraźnie zarysowanych kościach jarzmowych, spoglądają oczy... och, i jakież to ślepia! Łagodne, poczciwe, o kształcie migdału i w pięknym szafirowym kolorze... każdy w końcu widzi to, co chce widzieć. Harmonię tylko te pokrzywione jak antenki stojące wąsy nieco psują, mała fabryczna wada, ot co - uroku tylko dodaje. Postawione na sztorc uszy, trójkątne i górujące jak u nietoperza, ogon jak lisia ruda kita. Grzbiet wyciągnięty, łapy niebotycznie długie. Krok za to ma dziarski, pełen energii, werwy i żywiołu. Na pierwszy rzut oka widać, że to takie narwane. A na drugi to już nie ma co do tego wątpliwości, dobrze, że tym uroczym szczurzym pyskiem nadrabia za całe zło świata!
Imię zobowiązuje. Paliwoda to... istny paliwoda. Kot w gorącej wodzie kąpany, narwany taki, choleryczny trochę, ale chłopak dobry, potrafi 'dzień dobry' powiedzieć i przez ruchliwą drogę przeprowadzić, o ile takie przedsięwzięcie w jakikolwiek sposób mu się opłaca, wszak samotnicze życie nauczyło go merkantylnego podejścia do codzienności. Street smart, bystry, sprytny, ale też i przebiegły, wycwaniony, cyniczny, osiedlowy filozof, jak mu się zachce coś od serca powiedzieć. I tak samo, jak Pędziwiatr, niekiedy maniery to ma nienaganne, potrafi czarować, łagodne spojrzenie, miły uśmiech i słówka jak miód słodkie... ale z reguły to pluje pod łapy i plag egipskich życzy. Bywa gwałtowny, porywczy, ale i lekkomyślny. Lekkoduch z niego jak mało kto. Najtrafniej jednak byłoby nazwać go małym łotrzykiem, nieszkodliwym takim, co najwyżej mysz ci zwędzi. Trochę blagier, trochę łgarz, ale, musicie dać wiarę, chłopak w sercu niewinny jak jagnię, tylko taki... niesforny trochę. Z problemami, dzieciństwo miał trudne. Z wiekiem mu przejdzie.... miejmy nadzieję!
Jak działa, to wcale nie jest głupie.
Jakby opisywało jego życie, jakby opisywało... samego Spalonego Bażanta. Orient bowiem wyznawał tę zasadę gorliwiej niż Gwiezdny Klan i własną matkę. Słowa wprost wyrwane z jego szczurzego pyska.
To, kim szybciej miały zainteresować się ryby i kto miał większe powodzenia w morzu i nad wodą miało się dopiero okazać. Syn Bolinogi, choć z reguły nie był, to w sytuacjach wyjątkowych potrafił stać się pojętnym uczniem. Nader ciekawe, co miałaby w tej kwestii do powiedzenia Kozia Skarpa.
- Jacha, a bym nie spróbował? - rzuca - Patrz i się ucz.
Nie rzucał cienia, bo jak inaczej. Zanurzył w wodzie końcówkę ogona, pokręcił nią i czekał na jakiegoś śliskiego naiwniaka. I długo czekać nie musiał, zanurzył łeb w wodzie, próbując ową rybę wyciągnąć, co - z trudem - ale się udało. Cisnął nią o ziemię, zrobił, co od niego wymagano i wlepił spojrzenie w córkę Nocnego Szkwału.
- Widzisz tu jakiegoś amatora? Bo ja tylko wprawionych łowców.
Mówił, rzecz jasna, o sobie i swoim odbiciu w tafli jeziora. Topolowy Bór miała jeszcze sporo do nadrobienia.